Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontakt z rzeczywistością. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontakt z rzeczywistością. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 października 2015

Czyżby dojrzałość?

Przez ostatnie dwa lata dojrzałam bardziej, niż kiedykolwiek wydawało mi się, że można. Widzę, czuję, słyszę i dostrzegam więcej, wyraźniej, pełniej. Trudno to nawet opisać słowami...
 
Na nowo wyrobiłam sobie opinię, zdefiniowałam na własny użytek pojęcia takie, jak miłość, szacunek, akceptacja, Bóg, przyjaźń, odpowiedzialność, uczciwość, relacja, tolerancja... I nawet jeśli nie wszystko już ubrałam w słowa, nie wszystko spisałam, nie wszystko wiem, to pozwalam sobie na to, bo wiem, że rozwój jest przecież nieskończony, że co dzień mogę się nauczyć, dowiedzieć, zasmakować, poznać coś innego i nowego.
 
Z odrobiną rozbawienia obserwuję męsko-damskie gierki i zakrywki, w których kiedyś brałam udział ochoczo i radośnie. I od razu przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmów. Generalnie nie lubię i nie oglądam komedii romantycznych, ale w "Czego pragną kobiety" po pierwsze gra Mel Gibson, a po drugie ścieżka dźwiękowa to kawałki Franka Sinatry, więc... od czasu do czasu do niego wracam. Za każdym razem, kiedy słyszę, czytam, albo rozmawiam z kimś o relacjach damsko-męskich, oczami wyobraźni widzę scenę, w której główni bohaterowie wymyślają hasło reklamowe dla marki Nike dla kobiet i wpadają na: "Nike - no games, just sport"*. Tak sobie myślę, że dobrze byłoby odpuścić te całe gierki, niedomówienia, testowanie i zakamuflowane intencje, bo... szkoda na to czasu. Postawą, fundamentem zdrowego związku jest szczerość i akceptacja drugiego człowieka. Jego wad i zalet, potrzeb, pragnień, zainteresowań, pasji i... fisiów (oczywiście przy założeniu, że powyższe nikogo nie krzywdzą). A związek to przecież tylko jeden z rodzajów relacji łączących ludzi, zaś powyższe można zastosować do wszystkich.
 
Od zawsze byłam dość pewna siebie. Choć... może lepszym określeniem byłoby zadufana w sobie, bo maskowanie swoich kompleksów (czasami wykreowanych przez perfekcjonizm) fanfaronadą, z wysokim poczuciem własnej wartości mało ma wspólnego. Oczywiście sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać, więc... się stawiałam. Kiedyś pewne sprawy powodowały, że się gniewałam, złościłam, obrażałam, ekscytowałam... na ludzi, albo na Boga. Teraz (pomijając - niestety - niektóre wyjątki), staram się raczej znaleźć to, co łączy, niż dzieli. Staram się nie udowadniać i nie przekonywać. Staram się zrozumieć i uszanować odmienność.
 
I z tego cieszę się najbardziej, bo pycha... chyba najbardziej oddala od tego, co Najważniejsze.
 
Wdzięczna jestem za ludzi, którzy każdego dnia stają na mojej drodze i mnie inspirują, bo to w dużej mierze ich zasługa. Od nich się uczyłam, do nich uczę się nadal. Jak widać, chyba wszystko w życiu ma swoje miejsce i czas, bo w przypadki już od jakiegoś czasu nie wierzę. Życie jest takie proste. Wystarczy tylko... zacząć żyć. Dziś. Bo wczoraj jest historią, jutro tajemnicą, a każdego dnia podejmuję decyzje, które mają moc sprawczą, by odmienić całe moje życie.




---
Nike - żadnych gierek , tylko sport.

wtorek, 27 października 2015

Rzeczywistość jaka jest każdy widzi

Parafrazując definicję konia* z pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej autorstwa Benedykta Chmielowskiego - rzeczywistość jaka jest każdy widzi. Czyżby?

Przykład pierwszy. Olga jest nauczycielką języka polskiego w szkole podstawowej. Swoją pracę lubi umiarkowanie. Na domiar złego czuje się niedoceniana, gdyż z ust dyrektora nigdy nie padły w stosunku do niej słowa uznania, ani raz nie uczestniczył też w lekcjach, które prowadziła. Ma w związku z tym fatalne samopoczucie. W końcu zbiera się na odwagę i idzie porozmawiać z przełożonym. Wyznaje mu swoje obawy, na co ten odpowiada, że nie chwali jej, ani nie przeprowadza wizytacji, bo jest zadowolony z wyników jej pracy, darzy ją zaufaniem, a brak komunikatów negatywnych jest informacją pozytywną. Po rozmowie Olga czuje się wspaniale, jest podniesiona na duchu i pewna siebie. Prawda natomiast jest taka, że dyrektor w ciągu roku - dwóch ma zamiar ją zwolnić, gdyż w jego opinii nie nadaje się na to stanowisko. Natomiast nie chce jej o tym mówić już dziś, ze względu na dobrze pojmowany interes uczniów, a także by pomóc jej przetrwać ten okres.

Jakie wnioski można wysnuć z tej historyjki? Biedna Olga! Sądzi, że dostała wsparcie, a tak naprawdę jest całkiem inaczej. Tyle tylko, czy rzeczywistość uległa zmianie na skutek informacji, które powzięła bohaterka? Ależ skądże! To Olga postrzega ją inaczej. Uczucia i myśli bohaterki są bowiem zdeterminowane przez jej umysł. To one nadają jej życiu barw.

Przykład drugi. Karolina jest współuzależnioną żoną alkoholika. Jest również - jak twierdzi - ofiarą mobbingu w pracy. Choruje na depresję i w związku z tym trafia na psychoterapię współuzależnienia. Po dwóch latach leczenia i ciężkiej pracy nad własnym rozwojem staje się innym człowiekiem. Potrafi być asertywna w pracy, a jej życie osobiste nie jest już serią porażek. Nie zajmuje się uzależnieniem męża, tylko cieszy z okresów, kiedy jest dobrze. Rozwija swoje pasje i realizuje się w spełnianiu własnych marzeń. 

Czy warunki, w jakich żyje Karolina uległy zmianie? Nie! Zmiany zaszły w niej samej. Realia jej życia były i są jedne - Karolina ma męża alkoholika. Różnica polega na tym, iż wcześniej interpretowała fakty według własnych schematów myślowych i poglądów, a później nauczyła się dostrzegać prawdę, uchwyciła kontakt z rzeczywistością i wzięła odpowiedzialność za swoje życie.

Oczywiście nie chodzi mi o to, by się okłamywać, że jest cudownie, jeśli wcale nie jest, ale o fakt, że bez względu na okoliczności, sytuacje, czy warunki, w których ktoś żyje, to on sam w dużej mierze decyduje, jak się będzie czuł.

Przecież żaden człowiek nie posiada absolutnej wiedzy na temat całego spektrum czasu, nie zna rzeczywistości. Nie wie z całą pewnością, czy zdarzenia rozpatrywane dzisiaj w charakterze porażki, nie zostaną przekute na sukces w przyszłości. To, że interpretuję rzeczywistość w jakiś sposób, nie jest równoznaczne z tym, że ona taka właśnie jest. Od dawna wiadomo, że inna jest prawda ofiary wypadku, inna sprawcy, a jeszcze inna świadka tego samego zdarzenia. A niektóre wydarzenia z perspektywy czasu pojmujemy i postrzegamy inaczej. Trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, że jedyne co wiem, to to, że nic nie wiem, bo zbyt często mylimy prawdę (rzeczywistość) z racją.

Z niektórymi moimi "prawdami", przekonaniami i poglądami wygłaszanymi kiedyś bardzo autorytatywnie, czas nie obszedł się zbyt łaskawie. I dobrze! Cieszę się, że w końcu zdołałam to dostrzec. Rzeczywistość zna tylko... Bóg. W końcu to On jest Reżyserem tego zamieszania. A ja? Ja muszę tylko przestać walczyć, domagać się, grać przeciw innym ludziom, światu, ale przede wszystkim przeciwko sobie. I mam prawo zmienić poglądy, bo podobno tylko krowa tego nie robi.



---

* Ciekawostka. Uważa się, że Benedykt Chmielowski - autor pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej - uznał konia za zbyt oczywiste zwierzę, aby je definiować, czy opisywać bardziej, niż słowami: koń jaki jest każdy widzi.

czwartek, 30 lipca 2015

Zaślepiona

Rozprawa o rozwód z orzeczeniem winy męża. Zeznaje moja siostra, później zeznaję ja i sędzia pyta - Czy od początku waszego małżeństwa tak było? - a mnie jakby ktoś obuchem w łeb trzasnął. Automatycznie odpowiadam - Oczywiście, że nie! Na początku było inaczej! - ale za chwilę, po raz pierwszy w życiu zastanawiam się, jak było naprawdę. Nie, jak chciałam by było, nie jak mi się wydawało, że było, tylko jaka była rzeczywistość. I odpowiadam - Tak... w zasadzie od początku małżeństwa tak było, tylko ja byłam jakaś zaślepiona miłością, planami i marzeniami, że jakoś to będzie, gdy tylko on...

Nasze wspólne życie dopiero się miało zacząć. Ja miałam 25 lat, a on na początku nie pił dużo. Gdy się poznaliśmy piwo o pojemności 0,33 l było dla niego wystarczające. Dopiero później, gdy zauważyłam ze pije więcej, niż przeciętny człowiek, zdarzało mi się obrazić (jakby to cokolwiek pomagało!), ale generalnie mi to nie przeszkadzało. Nie chciałam być, jak inne kobiety w mojej rodzinie, które swoich facetów strofowały za picie. Moje przekonania i wzorce były takie, że mężczyźni upijają się i już. Mnie przeszkadzało coś innego. To,  że nie mogłam na nim polegać, kłamał, oszukiwał i nie miał porządnej pracy. Przy czym przez porządną pracę nie mam na myśli jakiegoś super fajnego stanowiska i wysokiej pensji. Mam na myśli normalną umowę o pracę, z wynagrodzeniem wypłacanym terminowo, miesięcznie, na rachunek bankowy, z przysługującymi świadczeniami w postaci urlopu wypoczynkowego, itp. Tak, żeby można było zaplanować wydatki i zastanowić się, co zrobić z resztą. Po prostu, jak w życiu. Mąż takiej pracy nie miał w zasadzie przez cały okres naszego małżeństwa. Oczywiście to nie jest tak, że on zupełnie nie pracował. Czasami udawało mu się gdzieś zahaczyć. Wówczas dawał z siebie wszystko i był bardzo chwalony, ale jak tylko ta praca się kończyła, to... coś nie pozwalało mu znaleźć innej. Widać było, że ta sytuacja bardzo go frustruje, chciał mi dać gwiazdkę z nieba, popisać się, zadowolić, kupić coś ładnego, ale nie mógł, więc zamiast zrobić coś konstruktywnego wikłał się w różne pożyczki. A ja... starałam się go wspierać i nie mając świadomości, że robię mu krzywdę, ciągnęłam sama ten nasz wózek i jak tylko się o jakiejś dowiadywałam, natychmiast ją spłacałam. Kiedyś, za moją namową, mąż wpadł na pomysł, żeby pójść na jakiś kurs podnoszący kwalifikacje zawodowe, by łatwiej byłoby mu znaleźć pracę. Taki kosztował około 2.500 zł. Uznałam, że to rewelacyjny pomysł i dałam mu pieniądze, ale on na kurs nie poszedł, tylko skutecznie wmówił mi, że zapłacił, ale termin przegapił i klops... Potrafił zmanipulować mnie tak, bym uwierzyła, że brudny śpi na podłodze, nie dlatego, że jest pijany, tylko zmęczony i bolą go plecy, a w nocy wstaje i maszeruje po piwnicy, by je rozchodzić, nie w poszukiwaniu szczęścia,  że butelki po wódce pochowane wszędzie nie należą do niego, tylko do innych, że... Alkohol wyczuwałam od każdego, ale od niego nie. Gdy rodzina próbowała mi mówić, że coś jest nie tak, ja go broniłam, jak lwica. To był przecież mój mąż! Pamiętam, jak prosiłam siostrę, by go powąchała, bo jakoś "dziwnie" wyglądał śpiąc... Pewnego razu przyniósł do domu butelkę szampana i umowę o pracę, którą... sam wydrukował i podpisał za obie strony! Ja się tego domyślałam, ale chciałam mu wierzyć... więc wierzyłam. W tak zwanym międzyczasie wyrzucałam go z domu kilkakrotnie. A on wracał, przepraszał, błagał i obiecywał. Było mi łatwiej w to wierzyć, więc ufałam, iż tym razem będzie inaczej. Później dopadły mnie koszmarne stany depresyjne, zaczęłam się leczyć i tak minęło lat 3, kiedy to w czwartą rocznicę ślubu mąż nie przyszedł na noc do domu, bo obiecał wcześniej jakiś prezent i niespodziankę, a nie udało mu się zorganizować pieniędzy, więc się upił. Dałam nam jeszcze rok. Ten skończył się kolejnym dołkiem (moim!), a u niego nie zmieniło się nic... Wówczas trafiłam na terapię współuzależnienia. 

Od tamtego czasu minęły dwa lata i jestem tu. Dziś, gdy przypominam sobie te sytuacje, gdy czytam napisany  przed momentem tekst, wydaje mi się to wręcz nierealne, ale wówczas stanowiło najnormalniejszą w świecie normalność. I pomimo, że widzę, że to wszystko może wyglądać paskudnie, doskonale pamiętam, że nam naprawdę było razem dobrze... 

Kiedy cierpi dusza, krzyczy ciało. Gdyby moje nie zamanifestowało, iż źle się dzieje, pewnie bylibyśmy z mężem nadal razem. Tylko nie wiem, w jakim stanie  byłabym ja, bo tak naprawdę... co to był za związek?

Meandry myśli osoby współuzależnionej są naprawdę niesamowite...


poniedziałek, 20 lipca 2015

Czas robi swoje. A ty, człowieku?

Rocznik 1982 - ja. Wiosen na karku niby niewiele, ale już całkiem sporo. Na pewne sprawy już za późno, na niektóre pewnie jeszcze za wcześnie. Ale jedno jest dla mnie szczególnie ważne - świadomość upływu czasu, jako pierwszy krok do tego, by coś sensownego z nim zrobić. Mniej więcej do 30 urodzin, życie upływało mi na czekaniu. Czekaniu na to, by w końcu zacząć żyć i ruszyć z kopyta w dorosłość. Co prawda, pomijając kotłujące się w głowie obrazki ślicznego, uśmiechniętego i zawsze grzecznego bobaska (bo przecież nie rozkapryszonego bachora), pięknego domu (zapominając o gigantycznej racie kredytowej) i wspaniałego męża przy boku (nie alkoholika - rzecz jasna!), nie bardzo wiedziałam, jak chciałabym by wyglądało, jaka miałaby być jego treść, a tym bardziej, co ja mogę w tym kierunku zrobić. Czekałam żeby się już zaczęło. Samo. To się nie udawało, bo i udać nie mogło, przecież wpływ na innych ludzi mam dość ograniczony, a frustracja rosła, rosła i rosła... Aż nastąpiło apogeum moich stanów lękowych, a w efekcie psychoterapia współuzależnienia i rozwód, czyli ogromne cierpienie, które stało się przyczyną rewizji przekonań, poglądów i rozpoczęcia porządkowania świata własnych wartości. I dzięki Bogu za ten ból, bo to on umożliwił mi wyrwanie się z tego chocholego tańca i uchwycenie - cóż z tego, że na razie koniuszkiem palców - kontaktu z rzeczywistością. Bo ślizgania się po jej powierzchni do właściwego bytu nie zaliczam. W ten sposób można życie przeżyć i nawet nie wiedzieć kiedy, a tym samym je przegrać.
 
Często słyszę tłumaczenia i pełne złości użalanie się innych (sama już staram się tak nie mówić, ani nawet nie myśleć): Doba ma za mało godzin, nie mam na nic czasu! Stop! Nie masz na nic czasu? Hm... czyżby ktoś ci go ukradł? Inni go mają, a ty nie? Ludzie sami sobie narzucają pewien tryb i tempo życia, a potem marudzą, że nie mają czasu. Każdy człowiek (nie licząc dnia urodzin i śmierci) ma go co dzień tyle samo.  Ważne tylko, co z nim robi, jakie decyzje podejmuje, na co go przeznacza. Czy na to, co rzeczywiście dla niego ważne, czy nie? "Nie mam czasu jest uproszczoną do granic możliwości odpowiedzią, albo myślą, która w wyjątkowo szerokim zakresie świadczy o naszych priorytetach w wielu różnych dziedzinach życia. Nie mam czasu to jeden z ważniejszych kluczy do duchowego świata wartości człowieka, ściśle związany z inną wartością, o której już była mowa, z uczciwością wobec samego siebie."*

Od jakiegoś czasu staram się żyć świadomie i zastanawiać się nad gradacją  potrzeb i hierarchizacją celów. Tu pomocna może się okazać historia Jak napełnić dzban? Bo czy w dniu śmierci będę sobie wyrzucać, że za mało czasu poświęciłam na oglądanie telewizji, że za mało pracowałam, dorobiłam się za małego domu i nie dość dobrego samochodu, czy może raczej, że za mało kochałam, byłam za mało użyteczna dla innych? Czas jest ograniczony, a skoro tak, to najpierw rzeczy / sprawy najważniejsze. Przecież na bezsensowne chwile zawsze będzie jeszcze czas. A jeśli nie... mała strata.

Moje (i zapewne nie tylko) myśli wyraził Gabriel García Márquez w "Stu latach samotności": Co mnie najbardziej martwi to cały ten czas, który straciliśmy. Ale czy jest sens rozmyślać nad utraconym czasem? Żałować i marzyć, co by było, gdyby udało mi się go cofnąć i przeżyć raz jeszcze te lata, tyle że tym razem inaczej, rozsądniej i mądrzej? Czy może jednak lepiej zrobić coś już dziś, by za pięć lat nie powtarzać tego samego?

Czas jest wszystkim, co mam, a pewnego dnia okaże się, że mam go mniej, niż sądziłam. Chciałabym bardzo, bym tego dnia mogła spojrzeć wstecz i nie żałować. Bo pomimo tego, że doświadczenie pokazuje, że widocznie jestem nieśmiertelna - przecież wkoło wszyscy umierają, ale ja jeszcze nigdy - to jednak jedna doba będzie kiedyś miała dla mnie mniej niż 24 godziny. Żyjemy i umieramy według czasu. Jedynie jego upływ jest pewny (no i podatki, ale to inna kwestia). Warto wykorzystać go na naszą korzyść, bo Czas robi swoje. A ty, człowieku? [Stanisław Jerzy Lec].



---
* Meszuge, "Przebudzenie. Droga do świadomego życia", Wyd. IPS, 2014, str. 81

środa, 3 czerwca 2015

Sposób na samotność

Zapytana kiedyś czego chcę, czego mi brakuje - z braku konkretnej odpowiedzi - odparłam chcę być szczęśliwa.

To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę ten termin dla mnie oznacza, co przez niego rozumiem, czyli... czego potrzebuję. Wyszło mi, że poczucie pełni szczęścia to pozytywne emocje, czyli splot myśli, odczuć i zdarzeń. To trwałe zadowolenie z siebie, z życia, z relacji z ludźmi, z powodzenia różnych przedsięwzięć. To radość z czerpania dla siebie i dawania innym. To wewnętrzne poczucie zadowolenia i przyjemności. Przy czym absolutnie nie euforia, bo ta nie jest i nie może być permanentna. Tego chciałam.
Było tak, jakiś czas temu, kiedy jeszcze bardzo wierzyłam w to, iż razem z mężem stworzymy rodzinę, że czułam się bardzo samotna. Bardzo za nim tęskniłam. Wyrzuciłam go z domu, ale to było tylko na pokaz, bo tak naprawdę z całego serca chciałam go w nim mieć. Może dlatego, że nie zalazł mi jeszcze aż tak za skórę? Nie wiem. Próbowałam zająć się sobą, odkurzyć pasje, zainteresowania, relacje z innymi ludźmi. Niestety, nie pomagało nic. Nie pomagała książka, muzyka, kino, teatr, opera, rozmowa z siostrą, przyjaciółkami, praca, zakupy - czyli źle pojmowane przeze mnie myślenie o sobie. Miałam wokół wiele życzliwych osób i owszem, to poprawiało mi samopoczucie na chwilę, wyrównywało bilans emocjonalny, ale jak tylko lądowałam wieczorem sama, z własnymi myślami, czułam się bardzo samotna.

Zaobserwowałam kiedyś i częściowo doświadczyłam na własnej skórze, że generalnie osoby współuzależnione są nieszczęśliwe i często samotne. Zarówno te, które żyją z alkoholikiem, jak i które się z nimi rozstały. W przypadku tych drugich to często okres przejściowy - starego związku nie ma już, a nowych więzi jeszcze nie. Natomiast te pierwsze żyją z człowiekiem, który nie zapewnia im poczucia bezpieczeństwa i jest emocjonalnie niedostępny, a one stuprocentowo skoncentrowane na nim. To z kolej powoduje, że owszem - same nie są, ale często bardzo samotne.
Jakie jest na to lekarstwo? Drogi mogą być różne, sposoby osiągnięcia tego stanu ulegać zmianom, ewoluować, ale przede wszystkim warto uzmysłowić sobie, że samotność to stan ducha. Nawet w tłumie ludzi można się czuć, jak na bezludnej wyspie.

Mnie pomogły widoczne zmiany, które zachodziły w wyniku konkretnych działań, bliscy mi ludzie, świadomość, że sobie radzę, że jestem przydatna i potrzebna. Bycie wdzięczną za wszystko, co mi zostało dane, za każdy dzień, za każdą osobę, rozpatrywanie wszystkiego w formie szansy, nie zagrożenia. Będąc sama budowałam poczucie własnej wartości, dzień po dniu udowadniałam sobie, że umiem. Im bardziej byłam w procesie terapeutycznym, im więcej wiedziałam i rozumiałam, tym łatwiej pewne rzeczy mi przychodziły. Ale na początku, gdy dopiero zaczynałam "przygodę" z rozsupłaniem własnego uwikłania w alkoholizm męża i bardzo buntowałam się na to, co mówili mi inni, było bardzo źle.

Pomogła również, a może przede wszystkim akceptacja rzeczywistości i obecność we własnym życiu. Człowiek ma tendencję do automatyzacji zachowań. Nasz mózg jest tak niesamowicie skonstruowany, że wykształcił mechanizmy wykluczające możliwość zignorowania ważnej informacji - wykształcił nawyki. Pewne rzeczy robimy automatycznie, przyzwyczajamy się do stanów, warunków, okoliczności, nastrojów. Te powszednieją, przestajemy je dostrzegać, stają się "normalnością". A przecież o tę normalność właśnie w życiu chodzi, o te okruszki szczęścia zbierane pieczołowicie każdego dnia. Spektakularne momenty nie zdarzają się zbyt często. A o jakości życia świadczy ilość tych małych, szczęśliwych chwil. 

Dziś nie czuję się samotna. Co dzień zbieram garść okruszków szczęścia, mam w sobie pogodę ducha, uśmiech na ustach i spokój w sercu. Nawet będąc sama czuję się dobrze. Wręcz... lubię ten stan.

Pogody ducha Szanowny Czytelniku! :-)

piątek, 30 stycznia 2015

Mission impossible, czyli zaprzestać "pomagania"


Krótko po tym, jak rozpoczęłam terapię współuzależnienia dowiedziałam się, co należy, a czego pod żadnym pozorem nie można robić w stosunku do alkoholika. Przede wszystkim należy zaprzestać "pomagania" (bardzo dobry tekst)! Natychmiast skonfrontować go z konsekwencjami własnych działań, zachowań i postaw. Nie utrzymywać, nie sprzątać po nim, nie wyręczać, nie usprawiedliwiać, zawiadamiać policję, kiedy tylko podejrzewam, że prowadzi samochód pod wpływem alkoholu, przestrzegać znajomych i krewnych przed pożyczkami, itp. itd. Dla kochającej żony bardzo trudne zadanie. Wręcz mission impossible. Przynajmniej dla mnie.
 
Niemniej jednak potraktowałam sprawę zadaniowo i zaczęłam (jak mi się wydawało) stosować się do zaleceń. Pierwszym moim krokiem było wymuszenie na mężu wizyty u psychiatry. Poszedł, dostał leki i... zapił je. Pamiętam, że dokładnie tego dnia miałam pójść pierwszy raz na spotkanie grupy terapeutycznej. Rano, jak zwykle, pojechałam do pracy, a po pół godziny dostałam telefon od męża: Przyjedź po mnie proszę, bo bardzo źle się czuję. Rzuciłam wszystko i pojechałam. Na miejscu okazało się, iż mieszanka wódki z tabletkami spowodowała, iż małżonek ledwo trzymał się na nogach (była godzina 08:30). Zasnął w samochodzie, jak kamień. Co chwila sprawdzałam, czy oddycha, gdyż w ulotce jego lekarstw przeczytałam, iż mieszanie ich z etanolem może spowodować zatrzymanie akcji serca. Koszmar. Byłam w emocjonalnie rozsypce. Przecież miało być tak dobrze, a wyszło, jak zawsze…
 
Mąż przeprosił, obiecał, że więcej tego nie zrobi. Zmusiłam go podjęcia terapii uzależnień. Zaprowadzony za rękę poszedł do terapeuty. Twierdził, że uczęszcza na grupę, ale jak któregoś razu przyszedł do domu pod wpływem alkoholu i z umową „szybkiej” pożyczki w kieszeni, wściekła i rozżalona postanowiłam zwiększyć mu dawkę kontaktu z rzeczywistością. Wywaliłam z domu, uwarunkowałam nasze dalsze „być, albo nie być” podjęciem przez niego terapii, wymusiłam spisanie rozdzielności majątkowej, urwałam wszelkie kontakty. Sama natomiast kontynuowałam terapię i zajęłam się sobą (cokolwiek ten dziwny wówczas dla mnie termin znaczył). Wszystko to bynajmniej nie dla mnie – dla niego. Mając nadzieję, że to właśnie będzie „dno”. Niby miałam myśleć o sobie, ale w dalszym ciągu zajmowało mnie to, co jest dobre, dla niego… Przecież ja nie chciałam tego robić! Strasznie za nim tęskniłam i go potrzebowałam.

Mówiłam jedno i wiedziałam, co robić, ale jak go widziałam, jak mówił, że przecież robi to wszystko, co chciałam, to miękły mi kolana... Nie wiedziałam, nie rozumiałam, co powinno stanowić wyznacznik, że teraz już jest w miarę bezpiecznie? Nie chciałam go wozić i odbierać z terapii, bo nie miałam na to ani czasu, ani ochoty i wiedziałam, że przecież nie w tym rzecz. Nieustannie zastanawiałam się, czy mogę coś jeszcze? Niestety, nie mogłam. Byłam bezsilna.

Moje poczynania nie poskutkowały, bo i sprawdzić się nie miały szans. Ale to odkryłam dużo później i nie sama. Okazało się, że podczas, gdy ja rozpaczliwie próbowałam skonfrontować go z konsekwencjami picia, jego rodzice zaczęli wypełniać moje poprzednie role… Dali mu mieszkanie, jedzenie, pieniądze, miłość. Nie miał tylko mnie, ale zdaje się, że alkohol i na to pomagał znakomicie…

Dlatego tak ważne jest, by leczyła się cała rodzina.