Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manipulacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manipulacje. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 października 2015

Czyżby dojrzałość?

Przez ostatnie dwa lata dojrzałam bardziej, niż kiedykolwiek wydawało mi się, że można. Widzę, czuję, słyszę i dostrzegam więcej, wyraźniej, pełniej. Trudno to nawet opisać słowami...
 
Na nowo wyrobiłam sobie opinię, zdefiniowałam na własny użytek pojęcia takie, jak miłość, szacunek, akceptacja, Bóg, przyjaźń, odpowiedzialność, uczciwość, relacja, tolerancja... I nawet jeśli nie wszystko już ubrałam w słowa, nie wszystko spisałam, nie wszystko wiem, to pozwalam sobie na to, bo wiem, że rozwój jest przecież nieskończony, że co dzień mogę się nauczyć, dowiedzieć, zasmakować, poznać coś innego i nowego.
 
Z odrobiną rozbawienia obserwuję męsko-damskie gierki i zakrywki, w których kiedyś brałam udział ochoczo i radośnie. I od razu przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmów. Generalnie nie lubię i nie oglądam komedii romantycznych, ale w "Czego pragną kobiety" po pierwsze gra Mel Gibson, a po drugie ścieżka dźwiękowa to kawałki Franka Sinatry, więc... od czasu do czasu do niego wracam. Za każdym razem, kiedy słyszę, czytam, albo rozmawiam z kimś o relacjach damsko-męskich, oczami wyobraźni widzę scenę, w której główni bohaterowie wymyślają hasło reklamowe dla marki Nike dla kobiet i wpadają na: "Nike - no games, just sport"*. Tak sobie myślę, że dobrze byłoby odpuścić te całe gierki, niedomówienia, testowanie i zakamuflowane intencje, bo... szkoda na to czasu. Postawą, fundamentem zdrowego związku jest szczerość i akceptacja drugiego człowieka. Jego wad i zalet, potrzeb, pragnień, zainteresowań, pasji i... fisiów (oczywiście przy założeniu, że powyższe nikogo nie krzywdzą). A związek to przecież tylko jeden z rodzajów relacji łączących ludzi, zaś powyższe można zastosować do wszystkich.
 
Od zawsze byłam dość pewna siebie. Choć... może lepszym określeniem byłoby zadufana w sobie, bo maskowanie swoich kompleksów (czasami wykreowanych przez perfekcjonizm) fanfaronadą, z wysokim poczuciem własnej wartości mało ma wspólnego. Oczywiście sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać, więc... się stawiałam. Kiedyś pewne sprawy powodowały, że się gniewałam, złościłam, obrażałam, ekscytowałam... na ludzi, albo na Boga. Teraz (pomijając - niestety - niektóre wyjątki), staram się raczej znaleźć to, co łączy, niż dzieli. Staram się nie udowadniać i nie przekonywać. Staram się zrozumieć i uszanować odmienność.
 
I z tego cieszę się najbardziej, bo pycha... chyba najbardziej oddala od tego, co Najważniejsze.
 
Wdzięczna jestem za ludzi, którzy każdego dnia stają na mojej drodze i mnie inspirują, bo to w dużej mierze ich zasługa. Od nich się uczyłam, do nich uczę się nadal. Jak widać, chyba wszystko w życiu ma swoje miejsce i czas, bo w przypadki już od jakiegoś czasu nie wierzę. Życie jest takie proste. Wystarczy tylko... zacząć żyć. Dziś. Bo wczoraj jest historią, jutro tajemnicą, a każdego dnia podejmuję decyzje, które mają moc sprawczą, by odmienić całe moje życie.




---
Nike - żadnych gierek , tylko sport.

czwartek, 30 lipca 2015

Zaślepiona

Rozprawa o rozwód z orzeczeniem winy męża. Zeznaje moja siostra, później zeznaję ja i sędzia pyta - Czy od początku waszego małżeństwa tak było? - a mnie jakby ktoś obuchem w łeb trzasnął. Automatycznie odpowiadam - Oczywiście, że nie! Na początku było inaczej! - ale za chwilę, po raz pierwszy w życiu zastanawiam się, jak było naprawdę. Nie, jak chciałam by było, nie jak mi się wydawało, że było, tylko jaka była rzeczywistość. I odpowiadam - Tak... w zasadzie od początku małżeństwa tak było, tylko ja byłam jakaś zaślepiona miłością, planami i marzeniami, że jakoś to będzie, gdy tylko on...

Nasze wspólne życie dopiero się miało zacząć. Ja miałam 25 lat, a on na początku nie pił dużo. Gdy się poznaliśmy piwo o pojemności 0,33 l było dla niego wystarczające. Dopiero później, gdy zauważyłam ze pije więcej, niż przeciętny człowiek, zdarzało mi się obrazić (jakby to cokolwiek pomagało!), ale generalnie mi to nie przeszkadzało. Nie chciałam być, jak inne kobiety w mojej rodzinie, które swoich facetów strofowały za picie. Moje przekonania i wzorce były takie, że mężczyźni upijają się i już. Mnie przeszkadzało coś innego. To,  że nie mogłam na nim polegać, kłamał, oszukiwał i nie miał porządnej pracy. Przy czym przez porządną pracę nie mam na myśli jakiegoś super fajnego stanowiska i wysokiej pensji. Mam na myśli normalną umowę o pracę, z wynagrodzeniem wypłacanym terminowo, miesięcznie, na rachunek bankowy, z przysługującymi świadczeniami w postaci urlopu wypoczynkowego, itp. Tak, żeby można było zaplanować wydatki i zastanowić się, co zrobić z resztą. Po prostu, jak w życiu. Mąż takiej pracy nie miał w zasadzie przez cały okres naszego małżeństwa. Oczywiście to nie jest tak, że on zupełnie nie pracował. Czasami udawało mu się gdzieś zahaczyć. Wówczas dawał z siebie wszystko i był bardzo chwalony, ale jak tylko ta praca się kończyła, to... coś nie pozwalało mu znaleźć innej. Widać było, że ta sytuacja bardzo go frustruje, chciał mi dać gwiazdkę z nieba, popisać się, zadowolić, kupić coś ładnego, ale nie mógł, więc zamiast zrobić coś konstruktywnego wikłał się w różne pożyczki. A ja... starałam się go wspierać i nie mając świadomości, że robię mu krzywdę, ciągnęłam sama ten nasz wózek i jak tylko się o jakiejś dowiadywałam, natychmiast ją spłacałam. Kiedyś, za moją namową, mąż wpadł na pomysł, żeby pójść na jakiś kurs podnoszący kwalifikacje zawodowe, by łatwiej byłoby mu znaleźć pracę. Taki kosztował około 2.500 zł. Uznałam, że to rewelacyjny pomysł i dałam mu pieniądze, ale on na kurs nie poszedł, tylko skutecznie wmówił mi, że zapłacił, ale termin przegapił i klops... Potrafił zmanipulować mnie tak, bym uwierzyła, że brudny śpi na podłodze, nie dlatego, że jest pijany, tylko zmęczony i bolą go plecy, a w nocy wstaje i maszeruje po piwnicy, by je rozchodzić, nie w poszukiwaniu szczęścia,  że butelki po wódce pochowane wszędzie nie należą do niego, tylko do innych, że... Alkohol wyczuwałam od każdego, ale od niego nie. Gdy rodzina próbowała mi mówić, że coś jest nie tak, ja go broniłam, jak lwica. To był przecież mój mąż! Pamiętam, jak prosiłam siostrę, by go powąchała, bo jakoś "dziwnie" wyglądał śpiąc... Pewnego razu przyniósł do domu butelkę szampana i umowę o pracę, którą... sam wydrukował i podpisał za obie strony! Ja się tego domyślałam, ale chciałam mu wierzyć... więc wierzyłam. W tak zwanym międzyczasie wyrzucałam go z domu kilkakrotnie. A on wracał, przepraszał, błagał i obiecywał. Było mi łatwiej w to wierzyć, więc ufałam, iż tym razem będzie inaczej. Później dopadły mnie koszmarne stany depresyjne, zaczęłam się leczyć i tak minęło lat 3, kiedy to w czwartą rocznicę ślubu mąż nie przyszedł na noc do domu, bo obiecał wcześniej jakiś prezent i niespodziankę, a nie udało mu się zorganizować pieniędzy, więc się upił. Dałam nam jeszcze rok. Ten skończył się kolejnym dołkiem (moim!), a u niego nie zmieniło się nic... Wówczas trafiłam na terapię współuzależnienia. 

Od tamtego czasu minęły dwa lata i jestem tu. Dziś, gdy przypominam sobie te sytuacje, gdy czytam napisany  przed momentem tekst, wydaje mi się to wręcz nierealne, ale wówczas stanowiło najnormalniejszą w świecie normalność. I pomimo, że widzę, że to wszystko może wyglądać paskudnie, doskonale pamiętam, że nam naprawdę było razem dobrze... 

Kiedy cierpi dusza, krzyczy ciało. Gdyby moje nie zamanifestowało, iż źle się dzieje, pewnie bylibyśmy z mężem nadal razem. Tylko nie wiem, w jakim stanie  byłabym ja, bo tak naprawdę... co to był za związek?

Meandry myśli osoby współuzależnionej są naprawdę niesamowite...


wtorek, 10 lutego 2015

Jeśli chcesz, żeby coś się zmieniło w twoim życiu, to musisz coś zmienić w swoim życiu

Poczynania związane z (przed)ostatnią próbą ratowania związku spowodowały, że na nowo musiałam uporać się z brakiem obecności męża w moim życiu. I, pomimo że z całej tej sytuacji wyciągnęłam dla siebie dużo, początkowo była dla mnie bardzo bolesna. Jeszcze całkowicie nie wykluczałam wspólnej przyszłości gdyby mąż wytrzeźwiał, pomimo że im dalej w las, tym było ciemniej, ale na rozwód zdecydowanie nie byłam gotowa. Natomiast umiałam już myśleć zdroworozsądkowo. Zawarłam więc sama ze sobą coś w rodzaju umowy. Jeśli do końca trwania mojej terapii, czyli mniej więcej do końca 2014 roku, mąż poczyni jakieś realne i namacalne zmiany, przemyślę tę kwestię raz jeszcze, natomiast jeśli nie, to… 2 stycznia 2015 r. z pozwem w ręku powędruję do sądu. Realnie podejście do sprawy i dość precyzyjnie określony termin spowodowały, że wówczas czułam się z tą decyzją bezpiecznie.
 
Żyłam jakby w rozdwojeniu jaźni. Z jednej strony czułam się młoda, ładna, wykształcona, niezależna finansowo, a z drugiej współuzależniona, uwikłana w związek, z którego ani wyjść, ani naprawić. Z jednej strony kobieta, która twardo stąpa po ziemi, jest niezależna i wie, że to, co robi jest słuszne. Że to jedyne sensowne rozwiązanie. I druga, która wierzy, że on się zmieni, która tęskni i ma nadzieję, która użala się nad sobą, że chce partnera i związku i dzieci - słowem mały domek, biały płotek, grzeczny piesek. Jedną starałam się być, a drugiej nie pozwalam się rozczulać, ale czasami mi się to nie udawało. Klasyczny pat. Podobno można żyć z alkoholikiem obok niego, ale ja nie potrafiłam. Nie chciałam. To mnie nie satysfakcjonowało - czułam, że stać mnie na więcej.
 
W tamtym czasie już nie chciałam męża i jego zachowań analizować. Chciałam widzieć zmiany, a nie ciągle tylko słuchać o nich zapewnienia. Ale jakikolwiek z nim kontakt wywoływał u mnie automatyczne reakcje. Głównie agresję (a pewnie strach, z którym nie umiałam sobie poradzić, więc zamieniałam go na złość, którą odreagować potrafiłam), którą dodatkowo potęgował fakt, że on próbował mną manipulować, przymuszać do wysłuchiwania, jaki to on nie jest biedny i nieszczęśliwy, a za mną tęskni i dlatego nie potrafi się skupić na leczeniu. Ostatnie, czego chciałam to nim pogardzać, ale dopóki go podejrzewałam o picie, dopóty moja agresja wobec niego występowała, dopóki wietrzyłam, że mnie okłamuje, dopóty działał mi na nerwy. Nieustannie rozczarowywały mnie fakty potwierdzające to, iż się nie leczy. Bo tym razem zamierzałam być w postanowieniach konsekwentna i umowy z samą sobą dotrzymać. A tego się po prostu bałam.
 
Tak się kotłowaliśmy w tym chocholim tańcu, aż mąż zafundował mi pokaz swoich pijackich możliwości. Nie ma większego sensu opisywanie tych nieprzyjemnych zdarzeń, ale pierwszy raz w życiu zastanawiałam się poważnie nad wezwaniem policji. I z wielkim bólem z sercu obiecałam sobie i jemu, że jeśli kiedykolwiek się powtórzą zrobię to. Ależ się wściekłam! Że musiał pić  - rozumiałam, to choroba. Że tego nie widział, nie umiał nie pić - rozumiałam, tak działa mechanizm iluzji i zaprzeczania. Nie rozumiałam, dlaczego pisał esemesy, że czyta Kroki i Tradycje AA-owskie w momencie, kiedy był widziany z czteropakiem w sklepie. To nawet przestawało być smutne, tylko mnie do furii doprowadzało. Pozwoliłam sobie na ciągłe rozpalanie w sobie nadziei na rzekome zmiany, a każde rozczarowanie doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Tak oto na własnej skórze nauczyłam się, że nierealne oczekiwania rodzą rozczarowania, zawody, urazy i żal.
 
Wówczas pomyślałam o ostatniej desce ratunku. Wymyśliłam, że napiszę pozew rozwodowy, pokażę go mężowi i uwarunkuję jego złożenie zgłoszeniem się męża na ośmiotygodniowe leczenie zamknięte. Już wiedziałam, że sam sobie nie poradzi. Liczyłam na to, że jeśli zastosuję szantaż emocjonalny, on ulegnie. Wiedziałam też, że jakkolwiek cała sprawa by się nie skończyła, dla mnie wyjdzie na dobre. Bo jeśli mąż wytrzeźwieje, to super, a jeśli nie, to i tak nie ma sensu przedłużać tej patowej sytuacji.
 
Swój pomysł skonsultowałam, jak poprzednio i otrzymałam odpowiedź: „Napisz, pokaż i... złóż ten pozew w sądzie.  Pokazywanie może nie zadziałać, ale jak dostanie pismo z sądu, to... czasem to działa. Terminy rozpraw to i tak wiele miesięcy, a jeśli nawet się rozwiedziecie, a jakimś cudem on wytrzeźwieje, to możecie być razem i bez ślubu albo ponownie się pobrać.”
 
Niby sobie wszystko racjonalnie wytłumaczyłam, niby jakby na to nie patrzeć i tak miało to być z korzyścią dla mnie, ale emocje i tak brały górę. To, co myślałam, nie szło  zupełnie w parze z tym, co czułam. Pisałam pozew i ryczałam, jak bóbr. A pomimo to, zgodnie z hasłem jeśli chcesz, żeby coś się zmieniło w twoim życiu, to musisz coś zmienić w swoim życiu, 14.04.2014 z łzami płynącymi ciurkiem po policzkach nadałam listem poleconym tok sprawie rozwodowej…

poniedziałek, 2 lutego 2015

Większe szanse jego, moje i nasze, czyli życie w krainie iluzji


Nie wiem, czy to było tylko moim udziałem, czy większość partnerów osób uzależnionych tak ma, ale ja byłam przekonana, że mój mąż ma większe szanse na wyzwolenie z nałogu, niż wszyscy inni alkoholicy. Roiłam sobie, że on z pewnością tego dokona, bo po pierwsze bardzo chce, po drugie nie zabrnął jeszcze w tym obłędzie za daleko, a po trzecie zrobi to dla mnie! Dokładnie skalkulowałam, że jeśli wyrzucę go z domu od razu, on ocknie się i zacznie leczyć, to najpóźniej w moje trzydzieste urodziny "będziemy" zachodzić w ciążę. Rewelacyjny pomysł! Wprost genialny! Zaplanowałam wszystko. Zupełnie jednak nie wzięłam pod uwagę faktu, że alkoholizm to poważna choroba i nie zależy od silnej woli, bądź jej braku oraz tego, że może to, że mówi, iż nie chce pić, wcale nie oznacza, że będzie robił wszystko, by tak było.
Po prostu myślałam, że „mój” alkoholik jest wyjątkowy i inny. Bardzo dużo czasu zabrało mi uzmysłowienie sobie, że jednak nie, a jako "rasowy" uzależniony uskutecznia postawy i działania, których głównym celem jest zapewnienie sobie komfortu picia. Świadomie, bądź nie, stosuje triki i manipulacje, których gama  rozciąga się od próśb, gróźb, użalania się nad sobą, wrabiania w poczucie winy, brania na litość, straszenia samobójstwem albo czymś innym. A ja - "rasowa" współuzależniona - ślepo wierzę w te jego zapewnienia, pomimo, że wiele razy się na nich przejechałam. Ale... tym razem będzie inaczej, zwycięsko! Musi być! Przecież obiecał! Jak typowa egocentryczka myślałam, że skoro ja nie kłamię i moje intencje są czyste, to znaczy, że wszyscy ludzie tak mają, prawda? Nie? Ups!

Nie dość, że myślałam, że mąż ma większe szanse, to byłam przekonana, że i moja sytuacja lepiej rokuje. Słuchając wypowiedzi koleżanek na grupie terapeutycznej myślałam, że one może i mają beznadziejnych mężów, ale mój taki nie jest. Mój mnie KOCHA! To, że przecież ich też je kochał... kiedyś... może nadal, nie wpadło mi do głowy. Moje „towarzyszki niedoli” w zasadzie w 90% mówiły o swoich partnerach źle, z pogardą, nienawiścią, ze strachem. Miały po prostu ich dość. Ich mężowie wyrządzili im wiele krzywd, również fizycznych. A do tego teraz często byli złośliwi, chamscy, zazdrośni i agresywni.  Mój taki nie był. Mój o mnie zabiegał. Słał rzewne esemesy, że kocha, tęskni, pragnie, robił niespodzianki, przysyłał kurierem kwiaty, albo na wycieraczce pod domem zostawiał świeżo nazrywane konwalie i bez, moje ulubione czereśnie, albo truskawki, bladym świtem odśnieżał samochód, kupował ulubione perfumy i słodycze. Szkoda tylko, że nie pakował całego tego zaangażowania w swoje leczenie. Z pewnością lepiej by na tym wyszedł. W każdym razie, za te wszystkie starania i deklaracje miłości, ja chciałam mu dać szansę (a raczej w efekcie nawet kilka szans), czego moje koleżanki nie rozumiały. Namawiały mnie do rozstania argumentując swoje wypowiedzi moimi zasobami i walorami, a ja najchętniej powiedziałabym im wówczas, by sobie te rady wsadziły gdzieś! Czego i kogo byłam warta - wiedziałam! Nie wiedziałam tylko, że to była iluzja.
 
Myślałam, że ja mam większe szanse na ułożenie sobie życia z mężem, niż one, bo skoro on mnie kocha (tak deklarował) i ja go również i oboje siebie chcemy, to... przecież jest najzwyczajniej w świecie logiczne i naturalne, że powinniśmy być razem. Zupełnie nie brałam pod uwagę jednej kwestii. Najistotniejszej. Alkoholizm to choroba postępująca i jeśli mój mąż piłby nadal, to z czasem też bym go znienawidziła. Że moje szanse na dobre życie z nim związane były z kwestią jego picia. A to było nienormalne, patologiczne. Bo jeżeli dwoje dorosłych ludzi planuje wspólne, szczęśliwe życie i stoi na progu powiększenia rodziny, ale warunkiem jest etanol, który przecież sam w sobie dla alkoholika nie jest problemem, tylko najbardziej spektakularnym w skutkach objawem choroby, to... to szanse na powodzenie całego przedsięwzięcia oscylują wokół zera.