Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 stycznia 2021

Codzienność

Ostatnie 2-3 lata są dla mnie czasem życia. Mam nadzieję, że to się w przyszłości utrzyma, bo jest mi (przeważnie) tak jak powinno. Bardzo komfortowo. Mam poczucie spełnienia i uznania, dostrzegam i doceniam duchowy i materialny stan posiadania oraz, co w moim przypadku niezmiernie istotne, ciągły rozwój. Jestem ogromnie wdzięczna, a to poczucie potęguje fakt, że doskonale pamiętam, jak może być źle. To z kolei napędza wdzięczność, i koło się zamyka.

Kilka lat mojego życia upłynęło pod znakiem planowania przyjemności. Powszednie życie, zapewne w związku z pogmatwanym życiem wewnętrznym, depresją i problemami natury emocjonalnej oraz finansowej było dość nieznośne. Upatrywałam więc okoliczności, które mogą tę przeciągającą się uciążliwość zmienić - ulubionego filmu w programie telewizyjnym, wyjścia do kina, restauracji, wizyty u rodziny, Świąt Bożego Narodzenia, urlopu, urodzin, Dnia Babci, wakacji, gości, spotkania z przyjaciółką, wyjścia na rolki. Słowem - okazji. Jakiejś odskoczni, powodu do świętowania. A to wszystko, by zabezpieczyć się przed poczuciem zasępienia i marazmu, albo - jeśli się już pojawiły - mieć nadzieję, że miną, bo mam czego wypatrywać. Wiecznie na coś czekałam. 

Przypomniało mi się dziś, bo styczeń był tego doskonałym przykładem. Wiem, że Blue Monday to bujda, która powstała na zlecenie, ale pierwszy miesiąc roku był dla mnie kiedyś trudnym czasem. Święta Bożego Narodzenia, Sylwester, Nowy Rok i wszystko 'dobre', na co czekałam w ciemnych miesiącach roku poprzedniego, minęło. Szło nowe, a ja musiałam to od początku budować. Gdy chorowałam na depresję lękową, najtrudniejsze były ranki. Otwierałam oczy i czerń świata zalewała mnie poczuciem beznadziei. Z każdą godziną, z każdym skrzętnie liczonym kęsem, który zjadłam,  powolutku, w miarę, jak udawało mi się pozostawać przy życiu, a leki przeciwdepresyjne zaczynały działać, składałam porozrzucane klocki całego dnia w całość. Historia powtarzała się z różnym nasileniem co dnia. Miesiącami i latami. Styczeń, dla całego nadchodzącego roku, był przenośnią takich ranków. Planowałam więc każdą przyjemność. Zapisywałam w kalendarzu, i jak przychodził trudniejszy moment zaglądałam tam, co mnie fajnego w najbliższym czasie czeka. Mega hit w Polsacie w poniedziałek, mecz piłkarski we wtorek, piątkowy seans filmowy w TVN finał WOŚP w niedzielę, Dzień Babci 21.01, Dzień Dziadka 22.01, urodziny mojego siostrzeńca, Walentynki, i tak dalej, i tak dalej. Byle do wiosny, byle do lepszego czasu, w pogoni za dobrym samopoczuciem. Rzecz jasna, czasami te chwile zaplanowanego szczęścia były rozczarowujące. Zatem zupełnie nieprzydatne.

Dziś już nie potrzebuję planować chwil szczęścia, bo moje życie w całości jest przyjemne. Nie potrzebuję czekać na film, na okazję, na spotkanie, na coś, co wypełni moje życie i odciągnie od codzienności, bo to ona, sama w sobie stanowi źródło szczęścia. Oczywiście zdarzają się problemy, trudności, i nieprzyjemne oraz wysoce stresujące okoliczności, kiepskie dni. Przyjaciel zachoruje, babcia trafi do szpitala, przygniecie mnie ogrom pracy i obowiązków zawodowych, pies dostanie rozstroju żołądka i przywita ekskrementami pozostawionymi na drewnianym parkiecie, a do tego będę musiała utrzymywać dystans od moich najbliższych, by ich nie zarazić potencjalnie nabytym wirusem. I to wszystko jednego dnia. W Blue Monday właśnie. Tyle tylko, że po tym okropnym poniedziałku przyszedł nowy dzień. Którego nie musiałam układać na nowo. Bo on już na samym początku był cały. I dobry. Wypełniła go moja obecna codzienność.

Rok 2020 dla wielu był czasem trudnym. Mnie i moją rodzinę spotkało jednak wiele błogosławieństwa. Przyszedł na świat mój najmłodszy siostrzeniec, nikogo z nas nie ubyło, cieszymy się relatywnie dobrym zdrowiem, moja działalność zawodowa nabrała wiatru w żagle, zadbałam o swoje ciało i umysł, udało mi się zrzucić kilka kilogramów, na skutek oszczędności (w dużej mierze w związku z brakiem możliwości podróżowania) spłaciłam  ponadplanową część kredytu mieszkaniowego, moja siostra spełnia marzenia zawodowe, moi rodzice realizują plany. Z drugiej strony ominęło mnie kilka zagranicznych wyjazdów, wiele spotkań z przyjaciółmi, premiery filmów, parę koncertów, nie byłam na urlopie, nabawiłam się skurczu akomodacji oka i nie dostałam pracy, o której marzyłam. Jednocześnie przepełnia mnie duma, wdzięczność i ogromne wzruszenie. Nie wiem, czy to kwestia opatrzności, czy umiejętności dostrzegania ukrytego piękna, ale chciałabym, by bieżący rok obfitował w podobny sposób.

 

czwartek, 17 grudnia 2020

Alegoria poszukiwania szczęścia

Ostatnio na fejsbukowej tablicy pojawił mi się post z polubionej kiedyś strony dotyczącej rozwoju duchowego. Przypowieść z serii - był sobie mistrz, który swoim uczniom coś unaocznił. Często z pewnym pobłażaniem takie czytam, szczególnie jeśli udostępni je osoba, którą znam i wiem, że z całą pewnością w zgodzie z takimi zasadami nie żyje, ale... to zupełnie inna historia. Zmierzam do tego, że czasami zdarza się, i tak było w tym przypadku, że znalazłam w owej bajce głębszy sens.

Nie pamiętam dokładnie jej treści i konkretnych liczb, nie pamiętam fabuły,  kto był jej autorem, ani kto ją udostępnił, będę trochę konfabulować, ale sens pozostanie - obiecuję. A było to tak...

  

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, dolinami i... stop! To nie ta bajka! Moja brzmi tak: w dwudziestą rocznicę matury został zorganizowany zjazd absolwentów rocznika 1982. Grupie 50 znajomych polecono, by napisali swoje imię na nadmuchanym baloniku i zostawili w jednym pomieszczeniu. Następnie balony przemieszano, a grupę poproszono, by w ciągu 5 minut każdy odnalazł balon ze swoim imieniem. Ludzie potrafią robić naprawdę dziwne rzeczy, gdy ich się odpowiednio zmotywuje lub obieca nagrodę, nawet gdyby tą miała być paczka chrupków, zatem ochoczo przystąpili do poszukiwań. Jak się można domyślić, balony fruwały po całym pokoju, wokół panował chaos i zgiełk, absolwenci przepychali się w zamęcie, jedni pękali ze śmiechu, inni z zacietrzewieniem parli do swego, dwie osoby nabiły sobie guza, cztery wzajemnie wyrywały gumowe zabawki, a jedna została znokautowana. Niestety, czas upłynął i nikomu (żeby to brzmiało bardziej dramatycznie) nie udało się odnaleźć swojego balonika. Wówczas pomysłodawca zabawy poprosił, by każdy wybrał losowo balon, a następnie odnalazł osobę, której imię się na nim znajduje, i jej go wręczył. Po 5 minutach każdy trzymał swój balon. I żyli długo i szczęśliwie. THE END.

Historyjkę starałam się przedstawić zabawnie, bo jak można inaczej, skoro kilkadziesiąt dorosłych osób biega za popisanymi balonami, ale pointa, gdy się nad nią zastanowić, już śmieszna nie jest, bo jak w każdej bajce, ma głębszy sens. Stanowi alegorię poszukiwań szczęścia w życiu. Szukając swojego - nie znajdziesz, dając komuś - otrzymasz własne. Jest to swojego rodzaju odmiana usłyszanego kiedyś - jeśli jest ci źle w życiu, idź i komuś pomóż. Warto o tym pamiętać.

 

środa, 7 października 2020

Zatraciłam

Na fali szczęścia, koncentracji na rozwoju zawodowym, spokoju w związku, poczuciu posiadania wymarzonego mieszkania, stabilizacji finansowej zatraciłam umiejętność myślenia, a więc też pisania o sprawach naprawdę ważnych. Często zastanawiam się, co mogłabym przelać na papier i... nic z tego nie wychodzi. Najbardziej natchniona i wrażliwa na otaczającą mnie rzeczywistość jestem, gdy cierpię. A teraz, gdy w moim życiu panuje ład, porządek i radość mam wrażenie, że każda próba napisania czegoś wartościowego, sensownego, ale przede wszystkim przydatnego i użytecznego spala na panewce. Na blogach jak mój, ludzie nie szukają opisów szczęścia innych. Raczej lustra, w którym dostrzegą podobieństwo, tekstu na tle którego ich problemy wydadzą się mniejsze, albo dodadzą otuchy. Mam poczucie, że utraciłam prawo do pisania, bo co ja tam mogę wiedzieć, gdy nie boli…

Kilka dni temu miałam urodziny. Trzydzieste ósme. W okolicach tej daty zawsze staram się o jakieś podsumowanie, retrospekcję ostatnich dwunastu miesięcy. Zewsząd słyszę, że rok 2020 jest zły, podły, straszny, a u mnie… jest niezmiennie dobrze. I się boję. Że te moje 7 tłustych lat skończy się niespodziewanie jak zszywki w zszywaczu. Piękne w życiu miały być tylko chwile, a u mnie to przecież całe miesiące…

A może to ja się zmieniłam? Może już nie oczekuję, nie żądam, biorę co jest i jestem wdzięczna?

Każdy, szczególnie młody człowiek ma jakąś wizję swojego życia, związku, kariery. Wizję, często nierealną, nieosiągalną, bo posklejaną z różnych obrazków tworzących swoisty kolaż. Kilka kadrów z domu, trochę od sąsiadów, rodziny, z reklam, seriali, filmów, rzadziej książek. Wizję, która składa się na tak zwaną normalność, do której chce dążyć.  A jak mu się nie udaje, następuje kryzys, często osobowości. Pamiętam moją wizję. Jak z reklamy Gillette z lat ’90. Śliczna ona. Męski on. Biała pościel łóżka. Słoneczny weekend. Jędrne ciała. Błysk obrączek ślubnych. Rozkoszne dzieci. Zawodowy sukces. Wspólny czas. Duże pieniądze. Jasny dom. Nowy samochód. Wielka miłość. Idylla.

I tak sobie myślę…  Jak miało być dobrze i normalnie, skoro wymyśliłam sobie utopię?

Chciałabym mieć pewność, że moje obecne poczucie szczęścia jest naprawdę moje, a nie wynika li tylko z korzystnych dla mnie okoliczności.  A pisać mogę i będę. Na razie w to tylko wierzę...

sobota, 21 marca 2020

Varia: więcej szczęścia niż rozumu

Przeżyłam dziś mały zawał serca, co w obecnej, kryzysowej sytuacji służby zdrowia wydaje się bardzo niepożądane. A było to tak. Idę sobie z psiakiem na spacer. Co ważne, przed poranną kawą, więc i niespecjalnie żwawo i szybko. Jest zimna wiosenna sobota, godzina 08:06. Płatki śniegu tańczą na wietrze. Mam na głowie czapkę, kaptur od bluzy i od kurtki, by ustrzec się przed jakimkolwiek przeziębieniem, więc i widoczność ograniczoną. Na ulicach prawie żadnego ruchu i zero ludzi. Myślę więc sobie - puszczę go ze smyczy, niech pobiega. Nieopodal mojego osiedla jest ruchliwa zazwyczaj ulica, dwujezdniowa z torami tramwajowymi pomiędzy pasami, ale od czasu pandemii, prawie wolna od ruchu. Szczególnie o tej porze w weekend. Wzdłuż, biegnie ładna ścieżka rowerowa, chodnik i lasek prowadzący do ogrodów działkowych. (Jeszcze są, ale na pewno w następnym planie zagospodarowania przestrzennego znikną zamieniając się w kolejne osiedle). Idziemy, idziemy, cały czas mam go na oku. Przedziera się radośnie między krzakami i nie odpuszcza żadnemu drzewku obsikania. Dochodzimy do końca chodnika i powrót. Idę i myślę, że ten koronawirus to może ma nam, społeczeństwu dać do myślenia, może Matka Natura 'wkurzona' na wszechobecny konsumpcjonizm i niszczenie środowiska 'wymyśliła' sposób na zmniejszenie populacji? A później, niezauważalnie zmieniam tor myślenia na to, że mam sporo czasu w ten weekend, może pójdę zrobić te sprawozdania GUS-owskie, których nienawidzę, a są po terminie, albo napiszę post na bloga (artykuł na stronę firmową pisałam wczoraj, więc dam czytelnikom dzień spokoju), aż nagle kątem oka dostrzegam, że na prawym pasie coraz bardziej zwalnia auto, podczas, gdy lewy pędzi. Rozglądam się, by dostrzec źródło tego zachowania i widzę, że przed nim jedzie stary czerwony grat z bijącym kołpakiem; pewnie kierowca obawia się, że felga w końcu odpadnie i uszkodzi mu karoserię. Na ułamek sekundy wracam do planowania, aż samochód całkowicie zatrzymuje się na mojej wysokości i znów przykuwa moją uwagę. Odwracam się w jego stronę i w tle dostrzegam, że mój pies biegnie po torach tramwajowych! Zamyślona nie zauważyłam, że zniknął z mojego pola widzenia. Patrzę, a lewym pasem z dużą prędkością wyprzedza inne auto! Spanikowana - wołać, czy nie, bo a nóż tym razem jego labradorowa koncentracja zadziała błyskawicznie, posłucha i przybiegnie od razu - wrzeszczę 'stój!'. Pies dostrzega w końcu moje dziwne zachowanie. W tym czasie bujam się nerwowo to w przód to w tył - biec po niego, czy nie - przecież pierd... mnie auto, jak nic. Na szczęście psiak słucha i staje jak wryty. Następne auto na lewym pasie zwalnia i udaje mi się przywołać pupila do siebie. Przybiega jakby nigdy nic. Szczęśliwy i opluty. W tych dwóch - trzech sekundach spociłam się tak, że koszulka przykleiła mi się do pleców. Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Przy czym ja chyba mniej (rozumu) niż on. Może więc na tej fali szczęścia i koronawirus mnie ominie?

środa, 1 stycznia 2020

Szczęśliwego nowego roku!



Huk fajerwerków powolutku dobiega końca, a ja siedzę w mojej ostoi spokoju i myślę, jak wiele dobrego spotkało mnie w 2019 roku, i jak wiele przez ostatnie kilka lat. Od momentu założenia bloga minęło 5 lat. Szmat czasu, a wydaje się jak wczoraj. Tylko ja jakaś inna. Szczęśliwsza, spokojniejsza, pewniejsza siebie. Może to wszystko przyszło wraz z kolejnymi siwymi włosami? A może z każdą podróżą? Z każdą przeczytaną książką? Z doświadczaniem starych i nowych przyjaźni? Z każdą wypłakaną łzą? Z każdym kolejnym uśmiechem? Z każdym dodatkowym kilogramem? A może tym wszystkim razem wziętym? 

Pamiętam zeszłoroczny post noworoczny. Pisałam w nim o przyszłości malowanej w kolorowych barwach. I wymalowała się tak, że rok 2019 był najlepszym jak dotąd w moim życiu. Styczeń upłynął na remoncie mojego wymarzonego M3. No dobra, nie tak do końca mojego, bo kupionego na spółę z bankiem, ale ten nie rozpycha się na salonowej sofie, więc niech już będzie ze mną przez kolejne 30 lat. Przynajmniej będziemy razem. W lutym się wprowadziłam. W marcu byłam na warsztatach duchowości w Opolu. W kwietniu, po zamontowaniu blatów kuchennych, mogłam wyprawić parapetówę. W maju odwiedziłam przyjaciół w Warszawie. W czerwcu spędziłam gorący weekend w Łebie. Na przełomie lipca i sierpnia zwiedzałam Włochy. We wrześniu uczestniczyłam w spotkaniu kwakrów w czeskim Brnie. W październiku spędziłam przemiły weekend w Jastrzębiej Górze. W listopadzie spotkałam się z przyjaciółmi w Opolu, zaś w grudniu czekała mnie przygoda życia na Saharze. W tak zwanym międzyczasie zrobiłam setki (jeśli nie tysiące) kilometrów na rowerze, chodziłam na koncerty, do teatru, kina, restauracji i dyskoteki, spotykałam się z przyjaciółmi, rodziną i znajomymi, spacerowałam z psiakiem, trochę gotowałam, sporo pracowałam, jeździłam na łyżwach, jadłam ulubione sushi, czytałam, pisałam, odpoczywałam... Żyłam. Pełnią życia. Nie wszystko mi się udało, nie wszystko zakończyłam sukcesem. Ale może tak właśnie trzeba było? Zostawić coś na kolejny rok, a nawet kilka?

"Umieć żyć to naj­rzadziej spo­tyka­na rzecz na świecie. Większość ludzi tyl­ko egzys­tu­je."
- Oscar Wilde


niedziela, 14 października 2018

Koniec?

Dawno nie pisałam, choć o tym żeby do tego przysiąść, myślę kilka razy w tygodniu. Doba się nie skurczyła, ale czasu jakoś już nie wystarcza. A może napisałam już wszystko, co warte napisania (a właściwie przeczytania przez odbiorcę) na poziomie mojej wiedzy i świadomości? A może autoterapia poprzez prowadzenie bloga się już skończyła? 

Początkowo pisałam przynajmniej posta tygodniowo, a najlepiej dwa. Z czasem zmieniło się na dwa miesięcznie, dwanaście do roku, a teraz zerkam w historię i widzę, że ostatni opublikowany wpis jest datowany na połowę lipca. Minął kwartał. 

Kiedyś moim marzeniem było, że na podstawie blogowych artykułów napiszę książkę. Dziś nadzieja tli się jeszcze tylko gdzieś w oddali. Może powinnam się z tego cieszyć? Nie piszę zarobkowo, moja profesja jest zgoła inna, a zauważyłam już dawno, że piszę w trudniejszych momentach mojego życia - jak mi jest smutno, źle, jak cierpię. (Nie tęsknię do tego!) Moje życie wywróciło się do góry nogami, a później jeszcze mocno pozamieniało warstwami. Śmiało mogę powiedzieć, że należę do grona najszczęśliwszych ludzi na świecie. 

Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas, ale bieżący rok przyniósł mi ogrom wspaniałości i zmian. Zakochałam się w Wenecji, zmieniłam zasady żywienia, przerzuciłam w dużej mierze z samochodu na rower, spełniło się moje największe muzyczne marzenie, odebrałam klucze do mojego własnego mieszkania, i jest szansa, że jeszcze w tym roku w nim zamieszkam, oraz - co najważniejsze - otaczają mnie ludzie, których kocham, lubię, szanuję. 

Czy w związku z tym, to już koniec? Myślę, że nie, ale wszystko w swoim czasie. 



Serdeczności, Szanowny Czytelniku. 
Dziękuję, że jesteś. 

Pelagia M.






niedziela, 14 maja 2017

Czy równowaga to zawsze "po równo"?

Odkryłam kiedyś, że nie potrafię żyć w satysfakcjonujący mnie sposób, jak zwyczajny, normalny człowiek. Nie do końca umiem zajmować się tylko i wyłącznie życiem doczesnym (praca, dom, zakupy, obowiązki, przyjemności), tym sławetnym "tu i teraz" i na co dzień praktykować uważności. Ja nawet próbowałam pójść śladem Jona Kabata-Zinna i skoncentrować się na jedzeniu tej rodzynki, ale... to nie było dla mnie. Chyba po prostu za dużo myślę, za dużo widzę, zbyt mocno czuję, a to powoduje, że potrzebuję pewnej harmonii, koherencji emocjonalnej, duchowej i psychicznej. Dopiero wówczas cegły w postumencie mojego życia spaja mocna zaprawa i nie pozwala im odpadać, jednej po drugiej. 

Gdy dotarło do mnie, że pomaga mi rozwój osobisty (przede wszystkim duchowy), z zapałem rzuciłam się w jego wir. Zajmowało mnie głównie czytanie, pisanie i rozważania egzystencjalne. Swój wolny czas spędzałam z laptopem na kolanach, bądź książką - często tematyczną - w ręku. Gdzieś obok była satysfakcja z pracy, aktywność fizyczna, wyjścia ze znajomymi. Zatraciłam potrzebę i radość z bycia z drugim człowiekiem. Kiedyś nawet ktoś na pewnym forum internetowym wytknął mi, że mam zacząć żyć i przestać taplać się w alkoholowym świecie. Pamiętam też jedną z rozmów, podczas której usłyszałam, że ja zwyczajnie marnuję czas i dziadzieję w domu. Trochę mnie to ubodło, bo nie umiałam inaczej, a tamta ja czuła się bezpiecznie w tym co robiła, pomimo faktu, iż miała świadomość, że takie życie nie jest szczytem jej pragnień. Ja byłam uśmiechnięta, zadowolona, spokojna, ale... do satysfakcji - a to widzę dopiero z perspektywy czasu - brakowało sporo.

Wydaje mi się, że ostatnimi czasy znalazłam balans między tymi dwiema kwestiami. Między "normalnym", powszednim życiem, a wzrostem duchowym. Jest mi w tym w każdym razie dobrze i spokojnie. I tak sobie myślę... może równowaga nie oznacza wcale "po równo"? Może... dla każdego człowieka punkt ów znajduje się w innym miejscu? Może wręcz na różnych etapach życia to się zmienia? Dziś potrzebuję więcej wychodzić do ludzi, a za kilkanaście lat... kto wie... może będę miała ochotę zaszyć się na dwa lata w górskiej chatce w Szwajcarii? Dobra... poniosło mnie trochę. Musiałabym już teraz znacznie zaburzyć moją równowagę, by na taką chatkę zarobić. Zmierzam jednak do tego, że może wystarczy jeśli będzie mi dobrze z ludźmi i z sobą, bo to będzie oznaczać, iż podążam właściwą drogą? Może... Oby...

piątek, 10 czerwca 2016

Enjoy life as it is

Niedawno miałam okazję brać udział w kilkudniowym spotkaniu grupy ludzi w różnym wieku, różnej płci i narodowości. Wspólnym mianownikiem była w nich serdeczność, troska o wspólne dobro, pogoda ducha i zainteresowanie drugim człowiekiem. Nic więc dziwnego, że wywiązały się między nami interesujące rozmowy, zawiązały nowe znajomości, a może nawet przyjaźnie? Kilka dni później dostałam od jednego z nich e-mail zakończony zdaniem: "Enjoy life as it is". Takie krótkie, a skłoniło mnie do pewnych refleksji. Między innymi próby odpowiedzi na pytanie: jakie jest życie człowieka? 

Życie bywa piękne, to prawda, ale to nie oznacza, iż przebiega, jak w bajce, że po jakichś tam niesprzyjających okolicznościach pojawia się książkę z bajki i obietnica "żyli długo i szczęśliwie". Życie nie wygląda, jak w serialu, gdzie wszyscy są piękni, śniadanie samo się robi, lodówka napełnia, a portfel pęcznieje. Na planecie Ziemia o swoje szczęście trzeba zawalczyć. Często z największym wrogiem - samym sobą. A i tak poczucie szczęścia nie jest, i być nie może, stanem permanentnym, bo tak naprawdę w życiu piękne są tylko chwile. Chciałabym bardzo wierzyć w to, że te najlepsze jeszcze przede mną.

W zdecydowanej większości przypadków życie jest trudne. Bardzo często wystawia nas na jakieś próby i cierpienia. Inną sprawą, że przecież nie wiem, czy jakieś przykre i bolesne zdarzenie w moim życiu, nie uchroniło mnie przed jeszcze większym? Czy w dłuższej perspektywie czasu nie okaże się raczej wybawieniem, niż zgubą? Nie muszę nawet daleko sięgać pamięcią. Gdyby moje ciało nie zamanifestowało depresją (koszmarnym doświadczeniem), iż źle się dzieje w moim życiu, gdzie byłabym teraz? Czyż nie uwikłana w związek z uzależnionym od alkoholu, nieszczęśliwym (i w dalszym ciągu pijącym) człowiekiem? Tego, oczywiście, nie wiem, ale za nic nie cofnęłabym czasu, by to zweryfikować. Każdą porażkę, każde cierpienie można przekuć w coś dobrego. Wystarczy tylko dobrze poszukać.

Ludzie mają tendencję do niwelowania, minimalizowania, unikania cierpienia, uciekania od niego, zamiast je po prostu przeżyć i postarać się wyciągnąć wnioski, nabyć doświadczenia. Czasami oczekujemy, że coś się zdarzy samo, beż żadnego zaangażowania, żadnych realnych i namacalnych zmian. Na własne życzenie wpędzamy się w stan wiecznego oczekiwania na... coś. Nie do końca wiedząc, co to "coś" oznacza, ale ufając, iż coś super fajnego i wreszcie permanentnego - Będę szczęśliwa, jak tylko on... Będę spełniona, jak zdarzy się... Moje życie odmieni się na lepsze, jeśli tylko ktoś... Stanę się bogata, jak tylko wystarczająco mocno będę o tym myślała. - To tak niestety nie działa. Czasami, krótkofalowo - być może, ale na dłuższą metę - nie. Nie zmieniając w swoim życiu nic, nic też nie ulegnie zmianie.
Postarajmy się, by nasze życie nie było wiecznym czekaniem na coś... Na wakacje, na partnera, na lepszą pracę, na bogactwo, na lato, na zimę, na wielką miłość, na autobus, na lepsze czasy, na szczęście, na... Każdy dzień jest darem i już nigdy się nie powtórzy. Zmieniaj co możesz, akceptuj na co wpływu nie masz i...  CIESZ SIĘ ŻYCIEM TAKIM, JAKIE JEST! Bo ono nie jest próbą generalną przed tym właściwym, bo drugiego już nie będziesz miał, ani kolejnej szansy na jego przeżycie.  


środa, 3 czerwca 2015

Sposób na samotność

Zapytana kiedyś czego chcę, czego mi brakuje - z braku konkretnej odpowiedzi - odparłam chcę być szczęśliwa.

To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę ten termin dla mnie oznacza, co przez niego rozumiem, czyli... czego potrzebuję. Wyszło mi, że poczucie pełni szczęścia to pozytywne emocje, czyli splot myśli, odczuć i zdarzeń. To trwałe zadowolenie z siebie, z życia, z relacji z ludźmi, z powodzenia różnych przedsięwzięć. To radość z czerpania dla siebie i dawania innym. To wewnętrzne poczucie zadowolenia i przyjemności. Przy czym absolutnie nie euforia, bo ta nie jest i nie może być permanentna. Tego chciałam.
Było tak, jakiś czas temu, kiedy jeszcze bardzo wierzyłam w to, iż razem z mężem stworzymy rodzinę, że czułam się bardzo samotna. Bardzo za nim tęskniłam. Wyrzuciłam go z domu, ale to było tylko na pokaz, bo tak naprawdę z całego serca chciałam go w nim mieć. Może dlatego, że nie zalazł mi jeszcze aż tak za skórę? Nie wiem. Próbowałam zająć się sobą, odkurzyć pasje, zainteresowania, relacje z innymi ludźmi. Niestety, nie pomagało nic. Nie pomagała książka, muzyka, kino, teatr, opera, rozmowa z siostrą, przyjaciółkami, praca, zakupy - czyli źle pojmowane przeze mnie myślenie o sobie. Miałam wokół wiele życzliwych osób i owszem, to poprawiało mi samopoczucie na chwilę, wyrównywało bilans emocjonalny, ale jak tylko lądowałam wieczorem sama, z własnymi myślami, czułam się bardzo samotna.

Zaobserwowałam kiedyś i częściowo doświadczyłam na własnej skórze, że generalnie osoby współuzależnione są nieszczęśliwe i często samotne. Zarówno te, które żyją z alkoholikiem, jak i które się z nimi rozstały. W przypadku tych drugich to często okres przejściowy - starego związku nie ma już, a nowych więzi jeszcze nie. Natomiast te pierwsze żyją z człowiekiem, który nie zapewnia im poczucia bezpieczeństwa i jest emocjonalnie niedostępny, a one stuprocentowo skoncentrowane na nim. To z kolej powoduje, że owszem - same nie są, ale często bardzo samotne.
Jakie jest na to lekarstwo? Drogi mogą być różne, sposoby osiągnięcia tego stanu ulegać zmianom, ewoluować, ale przede wszystkim warto uzmysłowić sobie, że samotność to stan ducha. Nawet w tłumie ludzi można się czuć, jak na bezludnej wyspie.

Mnie pomogły widoczne zmiany, które zachodziły w wyniku konkretnych działań, bliscy mi ludzie, świadomość, że sobie radzę, że jestem przydatna i potrzebna. Bycie wdzięczną za wszystko, co mi zostało dane, za każdy dzień, za każdą osobę, rozpatrywanie wszystkiego w formie szansy, nie zagrożenia. Będąc sama budowałam poczucie własnej wartości, dzień po dniu udowadniałam sobie, że umiem. Im bardziej byłam w procesie terapeutycznym, im więcej wiedziałam i rozumiałam, tym łatwiej pewne rzeczy mi przychodziły. Ale na początku, gdy dopiero zaczynałam "przygodę" z rozsupłaniem własnego uwikłania w alkoholizm męża i bardzo buntowałam się na to, co mówili mi inni, było bardzo źle.

Pomogła również, a może przede wszystkim akceptacja rzeczywistości i obecność we własnym życiu. Człowiek ma tendencję do automatyzacji zachowań. Nasz mózg jest tak niesamowicie skonstruowany, że wykształcił mechanizmy wykluczające możliwość zignorowania ważnej informacji - wykształcił nawyki. Pewne rzeczy robimy automatycznie, przyzwyczajamy się do stanów, warunków, okoliczności, nastrojów. Te powszednieją, przestajemy je dostrzegać, stają się "normalnością". A przecież o tę normalność właśnie w życiu chodzi, o te okruszki szczęścia zbierane pieczołowicie każdego dnia. Spektakularne momenty nie zdarzają się zbyt często. A o jakości życia świadczy ilość tych małych, szczęśliwych chwil. 

Dziś nie czuję się samotna. Co dzień zbieram garść okruszków szczęścia, mam w sobie pogodę ducha, uśmiech na ustach i spokój w sercu. Nawet będąc sama czuję się dobrze. Wręcz... lubię ten stan.

Pogody ducha Szanowny Czytelniku! :-)

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Chcesz być szczęśliwy? Bądź wdzięczny!

Wzorce zachowań, wyuczone sposoby radzenia sobie z otaczającą nas rzeczywistością, wdrukowane w psychikę zasady postępowania, intuicyjne reakcje - wszystko to potrafi być przekleństwem całego życia. Zbyt często deklarujemy coś, bo tak wypada, bo tak nam się wydaje, bo nie chcemy stracić dobrego mniemania o sobie, bo co ludzie powiedzą... Nie mając czasu zgłębić swojego prawdziwego ja jesteśmy dla siebie destrukcyjni. A wystarczy się na chwilę zatrzymać. Otworzyć swoje zmysły na otaczającą nas rzeczywistość - spojrzeć, usłyszeć, poczuć.  

Czasami mam wrażenie, że niektórzy ludzie mają nie równo pod sufitem. Śmieją się, kiedy wcale nie jest im wesoło, wstydzą, kiedy nie robią nic nieprzyzwoitego, czy złego, udają, że nie jest ich udziałem to, co robią nieomal na co dzień, nie znają sensu życia tylko pędzą w bliżej nieokreślone miejsce, kierują się odziedziczonymi po babci przekonaniami zamiast własnymi doświadczeniami, praktykują obrzędy myląc je z pobożnością, wierzą w zabobony i mity... A najgorsze jest to, że sama taka byłam. Było to tak męczące i frustrujące, że doprowadziło do kryzysu tożsamości, a w rezultacie depresji, psychiatry, psychologa i lżejszej o spore pieniądze kieszeni. Oczywiście - wszystko w pełni profesjonalnie, wszystko prywatnie, bo ja zasługuję na standard najwyższy! A prawdziwe i - co ważne - skuteczne rozwiązanie przyszło z zupełnie innej strony. Wprost z serca. Myślę sobie, że czasami zapominamy o sile wspólnoty, o sile drugiego, zwyczajnego człowieka - takiego, jak ja i ty. Świat goni za samowystarczalnością, a przecież z dzielenia się, czy udzielania pomocy korzystają obie strony tej swoistej transakcji. Pierwsza – jej udzielająca – czerpie satysfakcję z czynionego dobra, druga – ją otrzymująca – prócz podanej ręki, otrzymuje powód do bycia wdzięcznym. A to jest klucz do szczęśliwego życia!  Chcesz być szczęśliwy? Bądź wdzięczny!* Za każdy moment, za każdą otrzymaną chwilę. Sądzę, że nic nie jest nam dane na zawsze, więc cieszmy się tym, co mamy dziś. Wykorzystajmy dziś, by jutro było lepsze - dla ciebie i dla mnie. 

Często słyszę: chciałabym... coś tam. Drugą kwestią, że chciałabym to zupełnie co innego, niż chcę... ale w tym momencie to nieistotne. W każdym razie rozwiązanie jest banalnie proste! Stań, zastanów się, rozejrzyj, odpowiedz sobie na pytanie, czy coś mogę w tym kierunku zrobić, czy jakieś środki przedsięwziąć, by ten cel osiągnąć? A jak już sobie odpowiesz, to działaj. Bo samo myślenie o czymś nie wystarczy. 



Skojarzył mi się żart z brodą: 

Na budowie Kowalski lata w te i z powrotem z pustą taczką. Widząc to kierownik pyta: 
- Co tak z tą pustą taczką latacie? 
- Panie Kierowniku... taki zapiernicz, że nie ma czasu załadować.


Postarajmy się, by nasze życie nie było taką właśnie pustą taczką. Czego sobie i Wam życzę! :-)







* W prawym dolnym rogu można otworzyć tłumaczenie tego wykładu. Wystarczy kliknąć: Subtitles i wybrać pożądany język, na przykład język polski, czyli Polish.