środa, 14 października 2015

Podróż prawdziwa i absolutna

Podróże mogą kształcić, rozwijać, umożliwiać poznawanie ciekawych ludzi i przekraczanie własnych granic. Dzięki podróżom można wyrwać się z codziennej rutyny i zdystansować od codziennych spraw. Ale... jest jeden warunek. Tam gdzie się wybieram przywiozę nie tylko samą siebie, czyli to, co już znam, co widziałam, czego się nauczyłam. Wówczas mam szansę na nowe. Jeśli tylko będę wystarczająco uważna, jeśli wyostrzę zmysły, będę mogła doświadczyć i dostrzec. Podobno z każdej podróży można czerpać radość. Albo, że jeszcze trwa, albo że już się skończyła. Bo czasami się po prostu nie chce. Bo wygodnie jest w tym ciepłym, przytulnym i bezpiecznym... bezruchu.

Oczywiście przenosząc się z jednego miejsca na drugie nie można uciec od samego siebie, a "przed wszystkimi podróżami: w Bieszczady, na Jukatan, do Patagonii, dookoła świata, na biegun północny, południowy, na Księżyc, na Marsa, na Wenus, dokądkolwiek, przed wszystkimi tymi podróżami – jest jedna prawdziwa podróż i absolutna: w głąb siebie." - [Edward Stachura].

Dlatego też, od jakiegoś czasu moje życie to taka właśnie podróż w najskrytsze zakamarki mojej duszy. Każdego dnia wyruszam w drogę. Każdego dnia dźwigam mój bagaż doświadczeń. Każdego dnia pędzę tą neuronową autostradą myśli i uczuć. A gdyby tak… świadomie zwolnić, pozbyć się zbędnego balastu, wywalić to, co już mi nie służy? Przyzwyczajenia, przekonania, schematy zachowań niszczą moją wyobraźnię i kreatywność, zamieniają w rutynę... samo życie. A przecież każdy dzień jest darem. To tylko ludziom wydaje się, że coś im się należy. A może nie ludziom? Może tylko mnie przez czas jakiś tak się wydawało? Zdrowie, pieniądze, relacje, praca, dom, stabilizacja, poczucie harmonii, spełnienia, pogoda ducha…

Co gdyby uznać, iż wszystko, co mam, nie jest tak naprawdę moje, a tylko użyczone mi do korzystania? Czy nie sprawiłoby to, że bardziej doceniałabym i szanowała? Stare przysłowie mówi, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chcę coraz więcej, coraz bardziej, coraz pełniej. I tylko czasami zapominam, że posiadanie to również odpowiedzialność. Jeżeli uświadomię sobie, ze stan posiadania wiąże się z odpowiedzialnością, to czy w dalszym ciągu będę chciała? A to tylko odpowiedzialność za rzeczy. A co z odpowiedzialnością za wiedzę, doświadczenie, za... ludzi?

Daleką drogę mam do przejścia. Ale przecież nawet podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku... A moim zadaniem jest, by tobołek za bardzo nie ciążył.


poniedziałek, 5 października 2015

Nakarmiłeś dziś swoje ego?

Media społecznościowe spełniają wiele funkcji. Można podzielić się z innymi wiedzą, ciekawostkami, informacjami, konkretnymi treściami, zaprezentować własne opinie, zarabiać ogromne pieniądze, komunikować się z innymi użytkownikami, otrzymywać informacje o urodzinach znajomych, i wiele, wiele innych. Ludzie uwielbiają rozmawiać, omawiać, obmawiać, plotkować, podpatrywać. Dzięki serwisom społecznościowym można zobaczyć na fotografiach dawnych znajomych, dowiedzieć się co się u nich dzieje, odświeżyć kontakty, ale można też zagubić się w tym wirtualnym i potencjalnie niebezpiecznym świecie lajków, komentarzy, udostępnień, osiągnięć sportowych, pięknych fotografii, niesamowitych imprez, milionów autoportretów, fantastycznych chwil, wzruszających cytatów, dziesiątek życzeń urodzinowych, setek, albo tysięcy znajomych. 
 
Nie tak dawno dostałam e-mail o tytule: S. J. Imbeh chce dołączyć do grona Twoich znajomych na Facebooku. Czy powinnam była jego propozycję zaakceptować? Zupełnie nie znam człowieka, więc tego nie zrobiłam, ale przecież w tym cudacznym, wirtualnym świecie on mógł realnie poczuć się skrzywdzony. Wielu ludzi traktuje odmowę, jak atak.

Na facebookowej tablicy wszystko wygląda cudownie. Ciekawe tylko, dlaczego skoro jest tak dobrze, to jest tak źle? Czemu tak wielu ludzi cierpi z powodu samotności? Ano dlatego, że czasami życie tam kreowane zupełnie nie współgra z tym prawdziwym, codziennym i powszednim. Że czasami wizerunek i tożsamość stworzone na potrzeby publiczności diametralnie różnią się od tej realnej. Dlatego, że tysiące powierzchownych, byle jakich, wirtualnych kontaktów nie zastąpi jednego spotkania twarzą w twarz...  

Spróbuj odpowiedzieć sobie na pytania: jak wygląda moja tablica na portalu społecznościowym? Jakie są prawdziwe intencje mojego "dzielenia się"? Czy robię to dla kogoś, czy dla siebie? Czy chcę coś komuś, czy sobie udowodnić? Czy oby nie kreuję się na kogoś, kogo by lubili, szanowali, podziwiali, komu by zazdrościli?

Zakłamywanie rzeczywistości nie sprawi, że będzie inna...

To jak, nakarmiłeś już dziś swoje ego?




Tekst inspirowany tym filmem.

środa, 23 września 2015

Depresja

Człowiek został fantastycznie zaprojektowany. Nawet nie próbuję zrozumieć tych wszystkich procesów w nas zachodzących, bo to jest zdecydowanie za dużo, jak na mnie. Niesamowicie skomplikowana, a przy tym (zazwyczaj) samoregulująca się machina, z tymi wszystkimi cudami, jak zmysły węchu, słuchu, smaku, wzroku, dotyku, możliwość utrzymywania równowagi, metabolizm, układ hormonalny, krwionośny, oddechowy i wiele, wiele innych, ale przede wszystkim mózg. Nasze działania, zaniechania, marzenia, plany, rozterki, problemy – wszystko to rozgrywa się przede wszystkim w wewnętrznym, neuronalnym świecie...

Problem pojawia się, jak coś w tej genialnej maszynie przestaje funkcjonować, jak jakaś śrubka się obluzuje, zamortyzuje się jakaś część, coś tam odpadnie, a coś się wyeksploatuje. Najgorsze jednak, jak ingerujemy weń fizycznie i chemicznie i nagle zaprzestaniemy, bo wpierw przejmujemy kontrolę, a później puszczamy stery i... się sypie.

Zaburzona biochemia mózgu... niesamowite, jak z dnia na dzień potrafi wyssać życiową energię, do cna, odebrać siły witalne, radość życia, pogodę ducha, stabilność emocjonalną. Sprawić, że umycie zębów staje się problemem nie do przejścia, że zjedzenie kanapki jest ponad ludzkie siły, że wyć się chce bez większego powodu, że wstanie z łóżka urasta do rangi wspięcia się na Mount Everest, że każdy ostry dźwięk drażni, że światło dzienne oślepia zwężone źrenice, że nadchodzący wieczór paraliżuje strachem, że roześmiane twarze innych powodują większy ból, że zapachy dochodzące z kuchni stają się smrodem nie do zniesienia, że widok osób spożywających posiłek napawa obrzydzeniem, że roześmiane, płonące dotąd czerwienią usta nie składają się nawet w grymas uśmiechu, że w sekundę po otwarciu oczu rzeczywistość przygniata i pojawia się ból egzystencji, że świat staje się mroczny i niebezpieczny, że przejście kilku kroków powoduje zadyszkę, że ulubiona książka to zwykła kupa makulatury leżącą na półce, że dźwięk esemesa lub e-maila od przyjaciela nie cieszy, że obolałe, wykręcone i poturbowane ciało odmawia posłuszeństwa, że każda minuta ciągnie się w nieskończoność, że chciałoby się tylko usnąć i tak po prostu być i w końcu nie czuć...


Depresja... tej pani już dziękuję. Mogę być hipokrytką. Mogę być lekomanką. Nie mogę być chora, bo tak funkcjonować się nie da. Ego boli... niesamowicie. Teraz będzie tylko lepiej...


czwartek, 17 września 2015

O mój Boże! Mam nawrót!

Leki z grupy selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI) potocznie zwane antydepresantami, przyjmowałam w życiu (w procesie leczenia farmakologicznego i psychoterapeutycznego jednocześnie) trzykrotnie. Wiedziałam więc, że by uniknąć wystąpienia poważnych, przykrych, a czasami wręcz zagrażających życiu objawów, nie należy odstawiać ich zbyt szybko. Tylko że... ja jestem raptusem i zrobiłam to w tempie przyspieszonym. Bardzo przyspieszonym. Oczywiście skonsultowałam mój pomysł z lekarzem, bo w życiu nie zrealizowałabym go sama, ale to wcale nie zdejmuje z moich barków odpowiedzialności za taki wybór. Skróciłam ten okres z kilku tygodni do... kilku dni (stara, a głupia!). Jaki jest tego rezultat? Wróciły mi bardzo nieprzyjemne dolegliwości, których powody mogą być dwa. Zespół odstawienny, czyli w przypadku leków z grupy SSRI tak zwany zespół dyskontynuacji, albo nawrót depresji. Pierwszy występuje na skutek gwałtownego odstawienia, bądź zredukowania dawki leku. Wówczas reakcja organizmu pojawia się błyskawicznie. Już w ciągu 24-72 h od ostatniej dawki leku wracają (lub z różnym nasileniem mogą wrócić) wszystkie objawy choroby: zaburzenia emocjonalne, płaczliwość, lęki, niepokój, drażliwość, bezsenność, zaburzenia żołądkowo-jelitowe, drżenia mięśniowe oraz objawy grypopodobne takie, jak bóle mięśni i osłabienie. Charakterystyczne jest jednak, że nie nasilają się, a słabną z czasem. Natomiast nawrót depresji rozwija się raczej tygodniami i w odwrotny sposób - od mniej uciążliwych objawów, po te bardziej dokuczliwe. Nie mniej depresja jest chorobą, na którą pożywką jest strach, lęk i stres, one ją po prostu napędzają, więc snucie ponurych wizji, pisanie czarnych scenariuszy i rojenia na temat koszmarnych konsekwencji objawów, które w tym momencie władają moim ciałem i moim umysłem, a które "radośnie" i "ochoczo" uprawiam, zdecydowanie nie jest wskazane.

Zdroworozsądkowo staram się nie dowierzać projekcjom, które tworzy mój mózg - To znowu depresja! Ratuj się kto może! Mam też cały czas na uwadze to, że moja głowa może mnie oszukiwać, więc zaczęłam robić to, na czym się znam - analizować. W tym wypadku fakty i okoliczności. Zaczęłam się zastanawiać, z czego może wynikać mój obecny stan, czego potrzebuję, a w efekcie, jak sobie pomóc? A fakty są takie: rzeczywistość się nie zmieniła, problemów/spraw do załatwienia mi raczej nie przybyło, w pracy - bez większych zmian, w relacjach damsko-męskich - bez zmian, w finansach - bez zmian. Zmieniła się pogoda, pora roku i... na skutek odstawienia leków chemia w mózgu. A ta, po jakimś czasie (oby niedługim!), sama powinna wrócić do równowagi. Możliwe, że dozgonnie muszą brać antydepresanty ludzie, u których depresja jest endogenna (pochodząca "z wewnątrz" organizmu, biologiczna), natomiast moja była wyraźnie egzogenna, wynikała z konkretnej sytuacji, konkretnych wydarzeń.

Jakie są zatem wyniki mojej autoanalizy? Ja się "tylko" boję powrotu depresji. Że znowu zawładnie moim życiem, że pojawi się nie wiadomo skąd. Coś jak... i nawet nie wiem, jak znalazłem się w knajpie (żeby od tematyki bloga nie odbiegać zbytnio). Trudno mi w obecnym stanie psychofizycznym przyjąć do wiadomości i zaakceptować, że to, co było do poukładania - ułożyłam, że nie ma powodu, by choroba wróciła. Więc... boję się. Wskakuję w stare buty, gdy czuję zapach suszonych prawdziwków z kuchni, gdy na dworze jest zimno i ciemno, gdy muszę się mobilizować, by robić to, co do tej pory robiłam z przyjemnością, gdy nie bawi mnie (jak dotychczas) czytanie, odpoczywanie, zakupy, rozmowy. Przypominają mi się nerwicowo-depresyjne czasy i wraca lęk przed tym, co było. A raczej przed tym, czego już nigdy nie życzyłabym sobie doświadczyć. Gdy łykałam leki byłam "oficjalnie" chora. Nawet, gdy mi się pogarszało, WIEDZIAŁAM, że się poprawi. Teraz... "oficjalnie" chora już nie jestem, a więc i wymówek nie mam. Gorsze samopoczucie automatycznie interpretuję - O mój Boże! Mam nawrót! - a przecież... nie mam! Chyba... Choć, jak będę się nakręcać, to zdecydowanie zwiększam swoje szanse "powodzenia".

Dlaczego godzę się na to cierpienie? Dlaczego próbuję pomimo lęku, bólu i cierpienia? Bo ja chcę być obecna w swoim życiu. Bez środków zmieniających świadomość. A przynajmniej tak długo, jak będzie to tylko możliwie. Jeśli wspólnie z lekarzem poweźmiemy decyzję, iż powrót do leczenia jest mniejszym złem - trudno, przełknę tę gorzką pigułkę. Ostatecznie ważne są intencje. A moje są takie, że ja nie chcę łykać tych leków, ale nie chcę też zrobić sobie krzywdy. Nie chcę, by za dwa miesiące okazało się, że w wyniku jakichś tam okoliczności wdepnęłam raz jeszcze w to g... i pomimo dwuletniej farmakoterapii od początku będę się przyzwyczajać do lekarstw (w moim przypadku to proces około 2 miesięcy), bo nie dam rady bez nich. Unikanie cierpienia? Tak. Ale raczej przyszłego i długotrwałego, niż obecnego. Choć teraz czuję się źle. Obiektywnie, bez jakiegoś szczególnego użalania się. Wiem, że na wyciągnięcie ręki mam znieczulacz i gdyby w życiu chodziło mi o krótkotrwałe zyski, a nie długofalowe efekty moje pragnienie szybkiej ulgi wzięłoby górę. Tylko... czy to już by nie zakrawało na lekomanię? Nie chcę takiej etykietki. Nie godzę się na nią. 

Początkowo chciałam opublikować ten post dopiero, jak sytuacja się wyklaruje i z prawdopodobieństwem bliskim pewności, zarówno na poziomie odczuć i myśli, będę mogła orzec, co jest/było przyczyną mojego stanu, ale... nie po to robię, co robię, by na końcu okazało się, że jestem obłudną hipokrytką, która pisze, jak to jest wspaniale, kiedy... czasami wcale nie jest.

piątek, 11 września 2015

All That Jazz

Dzisiejszy świat to miejsce dla człowieka dość niebezpieczne. Nie mam tu na myśli wojen, terroryzmu, polityki, wszędobylskiej inwigilacji i całej tej... mafii sprawującej władzę (na których nota bene się nie znam, więc i wypowiadać nie zwykłam), choć dzisiejsza data - 11 września - niezmiennie kojarzyć mi się będzie z zamachami na WTC, ale tempo życia, które rośnie od czasu rewolucji przemysłowej. Przecież czas to pieniądz! Szybka kasa, szybkie jedzenie, szybki seks, szybkie odchudzanie, szybkie rozmowy, szybkie pożyczki. Tempo, bo nie można wypaść ze stawki, a przyspieszyć nie da się już więcej. Powszechna presja na rywalizację i autoprezentację, wyścig szczurów korporacyjnych - liczę się tylko ja, muszę być najlepszy - i to już od czasów szkolnych; dodatkowy angielski, hiszpański i chiński, judo, tenis i pływanie, lekcje śpiewu i gry na fortepianie. A to wszystko często kosztem zdrowia, rodziny, przyjaciół, relacji, więzi... miłości. Mam wrażenie, że to, co miało ludziom służyć, dziś zdecydowanie bardziej szkodzi. I jakoś przestaje dziwić, że nasze życie jest w proszku i jakością przypomina zupkę błyskawiczną.

Rośnie liczba cierpiących na zaburzenia psychiczne, depresje, napady lęku, bezsenność i uzależnienia. Przeczytałam gdzieś ostatnio, że w Polsce mamy niemal dwa razy więcej samobójców, niż ofiar wypadków drogowych i zabójstw! Przyznam szczerze, że ta informacja mnie poraziła. Z czegoś to do cholery wynika. I zapewne nie z tego, że Polaków nie stać na samochody. To, co dziś dla mnie może być mało istotne, dla kogoś innego może oznaczać koniec świata. Egocentryczne postrzeganie ludzi uniemożliwia mi realną im pomoc. Inaczej przecież przeżywa niepowodzenia szkolne, czy zwykłą kartkówkę młody człowiek, a inaczej dorosły z perspektywy swojego życia i doświadczeń. Tylko później płacz, zgrzytanie zębów i pytanie pozostające bez odpowiedzi - dlaczego to się musiało tak skończyć? 

Jestem dość wrażliwą osobą. Mam też bardzo ograniczoną odporność na stres. Te cechy sprawiają, że niektóre sprawy emocjonują mnie za bardzo i jakby automatycznie, są poza mną i moją kontrolą. Przeprowadzka, lot samolotem, ślub, rozmowa kwalifikacyjna, nowa praca, rozwód, kłótnie, nieporozumienia, choroby bliskich, urazy i złośliwości kosztują mnie za każdym razem bardzo dużo. Zdarza się, że kilka dni dochodzę do równowagi. A przecież tak naprawdę to kwestie tak mało istotne w życiu, że szkoda sobie nimi nawet myśli zaprzątać. Już dawno za mną. Przeżyłam. Mam się dobrze. To, co dziś spędza mi sen z powiek za kilka lat będzie tylko wspomnieniem, epizodem, ułamkiem mojego świata, a co dopiero za lat kilkanaście, czy kilkadziesiąt?  Niektóre wydarzenia traktujemy w kategoriach tragedii, bądź sukcesu, ale tak naprawdę kto zna całe spektrum czasu? Kto wie, co przyniesie jutro i jak wydarzenia z dziś ukształtują moją przyszłość? Cały ten zgiełk, hałas, pośpiech, harmider i ruch panujący dookoła mnie sprawia, że niektóre moje reakcje zdecydowanie przekraczają ważność albo znaczenie ich przyczyny. 


Jaki jest na to sposób? Zmienić perspektywę, przesunąć horyzont, spojrzeć szerzej i dalej. Przecież nijak się to ma do wieczności. Sprawy, zdarzenia, ludzie... wszystko to tylko proch i pył - choć dziś wydają się ważne i absorbujące. 

Milczenie świata - to rzeczywistość. Nasz hałas, nasze interesy, nasze zamiary i wszystkie pełne pretensji opowiadania o naszym zgiełku, naszych interesach i zamiarach - to iluzje. [Thomas Merton - Nikt nie jest samotną wyspą].

wtorek, 1 września 2015

Wierząca niepraktykująca?

Piątek wieczór. Zgraną paczką, w wyśmienitych humorach idziemy wzdłuż sopockiej Monte Cassino na clubbing. Mijając znajdującą się tam jezuicką świątynię ktoś żartobliwie rzuca:

- Mamy jeszcze trochę czasu. Może pójdziemy do kościoła?

- Nie chodzę do kościoła - odpowiadam równie wesoło, choć w moim przypadku zupełnie prawdziwie.

- Nie wierzysz w Boga?

- Wierzę.

- A... czyli jesteś wierząca niepraktykująca - skwitowała i zanim zdążyłam zaprotestować temat uległ zmianie.

Może i dobrze, bo to nie był ani czas, ani miejsce na takie rozważania. Ale to mi dało do myślenia... dnia następnego. 

Ano zastanówmy się, co znaczy "praktykować", w tym konkretnym przypadku wiarę w Boga, którą rozumiem, jako poddanie się Jego woli. Jestem chrześcijanką. Trudno uznać, iż samo to, że wierzę jest praktykowaniem, wcielaniem w życie, stosowaniem w praktyce czegokolwiek. Przecież wiara to łaska, niezasłużony przeze mnie dar, który od Niego otrzymałam. Jeśli zatem w jakiś sposób mogę ją praktykować, to raczej stosując się do Jego zaleceń. To jest moje zadanie. Przecież po owcach ich poznacie. Wierzę, że Pan Bóg zostawił mi (nam) wskazówki w postaci przykazania miłości i Dekalogu. Wierzę, że do świętości, na drodze własnej pracy i starania, pielęgnowania i rozwijania cnót, powołuje każdego z nas. I wcale nie chodzi o coś nadzwyczajnego, tylko właśnie codziennego, normalnego i powszedniego. Czy potrafię kochać innych ludzi, stawiając ich na pierwszym miejscu? Czy nie marnotrawię czasu mi tu danego? Czy potrafię być uczciwa wobec siebie i innych? Czy nie krzywdzę swoimi czynami, bądź zaniechaniami bliźnich? Czy nie okradam ich realizując swoje zachcianki? Czy nie targa mną zazdrość, żądza i zawiść?
  
Czy wyrazem wiary w Boga jest cotygodniowe, bezrefleksyjne uczestnictwo w liturgii, po której ochoczo i radośnie wracam na gapę autobusem do domu, bo przecież to tylko dwa przystanki  (Nie kradnij!), po czym z papierosem w dłoni (Nie zabijaj!) przystępuję do złorzeczenia na sąsiadkę (Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu!), bo szlag mnie trafia, że ona nie zasługuje na takiego fajnego męża, a na dodatek kupili sobie nowy samochód (Nie pożądaj żony bliźniego swego! Ani żadnej rzeczy, która jego jest!)? Z całą pewnością jest to praktyka, tyle tylko, czy oby na pewno o to chodziło?

Mam świadomość, iż powyższe zdanie jest przerysowane i głęboko wierzę w to, że są katolicy, którzy potrafią łączyć obrzędowość z wcielaniem w czyny wiary w Boga. Nawet takich znam. Po to jesteśmy ludźmi, by wybierać, co nam służy, ale również po to, by ponosić konsekwencje tych wyborów. Tyle tylko, że żeby wybrać trzeba mieć świadomość różnych dróg, czyli poświęcić trochę czasu by się zastanowić, w co ja tak naprawdę wierzę, czemu i Komu chcę i jestem skłonna się podporządkować? Moim zadaniem jest działać, a nie oczekiwać, że ceremoniały odprawiane co niedzielę na klęczkach zapewnią mi nagrodę w postaci zbawienia.

Ostatnio miałam niekłamaną przyjemność rozmawiać z sześciolatkiem o Bogu. Takie oto między innymi pytania mi zadawał: Kim jest Bóg? Jak wygląda? Gdzie jest? Czy ma skórę i krew? A co się dzieje z krwią po śmierci? Skąd się wziął Bóg Ojciec? Jak się urodził? Jak on będzie widział Boga, gdy będzie w trumnie? Dlaczego Adam i Ewa się wstydzili nagości, jak zjedli jabłko? Czy Bóg też był nagi? Czy byli tam inni ludzie? A co to jest cierpienie? A można robić psikusy, żeby Bóg nie był zły? Czy Jezus umiał stworzyć kwiatki na trawie? Od razu, czy się tego nauczył? A czemu on nie potrafi tego wszystkiego, co jego tatuś? Jak Bóg do niego mówi? itp. itd.

Czy kiedykolwiek, Czytelniku, zadałeś sobie trud, by na takie lub podobne odpowiedzieć? Nawet tylko na własny użytek? Dopiero gdy pozbędziemy się pewności właścicieli prawdy, gdy uświadomimy sobie, że jesteśmy w drodze, a nie u celu, nasza droga przestanie być błądzeniem w zaczarowanym kręgu beznadziejnego powtarzania. (Tomáš Halík „Hurra, nie jestem Bogiem!”)

Nie. Nie jestem niepraktykująca. Śmiem twierdzić, ze praktykuję nawet bardziej niż niektórzy ludzie. Ale... staram się również pamiętać, by nie osądzać innych tylko dlatego, że grzeszą w inny sposób.

Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? (Mt 7, 1-3)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Komfort niewiedzy

Na pewne treści, nazwy, terminy, powiedzenia od jakiegoś czasu jestem wyczulona.  Kiedyś zapewne nie zwróciłabym na nie uwagi, ale teraz... To nawet nic specjalnie dziwnego. Słowa, zdarzenia, książki, inni ludzie są naszym lustrem, widzimy w nich wyraźniej to, co już mamy w sobie, więc kiedy podczas jednej z ostatnich rozmów (z osobą spoza branży alkoholowej, w której funkcjonuje ono często) usłyszałam zdanie, że ludzie są skazani na rozwój i szacuje się, że tylko 5% populacji tak żyje, od razu przykuło to moją uwagę. Nie wiem, kto szacował, takich statystyk nie widziałam; nie wiem też kto twierdzi, że tak powinno być, ale w moim przypadku się zgadza. I nie jestem do końca pewna, czy to mi się podoba. Bo im mniej człowiek wie, tym łatwiej i wygodniej jest mu żyć.

Zawsze byłam dobrą uczennicą, posłuszną, niestwarzającą problemów, z wzorowym zachowaniem. Te cechy sprawiły, że gdy przechodziłam pierwszą (i każda kolejną) w życiu psychoterapię behawioralno-poznawczą umiałam się stosować do zaleceń. Wykonywałam je z zaangażowaniem i determinacją, pomimo lęku. Wyzdrowiałam. Problem w tym, że wówczas przestałam dbać o higienę psychiczną i emocjonalną. Wróciły stare schematy myślowe. Przecież to ja wiedziałam lepiej, co jest dla mnie dobre, więc zignorowałam zalecenia, które nota bene wydawały mi się czasami po prostu śmieszne (moja ignorancja i arogancja sięgały zenitu). Była jeszcze jedna kwestia. Podporządkować się zaleceniom osoby, której ufałam, którą ceniłam, która mnie z nich rozliczała - potrafiłam doskonale, natomiast gdy sama miałam się do czegoś zmusić, czy zmobilizować, było... delikatnie to ujmując, różnie. Lęki wróciły. Abstrahuję teraz zupełnie od faktu, że najprawdopodobniej leczyłam objawy, nie przyczynę, ale gdybym tylko kontynuowała wskazówki terapeutki, nasilenie moich dolegliwości z całą pewnością nie wzrastałoby w tempie lawinowym.

Stąd wnioskuję, że jestem skazana na rozwój. Po prostu nie umiem, nie potrafię żyć w monotonii dnia codziennego - dom, praca, zakupy, obiad, dzieci, jakieś rozrywki/obowiązki, sen, sprzątanie, praca, zakupy... i tak w kółko. Pewne indywidualne predyspozycje, skłonność do automatyzacji i upraszczania niektórych czynności do granic możliwości powodują, że z czasem działam schematycznie i bezrefleksyjnie, frustruje mnie to, a wówczas moje myśli zaczynają wirować tworząc pod czaszką sieć poplątanych przewodów, których rozsupłanie z każdym dniem staje się trudniejsze. Czy to źle, że moją drogą najwyraźniej jest ścieżka wiedzy, rozwoju i nowych doświadczeń? Ależ skądże! Tylko... taka właśnie bywa niekomfortowa, a czasami wręcz niebezpieczna. Przede wszystkim dlatego, że wiedza zobowiązuje. Od ludzi światłych oczekuje się po prostu więcej i trudniej zakamuflować zwyczajne lenistwo. Niebezpieczna zaś bywa dlatego, że intelekt, umiejętności i doświadczenie, które nie służą drugiemu człowiekowi, mogą stać się przyczyną poczucia wyższości, a nawet pychy. Cały czas muszę pilnować, by stawać się lepszą dla kogoś, a nie od kogoś. Bo pycha najbardziej ze wszystkiego oddala nas od Boga.

Jest jeszcze jedna kwestia, której przeoczenie byłoby dużym błędem. Chyba najtrudniejsza i nie do końca przeze mnie opanowana. Mianowicie przyznanie, iż wiem, że nic nie wiem. A to jest trudne, no... bo ja przecież wiem, prawda? I to najlepiej! Hm..."Czym różnią się geniusze od osób zwyczajnych, przeciętnych? Wszyscy normalni ludzie wiedzą, że coś jest niemożliwe, że nie da się zrobić, a geniusz to ktoś kto o tym nie wie, więc zaczyna robić i odkrywa sposób, metodę, rozwiązanie. Dzieci są geniuszami. Zanim rodzice, opiekunowie, system wychowawczy i edukacyjny nie wyrwą ich z rzeczywistości i nie przeniosą w krainę własnych przekonań, stadnie akceptowanych prawd i innych iluzji, które z rzeczywistością mają niewiele wspólnego."*

Tylko wtedy, kiedy pozbędę się pewności właściciela prawdy, kiedy będę mogła zostawić na boku moje przekonania, doświadczenia, poglądy i opinie  przyjęte przeze mnie dawno temu, ale nigdy później nie weryfikowane w praktyce, tylko wtedy będę mogła mieć otwarty na poznawanie rzeczywistości umysł i szansę na obecność we własnym życiu. Funkcjonowanie na autopilocie mnie nie interesuje. Już nie.

Należy strzec się ludzi, którzy są pewni tego, że mają rację, bo...
tylko Bóg wie wszystko, ale oni i tak wiedzą lepiej...


---
* Meszuge, "Przebudzenie. Droga do świadomego życia", Wyd. IPS, 2014, str.49

sobota, 15 sierpnia 2015

Aurea mediocritas

Nie tak dawno temu pisałam, że sposobem na szczęśliwe życie jest wdzięczność. Jakiś czas po tym - co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu - natknęłam się na cytat z  Melody Beattie: "Wdzięczność otwiera pełnię życia. Sprawia, że to, co mamy, wystarcza. Zamienia opór w akceptację, chaos w porządek, konfuzję w klarowność. Może zamienić posiłek w ucztę, mieszkanie w dom, obcego w przyjaciela. Wdzięczność nadaje sens przeszłości, przynosi pokój dzisiaj i tworzy wizję jutra". W dalszym ciągu zgadzam się z powyższymi tezami, choć mam pewne wątpliwości, co do... doboru powodów wdzięczności i tego, czy wynajdując ciągle nowe, nie zamykam sobie drzwi do rozwoju.

Niewątpliwie, każdego dnia mogę znaleźć coś, za co będę mogła podziękować (na przykład za rodzinę, przyjaciół, dach nad głową, zdrowie, pokarm, pracę...), a w efekcie, z czego będę mogła się cieszyć. Problem pojawia się w momencie, kiedy mam potrzebę posiadania czegoś bardziej i pełniej, że wewnętrznie czuję, iż zasługuję na coś lepszego, że stać mnie na więcej, ale próbuję przekonać się do czegoś zupełnie innego. Ileż mogę dziękować za nieźle płatną  pracę, choć ta mnie nie satysfakcjonuje, albo za męża, co prawda pijaka, ale który nie bije? Mogę sobie codziennie powtarzać, że zawsze może być gorzej i w związku z tym być wdzięczną za to,co mam, ale czy to oby na pewno będzie z korzyścią dla mnie? Jeśli wmawiam sobie, że się cieszę, że jestem szczęśliwa, spełniona i niczego mi nie brakuje, to niewątpliwie na krótką metę dostaję to, czego potrzebuję, czyli ulgę. Nie muszę nic robić, nic zmieniać, wysilać się. W pewnym sensie marnuję, bo nie pomnażam talentów, które od Niego otrzymałam. A przecież już wiem, że zmiany są konieczne, a tylko cierpienie mnie do nich mobilizuje, to ono determinuje podjęcie określonego działania i popycha do wkroczenia na wyższy poziom rozwoju, a tym samym do coraz lepszego poznawania siebie i stawania się lepszym człowiekiem. Jak często zdarza się, że zmieniamy coś, co doskonale funkcjonuje?

Wymyśliłam kiedyś (było to zapewne pokłosie terapii behawioralno-poznawczej), że moim największym wrogiem jestem ja sama i moje postrzeganie świata. Że jeśli postawię sobie poprzeczkę za wysoko, to będę cierpiała, ale wystarczy ją trochę obniżyć, by móc żyć w pełni szczęścia.  Pomimo że z prawdziwymi pragnieniami i potrzebami nie miało to dużo wspólnego, pozornie działało, bo krótkofalowo zmniejszało mi dyskomfort psychiczny, poprawiało bilans emocjonalny. Zawsze byłam ambitna i perfekcyjna, ale perspektywa zmian generowała we mnie lęki, a powrotu do nerwicowego stanu się bałam, więc wmawiałam sobie, że jest dobrze, choć... nie zawsze było. Dokładnie taki sam komfort daje poczucie wdzięczności. I, o ile czasami jest to dobra metoda, to czasami usypia, sabotuje pożądany kierunek, w którym powinnam zmierzać. Człowiek powinien dążyć do coraz lepszego poznawania siebie, do przekraczania własnych granic, a nie obniżania lotów.

Stare przysłowie mówi, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Przecież to jest bzdura! Jak się nie ma co się lubi, to się ma co się nie lubi. Po prostu. Zakłamywanie rzeczywistości i manipulowanie swoimi uczuciami nie jest dobrym rozwiązaniem i pomysłem na całe życie. Takim jest rozwój osobisty. Poznając siebie zmierzam do harmonii ciała, duszy i umysłu, do osiągnięcia wewnętrznej integralności. Do stanu, w którym to co mówię jest spójne z tym, co czuję i co myślę. To rozwój osobisty zbliża mnie do doświadczenia poczucia spełnienia i satysfakcji.

W związku z powyższym nie wiem, gdzie leży złoty środek między tymi dwiema drogami? Między wdzięcznością za zasoby, którymi zostałam obdarzona, a dążeniem do zmian? Nie da się jednocześnie unikać cierpienia, to jest cieszyć z tego, co mam oraz go zaznawać, by zacząć coś zmieniać. Może odpowiedzią jest... pokora? Czyli zgoda na to, na co wpływu nie mam, odwaga, by zmieniać, co jest w zasięgu moich możliwości i mądrość, by umiała odróżnić jedno od drugiego?

niedziela, 2 sierpnia 2015

Wspólnota AA... czyli jak pijacy uratowali mi życie

Psychoterapia współuzależnienia, szczególnie spotkania grupy terapeutycznej, była dla mnie dobrym początkiem w procesie zdrowienia z koalkoholizmu. Pozwoliła mi stanąć oko w oko z problemem, przejrzeć się jak w lustrze w życiorysach współtowarzyszek niedoli. Wdzięczna jestem bardzo - i do końca życia będę - mojej terapeutce, bo to ona okazała mi ciepło i zrozumienie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. Nie mniej jednak dla mnie, sama terapia to było za mało. Potrzebowałam czegoś więcej. Wówczas na mojej drodze stanął człowiek - trzeźwy od kilkunastu lat anonimowy alkoholik, który wypełnił tę lukę. W kwestii choroby alkoholowej i możliwości zdrowienia, dowiedziałam się od niego więcej, niżeli usłyszałam na terapii przez blisko rok. To on uświadomił mi, że abstynencja nie jest kwestią silnej woli, a nadużywanie alkoholu to tylko symptom choroby. Bez tej wiedzy żyłam w poczuciu krzywdy i żalu nie rozumiejąc, dlaczego mąż - człowiek, którego kochałam i który twierdził, że kocha mnie, zachowuje się w sposób, który rani nas oboje. Dopiero ten AAowiec pomógł mi zrozumieć, że czerpałam pożytki z męża alkoholika, a na dodatek byłam pożywką na jego chorobę. Że współuzależnione kobiety bardzo często nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje życie, że stawiają się w roli ofiary i użalają  nad sobą, twierdząc, iż to partner zmarnował im całe życie. A przecież to nie jest prawdą! Każdy dorosły człowiek ma prawo podejmować decyzje i  dokonywać wyborów, ale również obowiązek ponosić konsekwencje tychże. Odpowiedzialność! Nikt mi przecież pistoletu do skroni nie przystawiał. Wybierałam tak, a nie inaczej.

Wiedza na temat uzależnienia, zrozumienie jego mechanizmów i poznanie istoty było dla mnie podstawą, fundamentem, punktem wyjścia do wydostania się ze szponów współuzależnienia. Pomogła zrzucić z barków odpowiedzialność za drugiego człowieka i pozbyć się przygniatających wyrzutów sumienia, że może gdybym ja... a może spróbować tego... Jeszcze wówczas roiłam sobie, że pomagam, wspieram, że to ja jestem lekarstwem i że mąż nie poradzi sobie beze mnie. Oczywiście to, że wiedziałam, nie oznaczało wcale, że miałam, więc następnym i niezbędnym punktem w procesie zdrowienia było poznanie praktycznych rozwiązań oraz zastosowanie ich we własnym życiu - i to nastąpiło znacznie później - ale to właśnie był punkt zwrotny. Tutaj jestem zobowiązana przyznać się do czegoś. Początkowo chłonęłam tę wiedzę, jak gąbka by uświadomić męża, robiłam to dla niego. Moje wysiłki polegały na tym, by odpowiedzieć na pytanie: Co zrobić, żeby on?, dopiero później zamieniło się to w: Co zrobić, żebym ja? To dla niego kupiłam "Alkoholika. Autobiograficzną opowieść o życiu, piciu, uzależnieniu i wyzwoleniu" Meszuge. Na szczęście, zanim mu ją sprezentowałam, przeczytałam sama. A że mam taką... przypadłość, iż lubię czytać wszystko "w serii" i to w kolejności - kupiłam wszystkie książki Meszuge, a później Miki Dunin, Wiktora Osiatyńskiego. Oni powoływali się na jakieś jeszcze i tak trafił w moje ręce Morgan Scott Peck, Richard Rohr, Eric Berne i... William Griffith Willson. Martwił mnie trochę fakt, iż w AA mają tam jakieś swoje Tradycje, szczególnie problematyczna była ta o wyłączności celu, bo stanowiła, iż Program, który pomaga im nie jest dla mnie, ale... przekorna i butna z natury postanowiłam inaczej. Wtedy też trafił w moje ręce "Alkoholizm zobowiązuje". Szczególnie zainteresował mnie jej podtytuł "Nie tylko dla alkoholików gawędy o trzeźwym myśleniu, odpowiedzialności i rozwoju duchowym". Tak! To było to, czego potrzebowałam. Nie tylko dla alkoholików, czyli dla mnie! "Program powrotu do zdrowia Anonimowych Alkoholików, w ogromnym skrócie i uproszczeniu, zawarty jest w Dwunastu Krokach AA. Alkoholu i picia dotyczy tylko niewielki fragment pierwszego z nich. Reszta to sposób na dobre, satysfakcjonujące, pogodne, spełnione życie."* Hura! Byłam uratowana! Przynajmniej teoretycznie... Odrobinę później, w połowie 2014  roku na rynek wyszło "Przebudzenie. Droga do świadomego życia" Meszuge, a w nim dostałam gotowe wskazówki, praktyczne rady. Trzeba było tylko się do niech zastosować. Wówczas wszystko potoczyło się lawinowo. Zaraziłam się skutecznie i z pożytkiem dla siebie duchowością (nie religijnością!) AA.

W międzyczasie trafiłam na mój pierwszy w życiu mityng Anonimowych Alkoholików. Wiąże się z tym nawet dość zabawna historia. Na początku spotkania prowadzący spytał, czy ktoś jest pierwszy raz; ja, zgodnie zresztą z prawdą, nieśmiało podniosłam rękę i... gromkimi brawami zostałam przyjęta do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików! :-) Dopiero w trakcie przerwy udało mi się sprostować to nieporozumienie. Był to mityng, na którym pewien alkoholik miał swoją pierwszą w życiu spikerkę. Nie opowiadał o pijackich wybrykach, a o tym, jak u niego się zaczęło i co po drodze musiało się zdarzyć, ale przede wszystkim, jak Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików wyprowadza go na ludzi. Było to bardzo budujące, nawet dla mnie - nieuzależnionej. Natomiast po spikerce, gdy przyszła kolej na zadawanie pytań, jeden z alkoholików powiedział, że przechodził już kilka razy terapię uzależnień, chadza na mityngi AA i nic mu nie pomaga, ale dzięki temu, co właśnie usłyszał, pewne rzeczy zrozumiał i choć nie do końca wierzy, spróbuje i poprosi kogoś o pomoc. To było niesamowite. Tak po prostu, po ludzku wzruszające.

Wystarczyły mi trzy miesiące kontaktu, nieskończona ilość dobrej woli i cierpliwości mojego... hm... nauczyciela, a także zintensyfikowana, łapczywa, a nawet obsesyjna wręcz lektura tych wszystkich tekstów, bym otworzyła oczy na wiele rzeczy. Rzeczy, których początkowo nie byłam w stanie zrozumieć, których nie byłam w stanie zobaczyć, do których bałam się zaglądać, bagatelizowałam, a przy tym rzeczy tak zwyczajnych, normalnych,  oczywistych i codziennych! W końcu, powolutku coś do mnie zaczęło docierać. Zaczęłam dostrzegać, że nie można sobie rościć od drugiego człowieka miłości, przyjaźni, zainteresowania. Przestałam tupać nóżkami i upierać się, że ja chcę być z mężem, bo... bo tak! Zrozumiałam, że miłość to decyzje i wybory, a nie nastolatkowe egzaltacje. Pojęłam że do tanga trzeba dwojga - nie ma kata bez ofiary. A skoro ja celowo (choć może nieświadomie) stawiam się w roli ofiary, to coś muszę z tego mieć. Tak wybieram.  A skoro wybieram, to może przestanę wreszcie marudzić i się użalać nad sobą. Wzięłam odpowiedzialność za swoje życie. Przestałam naiwnie wierzyć, że coś się jakoś samo stanie. Że się w końcu zacznie. Wcześniej, ja po prostu nie chciałam wielu rzeczy robić. Było mi to nie na rękę. Wymagało podjęcia wysiłku i zmian, których się bałam. Wymagało odpowiedzi na pytania: "Jakie mam wartości, co jest dla mnie najważniejsze w życiu, ile czasu temu poświęcam, w co wierzę, a w co nie? Dobra, a teraz w co naprawdę wierzę, a w co absolutnie nie? Co składa się na prawdziwą kobiecość? A na męskość? I czy jest jakiś stabilny wzorzec? Jak sobie wyobrażam idealną matkę, ojca, dziecko? Czy mój ideał ma oparcie w rzeczywistości? Jest realny? Co znaczy być uczciwym człowiekiem? Być porządnym człowiekiem? Być człowiekiem honoru? Co oznaczają te wszystkie pojęcia, których z lubością używam na co dzień? Jak ich używam? Co znaczą przyjaźń, odpowiedzialność, szacunek, uczciwość? Co naprawdę dla mnie znaczą? I jakie mają przełożenie na moje życie, na konkretne zachowania?**  Wówczas zrozumiałam, czym jest gotowość i zaczęłam zmieniać siebie i swój stosunek do życia i ludzi. I to było to! Moja terapeutka kilkakrotnie powtarzała, że moje zmiany zaczęły się po kontakcie ze środowiskiem AA. Zaleciła nawet wszystkim uczestnikom grupy, by na mityng otwarty się wybrali. By posłuchali, co trzeźwi alkoholicy mają do powiedzenia, bo skoro to pomogło mi, to może jest w stanie pomóc i innym? W najnowszej książce Meszuge "12 Kroków od dna. Sponsorowanie" oprócz szczegółowego i bardzo konkretnego opisu, jak w praktyce wygląda, czy może wyglądać realizacja Programu 12 Kroków AA, znajduje się również interpretacja Tradycji AAowskich, a pod każdą z nich króciutki opis, jak ich wdrożenie może wyglądać poza Wspólnotą Anonimowych Alkoholików - w domu, w pracy, w relacjach i to z pożytkiem dla wszystkich. Super! Tutaj chciałam przytoczyć kilka perełek, ale... musiałabym pół książki przepisać, więc... pozostawię ten niedosyt, by każdy zainteresowany książkę nabył i sam się przekonał.

Na świecie jest jedna osoba zobowiązana do przestrzegania zasad - ta, która sama tak postanowi. „Gdy ktokolwiek gdziekolwiek potrzebuje pomocy, chcę by napotkał wyciągniętą ku niemu pomocną dłoń AA. I za to jestem odpowiedzialny”. To słowa Deklaracji Odpowiedzialności Anonimowych Alkoholików z 1965 roku. Wiem, że dotyczą alkoholików, którzy wciąż cierpią, ale... ja też tą pomocną dłoń otrzymałam i cieszę się, że są ludzie, którzy postanowili się do tej zasady stosować. Wdzięczna jestem również Bogu, za moje doświadczenia życiowe, łącznie z mężem alkoholikiem, gdyż bez nich (może) nie poznałabym nowego sposobu na życie. Anonimowi Alkoholicy dali mi wiarę i nadzieję na lepsze i pełniejsze życie z moim alkoholikiem lub bez… Paradoksalne może wydawać się, że jeden, a nawet dwóch, czy kilku alkoholików doprowadziło mnie w pewnym sensie do depresji, a kilku innych pokazało drogę do lepszego życia, ale... pewnie tak miało być, bo skoro Bóg jest w niebiosach, to na ziemi wszystko jest w porządku.

Dziękuję!



---
* Meszuge, "Alkoholizm zobowiązuje", Wyd. WAM, 2013 r., str. 6
**  Mika Dunin, "Alkoholiczka", Wyd. WAM, 2014 r., str. 261-262

czwartek, 30 lipca 2015

Zaślepiona

Rozprawa o rozwód z orzeczeniem winy męża. Zeznaje moja siostra, później zeznaję ja i sędzia pyta - Czy od początku waszego małżeństwa tak było? - a mnie jakby ktoś obuchem w łeb trzasnął. Automatycznie odpowiadam - Oczywiście, że nie! Na początku było inaczej! - ale za chwilę, po raz pierwszy w życiu zastanawiam się, jak było naprawdę. Nie, jak chciałam by było, nie jak mi się wydawało, że było, tylko jaka była rzeczywistość. I odpowiadam - Tak... w zasadzie od początku małżeństwa tak było, tylko ja byłam jakaś zaślepiona miłością, planami i marzeniami, że jakoś to będzie, gdy tylko on...

Nasze wspólne życie dopiero się miało zacząć. Ja miałam 25 lat, a on na początku nie pił dużo. Gdy się poznaliśmy piwo o pojemności 0,33 l było dla niego wystarczające. Dopiero później, gdy zauważyłam ze pije więcej, niż przeciętny człowiek, zdarzało mi się obrazić (jakby to cokolwiek pomagało!), ale generalnie mi to nie przeszkadzało. Nie chciałam być, jak inne kobiety w mojej rodzinie, które swoich facetów strofowały za picie. Moje przekonania i wzorce były takie, że mężczyźni upijają się i już. Mnie przeszkadzało coś innego. To,  że nie mogłam na nim polegać, kłamał, oszukiwał i nie miał porządnej pracy. Przy czym przez porządną pracę nie mam na myśli jakiegoś super fajnego stanowiska i wysokiej pensji. Mam na myśli normalną umowę o pracę, z wynagrodzeniem wypłacanym terminowo, miesięcznie, na rachunek bankowy, z przysługującymi świadczeniami w postaci urlopu wypoczynkowego, itp. Tak, żeby można było zaplanować wydatki i zastanowić się, co zrobić z resztą. Po prostu, jak w życiu. Mąż takiej pracy nie miał w zasadzie przez cały okres naszego małżeństwa. Oczywiście to nie jest tak, że on zupełnie nie pracował. Czasami udawało mu się gdzieś zahaczyć. Wówczas dawał z siebie wszystko i był bardzo chwalony, ale jak tylko ta praca się kończyła, to... coś nie pozwalało mu znaleźć innej. Widać było, że ta sytuacja bardzo go frustruje, chciał mi dać gwiazdkę z nieba, popisać się, zadowolić, kupić coś ładnego, ale nie mógł, więc zamiast zrobić coś konstruktywnego wikłał się w różne pożyczki. A ja... starałam się go wspierać i nie mając świadomości, że robię mu krzywdę, ciągnęłam sama ten nasz wózek i jak tylko się o jakiejś dowiadywałam, natychmiast ją spłacałam. Kiedyś, za moją namową, mąż wpadł na pomysł, żeby pójść na jakiś kurs podnoszący kwalifikacje zawodowe, by łatwiej byłoby mu znaleźć pracę. Taki kosztował około 2.500 zł. Uznałam, że to rewelacyjny pomysł i dałam mu pieniądze, ale on na kurs nie poszedł, tylko skutecznie wmówił mi, że zapłacił, ale termin przegapił i klops... Potrafił zmanipulować mnie tak, bym uwierzyła, że brudny śpi na podłodze, nie dlatego, że jest pijany, tylko zmęczony i bolą go plecy, a w nocy wstaje i maszeruje po piwnicy, by je rozchodzić, nie w poszukiwaniu szczęścia,  że butelki po wódce pochowane wszędzie nie należą do niego, tylko do innych, że... Alkohol wyczuwałam od każdego, ale od niego nie. Gdy rodzina próbowała mi mówić, że coś jest nie tak, ja go broniłam, jak lwica. To był przecież mój mąż! Pamiętam, jak prosiłam siostrę, by go powąchała, bo jakoś "dziwnie" wyglądał śpiąc... Pewnego razu przyniósł do domu butelkę szampana i umowę o pracę, którą... sam wydrukował i podpisał za obie strony! Ja się tego domyślałam, ale chciałam mu wierzyć... więc wierzyłam. W tak zwanym międzyczasie wyrzucałam go z domu kilkakrotnie. A on wracał, przepraszał, błagał i obiecywał. Było mi łatwiej w to wierzyć, więc ufałam, iż tym razem będzie inaczej. Później dopadły mnie koszmarne stany depresyjne, zaczęłam się leczyć i tak minęło lat 3, kiedy to w czwartą rocznicę ślubu mąż nie przyszedł na noc do domu, bo obiecał wcześniej jakiś prezent i niespodziankę, a nie udało mu się zorganizować pieniędzy, więc się upił. Dałam nam jeszcze rok. Ten skończył się kolejnym dołkiem (moim!), a u niego nie zmieniło się nic... Wówczas trafiłam na terapię współuzależnienia. 

Od tamtego czasu minęły dwa lata i jestem tu. Dziś, gdy przypominam sobie te sytuacje, gdy czytam napisany  przed momentem tekst, wydaje mi się to wręcz nierealne, ale wówczas stanowiło najnormalniejszą w świecie normalność. I pomimo, że widzę, że to wszystko może wyglądać paskudnie, doskonale pamiętam, że nam naprawdę było razem dobrze... 

Kiedy cierpi dusza, krzyczy ciało. Gdyby moje nie zamanifestowało, iż źle się dzieje, pewnie bylibyśmy z mężem nadal razem. Tylko nie wiem, w jakim stanie  byłabym ja, bo tak naprawdę... co to był za związek?

Meandry myśli osoby współuzależnionej są naprawdę niesamowite...


wtorek, 21 lipca 2015

Tu zaszły zmiany

W komentarzu pod postem Czas robi swoje. A ty, człowieku? zostałam wywołana do odpowiedzi na pytanie, jak konkretnie, w praktyce wyglądają moje poczynania i działania? Z szacunku do Czytelnika, jak również czystej ciekawości siebie, postanowiłam pochylić się nad tematem zmian, które zaszły w moim życiu i myśleniu przez ostatnie dwa i pół roku. Wydaje mi się, że to odrobinę za krótki czas na podsumowania, ale... niech będzie. Wpis podzielę na konkretne, poparte datami, wymierne zmiany oraz takie... wewnętrzne, niematerialne, duchowe, mentalne, emocjonalne...
Fakty są takie. W pierwszej połowie 2013 roku, bardzo niechętnie i z ogromnym sceptycyzmem, podjęłam terapię współuzależnienia. Moim celem było wyzbycie się depresji i znalezienie sposobu na to, by małżonek zaprzestał picia, a docelowo, bym przed 31. urodzinami zaszła w ciążę. Takie... dziecięce tupanie nóżkami - bo ja chcę i już! Sprawy poukładały się inaczej, niż planowałam, dlatego w październiku tegoż roku spisaliśmy przed notariuszem rozdzielność majątkową. Na rozwód nie byłam gotowa, poza tym jeszcze wówczas głęboko wierzyłam w obietnice zmian męża i... nie wyobrażałam sobie życia bez niego. W marcu 2014 r., z wielkim bólem w sercu i pomimo wielu obiekcji złożyłam pozew rozwodowy myśląc, iż to będzie ostatnia próba ratowania związku. W listopadzie miała miejsce pierwsza rozprawa, natomiast z końcem roku 2014 ukończyłam psychoterapię współuzależnienia. Na tę okoliczność powstał mój pierwszy artykuł. Byłam z siebie niezwykle dumna. W styczniu 2015 r., bogatsza o sporą wiedzę w zakresie współuzależnienia i alkoholizmu, pomimo egocentrycznego lęku, postanowiłam założyć ten blog, by stał się formą przekazywania dalej tego, co sama otrzymałam, dzieleniem się z innymi własnymi przemyśleniami, doświadczeniem i wiedzą, z nadzieją, że będzie użyteczny i pomocny. Mniej więcej w tym samym czasie podjęłam funkcję moderatora forum o współuzależnieniu i alkoholizmie, by bardziej bezpośrednio móc służyć radą, pomocą, wsparciem, a czasami nawet tylko dobrym słowem. W marcu 2015 r. zapadł wyrok z orzeczeniem rozwodu z winy męża.
Zaprzestałam oglądać telewizora. Tak - telewizora, to nie błąd stylistyczny, bo nie mam tu na myśli oglądania raz na jakiś czas ulubionych lub nowych filmów, a bezsensowne marnowanie czasu na przerzucanie kanałów. Kiedyś, razem z otwarciem oczu włączałam TVN24 (nie, to nie jest lokowanie produktu), a po powrocie z pracy "relaksowałam się" przerzucając kanały, jeden po drugim, jeden po drugim i tak w kółko. Zrezygnowałam również z czynnego, frustrującego mnie, uczestnictwa w Kościele katolickim. Teraz szukam kontaktu z Bogiem w inny sposób. Tyle faktów.

Mentalnie... zmieniłam przede wszystkim magiczne myślenie, że jakoś to będzie, gdy tylko mąż... bez mojego zaangażowania. Przyznałam sama przed sobą, że to ja mam problem, bo to ja godziłam się na takie traktowanie. Zrozumiałam, że czerpałam profity z życia z alkoholikiem, a próbując mu nieudolnie pomagać, przyczyniałam się do rozwoju jego choroby. Zdałam sobie sprawę z tego, że mój chory umysł poszukiwał argumentów za toksycznym związkiem, bo mi tak było łatwiej i bezpieczniej, wybierałam krótkofalowe zyski, zamiast długookresowych efektów. Uznałam swoją bezsilność wobec picia męża. Wcześniej wydawało mi się, że jestem w stanie sprawić, że on przestanie pić, że to zależy ode mnie, że gdy tylko wystarczająco mocno się obrażę, albo poproszę, albo wymuszę, natłukę do głowy, albo... to tak będzie. W końcu dotarło do mnie, że jeśli alkoholik nic konstruktywnego ze swoją chorobą i życiem nie robi, należy uciekać, by nie zmarnować sobie reszty swojego... pomimo bólu.

Psychoterapia współuzależnienia wniosła w moje życie ogromne zmiany, ale myślę, że poprzestanie tylko na niej, byłoby niewystarczające. Owszem, to był bardzo dobry początek, ale na całe życie chyba trochę za mało. Ważny jest bowiem rozwój osobisty, zmiana nastawienia do świata i... miłość bliźniego. Świadoma. Między innymi dlatego przeczytałam tysiące stron literatury psychologiczno - alkoholowo - rozwojowej. Przecież żeby coś zrobić muszę wiedzieć, jak! Co dzień poświęcam choć trochę czasu na rozważania o moich prawdziwych intencjach, na lekturę ambitnych tekstów, na  weryfikowanie przekonań i poglądów. Już nie marnuję energii na próbę dostosowywania świata do moich oczekiwań i do mojego widzimisię. Zamieniłam roszczenia na wdzięczność. Liczy się właściwie tylko to, jak mogę lepiej służyć innym ludziom, czyli tak naprawdę, jak wypełniać wolę Reżysera, jak z dnia na dzień stawać się lepszą wersją samej siebie. A dowodem na to mogą być tylko moje relacje i stosunki z innymi ludźmi, z rodziną, bliskimi, znajomymi, przyjaciółmi. Przecież po owocach ich poznacie.
Kończąc moją terapię dostałam od przyjaciółki dyplom. Bardzo się ucieszyłam i wzruszyłam. Brzmiał on następująco:

Oto Twoja nowa droga życia! :-)
Aby obyczajom prastarym zadość uczynić
tudzież pospólstwu wszelkiemu
jako wiadomym oznajmić, iż
waszmościna [tu było moje imię i nazwisko]
niewiasta cnót wszelakich pełna
kompan niezrównany i w niejednej
życiowej przygodzie sprawdzony,
czcigodna i szanowana,
której przewagi niezwykłe wzorem być mogą dla wszystkich,
dwa lata już prawie na kursa chodzi,
mądrości życiowe sobie przyswaja,
nad swoja kondycyją pracuje,
za co dumni niezwykle z niej jesteśmy,
a co na wieczną rzeczy pamiątkę na onej wołowej
skórze spisać kazaliśmy i wszystkim
do wiadomości podajemy. 


Dnia 29 grudnia Roku Pańskiego 2014


Czy już wiem dokąd zmierzam, czy już wiem, czego On ode mnie oczekuje? Ależ skądże! Daleko mi jeszcze do poznania właściwej drogi, ale każdego dnia się o to staram i jestem ciut bliżej celu. Mam też poczucie, że nie marnuję danego mi tutaj czasu i... chyba o to chodzi.

Nie wiem, Szanowny Czytelniku, czy takiej odpowiedzi oczekiwałeś, ale bardziej konkretnie (może na razie) nie potrafię.

Z pozdrowieniami,
Pelagia M. :-)

poniedziałek, 20 lipca 2015

Czas robi swoje. A ty, człowieku?

Rocznik 1982 - ja. Wiosen na karku niby niewiele, ale już całkiem sporo. Na pewne sprawy już za późno, na niektóre pewnie jeszcze za wcześnie. Ale jedno jest dla mnie szczególnie ważne - świadomość upływu czasu, jako pierwszy krok do tego, by coś sensownego z nim zrobić. Mniej więcej do 30 urodzin, życie upływało mi na czekaniu. Czekaniu na to, by w końcu zacząć żyć i ruszyć z kopyta w dorosłość. Co prawda, pomijając kotłujące się w głowie obrazki ślicznego, uśmiechniętego i zawsze grzecznego bobaska (bo przecież nie rozkapryszonego bachora), pięknego domu (zapominając o gigantycznej racie kredytowej) i wspaniałego męża przy boku (nie alkoholika - rzecz jasna!), nie bardzo wiedziałam, jak chciałabym by wyglądało, jaka miałaby być jego treść, a tym bardziej, co ja mogę w tym kierunku zrobić. Czekałam żeby się już zaczęło. Samo. To się nie udawało, bo i udać nie mogło, przecież wpływ na innych ludzi mam dość ograniczony, a frustracja rosła, rosła i rosła... Aż nastąpiło apogeum moich stanów lękowych, a w efekcie psychoterapia współuzależnienia i rozwód, czyli ogromne cierpienie, które stało się przyczyną rewizji przekonań, poglądów i rozpoczęcia porządkowania świata własnych wartości. I dzięki Bogu za ten ból, bo to on umożliwił mi wyrwanie się z tego chocholego tańca i uchwycenie - cóż z tego, że na razie koniuszkiem palców - kontaktu z rzeczywistością. Bo ślizgania się po jej powierzchni do właściwego bytu nie zaliczam. W ten sposób można życie przeżyć i nawet nie wiedzieć kiedy, a tym samym je przegrać.
 
Często słyszę tłumaczenia i pełne złości użalanie się innych (sama już staram się tak nie mówić, ani nawet nie myśleć): Doba ma za mało godzin, nie mam na nic czasu! Stop! Nie masz na nic czasu? Hm... czyżby ktoś ci go ukradł? Inni go mają, a ty nie? Ludzie sami sobie narzucają pewien tryb i tempo życia, a potem marudzą, że nie mają czasu. Każdy człowiek (nie licząc dnia urodzin i śmierci) ma go co dzień tyle samo.  Ważne tylko, co z nim robi, jakie decyzje podejmuje, na co go przeznacza. Czy na to, co rzeczywiście dla niego ważne, czy nie? "Nie mam czasu jest uproszczoną do granic możliwości odpowiedzią, albo myślą, która w wyjątkowo szerokim zakresie świadczy o naszych priorytetach w wielu różnych dziedzinach życia. Nie mam czasu to jeden z ważniejszych kluczy do duchowego świata wartości człowieka, ściśle związany z inną wartością, o której już była mowa, z uczciwością wobec samego siebie."*

Od jakiegoś czasu staram się żyć świadomie i zastanawiać się nad gradacją  potrzeb i hierarchizacją celów. Tu pomocna może się okazać historia Jak napełnić dzban? Bo czy w dniu śmierci będę sobie wyrzucać, że za mało czasu poświęciłam na oglądanie telewizji, że za mało pracowałam, dorobiłam się za małego domu i nie dość dobrego samochodu, czy może raczej, że za mało kochałam, byłam za mało użyteczna dla innych? Czas jest ograniczony, a skoro tak, to najpierw rzeczy / sprawy najważniejsze. Przecież na bezsensowne chwile zawsze będzie jeszcze czas. A jeśli nie... mała strata.

Moje (i zapewne nie tylko) myśli wyraził Gabriel García Márquez w "Stu latach samotności": Co mnie najbardziej martwi to cały ten czas, który straciliśmy. Ale czy jest sens rozmyślać nad utraconym czasem? Żałować i marzyć, co by było, gdyby udało mi się go cofnąć i przeżyć raz jeszcze te lata, tyle że tym razem inaczej, rozsądniej i mądrzej? Czy może jednak lepiej zrobić coś już dziś, by za pięć lat nie powtarzać tego samego?

Czas jest wszystkim, co mam, a pewnego dnia okaże się, że mam go mniej, niż sądziłam. Chciałabym bardzo, bym tego dnia mogła spojrzeć wstecz i nie żałować. Bo pomimo tego, że doświadczenie pokazuje, że widocznie jestem nieśmiertelna - przecież wkoło wszyscy umierają, ale ja jeszcze nigdy - to jednak jedna doba będzie kiedyś miała dla mnie mniej niż 24 godziny. Żyjemy i umieramy według czasu. Jedynie jego upływ jest pewny (no i podatki, ale to inna kwestia). Warto wykorzystać go na naszą korzyść, bo Czas robi swoje. A ty, człowieku? [Stanisław Jerzy Lec].



---
* Meszuge, "Przebudzenie. Droga do świadomego życia", Wyd. IPS, 2014, str. 81

środa, 8 lipca 2015

Jego prawo i wola wobec mnie

Mam kolegę. On twierdzi, że jest ateistą, ja bym powiedziała raczej, że agnostykiem, ale w zasadzie w tym momencie to nie jest ważne. Dawno temu, zanim jeszcze nawet nie roiło mi się, że kiedyś zmienię poglądy, usłyszałam od niego coś, co zasiało niepokój w moim sercu i mojej głowie. Szczególnie, że wówczas byłam dość gorliwą katoliczką i wątpić w jedyną, właściwą i słuszną drogę do Boga głoszoną przez Kościół katolicki,  nawet nie śmiałam. I to pomimo faktu, że pewne rzeczy bardzo mi się już wówczas nie podobały. Robert zadał mi pytanie, czy jeśli wierzyć w to, że człowiek może otrzymać życie wieczne tylko za sprawą czynnego uczestnictwa w Kościele katolickim, to, czy Bóg Jedyny byłby tak okrutny, by uzależnić Zbawienie od szerokości, czy długości geograficznej, w której się rodzimy? Przecież w zdecydowanej większości przypadków ludzie wyznają wiarę swoich przodków, nasiąkają nią, przyjmują dogmaty, a dopiero jakaś dziura w bruku, jakiś kryzys osobowości może zmotywować ich do zmiany poglądów, przekonań, czy wierzeń. Jakie szanse ma noworodek urodzony w Egipcie, Indiach, Mongolii, Chinach, czy Nepalu stać się katolikiem?
Oczywiście, z miejsca chciałam kolegę skontrować, ale tylko nabrałam wody w usta, bo i co miałam powiedzieć? Miał przecież rację. A Bóg, w którego wierzyłam i wierzę nadal jest sprawiedliwy i miłosierny... więc jak to możliwe?  

Splot pewnych okoliczności  - moja osobista dziura w bruku - oraz wewnętrzny opór do niektórych kwestii głoszonych przez Kościół, wykluczyły u mnie bycie dobrą katoliczką i spowodowały, iż moje drogi z nim się rozeszły. Oczywiście nie mam tu na myśli apostazji - Boże broń. Zresztą... kto wie, co będzie kiedyś? Należę do osób, które nie lubią półśrodków, połowiczności i nieuczciwości wobec kogokolwiek, nawet samej siebie. Jeśli coś robię, to na 100%, najlepiej, jak potrafię, albo... w ogóle. Nie mogę już i nijak nie potrafię być dobrą katoliczką, to jest uczestniczyć we wspólnocie zjednoczonej nie tylko wiarą, ale również kultem, obrzędowością i organizacją. Za to głęboko ufam, iż wszyscy ludzie są wezwani do miłości, nadziei, wiary i życia duchowego oraz pełnienia woli Bożej. 

Czego może chcieć ode mnie Bóg? Jaki ma wobec mnie plan? Jaka jest Jego wola? Jestem chrześcijanką, zatem wskazówek, zaleceń, czy zasad powinnam szukać w Jego przykazaniach, a zwłaszcza w przykazaniu miłości Boga i bliźniego oraz w Dekalogu.  

Staram się wypełniać przykazanie miłości. Wierzę, że Bóg ma wobec mnie jakiś plan. Dokładnie tak samo, jak wobec każdego innego człowieka. Coś od Niego otrzymałam i co dzień dokładam starań, by to wykorzystywać dla wspólnego dobra. A jak jest z pozostałymi... zaleceniami? "Choćby ktoś przestrzegał całego Prawa, a przestąpiłby jedno tylko przykazanie, ponosi winę za wszystkie. Ten bowiem, który powiedział: Nie cudzołóż!, powiedział także: Nie zabijaj! Jeżeli więc nie popełniasz cudzołóstwa, jednak dopuszczasz się zabójstwa, jesteś przestępcą wobec Prawa." (Jk 2, 10-11) Czy udaje mi się wykonywać je wszystkie? "Chcesz zaś zrozumieć, nierozumny człowieku, że wiara bez uczynków jest bezowocna?" (Jk 2, 20)

"Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej genialnie przedstawił stworzenie Adama - Bóg wyciąga rękę w stronę Adama, a Adam w stronę Boga, a pomiędzy ich palcami jest niewielka przerwa. Palec Adama jest zgięty i aby dotknąć Boga, Adam musiałby go wyprostować. I tak właśnie jest - palec Boga jest tuż obok nas, a w nim jest ukryte wszystko, czego Bóg chce dla nas i co jest w stanie dla nas zrobić. Człowiek musi tylko wykonać ten ruch. Inaczej nic się nie stanie. To jest obszar ludzkiej wolności, która jest wstępnym warunkiem wiary, spotkania z Bogiem. To brzmi jak jakieś teoretyczne rozważania, ale każdy z nas naprawdę musi się głęboko zastanowić, czy jest wolny, bo to nie jest wcale takie oczywiste." (bp Grzegorz Ryś, "Wiara z lewej prawej i Bożej strony").

Wiara bez uczynków jest bezowocna...  Człowiek musi wykonać jakiś ruch... Czyli ja muszę coś ZROBIĆ, a nie tylko nad tym dumać, powierzać, myśleć. Zrobić!

Owszem, przyznaję, iż Bóg stawia mi wysokie wymagania, ale kto powiedział, że będzie łatwo? 

cdn...

niedziela, 5 lipca 2015

Asertywność vs. egoizm

Asertywność to cecha zdecydowanie pożądana i świadcząca o zdrowiu psychicznym człowieka. Gdyby spojrzeć na zachowania ludzkie, jak na prostą wiodącą od minus nieskończoności do plus nieskończoności, a asertywność umieścić w miejscu zera, to po jej lewej stronie znalazłyby się zachowania uległe, po prawej zaś agresywne.

Zachowania uległe prezentuje tak zwany człowiek bez "nie". W obawie przed  odrzuceniem, w wyniku lęku, poczucia niższości - gdy odmówię nie będą mnie lubili, nie będą mnie chcieli -  przystaje na wszystko, a czasem wręcz "wychodzi przed szereg" zanim jeszcze go o to poproszą, chociaż naprawdę zupełnie nie chce. Myśli, że jego uczucia się nie liczą, nic nie znaczą. Stawia się w roli ofiary hodując urazy i poczucie krzywdy oraz żalu.

Znakomitym remedium na taką postawę jest zbudowanie podwalin, twardych fundamentów, systemu poczucia własnej wartości, to jest poznanie własnych mocnych i słabych stron. Wówczas człowiek staje się zdolny do otwartego wyrażania swoich opinii i potrzeb, respektując uczucia, prawa oraz dobra innych, czyli asertywny. Asertywność to "nie" dla kogoś, to umiejętność odmowy, gdy ten ingeruje w mój czas, moje plany, narusza moje granice, ale również, asertywność to "tak" dla mnie, dla własnego czasu, własnych potrzeb i uczuć.

Dwa lata temu, na jakichś tam zajęciach psychoterapii współuzależnienia, mieliśmy napisać, jakie zachowania nas charakteryzują, czy potrafimy być asertywni, czy nie. Tamta ja nie miała kontaktu z rzeczywistością, nie chciała i nie umiała dostrzec, jak jest naprawdę. Wiedziałam, jakie zachowania są pożądane, jaka chciałam być, ale nie jaka byłam, więc napisałam, iż owszem, potrafię być asertywna i zazwyczaj jestem, a jeśli przejawiam jakieś inne cechy, to bliższe mi są zachowania agresora, bo przecież nie ofiary! Przecież ja zawsze mam rację, bo niby kto inny?
Hm... ciekawe tylko, dlaczego godziłam się prawie na wszystko? Zdarza się po prostu, że jedna osoba prezentuje zarówno postawy człowieka bez "nie", jak agresywne, ale do asertywności jest jej jednakowo daleko.

O ile rozróżnienie postawy asertywnej od uległej jest dość łatwe do uchwycenia, tak odróżnienie jej od agresywnej nie jest już tak jednoznaczne. Bywa, że asertywność jest (błędnie) utożsamiana właśnie z bezwzględnością, czy wręcz egoizmem. Nic bardziej mylnego. "Egoista kieruje się w życiu (wyborach, decyzjach, postępowaniu) jedynie własnym interesem i postępuje w taki sposób, że przynosi to, albo może przynieść, szkodę bliźnim;".* Wszystko wie najlepiej, a jego potrzeby i ich realizacja jest najważniejsza, bez względu na okoliczności - ma przecież prawo!

Jestem wzrokowcem. Jeśli czegoś nie zobaczę, trudniej mi pojąć, zrozumieć. W tym celu i na własny użytek ukułam krótkie rozróżnienie, uproszczone definicje tego, co (moim zdaniem) składa się na zachowania egoistyczne, a co na asertywne. Otóż:

- realizowanie własnych potrzeb generujące (ewentualnie) urazę innych to asertywność
- realizowanie własnych potrzeb generujące (nawet jeśli "tylko" potencjalnie) krzywdę innych to egoizm

Można wysnuć wnioski, iż granica między asertywnością, a leży mniej więcej tam, gdzie między urazą, a krzywdą. Przy czym na cele moich rozważań zakładam, że uraza to krzywda urojona najczęściej wynikająca z nierealistycznych oczekiwań lub błędnych ocen, a krzywda, to działanie, bądź zaniechanie, które realnie wyrządziło komuś niezasłużoną szkodę. Zatem jedyną niewiadomą, którą muszę odkryć, jest rozróżnienie tego, co jest krzywdą, a co urazą, za co odpowiadam, na co mam wpływ, a na co jednak nie.
Moje "nie" na nadgodziny w pracy (gdy nie są absolutnie niezbędne) może spowodować, że zwierzchnik będzie się czuł urażony odmową, natomiast zaniedbywanie obowiązków służbowych może już wyrządzić mu realną szkodę, w jakimś zakresie uszczuplić jego dobra. Przy czym w kwestii rozróżniania, co krzywdą jest, a co "tylko" urazą drugiego człowieka, warto się jeszcze z kimś skonsultować, bo wewnętrzny adwokat w mojej głowie nie śpi, a ja nie mam prawa decydować, co ktoś inny może czuć na skutek moich działań, bądź zaniechań. 

Czasami, na szczęście coraz rzadziej, miewam problemy z byciem asertywną. Jeszcze zdarza mi się mieć wyrzuty sumienia, jak komuś czegoś odmówię, jeśli nie mam na to ochoty, albo czasu, i zazwyczaj później zmagam się z myślami, że może mogłam, że może nie powinnam była odmawiać? Czasami zdarza mi się rozładować gniew na kimś, kto na mnie coś próbuje wymusić. Ostatecznie czuję się źle, gdy się nie zgadzam i źle, kiedy się godzę. Zaczęłam się nad tym zastanawiać, i wyszło mi, że moje rozterki wynikają z wzajemności lub z poczucia odpowiedzialności za coś lub kogoś. Jeśli ktoś dla mnie coś kiedyś zrobił, nawet gdyby to było bezinteresownie, to ja czuję się w obowiązku, by dla niego również coś zrobić. A jak nie mam na to ochoty, możliwości, umiejętności, czasu... to później miewam wyrzuty sumienia. Poza tym jest jeszcze jedna kwestia, prośby zazwyczaj spełniam, żądania z przekory nie. 




--
* Meszuge, "12 Kroków od dna. Sponsorowanie", Wyd. WAM, 2015, str. 90

wtorek, 30 czerwca 2015

Zegar biologiczny

Jedną z przyczyn lawinowo narastającej frustracji, a w efekcie mojej depresji sprzed trzech lat, była chęć posiadania dziecka, a raczej brak wewnętrznego przyzwolenia na zrealizowanie tej potrzeby. Perfekcyjna i poukładana do granic możliwości wymyśliłam sobie, że najpóźniej do 30. urodzin urodzę ślicznego bobasa, a najlepiej dwa - bliźniaki - chłopca i dziewczynkę. Marzyłam, jak się będą nazywać, do kogo będą podobne, po kim odziedziczą nosek, a po kim oczka. Wspólnie z mężem zresztą to planowaliśmy. Tyle tylko, że mąż okazał się być bardzo nieodpowiedzialnym człowiekiem, a ja (dzięki Bogu!) na tyle roztropna, rozważna i podświadomie ostrożna, iż czekałam... na lepszy moment. Moment, który po prawie pięciu latach od ślubu (a piętnastu związku) nie nadchodził. I nie dość, że się na niego rychło nie zanosiło, to jeszcze było coraz gorzej. Endokrynolog poinformowała mnie, że płodność po 25. roku życia spada, a przy mojej chorobie może być jeszcze gorzej, rodzice i teściowe czekali na wnuki, a w mojej głowie aż wrzało. Miałam ciągłą gonitwę myśli... jak utrzymam takie maleństwo, gdy skończy mi się urlop macierzyński? wychowawczy jest przecież bezpłatny, a mąż nie ma stałej pracy, nie jest w stanie zapewnić nam stabilizacji finansowej przynajmniej do czasu, kiedy ja będę mogła wrócić do pracy. A przecież  nie mogę i nie chcę zostawić moich skarbów w rękach obcych osób...
Wówczas choroba alkoholowa męża nawet mi nie przechodziła przez myśli. Chyba tylko Opatrzność Boska nade mną czuwała, że jednak na dziecko się nie zdecydowaliśmy, bo po pierwsze, dzieci z rodzin alkoholowych* często bywają głęboko nieszczęśliwe, po drugie zaś, miałabym dużo większy dylemat podejmując decyzję o rozwodzie dwa lata później.
Z perspektywy czasu patrząc, taki scenariusz wydawał mi się wówczas niemożliwy. Byłam przekonana, że to tylko chwilowe kłopoty i naprawdę nie brałam pod uwagę tego, że możemy nie zestarzeć się razem...

Roiłam sobie, że będę idealną mamą, bo i odpowiedzialną i wykształconą i kochającą... I, co dziwne, pomimo mojej niedojrzałości emocjonalnej, często słyszałam takie opinie również od innych ludzi. A przecież moje pobudki były dziecinne, samolubne i podyktowane presją społeczną, chęcią stworzenia pięknego obrazka na zewnątrz, instynktem macierzyńskim i zegarem biologicznym. Choć to i tak nieźle, bo czasem jest jeszcze gorzej, na przykład, gdy ludzie decydują się na potomstwo z egoizmu, lęku przed samotnością, chęci "usidlenia" partnera, korzyści materialnych, a kiedyś słyszałam nawet, że po to, by na starość miał kto się nimi zaopiekować i podać herbatę... Natomiast posiadanie dzieci, to wielka odpowiedzialność. Obowiązkiem rodzica bowiem, jest zabezpieczyć im byt i podstawowe potrzeby. Nie tylko fizyczne i nie tylko finansowe, ale również, a może przede wszystkim emocjonalne, czyli poczucie bezpieczeństwa, więzi, ciepła, serdeczności, ufności, troski, uczciwości, wsparcia, szacunku, pomocy w  budowaniu poczucia własnej wartości, poczucia sensu życia, czerpania z niego satysfakcji, konieczności rozwoju, itp. itd. Każde. "To, co kochamy ma dla nas szczególną wartość, a jeśli coś ma dla nas wartość, to poświęcamy temu czas i wiążemy z tym swoje radości i troski. Przyjrzyjcie się nastolatkowi zakochanemu w swoim samochodzie i zwróćcie uwagę na to, ile czasu spędza na cieszeniu się nim, pucowaniu, reperowaniu i regulowaniu mechanizmów. /.../ Tak samo jest z miłością do dzieci - podziwiamy je i troszczymy się o nie. Dajemy im swój czas".** Na ile jestem w stanie zrezygnować z siebie, ze swoich pasji, zainteresowań, nawyków żywieniowych, hobby, pracy, swobody, niezależności, sposobu spędzania czasu, imprez towarzyskich? Poświęcanie czasu dziecku to niekoniecznie to samo, co spędzanie z nim czasu w jednym pokoju podczas oglądania telewizji, czytania książki, układania pasjansa, przeglądaniu facebooka, czy odpowiadania na e-maile, podczas, gdy brzdąc pałęta się między nogami próbując zwrócić choć odrobinę uwagi na siebie. "Ilość i jakość czasu poświęcanego przez rodziców dzieciom są dla tych ostatnich dowodem ich wartości. Niektórzy rodzice - z natury niemiłujący - starają się ukryć swój brak troski. Zapewniają dzieci o miłości, mechanicznie powtarzają, jak bardzo im są drogie, a jednocześnie nie poświęcają im wystarczająco dużo czasu. /.../ Poczucie własnej wartości - przeświadczenie, że jest się wartościowym człowiekiem - stanowi podstawę zdrowia psychicznego i kamień węgielny samodyscypliny. Jest bezpośrednim skutkiem rodzicielskiej miłości. /.../ Te szczęśliwe dzieci, które doświadczają rodzicielskiej miłości i troski, wejdą w dorosłość nie tylko z głębokim przekonaniem o własnej wartości, lecz będzie im również towarzyszyć poczucie bezpieczeństwa. Każde dziecko boi się porzucenia - i to nie bez powodu. Obawa przed porzuceniem pojawia się około szóstego miesiąca życia /.../ wtedy [dziecko] zdaje sobie sprawę ze swojej całkowitej bezradności i uzależnienia od rodziców w każdej dziedzinie życia. Porzucenie jest dla niego równoznaczne ze śmiercią."***

Należy zadać sobie pytanie, po co chcę mieć dziecko?  - inną sprawą, czy w ogóle można człowieka "mieć", ale nie o to mi teraz chodzi - czy po to by dawać, czy po to by brać? Kochać, to dawać.  

Mój zegar biologiczny tyka... Przyznaję, ciążowe brzuszki koleżanek i znajomych oraz słodkie bobasy przy ich piersiach wywołują we mnie chwilowy (a czasem dłuższy) smutek i... ukłucie w sercu... że to nie ja. I choć dziś jestem bardziej świadoma, nie mam pewności, czy byłabym dobrą, czy złą matką, czy byłabym w stanie poświęcić swobodę, wolność, niezależność, ambicje, czy byłabym w stanie prawdziwie kochać... Bo miłość nie wymaga poświęceń. I najgorsze jest to, że nigdy nie będę wiedziała na pewno, dopóki to się nie stanie. I nie wiem, czy jestem gotowa ponieść takie ryzyko. Nie, nie moje. Jego... że będzie nieszczęśliwe.




--
* Typowe uczucia i zachowania DDA
** Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 26
*** Tamże, str. 28-30

środa, 24 czerwca 2015

Alkoholizm osoby bliskiej, czyli nigdy więcej...

Alkoholizm (uzależnienie od alkoholu, toksykomania alkoholowa, choroba alkoholowa) to choroba chroniczna (miewa nawroty). To problematyczne szczególnie dla szczęśliwców, którym udało się zaprzestać picia, bo ci, którym się nie udało... hm... mają inne sprawy na głowie. A to oznacza, iż do końca życia uzależniony będzie miał swoistą alergię na alkohol - żadna tam lampka wina, żaden kufel piwa, czy kieliszek wódki. Nie ma powrotu do stanu sprzed uzależnienia, nie ma możliwości przywrócenia organizmu chorego do stanu, w którym będzie on reagował na alkohol dokładnie tak samo, jak organizm człowieka zdrowego. Koniec i kropka - jak mawia mój kochany siostrzeniec. A to ma również pewien wpływ na całą rodzinę alkoholika. Godząc się na życie z nim, jego bliscy muszą zaakceptować ten fakt i ponieść wszelkie konsekwencje własnego wyboru.

Nigdy więcej golonki duszonej w piwie.
Nigdy więcej wspólnej lampki wina do obiadu, czy romantycznej kolacji.
Nigdy więcej wspólnego toastu szampanem w Sylwestra.
Nigdy więcej domówek z kolorowymi drinkami.
Nigdy więcej ciasta nasączonego spirytusem.
Nigdy więcej pieczeni podlewanej winem.
Nigdy więcej...

- Ale jak to?! Dlaczego?! Czy jeszcze za mało wycierpiałam?! - odparła obruszona.
- Nie, ale rozwiązania masz dwa: nie wiąż się z niepijącym alkoholikiem, albo nie udawaj, że go kochasz.

Jeśli twierdzę, że kogoś kocham, po czym igram z ogniem kusząc go pysznym jedzeniem podlewanym etanolem, albo wymuszam na nim zakrapianą dyskotekę (bo jak inaczej nazwać skierowaną do alkoholika prośbę o udanie się w miejsce, które może wywołać u niego nawrót?), to śmiem twierdzić, że z miłością to ma mało wspólnego. Jeśli on sam chce pójść i to zaproponuje - super, dlaczego nie? Przecież to on ma problem, nie ja. Ja mogę pójść sama, a dopiero jego grymaszenie na takie rozwiązanie jest patologiczną i egoistyczną postawą.
 
Jesteś na to gotowa(y)?
 
 
 

środa, 17 czerwca 2015

Maski, czyli jak mnie obchodzą inni ludzie?

Myślałam kiedyś, a właściwie roiłam sobie i pobożnie życzyłam, że mam gdzieś opinię innych ludzi o mnie samej. Przekonana o własnej wyjątkowości, fanfaronadą maskowałam rzeczywiste samopoczucie i dyskomfort związany z pewnymi sytuacjami. Dopiero po chwili refleksji... hm... trwającej jakieś dwa lata... wyszło mi, że chyba jednak nie jestem aż tak intelektualnie i emocjonalnie niezależna, jak chciałabym być, że czasem potrzebuję podbudowania poczucia własnej wartości i kogoś, kto by potwierdził moją wersję. Szczerze powiedziawszy - wcale mi się te wnioski nie podobają. Bo właściwie, jakby się nad tym zastanowić, to... co mnie obchodzą inni ludzie?! A w zasadzie nie co mnie obchodzą, tylko jak mnie obchodzą? Przecież nie jestem socjopatą, nie żyję na samotnej wyspie, więc i całkiem naturalnym jest, że mnie jednak obchodzą. Rzecz w tym, że inaczej obchodzi mnie przyjaciółka, inaczej przystojny mężczyzna, inaczej szef, inaczej sprzedawczyni...

Wydaje mi się (a może to znowu egocentryzm?), że większość ludzi posiada różne tożsamości, które prezentuje w różnych sytuacjach, różne maski, które dobiera w zależności od okoliczności. U niektórych są one bardzo zróżnicowane, u niektórych mniej. Inaczej przecież zachowuję się w domu, nawet jeśli to tylko dobór stroju, inaczej wśród przyjaciół, inaczej w pracy, a inaczej w stosunku do nowo poznawanej osoby, szczególnie jeśli to atrakcyjny w moich oczach mężczyzna. Innej nomenklatury używam podczas zawodowej rozmowy z radcą prawnym, a innej w pubie ze znajomymi. I chociaż zawsze staram się komunikować używając poprawnej polszczyzny, innego słownictwa używam sporządzając sprawozdanie finansowe, czy jakąś analizę, a innego w e-mailu do koleżanki. To, jaką siebie prezentuję, zależy od tego, jakie wrażenie chcę wywrzeć na konkretnych ludziach i czego się ode mnie oczekuje. Do pewnego stopnia to może jest nawet naturalne i uzasadnione. Niektóre zawody wiążą się przecież z jakąś postawą, ubiorem, używaną terminologią. Niektóre sytuacje wymagają jakichś norm zachowania, zasad postępowania, czyli zwykłego savoir-vivre. Przecież nie uchodzi prawnikowi używać mowy potocznej na sali rozpraw, a wśród przyjaciół nie będzie się zachowywał, jak gdyby połknął kij od miotły. 

Tyle, że w przybieraniu masek jest pewna pułapka. Bo czasem może się okazać, że coś kamufluję. Jak kameleon stosuję mimetyzm, by wpasować się w otoczenie, a wewnętrznie aż mnie rozdziera. Czasami może się okazać, iż nie pokazuję prawdziwego oblicza za strachu, wstydu, w obawie przed śmiesznością, przed odrzuceniem, przed zranieniem nadwrażliwego ego, chcąc ukryć siebie i swoje uczucia; wykreować siebie taką, jaką by mnie lubili, szanowali i akceptowali inni, jaką bym lubiła i akceptowała ja sama. Na dłuższą metę to bardzo frustrujące i skutecznie deprecjonujące jakość życia.

Sztukę przywdziewania maski i przystosowywania się do otaczającej je rzeczywistości, do perfekcji opanowały osoby współuzależnione. Bardzo często jest tak, że za ich codziennym, nieczęsto wymuszonym uśmiechem, kryje się rzeka rozpaczy tak trudna do dostrzeżenia, jak łzy w deszczu.

Warto zastanowić się nad własnymi maskami, poznać motywy ich nakładania. Czy oby nie staram się być kimś, kim nie jestem, nie zakłamuję rzeczywistości?

wtorek, 16 czerwca 2015

Odświętne ubranie

Byłam z wizytą u mojej siostry i jej męża. Był piękny, czerwcowy, sobotni wieczór. Gadaliśmy do późna w nocy. Było pyszne jedzenie, miłe towarzystwo, trochę alkoholu, więc i ani mowy o powrocie autem do domu. A że mieszkamy od siebie jakieś 2-3 kilometry, poszłam pieszo. Nazajutrz, w legginsach i sportowych butach szłam po samochód zostawiony dzień wcześniej. Upajałam się porannymi promieniami słońca, śpiewem ptaków, krwistą czerwienią maków i kontrastującymi z nią granatem chabrów oraz soczystą zielenią łąki, w duchu dziękując Bogu za te wszystkie dary. Rację miał ten, kto powiedział, że On jest największym Artystą.

Siostra mieszka nieopodal kościoła, a zbliżała się godzina Mszy Świętej, więc pospiesznie, nie zwracając zupełnie uwagi na te wszystkie cuda, mijali mnie bardzo odświętnie ubrani ludzie. Niby nic dziwnego. Przecież szli na spotkanie z Bogiem. Idąc z wizytą do domu przyjaciół ubieram się stosownie i odpowiednio do okazji, a co dopiero do Domu Ojca. Ale... czy rzeczywiście do Niego?  Przecież jest napisane, że "Bóg, który stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką" (Dz. 17, 24). Myślę sobie, że jeśli On miałby gdzieś mieszkać, to raczej na tej łące, niż w surowych, betonowych murach ogromnego budynku, więc... dla kogo w końcu ten ubiór?

wtorek, 9 czerwca 2015

Dziennik uczuć

Mam pamiętnik. Nie jest to różowy notesik w serduszka z malutką złotą kłódeczką, który mała dziewczynka dostaje w prezencie bożonarodzeniowym. W którym opisuje pierwsze miłostki, niewybaczalne zdrady przyjaciółek, które podczas przerwy między lekcjami  usiadły z kimś innym, albo pełne uniesień opisy, jak Jacek pierwszy raz spojrzał jej w oczy. Nie, takiego nie miałam nigdy. Nie jest to również pamiętnik zawierający słodkie wierszyki i aforyzmy. Mój pamiętnik to wpisy pełne lęku, rozpaczy, cierpienia, zawodu, bezsilności. To terapeutyczny dziennik uczuć, który polecono mi pisać każdego dnia w formie pięciu zdań o konstrukcji: "Czułam... gdy..." Początkowo moje wpisy dotyczyły przede wszystkim braku apetytu, a wręcz jadłowstrętu i zachowań męża. Na przykład: Czułam smutek, gdy nie byłam w stanie przełknąć niczego prócz soku. Czułam lęk, gdy mąż nie odbierał telefonu. Czułam radość, gdy byliśmy razem na spacerze. Oczywiście pilnowałam sama siebie, by codziennie wśród tych pięciu zdań były przynajmniej dwa dobre, pozytywne, nie oczerniające w jakiś sposób męża. Tego nawet sama przed sobą nie chciałam przyznać. 70% moich myśli krążyło wokół niego, 20% wokół jedzenia i pochodnych (na przykład anoreksji, bulimii, braku odporności), 10% - wokół pozostałych kwestii życiowych.

Z czasem mój pięciozdaniowy dziennik stał się opisem przeżyć, uczuć, sytuacji i lęków, stał się pamiętnikiem. Pisząc, jednocześnie rozładowywałam emocje i układałam, porządkowałam myśli. Mój pamiętnik to żywy dowód na to, jak było. A było źle. Myśli można wyprzeć, wspomnienia bledną, ale opisy... zostają. Dziś mogę je przeanalizować. Zobaczyć, gdzie byłam, jaka byłam, jak się zmieniłam. To narzędzie, które pozwala mi wejść, wczuć się w tamtą mnie. Pamiętam ją już coraz mniej, ale każdego razu, gdy biorę do ręki mój pamiętnik, staję się nią na chwilę. Jak aktorka, która by odpowiednio zagrać musi wejść w swoją rolę. Gdy go czytam, czuję wręcz tamten ból. I choć może się to wydawać masochizmem, jest i było dobre, dlatego, że chroniło przed pochopnymi wyborami, obecnie zaś utwierdza w podjętej decyzji.

Często współuzależnione tak długo trwają przy partnerze, gdyż mają w głowie wyidealizowany jego obraz. Wynika on z cudownych chwil spędzonych podczas tak zwanej fazy miodowego miesiąca, czyli okresu kiedy alkoholik po jakimś ciągu nieprzyjemnych zdarzeń zaczyna żałować wyrządzonych krzywd, okazuje skruchę i obiecuje, że już nigdy więcej, okazuje ciepło i miłość, komplementuje, obsypuje prezentami. Ona zapomina o krzywdach i lęku, wymazuje je z pamięci i zaczyna wierzyć w to, że partner się zmienił, że ją naprawdę kocha i że nie będzie pił. Z powrotem zaczyna mu ufać. Wówczas faza miodowego miesiąca się kończy, a w obojgu narasta napięcie związane z nieuniknionym. Koło się zamyka. Po kilku tak opisanych w pamiętniku cyklach, można zauważyć pewną prawidłowość i powtarzalność, spojrzeć jakby z boku na całą sytuację. Jeden z moich zapisów brzmi: "Dwa tygodnie nic nie pisałam. Czemu sobie o tym przypominam dopiero, gdy jest źle? Jak oczami wyobraźni zerkam wstecz, mam wrażenie, że ostatnie dwa miesiące były cudowne, a jak czytam, co przez ten czas napisałam... widzę, że nie. To był ciąg wzlotów i upadków, emocjonalny rollercoaster. Mam ewidentnie zaburzone postrzeganie rzeczywistości.".
Bywało też tak, że nad czymś się zastanawiałam, coś spędzało mi sen z powiek, podświadomie coś przeczuwałam, ale bałam się tego, nie chciałam przed samą sobą tego przyznać, zaklinałam rzeczywistość, by było inaczej, więc pisałam to w formie pytań retorycznych, rozważań, przemyśleń. Po dwóch, trzech dniach - zazwyczaj - mąż zapijał.

Warto prowadzić tego typu zapiski. Nawet po to, by mieć lepszy kontakt ze swoimi uczuciami, nawet po to, by za każdym razem, gdy będę sobie roić, że może nie było tak źle, może wymyślam... móc przeczytać i zobaczyć na własne oczy, co to był za związek.

Ostatnio przeczytałam mój pamiętnik. Literalnie poczułam tamten ból. Utwierdziłam się w przekonaniu, że to rozdział definitywnie w moim życiu zamknięty. 


środa, 3 czerwca 2015

Sposób na samotność

Zapytana kiedyś czego chcę, czego mi brakuje - z braku konkretnej odpowiedzi - odparłam chcę być szczęśliwa.

To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę ten termin dla mnie oznacza, co przez niego rozumiem, czyli... czego potrzebuję. Wyszło mi, że poczucie pełni szczęścia to pozytywne emocje, czyli splot myśli, odczuć i zdarzeń. To trwałe zadowolenie z siebie, z życia, z relacji z ludźmi, z powodzenia różnych przedsięwzięć. To radość z czerpania dla siebie i dawania innym. To wewnętrzne poczucie zadowolenia i przyjemności. Przy czym absolutnie nie euforia, bo ta nie jest i nie może być permanentna. Tego chciałam.
Było tak, jakiś czas temu, kiedy jeszcze bardzo wierzyłam w to, iż razem z mężem stworzymy rodzinę, że czułam się bardzo samotna. Bardzo za nim tęskniłam. Wyrzuciłam go z domu, ale to było tylko na pokaz, bo tak naprawdę z całego serca chciałam go w nim mieć. Może dlatego, że nie zalazł mi jeszcze aż tak za skórę? Nie wiem. Próbowałam zająć się sobą, odkurzyć pasje, zainteresowania, relacje z innymi ludźmi. Niestety, nie pomagało nic. Nie pomagała książka, muzyka, kino, teatr, opera, rozmowa z siostrą, przyjaciółkami, praca, zakupy - czyli źle pojmowane przeze mnie myślenie o sobie. Miałam wokół wiele życzliwych osób i owszem, to poprawiało mi samopoczucie na chwilę, wyrównywało bilans emocjonalny, ale jak tylko lądowałam wieczorem sama, z własnymi myślami, czułam się bardzo samotna.

Zaobserwowałam kiedyś i częściowo doświadczyłam na własnej skórze, że generalnie osoby współuzależnione są nieszczęśliwe i często samotne. Zarówno te, które żyją z alkoholikiem, jak i które się z nimi rozstały. W przypadku tych drugich to często okres przejściowy - starego związku nie ma już, a nowych więzi jeszcze nie. Natomiast te pierwsze żyją z człowiekiem, który nie zapewnia im poczucia bezpieczeństwa i jest emocjonalnie niedostępny, a one stuprocentowo skoncentrowane na nim. To z kolej powoduje, że owszem - same nie są, ale często bardzo samotne.
Jakie jest na to lekarstwo? Drogi mogą być różne, sposoby osiągnięcia tego stanu ulegać zmianom, ewoluować, ale przede wszystkim warto uzmysłowić sobie, że samotność to stan ducha. Nawet w tłumie ludzi można się czuć, jak na bezludnej wyspie.

Mnie pomogły widoczne zmiany, które zachodziły w wyniku konkretnych działań, bliscy mi ludzie, świadomość, że sobie radzę, że jestem przydatna i potrzebna. Bycie wdzięczną za wszystko, co mi zostało dane, za każdy dzień, za każdą osobę, rozpatrywanie wszystkiego w formie szansy, nie zagrożenia. Będąc sama budowałam poczucie własnej wartości, dzień po dniu udowadniałam sobie, że umiem. Im bardziej byłam w procesie terapeutycznym, im więcej wiedziałam i rozumiałam, tym łatwiej pewne rzeczy mi przychodziły. Ale na początku, gdy dopiero zaczynałam "przygodę" z rozsupłaniem własnego uwikłania w alkoholizm męża i bardzo buntowałam się na to, co mówili mi inni, było bardzo źle.

Pomogła również, a może przede wszystkim akceptacja rzeczywistości i obecność we własnym życiu. Człowiek ma tendencję do automatyzacji zachowań. Nasz mózg jest tak niesamowicie skonstruowany, że wykształcił mechanizmy wykluczające możliwość zignorowania ważnej informacji - wykształcił nawyki. Pewne rzeczy robimy automatycznie, przyzwyczajamy się do stanów, warunków, okoliczności, nastrojów. Te powszednieją, przestajemy je dostrzegać, stają się "normalnością". A przecież o tę normalność właśnie w życiu chodzi, o te okruszki szczęścia zbierane pieczołowicie każdego dnia. Spektakularne momenty nie zdarzają się zbyt często. A o jakości życia świadczy ilość tych małych, szczęśliwych chwil. 

Dziś nie czuję się samotna. Co dzień zbieram garść okruszków szczęścia, mam w sobie pogodę ducha, uśmiech na ustach i spokój w sercu. Nawet będąc sama czuję się dobrze. Wręcz... lubię ten stan.

Pogody ducha Szanowny Czytelniku! :-)