Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egoizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egoizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 grudnia 2015

Dzielenie się sobą, czyli sposób na satysfakcjonujące życie

Każdy człowiek zaspokaja przede wszystkim swoje potrzeby. Potrzeby, czyli motor aktywności istot żywych. To właśnie ich realizacja niweluje frustracje i uzupełnia braki. Oczywiście mają one swoją gradację. W pierwszej kolejności realizowane są potrzeby związane z zachowaniem funkcji życiowych - fizjologiczne, następnie dopiero bezpieczeństwa, przynależności i miłości, szacunku i uznania, aż do potrzeby samorealizacji. Co nas - ludzi - odróżnia od zwierząt? Wartości. Wartości, które są istotne dla społeczeństwa ludzkiego, dla jego więzi, relacji i struktur. Wartości takie jak miłość, współczucie, bezinteresowność, przyjaźń, współpraca, odpowiedzialność, poczucie bezpieczeństwa itp. itd. Wartości, które dzieląc z innymi - mnożysz.
 
Brytyjski antropolog M.C. Turnbull w swojej książce "Ikowie. Ludzie gór"* wykazał, iż ukierunkowanie na indywidualizm jednostki może doprowadzić do zaniku wszelkich zasad moralnych. Jego badania zdemaskowały niewidoczne na pierwszy rzut oka prawdziwe intencje ludzi oraz to, iż etyka nie jest nam wrodzona, lecz tworzy się w społeczeństwie. Że człowiek rodząc się ma w sobie tylko instynkt samozachowawczy, a wystarczą tylko krańcowo trudne warunki, by powszechny wyzysk i wynaturzone zachowania stały się codziennością.
 
Jeśli każdy człowiek zaspokaja przede wszystkim swoje potrzeby, to co z bezinteresownością? Ano... bezinteresownie można zrobić coś najwyżej nieświadomie. Przecież nawet pomoc udzielona komuś w potrzebie powoduje, że sama ze sobą czuję się lepiej, więc jednak jakiś interes w tym mam. I dobrze! Dzisiejszy świat goni za samowystarczalnością, a przecież z dzielenia się i udzielania pomocy korzystają obie strony. Pierwsza czerpie satysfakcję z czynionego dobra, druga zaś, oprócz podanej ręki, otrzymuje powód do bycia wdzięcznym.
 
Natknęłam się niedawno na hasło: "Zabiegana, starasz się zadowolić wszystkich, zapominając o sobie? Sprawdź jak zdrowy egoizm może polepszyć Twoje samopoczucie!" Polepszyć?! Wydaje mi się, że jest wręcz odwrotnie! Egoizm, bez względu na to, jaki przymiotnik go określa, wiąże się z krzywdą drugiego człowieka. W jaki sposób taka postawa może cokolwiek polepszać? Jeśli nie jestem socjopatą powinnam starać się przystosować do życia wśród ludzi, bo „Wielcy ludzie przychodzą, by służyć, a nie oczekując, by służono im. (…) Dopóki - i jeśli - nie oddasz swojego życia innym, nie przeżyjesz go raczej na głębszym poziomie. „ [Richard Rohr – „Spadać w górę”]
Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samej sobie może stać się źródłem moich problemów. Usłyszałam ostatnio hasło, które bardzo mi się spodobało. Zarówno na poziomie ideologicznym, jak i pragmatycznym - jeśli jest Ci źle we własnym życiu, to idź i komuś pomóż.
 
Czy możliwym jest, że życie zostało mi dane, bym je przeżyła tylko i wyłącznie dla siebie? Po co otrzymałam talenty, zdrowie, inteligencję, szanse, po co mi wiedza, doświadczenie, po co się uczyć, jeśli nie po to, by się tym podzielić z innymi, jeśli te wszystkie zasoby nie służyłyby drugiemu człowiekowi? Po co otrzymałeś to… Ty? 
 


---
* O książce "Ikowie. Ludzie gór" pisałam więcej w eseju:
 Egzamin z człowieczeństwa dla społeczeństwa

niedziela, 5 lipca 2015

Asertywność vs. egoizm

Asertywność to cecha zdecydowanie pożądana i świadcząca o zdrowiu psychicznym człowieka. Gdyby spojrzeć na zachowania ludzkie, jak na prostą wiodącą od minus nieskończoności do plus nieskończoności, a asertywność umieścić w miejscu zera, to po jej lewej stronie znalazłyby się zachowania uległe, po prawej zaś agresywne.

Zachowania uległe prezentuje tak zwany człowiek bez "nie". W obawie przed  odrzuceniem, w wyniku lęku, poczucia niższości - gdy odmówię nie będą mnie lubili, nie będą mnie chcieli -  przystaje na wszystko, a czasem wręcz "wychodzi przed szereg" zanim jeszcze go o to poproszą, chociaż naprawdę zupełnie nie chce. Myśli, że jego uczucia się nie liczą, nic nie znaczą. Stawia się w roli ofiary hodując urazy i poczucie krzywdy oraz żalu.

Znakomitym remedium na taką postawę jest zbudowanie podwalin, twardych fundamentów, systemu poczucia własnej wartości, to jest poznanie własnych mocnych i słabych stron. Wówczas człowiek staje się zdolny do otwartego wyrażania swoich opinii i potrzeb, respektując uczucia, prawa oraz dobra innych, czyli asertywny. Asertywność to "nie" dla kogoś, to umiejętność odmowy, gdy ten ingeruje w mój czas, moje plany, narusza moje granice, ale również, asertywność to "tak" dla mnie, dla własnego czasu, własnych potrzeb i uczuć.

Dwa lata temu, na jakichś tam zajęciach psychoterapii współuzależnienia, mieliśmy napisać, jakie zachowania nas charakteryzują, czy potrafimy być asertywni, czy nie. Tamta ja nie miała kontaktu z rzeczywistością, nie chciała i nie umiała dostrzec, jak jest naprawdę. Wiedziałam, jakie zachowania są pożądane, jaka chciałam być, ale nie jaka byłam, więc napisałam, iż owszem, potrafię być asertywna i zazwyczaj jestem, a jeśli przejawiam jakieś inne cechy, to bliższe mi są zachowania agresora, bo przecież nie ofiary! Przecież ja zawsze mam rację, bo niby kto inny?
Hm... ciekawe tylko, dlaczego godziłam się prawie na wszystko? Zdarza się po prostu, że jedna osoba prezentuje zarówno postawy człowieka bez "nie", jak agresywne, ale do asertywności jest jej jednakowo daleko.

O ile rozróżnienie postawy asertywnej od uległej jest dość łatwe do uchwycenia, tak odróżnienie jej od agresywnej nie jest już tak jednoznaczne. Bywa, że asertywność jest (błędnie) utożsamiana właśnie z bezwzględnością, czy wręcz egoizmem. Nic bardziej mylnego. "Egoista kieruje się w życiu (wyborach, decyzjach, postępowaniu) jedynie własnym interesem i postępuje w taki sposób, że przynosi to, albo może przynieść, szkodę bliźnim;".* Wszystko wie najlepiej, a jego potrzeby i ich realizacja jest najważniejsza, bez względu na okoliczności - ma przecież prawo!

Jestem wzrokowcem. Jeśli czegoś nie zobaczę, trudniej mi pojąć, zrozumieć. W tym celu i na własny użytek ukułam krótkie rozróżnienie, uproszczone definicje tego, co (moim zdaniem) składa się na zachowania egoistyczne, a co na asertywne. Otóż:

- realizowanie własnych potrzeb generujące (ewentualnie) urazę innych to asertywność
- realizowanie własnych potrzeb generujące (nawet jeśli "tylko" potencjalnie) krzywdę innych to egoizm

Można wysnuć wnioski, iż granica między asertywnością, a leży mniej więcej tam, gdzie między urazą, a krzywdą. Przy czym na cele moich rozważań zakładam, że uraza to krzywda urojona najczęściej wynikająca z nierealistycznych oczekiwań lub błędnych ocen, a krzywda, to działanie, bądź zaniechanie, które realnie wyrządziło komuś niezasłużoną szkodę. Zatem jedyną niewiadomą, którą muszę odkryć, jest rozróżnienie tego, co jest krzywdą, a co urazą, za co odpowiadam, na co mam wpływ, a na co jednak nie.
Moje "nie" na nadgodziny w pracy (gdy nie są absolutnie niezbędne) może spowodować, że zwierzchnik będzie się czuł urażony odmową, natomiast zaniedbywanie obowiązków służbowych może już wyrządzić mu realną szkodę, w jakimś zakresie uszczuplić jego dobra. Przy czym w kwestii rozróżniania, co krzywdą jest, a co "tylko" urazą drugiego człowieka, warto się jeszcze z kimś skonsultować, bo wewnętrzny adwokat w mojej głowie nie śpi, a ja nie mam prawa decydować, co ktoś inny może czuć na skutek moich działań, bądź zaniechań. 

Czasami, na szczęście coraz rzadziej, miewam problemy z byciem asertywną. Jeszcze zdarza mi się mieć wyrzuty sumienia, jak komuś czegoś odmówię, jeśli nie mam na to ochoty, albo czasu, i zazwyczaj później zmagam się z myślami, że może mogłam, że może nie powinnam była odmawiać? Czasami zdarza mi się rozładować gniew na kimś, kto na mnie coś próbuje wymusić. Ostatecznie czuję się źle, gdy się nie zgadzam i źle, kiedy się godzę. Zaczęłam się nad tym zastanawiać, i wyszło mi, że moje rozterki wynikają z wzajemności lub z poczucia odpowiedzialności za coś lub kogoś. Jeśli ktoś dla mnie coś kiedyś zrobił, nawet gdyby to było bezinteresownie, to ja czuję się w obowiązku, by dla niego również coś zrobić. A jak nie mam na to ochoty, możliwości, umiejętności, czasu... to później miewam wyrzuty sumienia. Poza tym jest jeszcze jedna kwestia, prośby zazwyczaj spełniam, żądania z przekory nie. 




--
* Meszuge, "12 Kroków od dna. Sponsorowanie", Wyd. WAM, 2015, str. 90

środa, 29 kwietnia 2015

Zmora egoizmu i egocentryzmu

Alkoholizm jest chorobą społeczną. Nie dlatego, że duża część społeczeństwa pije alkohol, a dlatego, że uzależnienie jednej osoby wpływa destrukcyjnie na całą jej rodzinę, często również otoczenie. Oni także chorują, choć nie piją. To zaburzenie nazywa się współuzależnieniem. Każdy alkoholik jest egocentrykiem i egoistą. Ocenia rzeczywistość z własnego punktu widzenia i poprzez pryzmat swoich wyobrażeń, domysłów, przekonań i doświadczeń. Jest tak skoncentrowany na sobie i potrzebie dostarczenia do krwiobiegu odpowiedniej dawki etanolu, że samowolnie podejmuje decyzje często dotyczące całej rodziny oraz zaspokaja własne zachcianki, zupełnie nie zwracając uwagi na krzywdę "bliskich". Teoretycznie rzecz ujmując, skoro osoby współuzależnione są po drugiej stronie barykady powinny być nacechowane altruizmem, ale to... guzik prawda. I o ile może nie zawsze są egoistkami, to egocentryczkami już tak. Przecież to one doskonale "wiedzą", co jest dla partnera dobre, co powinien, co woli, co myśli. To one sprawują kontrolę, dramatycznie próbując kierować i rządzić wszystkim i wszystkimi. I nie ma znaczenia, że robią to w dobrej wierze, że w ten sposób próbują zapewnić sobie choć namiastkę poczucia bezpieczeństwa, skoro to nie zmienia faktu, iż cechuje je egocentryzm. "Patrzeć na ludzi, wydarzenia i okoliczności życia jedynie w świetle ich stosunku do własnej osoby, to żyć na progu piekła. Egoizm jest nieuchronnie skazany na zawody, bo jego osią jest kłamstwo. Ażeby żyć wyłącznie dla siebie, musiałbym naginać wszystko do mojej woli, tak jak gdybym był bogiem. A to jest niemożliwe. Czy może być wyraźniejsza wskazówka mojej zależności jako stworzenia niż te ograniczenia mojej woli? Nie mogę zmusić wszechświata, żeby mi był posłuszny. Nie mogę nakłonić innych ludzi do postępowania według moich kaprysów i zachcianek." - (T. Merton, "Nikt nie jest samotną wyspą").

Przeczytałam gdzieś hasło zachęcające do podjęcia terapii: "Zabiegana, starasz się zadowolić wszystkich, zapominając o sobie? Sprawdź jak zdrowy egoizm może zmienić Twoje samopoczucie!" Całkowicie zgadzam się z tym, iż osoby współuzależnione powinny podjąć terapię i zadbać przede wszystkim o siebie i dzieci, zamiast koncentrować całą swoją energię na tym, by partner przestał pić, gdyż to walka z góry przegrana. Tego nie da się zrobić. Po prostu. Nie mniej jednak nie uważam, by egoizm był dobrym rozwiązaniem, bez względu na to, jaki przymiotnik go określa, bo wiąże się z krzywdą drugiego człowieka. A jeśli nie jestem socjopatą powinnam starać się przystosować do życia wśród ludzi. No... chyba, że dysponuję bezludną wyspą... Bo jeśli do egocentryzmu dołożę jeszcze egoizm, to... może być źle. Bardzo źle. Również dla mnie.

Rozwój osobisty, samorealizacja, uczenie się, dbanie o siebie - tak, tak, tak! Ale... po pierwsze dopóki nie determinują krzywdy drugiego człowieka, a po drugie dopóki służą czemuś lub komuś.  Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie (Rz 14.7). Czy możliwym jest, że życie nam zostało dane, byśmy je przeżyli tylko i wyłącznie dla siebie? Po co otrzymałam talenty, zdrowie, inteligencję, szanse, po co mi wiedza, doświadczenie, po co się uczyć, jeśli nie po to, by się tym podzielić z innymi, jeśli te wszystkie zasoby nie służyłyby drugiemu człowiekowi? Dopiero to - moim zdaniem - świadczy o naszej użyteczności, jako ludzi, dopiero to nadaje życiu sens. Podejmuję naukę, przeżywam, doświadczam, uczę się, bo to rozwój. Rozwój umożliwia mi lepsze bycie dla kogoś. Wierzę, że Bóg ma wobec mnie jakiś plan. Dokładnie tak samo, jak wobec każdego innego człowieka. Coś od Niego otrzymałam i powinnam wykorzystywać to dla wspólnego dobra.