Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doświadczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doświadczenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 grudnia 2019

Nowonarodzona

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Dwa tygodnie temu wróciłam z zimowych wakacji, i po raz pierwszy w moim życiu nastąpiło zderzenie z rzeczywistością pourlopową. Z przedświątecznym zgiełkiem, reklamami pięknych par z telefonami w ręku, olśniewających modelek z perfumami największych domów mody, i wyścigiem Kowalskich i Nowaków - po nowy telewizor, pralkę, suszarkę i inne koniecznie nowe sprzęty domowe. Podczas międzylądowania w Londynie, na widok ubranego drzewka choinkowego aż mnie wzdrygnęło. A zaznaczam, iż uwielbiam Święta Bożego Narodzenia. Pewnym novum było dla mnie, że nie marzyłam o nocy we własnym łóżku, powrotem do pracy, a nawet przytulasami z moim domowym pupilem. Zwyczajnie czułam niedosyt i wielką niechęć przed skokiem w przedświąteczny zgiełk zakupów (prezenty nabyłam na szczęście przed urlopem), sprzątania, gotowania i urabiania się po pachy. Musiałam cały dzień słuchać świątecznych przebojów, by wprowadzić się w odpowiedni klimat i zacząć powolutku odczuwać magię świąt. Co sprawiło, że zaszły we mnie tak ogromne zmiany? Jak zwykle to bywa - splot okoliczności, osób, miejsc i (raczej) niepowtarzalnego klimatu. Ale od początku...

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Lubię towarzystwo mężczyzn, mamy zazwyczaj dobre relacje. Lubię z nimi przebywać i pracować. Z różnych względów, ale też dlatego, że jako atrakcyjna kobieta potrafię ich ociupinkę owinąć wokół palca, a tym samym zmotywować do zrobienia tego, czego potrzebuję. Oczywiście nie chodzi o jakieś wielkie rzeczy, czy dopuszczanie się jakichś świństw. Chodzi o drobnostki, które umilają i ułatwiają życie. Kolega w biurze chętniej i szybciej rozwiąże jakiś problem, ktoś tam zaparzy kawę, jeszcze inny przeniesie ciężki karton, a kolejny pomoże w sytuacji kryzysowej z łańcuchem od roweru lub pękniętą dętką. Po prostu potrafię być czarująca i to wykorzystać. To jednak ma drugą stronę medalu - z kobietami nie idzie mi już tak łatwo. One zwyczajnie nie ulegają moim wdziękom i gorzej znoszą kokieterię, a czasami są po prostu zazdrosne. Pewnym wyzwaniem były więc zimowe marokańskie wakacje w towarzystwie dziewięciu kobiet, z których dobrze znałam jedną, drugą tylko z widzenia, a pozostałej siódemki wcale. Choć obaw było wiele, zdecydowałam się na tę wycieczkę i to z kilku powodów. Po pierwsze - Afryka jest dla mnie na tyle egzotyczna, że nie wybrałabym się tam sama, a w planie był nocleg pod gołym niebem na piaskach Sahary. Po drugie - uwielbiam poznawać i obserwować nowych ludzi i kultury. Po trzecie - nic nie ładuje akumulatorów tak dobrze, jak słońce i ciepło w listopadzie lub grudniu. Po czwarte - pociągała mnie różnorodność uczestniczek (dwie babeczki z Norwegii, jedna spod Paryża, pięć z Trójmiasta i jedna z Torunia oraz Warszawy). Po piąte - bo mogłam. Poza tym ostatnio zainteresowałam się kobietami, ich rolami w społeczeństwie, historii, relacjami damsko - damskimi. Temat ten przewijał się co jakiś czas - to u przyjaciół w AA, a to na kwakierskich spotkaniach. Niektóre koleżanki zachwalały udział w kobiecych kręgach wsparcia i innych przedsięwzięciach przedstawicielek Wenus na tym najpiękniejszym ze światów. Wpadłam też ostatnio na książki traktujące o kobietach ("A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi", "Z nienawiści do kobiet" i "Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz") i temat mnie zaciekawił. A że wierzę, że nic nie dzieje się z przypadku, więc łapię każdą okazję, by się czegoś dowiedzieć, nauczyć, doświadczyć. Również o sobie.

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Było rewelacyjnie! Nie mogę napisać, że wszystkie dziewczyny pokochałam, a nasze przyjaźnie będą trwać latami, bo byłoby to nieszczere, ale uczciwie muszę przyznać, że uczestniczkami wycieczki były kobiety szczególne i nieprzeciętne. Kto na dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia wybiera się w babską podróż po całym Maroku? Przecież nie Matka Polka, kura domowa, czy kobieta, której życie opiera się na dzieciach i mężu oraz kłopotach szkolnych. Nie chciałabym nikogo obrazić, czy umniejszyć powyższymi słowami - każdy żyje, jak chce - ja zwyczajnie stwierdzam fakt. Moje refleksje dotyczą więc bardzo szczególnej próby kobiet: wyzwolonych, nowoczesnych, świadomych i inteligentnych, w większości spełnionych zawodowo, również w macierzyństwie i związku, ale nie tym zniewolonych. W każdym razie - tak rozemocjonowana nie byłam dawno. Rozmowy do późnych godzin nocnych, śmiech, trochę łez, kontakt z naturą, zatykające dech w piersi widoki. 

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Maroko jest cudowne! To był najlepszy urlop w moim życiu. Ba! Najlepsze dni życia w ogóle! Nie wiedziałam, że można aż tak odpocząć. Czuję wielki niedosyt i na pewno tam wrócę. Na bezkresną Saharę z pyszną herbatą, harirą i taiżinem serwowanymi przez Nomadów przy blasku księżyca w akompaniamencie przepięknych dźwięków gitary Ibrahima (zaznaczam, iż jestem z tych niecierpiących szant i muzyki biesiadnej). Na cudowny zachód słońca z wierzchołka Erg Chigagi. Do gwarnego Marrakeszu i średniowiecznego Fez, które udało się tylko liznąć. Do relaksującego hammamu i masażu złotem Maroka. Do niebotycznie słodkiej herbaty, restauracji, w których można zjeść za grosze, a nawet do bułki z mięsem z ulicznego wózka, gdzie nikt nie słyszał o wkładaniu rękawiczek i myciu rąk. Podarować mogę jedynie Chefchaouen, które piękne, bo całe w błękicie i bardzo polecam, ale wystarczy zobaczyć jeden raz. Poza tym zostało jeszcze tyle nieodkrytego! Choćby ocean, Palmerie i... ja. Są miejsca, gdzie żyje się inaczej. Wolniej. I nie chodzi mi tylko o czas, również o wolność. Takie jest Maroko. Inshallah jeszcze je zobaczę. 

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
A jeśli chodzi o tematykę bloga, udało mi się zaobserwować, że demonstrowanie pewności siebie może być pokłosiem wielkich kompleksów, że blizny nabyte w dzieciństwie mają bezpośrednie przełożenie na dorosłe życie, że wbrew ogólnemu przekonaniu nie każdy powinien być rodzicem, że bywa, iż kobiety poświęcają się rodzinie później oczekując poklasku lub przynajmniej wdzięczności i rewanżu, że każdy człowiek ma jakąś ciemniejszą stronę i tajemnicę (czasami Poliszynela), jakieś swoje demony i lęki, nawet jeśli obrazek prezentowany na zewnątrz wygląda wzorowo, że posługiwanie się odmiennym językiem może alienować, a wręcz umniejszać inteligencji, że krytyka nie zawsze ma formę komunikatu 'ty', że niektórzy potrzebują permanentnych zagłuszaczy rzeczywistości (telefonu, telewizora), że kobiety nawet na pustyni potrzebują wyglądać pięknie, że życie to transakcja wymienna nawet jeśli chcielibyśmy udawać, że jest inaczej. Ale przede wszystkim, że grupa kobiet może stanowić wspaniałe lustro, w którego odbiciu zobaczę siebie. Niekoniecznie tak piękną, jak bym chciała, trochę popapraną, z pogmatwanym życiem i relacjami, ale prawdziwą. Nauczyłam się, że przekraczanie granicy komfortu i własnych możliwości buduje, że stać mnie na więcej niż może mi się wydawać, że rzeczywistość jest neutralna, a moje myśli i oczekiwania kreują samopoczucie, że z dystansu kilku tysięcy kilometrów można uważniej przyjrzeć się własnemu życiu, potrzebom, że mam mnóstwo szczęścia i powodów do wdzięczności.

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Moja koleżanka mawia, że nie musi ze mną rozmawiać, by dostrzec, czy w moim życiu dzieje się dobrze, czy źle. To proste - chudnę w stresie, okrągleję w dobrobycie. Słyszałam też, że kobiety nie tyją, a zwiększają erotyczną powierzchnię ciała, więc śmiało mogę powiedzieć, że moja jest całkiem pokaźna. :-) O ducha zadbałam, teraz czas na ciało, więc prezentem na 2020 r. będzie roczny karnet na zajęcia sportowe. 







***

I tego tobie, Szanowny Czytelniku, życzę na nowy rok. Zdrowego ciała i ducha. Oraz pieniędzy. ;-)

Serdeczności
Pelagia M.




sobota, 4 maja 2019

Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić

W dniu ślubu koleżanka życzyła mi (nam) mnogości radości i poczucia pełni szczęścia przez całe życie. Mnożyć umiem, czym jest radość również wiem i doświadczyłam, jednak drugi człon życzeń, choć wówczas oczywisty, teraz już taki nie jest. Bo czym ta pełnia jest? I czy oby na pewno na każdym etapie życia znaczy to samo? A może wcale nie zależy od okoliczności, a mojej na nie reakcji?

W tamtym czasie jawiła mi się w szczęśliwym i sielankowym życiu wespół z małżonkiem i dwuosobową gromadką dzieci.* Dzisiaj... że tak się wyrażę... wręcz przeciwnie. :-) A wyraźnie widać, że rzeczony stan miał trwać przez całą egzystencję. Więc co z tą pełnią i pobożnymi pragnieniami? Mój przyjaciel zwykł mawiać - uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić. I ma rację! Jak zawsze zresztą. (Pisząc "zawsze" zawahałam się przez chwilę; rozważałam "często", "zazwyczaj", "przeważnie" - żeby nie było, że ja to nigdy - ale prawda jest taka, że jak sięgam pamięcią, nie pomylił się jeszcze nigdy, skubany!)

Posiadam dużo. W wielu aspektach mojego życia. Materialnie i niematerialnie. Mam prawie wszystko, o czym marzyłam. Ten rok, choć nie przekroczył połowy, dał mi ogrom. A jednak gdzieś z tyłu głowy tli się - gdyby tylko jeszcze... Jeszcze. Dlaczego nie może być po prostu już? Dlaczego tak trudno zaakceptować, że może to jest maksimum tego, co mogę mieć, i zamiast oczekiwać na jakieś jeszcze, cieszyć się tym, co jest?

Mam jakieś wyobrażenia o tym, jak chciałabym, by wyglądało moje życie. A żeby było trudniej, na przestrzeni miesięcy i lat to się zmienia. Planuję więc, realizuję, czasami cierpliwie (albo mniej) czekam. Zdarza się, że całość nie toczy się zgodnie z wizją i zamysłami, a moje oczekiwania rozbijają się o rzeczywistość niczym jajko o podłogę, gdy wypada z lodówki (to tak a'propos ostatniego czasu). I kto wówczas wkracza na arenę? To oczywiste - poczciwy, stary, nieodłączny towarzysz pelagiowych perypetii - cierpienie.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że znam przynajmniej trzy przypadki, w których spełnione życzenie dało skutek odwrotny od zamierzonego. Oto one:

  1. Moja koleżanka będąc dzieckiem, marzyła o posiadaniu Skody Favorit. Marzyła, więc kupiła - używaną, trzydzieści lat później. Ciekawe tylko, dlaczego ów euforyczny stan nie nastąpił?
  2. Gdy mojego przyjaciela opuściła kobieta, którą bardzo kochał, próbował wielu rzeczy, by ją odzyskać; nawet modlił się słowami: "Matko Boska spraw by Anna znowu była z Adamem". Ktoś chyba wysłuchał prośby, bo Anna wróciła, ale do swojego poprzedniego Adama.
  3. Ze trzy lata temu, zakochana po uszy oddałabym duszę, by po rozstaniu z pewnym facetem usłyszeć od niego: "bardzo ciebie kocham i już nie chcę walczyć z tym uczuciem". Kilka dni temu, gdy te słowa niespodziewanie padły, znaczyły niewiele, bo z perspektywy czasu widzę bardzo wyraźnie, że życie potoczyło się z korzyścią dla mnie. Bez niego.
Podobno, kiedy Bóg chce nas ukarać, spełnia nasze prośby. Warto o tym pamiętać, gdy znowu coś pójdzie nie tak, bo może za kilka tygodni, miesięcy, czy lat, rezultat ów okaże się prawdziwym wybawieniem?


***


--
* Mała dygresja związana z dniem mojego ślubu, a właściwie miejscem, w którym organizowaliśmy wesele. Odbyło się ono w bardzo eleganckim hotelu, do którego ostatnio postanowiliśmy z siostrą  i szwagrem zaprosić rodziców na wspólny obiad z okazji ich urodzin. Gdy siostrzeńcy to usłyszeli, starszy (14 lat) wyraził obawę o dobór miejsca, bo co będzie, jak cioci (mnie) wrócą wspomnienia i będzie przykro? Młodszy zaś (10 lat) dopytał, czy już tam był. Siostra odpowiedziała, że owszem, był na weselu, tylko jako pięciomiesięczny niemowlak prawie cały czas spędził zanosząc się od płaczu w pokoju. Skwitował to słowami, że jak niby miał nie ryczeć, skoro już wówczas wiedział, jak całość się skończy? :-)
Fajowi są, co?  Ja to mam szczęście...

piątek, 4 listopada 2016

Harmonia ciała, duszy i umysłu

Kilka lat temu, gdy trafiłam na pierwszą w moim życiu psychoterpię behawioralno - poznawczą nerwicy, od mojej psycholog dowiedziałam się, że zdrowie psychiczne przekłada się wprost na zdrowie fizyczne człowieka. Przyznam, było to dla mnie herezją i abstrakcją, jakąś bzdurą totalną, i to pomimo, że swoje twierdzenia poparła jakąś literaturą naukową, którą poleciła mi przeczytać. Oburzyłam się! Że jak to?! Przecież muszą zaistnieć jakieś realne okoliczności, bym zachorowała, a nie jakieś wyimaginowane, umysłowe widzimisię.  Że owszem, może... może... w przypadku nowotworów, ale przeziębienia na przykład?! Niedorzeczność! Moja reakcja była wyrazem lęku, że to ja odpowiedzialna jestem za swój stan, za to jak się czuję, a tego udźwignąć nie potrafiłam. Ale to odkryłam już dużo później. Był to jednak również... książkowy wręcz przykład ignorancji i przeświadczenia o własnej nieomylności. Coś jak... "Moja jest tylko racja. I to święta racja. Bo  nawet, jak jest twoja, to moja jest mojsza, niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza.", powtarzając za Dniem Świra Marka Koterskiego. Tak. Taka byłam.
 
Leonid Afremov - Harmony
Trochę wody musiało upłynąć, wiele cierpień na własnej skórze zmuszna byłam doświadczyć (nieprzyjemne, acz pożyteczne to doznania), żeby zrozumieć i pokornie przyjąć do wiadomości, że w moim życiu niezwykle ważna jest jednak harmonia ciała, duszy i umysłu, czyli zgodność tego, co myślę, z tym co czuję i co robię. Okazało się bowiem, iż niekompatybilność któregokolwiek z tych czynników powoduje... zachwianie mojej równowagi emocjonalno - uczuciowej, a ta właściwie automatycznie przekłada się na niedyspozycję ciała. Słowem... mój organizm, moje ciało bardzo szybko manifestuje, iż źle się dzieje w naszym państwie. I ja nawet nie muszę być tego świadoma! Wręcz przeciwnie. Po własnych reakcjach dopiero poznaję, czy jakiś wybór był dobry, czy nie i to nawet w przypadku, gdy został dobrze przemyślany i rozważony. Czy mi służy i jest wewnętrznie zgodny ze mną, czy też... wręcz przeciwnie. Koleżanka mawia, iż dobrym pomysłem jest poczuć, jak się mam z konkretnymi decyzjami. Nie, jak myślę, że się mam, nie jak chciałabym się mieć, tylko jak się mam. Poczuć konkretne wybory "w brzuchu". Muszę przyznać, iż może mieć trochę racji, a przynajmniej dla mnie jest to dobre rozwiązanie, bo się sprawdza.
 
Właśnie dlatego tak istotne jest nie znieczulać się na te doznania. Nie łykać leków przeciwbólowych (jeśli nie jest to absolutnie konieczne oczywiście), czy uspokajających, nie regulować uczuć w inny, destrukcyjny i nałogowy sposób (na przykład alkoholem, objadaniem się, kompulsywnymi zakupami...). Właśnie dlatego, że pozbawiając się tych nieprzyjemnych doznań i uczuć, pozbawiamy się niejako możliwości odkrycia, co jest nie tak, co nam się nie zgadza w życiu. A tym samym zabieramy sobie możliwość korzystnych i pozytywnych, choć czasem bolesnych, zmian. To jak zwykle bywa jest kwestia wyboru - długofalowe efekty, czy krótkotrwałe zyski?

Mam olbrzymią awersję do zmuszania się do czegokolwiek, taką... swoistą alergię na "muszę". Jeśli tylko chcę, mogę bardzo wiele. Pomijając niektóre rzeczy - mogę wszystko. Natomiast kiedy muszę... staję okoniem nawet wobec samej siebie i... klops. Czasami jednak próbuję się przechytrzyć. Czasami świadomie - jak wiem, że coś powinnam, że dyscyplina jest ważna w życiu, że lenistwo to wada, którą należy przezwyciężać. I to jest dobry pomysł. Odpowiednia motywacja i nastawienie się do jakichś słusznych postaw i zachowań popłaca. Czasami jednak - co gorsza - robię to nieświadomie. A wówczas próbuję sobie wmówić, że coś tam jest dobrym rozwiązaniem. Przedstawiam sobie samej agrumenty "za" i ochoczo przystępuję do realizacji. Okazuje się, że ja wspaniale potrafię siebie wpuścić w maliny i skutecznie przekonać, że jest, jak chciałabym by było. A dopiero, gdy doświadczam, wychodzi prawda. Ciała nie potrafię oszukać. I bardzo dobrze! Obiecałam sobie kiedyś już nigdy więcej się nie oszukiwać, nie zakłamywać rzeczywistości. Robiłam tak dość długo i już wystarczy. Obiecałam sobie, że nawet jeśli bardzo nie będzie mi się podobało, co odkryłam o sobie, czego się dowiedziałam, co do mnie dotarło - przyjmę to do wiadomości i, w zależności od okoliczności i możliwości, albo to zmienię, albo pogodzę się z tym. Ale zanim, to wpierw poważnie i gruntownie rozważę - czy ja tak myślę, czuję, czy chciałabym by tak było. Okazuje się bowiem, że to nie zawsze jest jedno i to samo...


piątek, 10 czerwca 2016

Enjoy life as it is

Niedawno miałam okazję brać udział w kilkudniowym spotkaniu grupy ludzi w różnym wieku, różnej płci i narodowości. Wspólnym mianownikiem była w nich serdeczność, troska o wspólne dobro, pogoda ducha i zainteresowanie drugim człowiekiem. Nic więc dziwnego, że wywiązały się między nami interesujące rozmowy, zawiązały nowe znajomości, a może nawet przyjaźnie? Kilka dni później dostałam od jednego z nich e-mail zakończony zdaniem: "Enjoy life as it is". Takie krótkie, a skłoniło mnie do pewnych refleksji. Między innymi próby odpowiedzi na pytanie: jakie jest życie człowieka? 

Życie bywa piękne, to prawda, ale to nie oznacza, iż przebiega, jak w bajce, że po jakichś tam niesprzyjających okolicznościach pojawia się książkę z bajki i obietnica "żyli długo i szczęśliwie". Życie nie wygląda, jak w serialu, gdzie wszyscy są piękni, śniadanie samo się robi, lodówka napełnia, a portfel pęcznieje. Na planecie Ziemia o swoje szczęście trzeba zawalczyć. Często z największym wrogiem - samym sobą. A i tak poczucie szczęścia nie jest, i być nie może, stanem permanentnym, bo tak naprawdę w życiu piękne są tylko chwile. Chciałabym bardzo wierzyć w to, że te najlepsze jeszcze przede mną.

W zdecydowanej większości przypadków życie jest trudne. Bardzo często wystawia nas na jakieś próby i cierpienia. Inną sprawą, że przecież nie wiem, czy jakieś przykre i bolesne zdarzenie w moim życiu, nie uchroniło mnie przed jeszcze większym? Czy w dłuższej perspektywie czasu nie okaże się raczej wybawieniem, niż zgubą? Nie muszę nawet daleko sięgać pamięcią. Gdyby moje ciało nie zamanifestowało depresją (koszmarnym doświadczeniem), iż źle się dzieje w moim życiu, gdzie byłabym teraz? Czyż nie uwikłana w związek z uzależnionym od alkoholu, nieszczęśliwym (i w dalszym ciągu pijącym) człowiekiem? Tego, oczywiście, nie wiem, ale za nic nie cofnęłabym czasu, by to zweryfikować. Każdą porażkę, każde cierpienie można przekuć w coś dobrego. Wystarczy tylko dobrze poszukać.

Ludzie mają tendencję do niwelowania, minimalizowania, unikania cierpienia, uciekania od niego, zamiast je po prostu przeżyć i postarać się wyciągnąć wnioski, nabyć doświadczenia. Czasami oczekujemy, że coś się zdarzy samo, beż żadnego zaangażowania, żadnych realnych i namacalnych zmian. Na własne życzenie wpędzamy się w stan wiecznego oczekiwania na... coś. Nie do końca wiedząc, co to "coś" oznacza, ale ufając, iż coś super fajnego i wreszcie permanentnego - Będę szczęśliwa, jak tylko on... Będę spełniona, jak zdarzy się... Moje życie odmieni się na lepsze, jeśli tylko ktoś... Stanę się bogata, jak tylko wystarczająco mocno będę o tym myślała. - To tak niestety nie działa. Czasami, krótkofalowo - być może, ale na dłuższą metę - nie. Nie zmieniając w swoim życiu nic, nic też nie ulegnie zmianie.
Postarajmy się, by nasze życie nie było wiecznym czekaniem na coś... Na wakacje, na partnera, na lepszą pracę, na bogactwo, na lato, na zimę, na wielką miłość, na autobus, na lepsze czasy, na szczęście, na... Każdy dzień jest darem i już nigdy się nie powtórzy. Zmieniaj co możesz, akceptuj na co wpływu nie masz i...  CIESZ SIĘ ŻYCIEM TAKIM, JAKIE JEST! Bo ono nie jest próbą generalną przed tym właściwym, bo drugiego już nie będziesz miał, ani kolejnej szansy na jego przeżycie.  


środa, 28 października 2015

Czyżby dojrzałość?

Przez ostatnie dwa lata dojrzałam bardziej, niż kiedykolwiek wydawało mi się, że można. Widzę, czuję, słyszę i dostrzegam więcej, wyraźniej, pełniej. Trudno to nawet opisać słowami...
 
Na nowo wyrobiłam sobie opinię, zdefiniowałam na własny użytek pojęcia takie, jak miłość, szacunek, akceptacja, Bóg, przyjaźń, odpowiedzialność, uczciwość, relacja, tolerancja... I nawet jeśli nie wszystko już ubrałam w słowa, nie wszystko spisałam, nie wszystko wiem, to pozwalam sobie na to, bo wiem, że rozwój jest przecież nieskończony, że co dzień mogę się nauczyć, dowiedzieć, zasmakować, poznać coś innego i nowego.
 
Z odrobiną rozbawienia obserwuję męsko-damskie gierki i zakrywki, w których kiedyś brałam udział ochoczo i radośnie. I od razu przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmów. Generalnie nie lubię i nie oglądam komedii romantycznych, ale w "Czego pragną kobiety" po pierwsze gra Mel Gibson, a po drugie ścieżka dźwiękowa to kawałki Franka Sinatry, więc... od czasu do czasu do niego wracam. Za każdym razem, kiedy słyszę, czytam, albo rozmawiam z kimś o relacjach damsko-męskich, oczami wyobraźni widzę scenę, w której główni bohaterowie wymyślają hasło reklamowe dla marki Nike dla kobiet i wpadają na: "Nike - no games, just sport"*. Tak sobie myślę, że dobrze byłoby odpuścić te całe gierki, niedomówienia, testowanie i zakamuflowane intencje, bo... szkoda na to czasu. Postawą, fundamentem zdrowego związku jest szczerość i akceptacja drugiego człowieka. Jego wad i zalet, potrzeb, pragnień, zainteresowań, pasji i... fisiów (oczywiście przy założeniu, że powyższe nikogo nie krzywdzą). A związek to przecież tylko jeden z rodzajów relacji łączących ludzi, zaś powyższe można zastosować do wszystkich.
 
Od zawsze byłam dość pewna siebie. Choć... może lepszym określeniem byłoby zadufana w sobie, bo maskowanie swoich kompleksów (czasami wykreowanych przez perfekcjonizm) fanfaronadą, z wysokim poczuciem własnej wartości mało ma wspólnego. Oczywiście sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać, więc... się stawiałam. Kiedyś pewne sprawy powodowały, że się gniewałam, złościłam, obrażałam, ekscytowałam... na ludzi, albo na Boga. Teraz (pomijając - niestety - niektóre wyjątki), staram się raczej znaleźć to, co łączy, niż dzieli. Staram się nie udowadniać i nie przekonywać. Staram się zrozumieć i uszanować odmienność.
 
I z tego cieszę się najbardziej, bo pycha... chyba najbardziej oddala od tego, co Najważniejsze.
 
Wdzięczna jestem za ludzi, którzy każdego dnia stają na mojej drodze i mnie inspirują, bo to w dużej mierze ich zasługa. Od nich się uczyłam, do nich uczę się nadal. Jak widać, chyba wszystko w życiu ma swoje miejsce i czas, bo w przypadki już od jakiegoś czasu nie wierzę. Życie jest takie proste. Wystarczy tylko... zacząć żyć. Dziś. Bo wczoraj jest historią, jutro tajemnicą, a każdego dnia podejmuję decyzje, które mają moc sprawczą, by odmienić całe moje życie.




---
Nike - żadnych gierek , tylko sport.

środa, 14 października 2015

Podróż prawdziwa i absolutna

Podróże mogą kształcić, rozwijać, umożliwiać poznawanie ciekawych ludzi i przekraczanie własnych granic. Dzięki podróżom można wyrwać się z codziennej rutyny i zdystansować od codziennych spraw. Ale... jest jeden warunek. Tam gdzie się wybieram przywiozę nie tylko samą siebie, czyli to, co już znam, co widziałam, czego się nauczyłam. Wówczas mam szansę na nowe. Jeśli tylko będę wystarczająco uważna, jeśli wyostrzę zmysły, będę mogła doświadczyć i dostrzec. Podobno z każdej podróży można czerpać radość. Albo, że jeszcze trwa, albo że już się skończyła. Bo czasami się po prostu nie chce. Bo wygodnie jest w tym ciepłym, przytulnym i bezpiecznym... bezruchu.

Oczywiście przenosząc się z jednego miejsca na drugie nie można uciec od samego siebie, a "przed wszystkimi podróżami: w Bieszczady, na Jukatan, do Patagonii, dookoła świata, na biegun północny, południowy, na Księżyc, na Marsa, na Wenus, dokądkolwiek, przed wszystkimi tymi podróżami – jest jedna prawdziwa podróż i absolutna: w głąb siebie." - [Edward Stachura].

Dlatego też, od jakiegoś czasu moje życie to taka właśnie podróż w najskrytsze zakamarki mojej duszy. Każdego dnia wyruszam w drogę. Każdego dnia dźwigam mój bagaż doświadczeń. Każdego dnia pędzę tą neuronową autostradą myśli i uczuć. A gdyby tak… świadomie zwolnić, pozbyć się zbędnego balastu, wywalić to, co już mi nie służy? Przyzwyczajenia, przekonania, schematy zachowań niszczą moją wyobraźnię i kreatywność, zamieniają w rutynę... samo życie. A przecież każdy dzień jest darem. To tylko ludziom wydaje się, że coś im się należy. A może nie ludziom? Może tylko mnie przez czas jakiś tak się wydawało? Zdrowie, pieniądze, relacje, praca, dom, stabilizacja, poczucie harmonii, spełnienia, pogoda ducha…

Co gdyby uznać, iż wszystko, co mam, nie jest tak naprawdę moje, a tylko użyczone mi do korzystania? Czy nie sprawiłoby to, że bardziej doceniałabym i szanowała? Stare przysłowie mówi, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Chcę coraz więcej, coraz bardziej, coraz pełniej. I tylko czasami zapominam, że posiadanie to również odpowiedzialność. Jeżeli uświadomię sobie, ze stan posiadania wiąże się z odpowiedzialnością, to czy w dalszym ciągu będę chciała? A to tylko odpowiedzialność za rzeczy. A co z odpowiedzialnością za wiedzę, doświadczenie, za... ludzi?

Daleką drogę mam do przejścia. Ale przecież nawet podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku... A moim zadaniem jest, by tobołek za bardzo nie ciążył.


wtorek, 3 marca 2015

Błędy i doświadczenia... innych

W pewnym momencie mojego życia bardzo żałowałam, że nie mam, nie rozumiem oraz nie umiem wykorzystać z pożytkiem dla siebie i bliskich wiedzy i doświadczenia innych ludzi. Z pewnością egzystencja nie bolałaby mnie wówczas tak bardzo. Ale... może dzięki temu cierpieniu mam szansę szybciej wkroczyć w "drugą połowę życia"*?

Podobno "doświadczenie to nazwa, którą każdy nadaje swoim błędom". Przynajmniej tak twierdził Oscar Wilde. Może... Choć osobiście uważam, że na doświadczenie składają się zarówno błędy, jak i wykorzystane szanse, dobre wybory, ale niech będzie. Skupię się na tych pierwszych, i to pomimo, że błędów w życiu nie popełniłam spektakularnie dużo. Zresztą, nawet gdyby tak było, to i tak trochę za mało, żeby wystarczyło na naukę. Dlatego myślę, że warto uczyć się na błędach i doświadczeniach innych.

Tyle teoria, bo z praktyką, czyli cudzymi błędami miałam (żywię głęboką nadzieję, że zastosowany przeze mnie czasownik w formie dokonanej odpowiada rzeczywistości) zawsze pewien problem. Mianowicie, przecież ja bym takiego głupstwa nie popełniła, prawda? A jak już jakimś dziwnym, zupełnie niespodziewanym trafem, mnie się przydarzyła podobna wpadka, to dopiero sobie uzmysławiałam, że przecież już dawno rozwiązanie miałam przed oczami, tylko... jakoś tak... mi umknęło. 

Drugi problem wynikał z tego, że jeśli ktoś był dla mnie wart naśladowania, stanowił autorytet, to liczyłam się z jego opinią i doświadczeniem, natomiast jeśli nie, to...  A prawda jest przecież taka, że nawet jakieś wrzaski osoby nieżyczliwej, spoglądającej nieświadomie w Okno Johari** mogły mi się przydać. Ale tu pojawiał się kolejny problem - nieumiejętność nie reagowania impulsywnie na inwektywy, zamiast spokojnego ich wysłuchania i wyciągnięcia pożytecznych wniosków. Nadmiar ignorancji, arogancji i... pychy (?), powodował, że nie pozwalałam sobie na korzystne zmiany. To ja wiedziałam lepiej, pomimo świadomości, że może tak nie być. Cóż... konsekwencje tych zachowań dały mi tak popalić, że... jakoś małą mam ochotę na powtórkę. Niby słuchałam, ale nie słyszałam. 

Największy jednak problem stanowiła trzeźwa ocena tego, co błędem dla kogoś było, więc logika nakazywałaby go nie popełniać, ale dla mnie mogło być szansą. 

Czy ja potrzebuję się przekonać na własnej skórze, że wkładając dłoń do ognia rzeczywiście się poparzę? Czy może wystarczy mi sama o tym wiedza i doświadczenia innych ludzi? A co gdyby tak z odpowiednią dozą rozsądku i trzeźwego oglądu tę zasadę przełożyć na inne aspekty życia? "Uczmy się na cudzych błędach, bo sami wszystkich popełnić nie zdążymy…" Joanna Chmielewska.

* Zainteresowanych tym enigmatycznym terminem odsyłam do książki Richard'a Rohr'a "Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia". Z pewnością "zawita" w mojej blogowej biblioteczce, ale nietaktem byłoby umieszczać tam pozycje, których sama nie skończyłam jeszcze czytać. 

** Okno Johari  - obrazuje sposób postrzegania rzeczywistości przez konkretną osobę dzieląc go na cztery obszary, które mają na celu uświadomienie, że żaden człowiek nie wie o sobie całkowicie wszystkiego (na przykład na skutek braku pewnych doświadczeń). Te obszary to:
1. Świadomość - "Ja wiem, widzę, inni wiedzą, widzą". 
2. "Ja wiem, widzę, inni nie widzą, nie wiedzą". 
3. "Ja nie wiem, nie widzę, inni wiedzą, widzą". 
4. Podświadomość - "Nikt nic nie widzi, nie wie".
Rzecz w tym, by coraz bardziej poznawać trzeci i czwarty obszar.