Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój osobisty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój osobisty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2020

Dylemat

Stoję przed kluczowym dla mojego życia wyborem. Mogłabym napisać o nim tysiąc słów, ale i tak ów dylemat najlepiej zobrazuje pewien mem, który znalazłam w portalu społecznościowym. 

ROZWÓJ i KOMFORT. TO SIĘ PO PROSTU NIE UDA.



niedziela, 29 grudnia 2019

Nowonarodzona

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Dwa tygodnie temu wróciłam z zimowych wakacji, i po raz pierwszy w moim życiu nastąpiło zderzenie z rzeczywistością pourlopową. Z przedświątecznym zgiełkiem, reklamami pięknych par z telefonami w ręku, olśniewających modelek z perfumami największych domów mody, i wyścigiem Kowalskich i Nowaków - po nowy telewizor, pralkę, suszarkę i inne koniecznie nowe sprzęty domowe. Podczas międzylądowania w Londynie, na widok ubranego drzewka choinkowego aż mnie wzdrygnęło. A zaznaczam, iż uwielbiam Święta Bożego Narodzenia. Pewnym novum było dla mnie, że nie marzyłam o nocy we własnym łóżku, powrotem do pracy, a nawet przytulasami z moim domowym pupilem. Zwyczajnie czułam niedosyt i wielką niechęć przed skokiem w przedświąteczny zgiełk zakupów (prezenty nabyłam na szczęście przed urlopem), sprzątania, gotowania i urabiania się po pachy. Musiałam cały dzień słuchać świątecznych przebojów, by wprowadzić się w odpowiedni klimat i zacząć powolutku odczuwać magię świąt. Co sprawiło, że zaszły we mnie tak ogromne zmiany? Jak zwykle to bywa - splot okoliczności, osób, miejsc i (raczej) niepowtarzalnego klimatu. Ale od początku...

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Lubię towarzystwo mężczyzn, mamy zazwyczaj dobre relacje. Lubię z nimi przebywać i pracować. Z różnych względów, ale też dlatego, że jako atrakcyjna kobieta potrafię ich ociupinkę owinąć wokół palca, a tym samym zmotywować do zrobienia tego, czego potrzebuję. Oczywiście nie chodzi o jakieś wielkie rzeczy, czy dopuszczanie się jakichś świństw. Chodzi o drobnostki, które umilają i ułatwiają życie. Kolega w biurze chętniej i szybciej rozwiąże jakiś problem, ktoś tam zaparzy kawę, jeszcze inny przeniesie ciężki karton, a kolejny pomoże w sytuacji kryzysowej z łańcuchem od roweru lub pękniętą dętką. Po prostu potrafię być czarująca i to wykorzystać. To jednak ma drugą stronę medalu - z kobietami nie idzie mi już tak łatwo. One zwyczajnie nie ulegają moim wdziękom i gorzej znoszą kokieterię, a czasami są po prostu zazdrosne. Pewnym wyzwaniem były więc zimowe marokańskie wakacje w towarzystwie dziewięciu kobiet, z których dobrze znałam jedną, drugą tylko z widzenia, a pozostałej siódemki wcale. Choć obaw było wiele, zdecydowałam się na tę wycieczkę i to z kilku powodów. Po pierwsze - Afryka jest dla mnie na tyle egzotyczna, że nie wybrałabym się tam sama, a w planie był nocleg pod gołym niebem na piaskach Sahary. Po drugie - uwielbiam poznawać i obserwować nowych ludzi i kultury. Po trzecie - nic nie ładuje akumulatorów tak dobrze, jak słońce i ciepło w listopadzie lub grudniu. Po czwarte - pociągała mnie różnorodność uczestniczek (dwie babeczki z Norwegii, jedna spod Paryża, pięć z Trójmiasta i jedna z Torunia oraz Warszawy). Po piąte - bo mogłam. Poza tym ostatnio zainteresowałam się kobietami, ich rolami w społeczeństwie, historii, relacjami damsko - damskimi. Temat ten przewijał się co jakiś czas - to u przyjaciół w AA, a to na kwakierskich spotkaniach. Niektóre koleżanki zachwalały udział w kobiecych kręgach wsparcia i innych przedsięwzięciach przedstawicielek Wenus na tym najpiękniejszym ze światów. Wpadłam też ostatnio na książki traktujące o kobietach ("A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi", "Z nienawiści do kobiet" i "Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz") i temat mnie zaciekawił. A że wierzę, że nic nie dzieje się z przypadku, więc łapię każdą okazję, by się czegoś dowiedzieć, nauczyć, doświadczyć. Również o sobie.

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Było rewelacyjnie! Nie mogę napisać, że wszystkie dziewczyny pokochałam, a nasze przyjaźnie będą trwać latami, bo byłoby to nieszczere, ale uczciwie muszę przyznać, że uczestniczkami wycieczki były kobiety szczególne i nieprzeciętne. Kto na dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia wybiera się w babską podróż po całym Maroku? Przecież nie Matka Polka, kura domowa, czy kobieta, której życie opiera się na dzieciach i mężu oraz kłopotach szkolnych. Nie chciałabym nikogo obrazić, czy umniejszyć powyższymi słowami - każdy żyje, jak chce - ja zwyczajnie stwierdzam fakt. Moje refleksje dotyczą więc bardzo szczególnej próby kobiet: wyzwolonych, nowoczesnych, świadomych i inteligentnych, w większości spełnionych zawodowo, również w macierzyństwie i związku, ale nie tym zniewolonych. W każdym razie - tak rozemocjonowana nie byłam dawno. Rozmowy do późnych godzin nocnych, śmiech, trochę łez, kontakt z naturą, zatykające dech w piersi widoki. 

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Maroko jest cudowne! To był najlepszy urlop w moim życiu. Ba! Najlepsze dni życia w ogóle! Nie wiedziałam, że można aż tak odpocząć. Czuję wielki niedosyt i na pewno tam wrócę. Na bezkresną Saharę z pyszną herbatą, harirą i taiżinem serwowanymi przez Nomadów przy blasku księżyca w akompaniamencie przepięknych dźwięków gitary Ibrahima (zaznaczam, iż jestem z tych niecierpiących szant i muzyki biesiadnej). Na cudowny zachód słońca z wierzchołka Erg Chigagi. Do gwarnego Marrakeszu i średniowiecznego Fez, które udało się tylko liznąć. Do relaksującego hammamu i masażu złotem Maroka. Do niebotycznie słodkiej herbaty, restauracji, w których można zjeść za grosze, a nawet do bułki z mięsem z ulicznego wózka, gdzie nikt nie słyszał o wkładaniu rękawiczek i myciu rąk. Podarować mogę jedynie Chefchaouen, które piękne, bo całe w błękicie i bardzo polecam, ale wystarczy zobaczyć jeden raz. Poza tym zostało jeszcze tyle nieodkrytego! Choćby ocean, Palmerie i... ja. Są miejsca, gdzie żyje się inaczej. Wolniej. I nie chodzi mi tylko o czas, również o wolność. Takie jest Maroko. Inshallah jeszcze je zobaczę. 

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
A jeśli chodzi o tematykę bloga, udało mi się zaobserwować, że demonstrowanie pewności siebie może być pokłosiem wielkich kompleksów, że blizny nabyte w dzieciństwie mają bezpośrednie przełożenie na dorosłe życie, że wbrew ogólnemu przekonaniu nie każdy powinien być rodzicem, że bywa, iż kobiety poświęcają się rodzinie później oczekując poklasku lub przynajmniej wdzięczności i rewanżu, że każdy człowiek ma jakąś ciemniejszą stronę i tajemnicę (czasami Poliszynela), jakieś swoje demony i lęki, nawet jeśli obrazek prezentowany na zewnątrz wygląda wzorowo, że posługiwanie się odmiennym językiem może alienować, a wręcz umniejszać inteligencji, że krytyka nie zawsze ma formę komunikatu 'ty', że niektórzy potrzebują permanentnych zagłuszaczy rzeczywistości (telefonu, telewizora), że kobiety nawet na pustyni potrzebują wyglądać pięknie, że życie to transakcja wymienna nawet jeśli chcielibyśmy udawać, że jest inaczej. Ale przede wszystkim, że grupa kobiet może stanowić wspaniałe lustro, w którego odbiciu zobaczę siebie. Niekoniecznie tak piękną, jak bym chciała, trochę popapraną, z pogmatwanym życiem i relacjami, ale prawdziwą. Nauczyłam się, że przekraczanie granicy komfortu i własnych możliwości buduje, że stać mnie na więcej niż może mi się wydawać, że rzeczywistość jest neutralna, a moje myśli i oczekiwania kreują samopoczucie, że z dystansu kilku tysięcy kilometrów można uważniej przyjrzeć się własnemu życiu, potrzebom, że mam mnóstwo szczęścia i powodów do wdzięczności.

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Moja koleżanka mawia, że nie musi ze mną rozmawiać, by dostrzec, czy w moim życiu dzieje się dobrze, czy źle. To proste - chudnę w stresie, okrągleję w dobrobycie. Słyszałam też, że kobiety nie tyją, a zwiększają erotyczną powierzchnię ciała, więc śmiało mogę powiedzieć, że moja jest całkiem pokaźna. :-) O ducha zadbałam, teraz czas na ciało, więc prezentem na 2020 r. będzie roczny karnet na zajęcia sportowe. 







***

I tego tobie, Szanowny Czytelniku, życzę na nowy rok. Zdrowego ciała i ducha. Oraz pieniędzy. ;-)

Serdeczności
Pelagia M.




niedziela, 14 maja 2017

Czy równowaga to zawsze "po równo"?

Odkryłam kiedyś, że nie potrafię żyć w satysfakcjonujący mnie sposób, jak zwyczajny, normalny człowiek. Nie do końca umiem zajmować się tylko i wyłącznie życiem doczesnym (praca, dom, zakupy, obowiązki, przyjemności), tym sławetnym "tu i teraz" i na co dzień praktykować uważności. Ja nawet próbowałam pójść śladem Jona Kabata-Zinna i skoncentrować się na jedzeniu tej rodzynki, ale... to nie było dla mnie. Chyba po prostu za dużo myślę, za dużo widzę, zbyt mocno czuję, a to powoduje, że potrzebuję pewnej harmonii, koherencji emocjonalnej, duchowej i psychicznej. Dopiero wówczas cegły w postumencie mojego życia spaja mocna zaprawa i nie pozwala im odpadać, jednej po drugiej. 

Gdy dotarło do mnie, że pomaga mi rozwój osobisty (przede wszystkim duchowy), z zapałem rzuciłam się w jego wir. Zajmowało mnie głównie czytanie, pisanie i rozważania egzystencjalne. Swój wolny czas spędzałam z laptopem na kolanach, bądź książką - często tematyczną - w ręku. Gdzieś obok była satysfakcja z pracy, aktywność fizyczna, wyjścia ze znajomymi. Zatraciłam potrzebę i radość z bycia z drugim człowiekiem. Kiedyś nawet ktoś na pewnym forum internetowym wytknął mi, że mam zacząć żyć i przestać taplać się w alkoholowym świecie. Pamiętam też jedną z rozmów, podczas której usłyszałam, że ja zwyczajnie marnuję czas i dziadzieję w domu. Trochę mnie to ubodło, bo nie umiałam inaczej, a tamta ja czuła się bezpiecznie w tym co robiła, pomimo faktu, iż miała świadomość, że takie życie nie jest szczytem jej pragnień. Ja byłam uśmiechnięta, zadowolona, spokojna, ale... do satysfakcji - a to widzę dopiero z perspektywy czasu - brakowało sporo.

Wydaje mi się, że ostatnimi czasy znalazłam balans między tymi dwiema kwestiami. Między "normalnym", powszednim życiem, a wzrostem duchowym. Jest mi w tym w każdym razie dobrze i spokojnie. I tak sobie myślę... może równowaga nie oznacza wcale "po równo"? Może... dla każdego człowieka punkt ów znajduje się w innym miejscu? Może wręcz na różnych etapach życia to się zmienia? Dziś potrzebuję więcej wychodzić do ludzi, a za kilkanaście lat... kto wie... może będę miała ochotę zaszyć się na dwa lata w górskiej chatce w Szwajcarii? Dobra... poniosło mnie trochę. Musiałabym już teraz znacznie zaburzyć moją równowagę, by na taką chatkę zarobić. Zmierzam jednak do tego, że może wystarczy jeśli będzie mi dobrze z ludźmi i z sobą, bo to będzie oznaczać, iż podążam właściwą drogą? Może... Oby...

czwartek, 7 stycznia 2016

Prawdziwe intencje

Nowy Rok. Pierwszy wpis. Długo zastanawiałam się, o czym napisać, by z przytupem wejść w 2016 r. No i wymyśliłam - czystość intencji. Coś, nad czym planowałam się pochylić już dawno, gdyż wydaje mi się kluczowa w życiu, ale jakoś trudno było mi sklecić coś składnego, konstruktywnego, zrozumiałego i sensownego zarazem.

Rozwój osobisty, którego ścieżką staram się ostatnio kroczyć, to dążenie do osiągnięcia wewnętrznej integralności, do harmonii ciała, duszy i umysłu, do doświadczenia poczucia spełnienia i satysfakcji, to nieustanne poznawanie siebie i prawdziwych motywów własnego działania. Wydaje mi się, że motorem ludzkich poczynań jest realizacja własnych potrzeb, i to nawet pomimo deklaracji o ich bezinteresowności. Każde działanie napędza własna korzyść - realna lub potencjalna, obiektywna lub subiektywna. Może to być  dobre samopoczucie, okazana wielkoduszność, oczekiwana wdzięczność, poprawienie samooceny, etc. Nawet jeśli robię coś dla kogoś, to w głębi duszy, serca, jednak dla siebie, mam w tym jakiś interes. Pod każdą motywacją znaleźć można następną, głębiej skrywaną. Dlatego właśnie uważam, że nie istnieje świadoma bezinteresowność. To, co na własny użytek nazywam bezinteresownością, jest właściwie dbaniem o to, by dla kogoś było więcej, niż dla mnie, by moje intencje były czyste. Choć oczywiście profity bywają subiektywne, niepoliczalne i często nieporównywalne.

Niektóre sprawy łatwiej zrozumieć na przykładzie, przynajmniej ja tak mam, zatem... Bezdomny prosi mnie o zakup pączka. Robię to. On go zjada ze smakiem, ja idę dalej. Oczywiście również mam z tego korzyść. Ot choćby dobre samopoczucie, lepszą samoocenę, poczucie okazanej troski i zrozumienia. Miłe? Pewnie, że tak! On się najadł, a mnie nie ubyło specjalnie dużo, za to ile przybyło! Dla ułatwienia pomijam analizę jego uczuć, gdyż przecież nie wiem, co w nim siedzi. Może ma mi wręcza za złe, że nie dostał dwóch złotych, które mógłby skonsumować pod inną postacią? Zatem obiektywnie nie mogę orzec, które z nas ma większe profity. Ale... mogłam sobie kupić tego pączka i mieć korzyść alternatywną w postaci jego skonsumowania. To, o kogo "dbam bardziej" w tej konkretnej sytuacji, może więc zależeć również od tego, czy więcej korzyści mam z samozadowolenia, że jestem taka szlachetna, czy ze skonsumowania ciastka, czy ważniejszy jest dla mnie ubytek dobra materialnego, czy przybytek dobra moralnego?

Skąd mam wiedzieć, która intencja jest prawdziwa? Skąd mam wiedzieć, czy chcę być w związku, bo bardziej zależy mi na tym, by dawać, czy brać? Czy chcę dziecka, bo pragnę być dla niego, czy zaspokoić własne potrzeby (instynkt macierzyński, zniwelowanie lęku przed samotnością, profity finansowe)? Czy chcę kochać, bo to zrobi dobrze mi, czy komuś? Czy chcę pomagać, bo to dobro czynione komuś, czy samej sobie? Czy moje prowadzenie bloga służy bardziej mnie, czy innym? Czy udzielam się charytatywnie, bo do daje satysfakcję mnie, czy dlatego, że to może poprawić jakość czyjegoś życia? 
 
Jeśli tylko wystarczająco poznam siebie i będę całkowicie wobec siebie uczciwa - nawet pomimo niezadowolenia z efektów - to będę umiała odkryć, czy bardziej dbam o moje dobro, czy kogoś innego. Czy dokładam wszelkich starań, by dla kogoś było przynajmniej 51%, czy może pod płaszczykiem bezinteresowności poprawiam głównie swój bilans emocjonalny? Jeśli szala jest przechylona na stronę drugiego człowieka, wówczas idę w dobrym kierunku, natomiast w sytuacji odwrotnej... hm... życie każdego z nas wypełnione jest serią wyborów i decyzji. Należy zadać sobie pytanie, czy chcę żyć tylko dla siebie, czy może również dla innych? Chcę służyć, czy by służono mnie? Chcę być pięknym motylem, czy do końca życia pozostać poczwarką, a może nawet gąsienicą?
 

środa, 28 października 2015

Czyżby dojrzałość?

Przez ostatnie dwa lata dojrzałam bardziej, niż kiedykolwiek wydawało mi się, że można. Widzę, czuję, słyszę i dostrzegam więcej, wyraźniej, pełniej. Trudno to nawet opisać słowami...
 
Na nowo wyrobiłam sobie opinię, zdefiniowałam na własny użytek pojęcia takie, jak miłość, szacunek, akceptacja, Bóg, przyjaźń, odpowiedzialność, uczciwość, relacja, tolerancja... I nawet jeśli nie wszystko już ubrałam w słowa, nie wszystko spisałam, nie wszystko wiem, to pozwalam sobie na to, bo wiem, że rozwój jest przecież nieskończony, że co dzień mogę się nauczyć, dowiedzieć, zasmakować, poznać coś innego i nowego.
 
Z odrobiną rozbawienia obserwuję męsko-damskie gierki i zakrywki, w których kiedyś brałam udział ochoczo i radośnie. I od razu przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmów. Generalnie nie lubię i nie oglądam komedii romantycznych, ale w "Czego pragną kobiety" po pierwsze gra Mel Gibson, a po drugie ścieżka dźwiękowa to kawałki Franka Sinatry, więc... od czasu do czasu do niego wracam. Za każdym razem, kiedy słyszę, czytam, albo rozmawiam z kimś o relacjach damsko-męskich, oczami wyobraźni widzę scenę, w której główni bohaterowie wymyślają hasło reklamowe dla marki Nike dla kobiet i wpadają na: "Nike - no games, just sport"*. Tak sobie myślę, że dobrze byłoby odpuścić te całe gierki, niedomówienia, testowanie i zakamuflowane intencje, bo... szkoda na to czasu. Postawą, fundamentem zdrowego związku jest szczerość i akceptacja drugiego człowieka. Jego wad i zalet, potrzeb, pragnień, zainteresowań, pasji i... fisiów (oczywiście przy założeniu, że powyższe nikogo nie krzywdzą). A związek to przecież tylko jeden z rodzajów relacji łączących ludzi, zaś powyższe można zastosować do wszystkich.
 
Od zawsze byłam dość pewna siebie. Choć... może lepszym określeniem byłoby zadufana w sobie, bo maskowanie swoich kompleksów (czasami wykreowanych przez perfekcjonizm) fanfaronadą, z wysokim poczuciem własnej wartości mało ma wspólnego. Oczywiście sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać, więc... się stawiałam. Kiedyś pewne sprawy powodowały, że się gniewałam, złościłam, obrażałam, ekscytowałam... na ludzi, albo na Boga. Teraz (pomijając - niestety - niektóre wyjątki), staram się raczej znaleźć to, co łączy, niż dzieli. Staram się nie udowadniać i nie przekonywać. Staram się zrozumieć i uszanować odmienność.
 
I z tego cieszę się najbardziej, bo pycha... chyba najbardziej oddala od tego, co Najważniejsze.
 
Wdzięczna jestem za ludzi, którzy każdego dnia stają na mojej drodze i mnie inspirują, bo to w dużej mierze ich zasługa. Od nich się uczyłam, do nich uczę się nadal. Jak widać, chyba wszystko w życiu ma swoje miejsce i czas, bo w przypadki już od jakiegoś czasu nie wierzę. Życie jest takie proste. Wystarczy tylko... zacząć żyć. Dziś. Bo wczoraj jest historią, jutro tajemnicą, a każdego dnia podejmuję decyzje, które mają moc sprawczą, by odmienić całe moje życie.




---
Nike - żadnych gierek , tylko sport.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Komfort niewiedzy

Na pewne treści, nazwy, terminy, powiedzenia od jakiegoś czasu jestem wyczulona.  Kiedyś zapewne nie zwróciłabym na nie uwagi, ale teraz... To nawet nic specjalnie dziwnego. Słowa, zdarzenia, książki, inni ludzie są naszym lustrem, widzimy w nich wyraźniej to, co już mamy w sobie, więc kiedy podczas jednej z ostatnich rozmów (z osobą spoza branży alkoholowej, w której funkcjonuje ono często) usłyszałam zdanie, że ludzie są skazani na rozwój i szacuje się, że tylko 5% populacji tak żyje, od razu przykuło to moją uwagę. Nie wiem, kto szacował, takich statystyk nie widziałam; nie wiem też kto twierdzi, że tak powinno być, ale w moim przypadku się zgadza. I nie jestem do końca pewna, czy to mi się podoba. Bo im mniej człowiek wie, tym łatwiej i wygodniej jest mu żyć.

Zawsze byłam dobrą uczennicą, posłuszną, niestwarzającą problemów, z wzorowym zachowaniem. Te cechy sprawiły, że gdy przechodziłam pierwszą (i każda kolejną) w życiu psychoterapię behawioralno-poznawczą umiałam się stosować do zaleceń. Wykonywałam je z zaangażowaniem i determinacją, pomimo lęku. Wyzdrowiałam. Problem w tym, że wówczas przestałam dbać o higienę psychiczną i emocjonalną. Wróciły stare schematy myślowe. Przecież to ja wiedziałam lepiej, co jest dla mnie dobre, więc zignorowałam zalecenia, które nota bene wydawały mi się czasami po prostu śmieszne (moja ignorancja i arogancja sięgały zenitu). Była jeszcze jedna kwestia. Podporządkować się zaleceniom osoby, której ufałam, którą ceniłam, która mnie z nich rozliczała - potrafiłam doskonale, natomiast gdy sama miałam się do czegoś zmusić, czy zmobilizować, było... delikatnie to ujmując, różnie. Lęki wróciły. Abstrahuję teraz zupełnie od faktu, że najprawdopodobniej leczyłam objawy, nie przyczynę, ale gdybym tylko kontynuowała wskazówki terapeutki, nasilenie moich dolegliwości z całą pewnością nie wzrastałoby w tempie lawinowym.

Stąd wnioskuję, że jestem skazana na rozwój. Po prostu nie umiem, nie potrafię żyć w monotonii dnia codziennego - dom, praca, zakupy, obiad, dzieci, jakieś rozrywki/obowiązki, sen, sprzątanie, praca, zakupy... i tak w kółko. Pewne indywidualne predyspozycje, skłonność do automatyzacji i upraszczania niektórych czynności do granic możliwości powodują, że z czasem działam schematycznie i bezrefleksyjnie, frustruje mnie to, a wówczas moje myśli zaczynają wirować tworząc pod czaszką sieć poplątanych przewodów, których rozsupłanie z każdym dniem staje się trudniejsze. Czy to źle, że moją drogą najwyraźniej jest ścieżka wiedzy, rozwoju i nowych doświadczeń? Ależ skądże! Tylko... taka właśnie bywa niekomfortowa, a czasami wręcz niebezpieczna. Przede wszystkim dlatego, że wiedza zobowiązuje. Od ludzi światłych oczekuje się po prostu więcej i trudniej zakamuflować zwyczajne lenistwo. Niebezpieczna zaś bywa dlatego, że intelekt, umiejętności i doświadczenie, które nie służą drugiemu człowiekowi, mogą stać się przyczyną poczucia wyższości, a nawet pychy. Cały czas muszę pilnować, by stawać się lepszą dla kogoś, a nie od kogoś. Bo pycha najbardziej ze wszystkiego oddala nas od Boga.

Jest jeszcze jedna kwestia, której przeoczenie byłoby dużym błędem. Chyba najtrudniejsza i nie do końca przeze mnie opanowana. Mianowicie przyznanie, iż wiem, że nic nie wiem. A to jest trudne, no... bo ja przecież wiem, prawda? I to najlepiej! Hm..."Czym różnią się geniusze od osób zwyczajnych, przeciętnych? Wszyscy normalni ludzie wiedzą, że coś jest niemożliwe, że nie da się zrobić, a geniusz to ktoś kto o tym nie wie, więc zaczyna robić i odkrywa sposób, metodę, rozwiązanie. Dzieci są geniuszami. Zanim rodzice, opiekunowie, system wychowawczy i edukacyjny nie wyrwą ich z rzeczywistości i nie przeniosą w krainę własnych przekonań, stadnie akceptowanych prawd i innych iluzji, które z rzeczywistością mają niewiele wspólnego."*

Tylko wtedy, kiedy pozbędę się pewności właściciela prawdy, kiedy będę mogła zostawić na boku moje przekonania, doświadczenia, poglądy i opinie  przyjęte przeze mnie dawno temu, ale nigdy później nie weryfikowane w praktyce, tylko wtedy będę mogła mieć otwarty na poznawanie rzeczywistości umysł i szansę na obecność we własnym życiu. Funkcjonowanie na autopilocie mnie nie interesuje. Już nie.

Należy strzec się ludzi, którzy są pewni tego, że mają rację, bo...
tylko Bóg wie wszystko, ale oni i tak wiedzą lepiej...


---
* Meszuge, "Przebudzenie. Droga do świadomego życia", Wyd. IPS, 2014, str.49

sobota, 15 sierpnia 2015

Aurea mediocritas

Nie tak dawno temu pisałam, że sposobem na szczęśliwe życie jest wdzięczność. Jakiś czas po tym - co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu - natknęłam się na cytat z  Melody Beattie: "Wdzięczność otwiera pełnię życia. Sprawia, że to, co mamy, wystarcza. Zamienia opór w akceptację, chaos w porządek, konfuzję w klarowność. Może zamienić posiłek w ucztę, mieszkanie w dom, obcego w przyjaciela. Wdzięczność nadaje sens przeszłości, przynosi pokój dzisiaj i tworzy wizję jutra". W dalszym ciągu zgadzam się z powyższymi tezami, choć mam pewne wątpliwości, co do... doboru powodów wdzięczności i tego, czy wynajdując ciągle nowe, nie zamykam sobie drzwi do rozwoju.

Niewątpliwie, każdego dnia mogę znaleźć coś, za co będę mogła podziękować (na przykład za rodzinę, przyjaciół, dach nad głową, zdrowie, pokarm, pracę...), a w efekcie, z czego będę mogła się cieszyć. Problem pojawia się w momencie, kiedy mam potrzebę posiadania czegoś bardziej i pełniej, że wewnętrznie czuję, iż zasługuję na coś lepszego, że stać mnie na więcej, ale próbuję przekonać się do czegoś zupełnie innego. Ileż mogę dziękować za nieźle płatną  pracę, choć ta mnie nie satysfakcjonuje, albo za męża, co prawda pijaka, ale który nie bije? Mogę sobie codziennie powtarzać, że zawsze może być gorzej i w związku z tym być wdzięczną za to,co mam, ale czy to oby na pewno będzie z korzyścią dla mnie? Jeśli wmawiam sobie, że się cieszę, że jestem szczęśliwa, spełniona i niczego mi nie brakuje, to niewątpliwie na krótką metę dostaję to, czego potrzebuję, czyli ulgę. Nie muszę nic robić, nic zmieniać, wysilać się. W pewnym sensie marnuję, bo nie pomnażam talentów, które od Niego otrzymałam. A przecież już wiem, że zmiany są konieczne, a tylko cierpienie mnie do nich mobilizuje, to ono determinuje podjęcie określonego działania i popycha do wkroczenia na wyższy poziom rozwoju, a tym samym do coraz lepszego poznawania siebie i stawania się lepszym człowiekiem. Jak często zdarza się, że zmieniamy coś, co doskonale funkcjonuje?

Wymyśliłam kiedyś (było to zapewne pokłosie terapii behawioralno-poznawczej), że moim największym wrogiem jestem ja sama i moje postrzeganie świata. Że jeśli postawię sobie poprzeczkę za wysoko, to będę cierpiała, ale wystarczy ją trochę obniżyć, by móc żyć w pełni szczęścia.  Pomimo że z prawdziwymi pragnieniami i potrzebami nie miało to dużo wspólnego, pozornie działało, bo krótkofalowo zmniejszało mi dyskomfort psychiczny, poprawiało bilans emocjonalny. Zawsze byłam ambitna i perfekcyjna, ale perspektywa zmian generowała we mnie lęki, a powrotu do nerwicowego stanu się bałam, więc wmawiałam sobie, że jest dobrze, choć... nie zawsze było. Dokładnie taki sam komfort daje poczucie wdzięczności. I, o ile czasami jest to dobra metoda, to czasami usypia, sabotuje pożądany kierunek, w którym powinnam zmierzać. Człowiek powinien dążyć do coraz lepszego poznawania siebie, do przekraczania własnych granic, a nie obniżania lotów.

Stare przysłowie mówi, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Przecież to jest bzdura! Jak się nie ma co się lubi, to się ma co się nie lubi. Po prostu. Zakłamywanie rzeczywistości i manipulowanie swoimi uczuciami nie jest dobrym rozwiązaniem i pomysłem na całe życie. Takim jest rozwój osobisty. Poznając siebie zmierzam do harmonii ciała, duszy i umysłu, do osiągnięcia wewnętrznej integralności. Do stanu, w którym to co mówię jest spójne z tym, co czuję i co myślę. To rozwój osobisty zbliża mnie do doświadczenia poczucia spełnienia i satysfakcji.

W związku z powyższym nie wiem, gdzie leży złoty środek między tymi dwiema drogami? Między wdzięcznością za zasoby, którymi zostałam obdarzona, a dążeniem do zmian? Nie da się jednocześnie unikać cierpienia, to jest cieszyć z tego, co mam oraz go zaznawać, by zacząć coś zmieniać. Może odpowiedzią jest... pokora? Czyli zgoda na to, na co wpływu nie mam, odwaga, by zmieniać, co jest w zasięgu moich możliwości i mądrość, by umiała odróżnić jedno od drugiego?

niedziela, 2 sierpnia 2015

Wspólnota AA... czyli jak pijacy uratowali mi życie

Psychoterapia współuzależnienia, szczególnie spotkania grupy terapeutycznej, była dla mnie dobrym początkiem w procesie zdrowienia z koalkoholizmu. Pozwoliła mi stanąć oko w oko z problemem, przejrzeć się jak w lustrze w życiorysach współtowarzyszek niedoli. Wdzięczna jestem bardzo - i do końca życia będę - mojej terapeutce, bo to ona okazała mi ciepło i zrozumienie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. Nie mniej jednak dla mnie, sama terapia to było za mało. Potrzebowałam czegoś więcej. Wówczas na mojej drodze stanął człowiek - trzeźwy od kilkunastu lat anonimowy alkoholik, który wypełnił tę lukę. W kwestii choroby alkoholowej i możliwości zdrowienia, dowiedziałam się od niego więcej, niżeli usłyszałam na terapii przez blisko rok. To on uświadomił mi, że abstynencja nie jest kwestią silnej woli, a nadużywanie alkoholu to tylko symptom choroby. Bez tej wiedzy żyłam w poczuciu krzywdy i żalu nie rozumiejąc, dlaczego mąż - człowiek, którego kochałam i który twierdził, że kocha mnie, zachowuje się w sposób, który rani nas oboje. Dopiero ten AAowiec pomógł mi zrozumieć, że czerpałam pożytki z męża alkoholika, a na dodatek byłam pożywką na jego chorobę. Że współuzależnione kobiety bardzo często nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje życie, że stawiają się w roli ofiary i użalają  nad sobą, twierdząc, iż to partner zmarnował im całe życie. A przecież to nie jest prawdą! Każdy dorosły człowiek ma prawo podejmować decyzje i  dokonywać wyborów, ale również obowiązek ponosić konsekwencje tychże. Odpowiedzialność! Nikt mi przecież pistoletu do skroni nie przystawiał. Wybierałam tak, a nie inaczej.

Wiedza na temat uzależnienia, zrozumienie jego mechanizmów i poznanie istoty było dla mnie podstawą, fundamentem, punktem wyjścia do wydostania się ze szponów współuzależnienia. Pomogła zrzucić z barków odpowiedzialność za drugiego człowieka i pozbyć się przygniatających wyrzutów sumienia, że może gdybym ja... a może spróbować tego... Jeszcze wówczas roiłam sobie, że pomagam, wspieram, że to ja jestem lekarstwem i że mąż nie poradzi sobie beze mnie. Oczywiście to, że wiedziałam, nie oznaczało wcale, że miałam, więc następnym i niezbędnym punktem w procesie zdrowienia było poznanie praktycznych rozwiązań oraz zastosowanie ich we własnym życiu - i to nastąpiło znacznie później - ale to właśnie był punkt zwrotny. Tutaj jestem zobowiązana przyznać się do czegoś. Początkowo chłonęłam tę wiedzę, jak gąbka by uświadomić męża, robiłam to dla niego. Moje wysiłki polegały na tym, by odpowiedzieć na pytanie: Co zrobić, żeby on?, dopiero później zamieniło się to w: Co zrobić, żebym ja? To dla niego kupiłam "Alkoholika. Autobiograficzną opowieść o życiu, piciu, uzależnieniu i wyzwoleniu" Meszuge. Na szczęście, zanim mu ją sprezentowałam, przeczytałam sama. A że mam taką... przypadłość, iż lubię czytać wszystko "w serii" i to w kolejności - kupiłam wszystkie książki Meszuge, a później Miki Dunin, Wiktora Osiatyńskiego. Oni powoływali się na jakieś jeszcze i tak trafił w moje ręce Morgan Scott Peck, Richard Rohr, Eric Berne i... William Griffith Willson. Martwił mnie trochę fakt, iż w AA mają tam jakieś swoje Tradycje, szczególnie problematyczna była ta o wyłączności celu, bo stanowiła, iż Program, który pomaga im nie jest dla mnie, ale... przekorna i butna z natury postanowiłam inaczej. Wtedy też trafił w moje ręce "Alkoholizm zobowiązuje". Szczególnie zainteresował mnie jej podtytuł "Nie tylko dla alkoholików gawędy o trzeźwym myśleniu, odpowiedzialności i rozwoju duchowym". Tak! To było to, czego potrzebowałam. Nie tylko dla alkoholików, czyli dla mnie! "Program powrotu do zdrowia Anonimowych Alkoholików, w ogromnym skrócie i uproszczeniu, zawarty jest w Dwunastu Krokach AA. Alkoholu i picia dotyczy tylko niewielki fragment pierwszego z nich. Reszta to sposób na dobre, satysfakcjonujące, pogodne, spełnione życie."* Hura! Byłam uratowana! Przynajmniej teoretycznie... Odrobinę później, w połowie 2014  roku na rynek wyszło "Przebudzenie. Droga do świadomego życia" Meszuge, a w nim dostałam gotowe wskazówki, praktyczne rady. Trzeba było tylko się do niech zastosować. Wówczas wszystko potoczyło się lawinowo. Zaraziłam się skutecznie i z pożytkiem dla siebie duchowością (nie religijnością!) AA.

W międzyczasie trafiłam na mój pierwszy w życiu mityng Anonimowych Alkoholików. Wiąże się z tym nawet dość zabawna historia. Na początku spotkania prowadzący spytał, czy ktoś jest pierwszy raz; ja, zgodnie zresztą z prawdą, nieśmiało podniosłam rękę i... gromkimi brawami zostałam przyjęta do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików! :-) Dopiero w trakcie przerwy udało mi się sprostować to nieporozumienie. Był to mityng, na którym pewien alkoholik miał swoją pierwszą w życiu spikerkę. Nie opowiadał o pijackich wybrykach, a o tym, jak u niego się zaczęło i co po drodze musiało się zdarzyć, ale przede wszystkim, jak Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików wyprowadza go na ludzi. Było to bardzo budujące, nawet dla mnie - nieuzależnionej. Natomiast po spikerce, gdy przyszła kolej na zadawanie pytań, jeden z alkoholików powiedział, że przechodził już kilka razy terapię uzależnień, chadza na mityngi AA i nic mu nie pomaga, ale dzięki temu, co właśnie usłyszał, pewne rzeczy zrozumiał i choć nie do końca wierzy, spróbuje i poprosi kogoś o pomoc. To było niesamowite. Tak po prostu, po ludzku wzruszające.

Wystarczyły mi trzy miesiące kontaktu, nieskończona ilość dobrej woli i cierpliwości mojego... hm... nauczyciela, a także zintensyfikowana, łapczywa, a nawet obsesyjna wręcz lektura tych wszystkich tekstów, bym otworzyła oczy na wiele rzeczy. Rzeczy, których początkowo nie byłam w stanie zrozumieć, których nie byłam w stanie zobaczyć, do których bałam się zaglądać, bagatelizowałam, a przy tym rzeczy tak zwyczajnych, normalnych,  oczywistych i codziennych! W końcu, powolutku coś do mnie zaczęło docierać. Zaczęłam dostrzegać, że nie można sobie rościć od drugiego człowieka miłości, przyjaźni, zainteresowania. Przestałam tupać nóżkami i upierać się, że ja chcę być z mężem, bo... bo tak! Zrozumiałam, że miłość to decyzje i wybory, a nie nastolatkowe egzaltacje. Pojęłam że do tanga trzeba dwojga - nie ma kata bez ofiary. A skoro ja celowo (choć może nieświadomie) stawiam się w roli ofiary, to coś muszę z tego mieć. Tak wybieram.  A skoro wybieram, to może przestanę wreszcie marudzić i się użalać nad sobą. Wzięłam odpowiedzialność za swoje życie. Przestałam naiwnie wierzyć, że coś się jakoś samo stanie. Że się w końcu zacznie. Wcześniej, ja po prostu nie chciałam wielu rzeczy robić. Było mi to nie na rękę. Wymagało podjęcia wysiłku i zmian, których się bałam. Wymagało odpowiedzi na pytania: "Jakie mam wartości, co jest dla mnie najważniejsze w życiu, ile czasu temu poświęcam, w co wierzę, a w co nie? Dobra, a teraz w co naprawdę wierzę, a w co absolutnie nie? Co składa się na prawdziwą kobiecość? A na męskość? I czy jest jakiś stabilny wzorzec? Jak sobie wyobrażam idealną matkę, ojca, dziecko? Czy mój ideał ma oparcie w rzeczywistości? Jest realny? Co znaczy być uczciwym człowiekiem? Być porządnym człowiekiem? Być człowiekiem honoru? Co oznaczają te wszystkie pojęcia, których z lubością używam na co dzień? Jak ich używam? Co znaczą przyjaźń, odpowiedzialność, szacunek, uczciwość? Co naprawdę dla mnie znaczą? I jakie mają przełożenie na moje życie, na konkretne zachowania?**  Wówczas zrozumiałam, czym jest gotowość i zaczęłam zmieniać siebie i swój stosunek do życia i ludzi. I to było to! Moja terapeutka kilkakrotnie powtarzała, że moje zmiany zaczęły się po kontakcie ze środowiskiem AA. Zaleciła nawet wszystkim uczestnikom grupy, by na mityng otwarty się wybrali. By posłuchali, co trzeźwi alkoholicy mają do powiedzenia, bo skoro to pomogło mi, to może jest w stanie pomóc i innym? W najnowszej książce Meszuge "12 Kroków od dna. Sponsorowanie" oprócz szczegółowego i bardzo konkretnego opisu, jak w praktyce wygląda, czy może wyglądać realizacja Programu 12 Kroków AA, znajduje się również interpretacja Tradycji AAowskich, a pod każdą z nich króciutki opis, jak ich wdrożenie może wyglądać poza Wspólnotą Anonimowych Alkoholików - w domu, w pracy, w relacjach i to z pożytkiem dla wszystkich. Super! Tutaj chciałam przytoczyć kilka perełek, ale... musiałabym pół książki przepisać, więc... pozostawię ten niedosyt, by każdy zainteresowany książkę nabył i sam się przekonał.

Na świecie jest jedna osoba zobowiązana do przestrzegania zasad - ta, która sama tak postanowi. „Gdy ktokolwiek gdziekolwiek potrzebuje pomocy, chcę by napotkał wyciągniętą ku niemu pomocną dłoń AA. I za to jestem odpowiedzialny”. To słowa Deklaracji Odpowiedzialności Anonimowych Alkoholików z 1965 roku. Wiem, że dotyczą alkoholików, którzy wciąż cierpią, ale... ja też tą pomocną dłoń otrzymałam i cieszę się, że są ludzie, którzy postanowili się do tej zasady stosować. Wdzięczna jestem również Bogu, za moje doświadczenia życiowe, łącznie z mężem alkoholikiem, gdyż bez nich (może) nie poznałabym nowego sposobu na życie. Anonimowi Alkoholicy dali mi wiarę i nadzieję na lepsze i pełniejsze życie z moim alkoholikiem lub bez… Paradoksalne może wydawać się, że jeden, a nawet dwóch, czy kilku alkoholików doprowadziło mnie w pewnym sensie do depresji, a kilku innych pokazało drogę do lepszego życia, ale... pewnie tak miało być, bo skoro Bóg jest w niebiosach, to na ziemi wszystko jest w porządku.

Dziękuję!



---
* Meszuge, "Alkoholizm zobowiązuje", Wyd. WAM, 2013 r., str. 6
**  Mika Dunin, "Alkoholiczka", Wyd. WAM, 2014 r., str. 261-262

wtorek, 21 lipca 2015

Tu zaszły zmiany

W komentarzu pod postem Czas robi swoje. A ty, człowieku? zostałam wywołana do odpowiedzi na pytanie, jak konkretnie, w praktyce wyglądają moje poczynania i działania? Z szacunku do Czytelnika, jak również czystej ciekawości siebie, postanowiłam pochylić się nad tematem zmian, które zaszły w moim życiu i myśleniu przez ostatnie dwa i pół roku. Wydaje mi się, że to odrobinę za krótki czas na podsumowania, ale... niech będzie. Wpis podzielę na konkretne, poparte datami, wymierne zmiany oraz takie... wewnętrzne, niematerialne, duchowe, mentalne, emocjonalne...
Fakty są takie. W pierwszej połowie 2013 roku, bardzo niechętnie i z ogromnym sceptycyzmem, podjęłam terapię współuzależnienia. Moim celem było wyzbycie się depresji i znalezienie sposobu na to, by małżonek zaprzestał picia, a docelowo, bym przed 31. urodzinami zaszła w ciążę. Takie... dziecięce tupanie nóżkami - bo ja chcę i już! Sprawy poukładały się inaczej, niż planowałam, dlatego w październiku tegoż roku spisaliśmy przed notariuszem rozdzielność majątkową. Na rozwód nie byłam gotowa, poza tym jeszcze wówczas głęboko wierzyłam w obietnice zmian męża i... nie wyobrażałam sobie życia bez niego. W marcu 2014 r., z wielkim bólem w sercu i pomimo wielu obiekcji złożyłam pozew rozwodowy myśląc, iż to będzie ostatnia próba ratowania związku. W listopadzie miała miejsce pierwsza rozprawa, natomiast z końcem roku 2014 ukończyłam psychoterapię współuzależnienia. Na tę okoliczność powstał mój pierwszy artykuł. Byłam z siebie niezwykle dumna. W styczniu 2015 r., bogatsza o sporą wiedzę w zakresie współuzależnienia i alkoholizmu, pomimo egocentrycznego lęku, postanowiłam założyć ten blog, by stał się formą przekazywania dalej tego, co sama otrzymałam, dzieleniem się z innymi własnymi przemyśleniami, doświadczeniem i wiedzą, z nadzieją, że będzie użyteczny i pomocny. Mniej więcej w tym samym czasie podjęłam funkcję moderatora forum o współuzależnieniu i alkoholizmie, by bardziej bezpośrednio móc służyć radą, pomocą, wsparciem, a czasami nawet tylko dobrym słowem. W marcu 2015 r. zapadł wyrok z orzeczeniem rozwodu z winy męża.
Zaprzestałam oglądać telewizora. Tak - telewizora, to nie błąd stylistyczny, bo nie mam tu na myśli oglądania raz na jakiś czas ulubionych lub nowych filmów, a bezsensowne marnowanie czasu na przerzucanie kanałów. Kiedyś, razem z otwarciem oczu włączałam TVN24 (nie, to nie jest lokowanie produktu), a po powrocie z pracy "relaksowałam się" przerzucając kanały, jeden po drugim, jeden po drugim i tak w kółko. Zrezygnowałam również z czynnego, frustrującego mnie, uczestnictwa w Kościele katolickim. Teraz szukam kontaktu z Bogiem w inny sposób. Tyle faktów.

Mentalnie... zmieniłam przede wszystkim magiczne myślenie, że jakoś to będzie, gdy tylko mąż... bez mojego zaangażowania. Przyznałam sama przed sobą, że to ja mam problem, bo to ja godziłam się na takie traktowanie. Zrozumiałam, że czerpałam profity z życia z alkoholikiem, a próbując mu nieudolnie pomagać, przyczyniałam się do rozwoju jego choroby. Zdałam sobie sprawę z tego, że mój chory umysł poszukiwał argumentów za toksycznym związkiem, bo mi tak było łatwiej i bezpieczniej, wybierałam krótkofalowe zyski, zamiast długookresowych efektów. Uznałam swoją bezsilność wobec picia męża. Wcześniej wydawało mi się, że jestem w stanie sprawić, że on przestanie pić, że to zależy ode mnie, że gdy tylko wystarczająco mocno się obrażę, albo poproszę, albo wymuszę, natłukę do głowy, albo... to tak będzie. W końcu dotarło do mnie, że jeśli alkoholik nic konstruktywnego ze swoją chorobą i życiem nie robi, należy uciekać, by nie zmarnować sobie reszty swojego... pomimo bólu.

Psychoterapia współuzależnienia wniosła w moje życie ogromne zmiany, ale myślę, że poprzestanie tylko na niej, byłoby niewystarczające. Owszem, to był bardzo dobry początek, ale na całe życie chyba trochę za mało. Ważny jest bowiem rozwój osobisty, zmiana nastawienia do świata i... miłość bliźniego. Świadoma. Między innymi dlatego przeczytałam tysiące stron literatury psychologiczno - alkoholowo - rozwojowej. Przecież żeby coś zrobić muszę wiedzieć, jak! Co dzień poświęcam choć trochę czasu na rozważania o moich prawdziwych intencjach, na lekturę ambitnych tekstów, na  weryfikowanie przekonań i poglądów. Już nie marnuję energii na próbę dostosowywania świata do moich oczekiwań i do mojego widzimisię. Zamieniłam roszczenia na wdzięczność. Liczy się właściwie tylko to, jak mogę lepiej służyć innym ludziom, czyli tak naprawdę, jak wypełniać wolę Reżysera, jak z dnia na dzień stawać się lepszą wersją samej siebie. A dowodem na to mogą być tylko moje relacje i stosunki z innymi ludźmi, z rodziną, bliskimi, znajomymi, przyjaciółmi. Przecież po owocach ich poznacie.
Kończąc moją terapię dostałam od przyjaciółki dyplom. Bardzo się ucieszyłam i wzruszyłam. Brzmiał on następująco:

Oto Twoja nowa droga życia! :-)
Aby obyczajom prastarym zadość uczynić
tudzież pospólstwu wszelkiemu
jako wiadomym oznajmić, iż
waszmościna [tu było moje imię i nazwisko]
niewiasta cnót wszelakich pełna
kompan niezrównany i w niejednej
życiowej przygodzie sprawdzony,
czcigodna i szanowana,
której przewagi niezwykłe wzorem być mogą dla wszystkich,
dwa lata już prawie na kursa chodzi,
mądrości życiowe sobie przyswaja,
nad swoja kondycyją pracuje,
za co dumni niezwykle z niej jesteśmy,
a co na wieczną rzeczy pamiątkę na onej wołowej
skórze spisać kazaliśmy i wszystkim
do wiadomości podajemy. 


Dnia 29 grudnia Roku Pańskiego 2014


Czy już wiem dokąd zmierzam, czy już wiem, czego On ode mnie oczekuje? Ależ skądże! Daleko mi jeszcze do poznania właściwej drogi, ale każdego dnia się o to staram i jestem ciut bliżej celu. Mam też poczucie, że nie marnuję danego mi tutaj czasu i... chyba o to chodzi.

Nie wiem, Szanowny Czytelniku, czy takiej odpowiedzi oczekiwałeś, ale bardziej konkretnie (może na razie) nie potrafię.

Z pozdrowieniami,
Pelagia M. :-)

środa, 29 kwietnia 2015

Zmora egoizmu i egocentryzmu

Alkoholizm jest chorobą społeczną. Nie dlatego, że duża część społeczeństwa pije alkohol, a dlatego, że uzależnienie jednej osoby wpływa destrukcyjnie na całą jej rodzinę, często również otoczenie. Oni także chorują, choć nie piją. To zaburzenie nazywa się współuzależnieniem. Każdy alkoholik jest egocentrykiem i egoistą. Ocenia rzeczywistość z własnego punktu widzenia i poprzez pryzmat swoich wyobrażeń, domysłów, przekonań i doświadczeń. Jest tak skoncentrowany na sobie i potrzebie dostarczenia do krwiobiegu odpowiedniej dawki etanolu, że samowolnie podejmuje decyzje często dotyczące całej rodziny oraz zaspokaja własne zachcianki, zupełnie nie zwracając uwagi na krzywdę "bliskich". Teoretycznie rzecz ujmując, skoro osoby współuzależnione są po drugiej stronie barykady powinny być nacechowane altruizmem, ale to... guzik prawda. I o ile może nie zawsze są egoistkami, to egocentryczkami już tak. Przecież to one doskonale "wiedzą", co jest dla partnera dobre, co powinien, co woli, co myśli. To one sprawują kontrolę, dramatycznie próbując kierować i rządzić wszystkim i wszystkimi. I nie ma znaczenia, że robią to w dobrej wierze, że w ten sposób próbują zapewnić sobie choć namiastkę poczucia bezpieczeństwa, skoro to nie zmienia faktu, iż cechuje je egocentryzm. "Patrzeć na ludzi, wydarzenia i okoliczności życia jedynie w świetle ich stosunku do własnej osoby, to żyć na progu piekła. Egoizm jest nieuchronnie skazany na zawody, bo jego osią jest kłamstwo. Ażeby żyć wyłącznie dla siebie, musiałbym naginać wszystko do mojej woli, tak jak gdybym był bogiem. A to jest niemożliwe. Czy może być wyraźniejsza wskazówka mojej zależności jako stworzenia niż te ograniczenia mojej woli? Nie mogę zmusić wszechświata, żeby mi był posłuszny. Nie mogę nakłonić innych ludzi do postępowania według moich kaprysów i zachcianek." - (T. Merton, "Nikt nie jest samotną wyspą").

Przeczytałam gdzieś hasło zachęcające do podjęcia terapii: "Zabiegana, starasz się zadowolić wszystkich, zapominając o sobie? Sprawdź jak zdrowy egoizm może zmienić Twoje samopoczucie!" Całkowicie zgadzam się z tym, iż osoby współuzależnione powinny podjąć terapię i zadbać przede wszystkim o siebie i dzieci, zamiast koncentrować całą swoją energię na tym, by partner przestał pić, gdyż to walka z góry przegrana. Tego nie da się zrobić. Po prostu. Nie mniej jednak nie uważam, by egoizm był dobrym rozwiązaniem, bez względu na to, jaki przymiotnik go określa, bo wiąże się z krzywdą drugiego człowieka. A jeśli nie jestem socjopatą powinnam starać się przystosować do życia wśród ludzi. No... chyba, że dysponuję bezludną wyspą... Bo jeśli do egocentryzmu dołożę jeszcze egoizm, to... może być źle. Bardzo źle. Również dla mnie.

Rozwój osobisty, samorealizacja, uczenie się, dbanie o siebie - tak, tak, tak! Ale... po pierwsze dopóki nie determinują krzywdy drugiego człowieka, a po drugie dopóki służą czemuś lub komuś.  Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie (Rz 14.7). Czy możliwym jest, że życie nam zostało dane, byśmy je przeżyli tylko i wyłącznie dla siebie? Po co otrzymałam talenty, zdrowie, inteligencję, szanse, po co mi wiedza, doświadczenie, po co się uczyć, jeśli nie po to, by się tym podzielić z innymi, jeśli te wszystkie zasoby nie służyłyby drugiemu człowiekowi? Dopiero to - moim zdaniem - świadczy o naszej użyteczności, jako ludzi, dopiero to nadaje życiu sens. Podejmuję naukę, przeżywam, doświadczam, uczę się, bo to rozwój. Rozwój umożliwia mi lepsze bycie dla kogoś. Wierzę, że Bóg ma wobec mnie jakiś plan. Dokładnie tak samo, jak wobec każdego innego człowieka. Coś od Niego otrzymałam i powinnam wykorzystywać to dla wspólnego dobra.