niedziela, 30 stycznia 2022

Poza zasięgiem

Moja przygoda z pisaniem zaczęła się podczas psychoterapii współuzależnienia. Zalecono mi wówczas pisanie dziennika uczuć. Z czasem mój dzienniczek przekształcił się w pamiętnik. O tym jak wygląda pisałam tu: klik i nie mam zamiaru dublować wpisów. Piśmiennicza posucha, piśmienniczą posuchą, ale tak źle jeszcze ze mną nie jest. Wspominam o nim dlatego, że w dalszym ciągu go posiadam i w nim piszę. Od roku 2013. Oczywiście z przerwami na lepsze czasy oraz blogowe wpisy. Tego, czego w nim nie ma, jest tu. Dokumentacja pelagiowych perypetii, mężczyzn, wzlotów i upadków, epizodów depresyjnych i innych. Pamiętnik ów nie jest jakiś szczególny. To kołobrulion A4 w kratkę o 160 kartkach z wczesnojesiennym landszaftem. Natomiast dokładnie pamiętam uczucie, gdy go kupiłam. Kosztował kilkanaście złotych. Wówczas były to dla mnie duże pieniądze. I nie chodzi o ich wartość nabywczą, a fakt, że mieliśmy z mężem wieczne długi i czasami brakowało na benzynę, bym mogła pojechać do pracy. Kupując nowy dziennik byłam szczęśliwa, że mogłam sobie na to pozwolić. Pierwsze w nim wpisane słowa to: 30.09.2013, Pierwszy wpis w nowym zeszycie... Szkoda, że przykry... Było mi smutno, że mam coś nowego i zaczynam wpisem o umowie pożyczki z Provident'a znalezionej w kieszeni upitego w trupa - jak mi się wówczas wydawało - mężczyzny mojego życia. Pamiętam też, jaką przyjemność sprawiło mi, gdy w tamtym czasie mama zabrała mnie na zakupy do centrum handlowego i kupiła bawełnianą piżamę. 

Rok później byłam już po pierwszej sprawie rozwodowej. Nadal z długami, ale w lepszej sytuacji finansowej. Po kolejnych kilku, już w wymarzonym mieszkaniu, w zupełnie innych realiach, zarówno materialnie, duchowo, rozwojowo, zdrowotnie, jak zawodowo. Aż latem roku 2021 w tak komfortowej sytuacji finansowej, że chcąc poprawić sobie humor w kolejnym epizodzie depresyjnym, mogłam już kupić dowolną rzecz. Oczywiście nie mam na myśli zegarka Patek Philippe, ale diamentowe kolczyki, albo torebkę Prady już tak. Tyle tylko, że nie kupiłam. I nawet nie chodziło o to, że jestem kwakierką, bo gdyby tylko zakupy mogły mi ulżyć w cierpieniu, bez wahania bym się na nie zdecydowała. Mnie to już nie sprawiało przyjemności. Rozmyślałam, czy mam ochotę na jakiś super drogi słodycz, ubranie, coś luksusowego, na co normalnie bym sobie nie pozwoliła, i nie mogłam wymyślić nic. Może to depresja? Ona skutecznie odbiera radość ze wszelkich sfer życia, ale może po prostu fakt, że to nie było już dla mnie wyrzeczenie. Nie było, jeśli kupię coś, nie będzie mnie stać na coś innego. Rzeczy chyba smakują lepiej, gdy są poza zasięgiem. A może ja zmieniłam się na tyle, że zakupy nie łatają mi już bilansu emocjonalnego? Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Wszystkie trzy możliwości są równie prawdopodobne, choć dla mojego ego najlepiej brzmiałaby trzecia. 

Żeby było jasne. Ja nie jestem jakaś szczególnie bogata, choć biorąc pod uwagę wytyczne Polskiego Ładu plasuję się wśród tych, którym należy zabrać. Nie zamieniłabym się również miejscami z Pelagią z roku 2013, bo pieniądze szczęścia nie dają, ale bardzo ułatwiają. Żałuję tylko, że nie wszystko i nie zawsze.

piątek, 22 października 2021

Depresja różne ma oblicza

Depresja różne ma oblicza. Dość powiedzieć, że objawami może być senność lub bezsenność, brak apetytu lub obżarstwo, apatia lub pobudzenie, chudnięcie lub tycie. To tylko kilka, i to mniej groźnych dolegliwości. Ale nie o takich obliczach mam zamiar traktować. Nie chcę też pisać artykułu naukowego, czy przedstawiać obrazu klinicznego chorego. Nie mam do tego ani wiedzy ani kompetencji. Chcę pokazać na podstawie własnego przykładu, doświadczenia i obserwacji, rozbieżność między tym co jest, a tym co widać, gdyż depresja to na pewno nie chandra, smutek, czy gorsze samopoczucie jesienią. Szukając zdjęcia do tego wpisu, na hasło "oblicze depresji" zwróciło mi same smutne, zapłakane, ukryte w dłoniach twarze. I to jest dopiero smutne i straszne, bo tak bardzo nieprawdziwe. W związku z tym będzie fotka moja. W najtrudniejszym dla mnie czasie. I co? Widać? To tyle tytułem wstępu. Do meritum.

Jestem bardzo otwartą osobą. Na pewno bardziej niż przeciętnie. A w dobrostanie fizyczno - psychicznym, również niezwykle radosną, uśmiechniętą i żywiołową. Miewam ksywki takie jak "pani wiosna", czy też "nasze słoneczko", i to nie od rodziny, a na przykład od współpracowników lub klientów. Jeśli kogoś to interesuje, jest na tyle bliskim znajomym, że o moich epizodach depresyjnych wie, albo muszę go poinformować, bo na przykład nie mogę się zaangażować w jakiś projekt zawodowy, bez skrępowania mówię o swojej chorobie, o jej przebiegu, objawach, emocjach, uczuciach, stanach. Najczęściej słyszę - ale po tobie tego w ogóle nie widać. Owszem, sporo schudłaś, przez to wyglądasz inaczej, ale z zewnątrz wszystko wydaje się w porządku. Jakby twoje słowa nie były spójne z obrazkiem na zewnątrz. - Wówczas odpowiadam, że depresję, stany lękowe, napięcie emocjonalne rozpierające klatkę piersiową trudno dostrzec niewprawionemu oku. Szczególnie, że chory może ukrywać swój stan bardzo długo. Poza tym bywają dni lepsze i gorsze. Można się spiąć i na dupościsku, odchorowując to później, wytrzymać w towarzystwie nie dając nic po sobie poznać. Można się schować za uśmiechem, żartem, nawałem pracy, chwilową niedyspozycją. To wszystko sprawia, że depresję można ukryć, jak - cytując mojego ulubionego pisarza - łzy w deszczu. Oczywiście osoba naprawdę bliska, nie tylko z nazwy, powinna dostrzec zmianę zachowań, nawet sporo szybciej niż chory, ale ktoś z boku, zupełnie się nie domyśli. 

Nawrót mam od jakichś trzech miesięcy. Stany miałam i miewam okropne, obezwładniające i wysysające siły życiowe lub powodujące napięcie emocjonalne sięgające zenitu, moje życie zmieniło się o 180 stopni, a podejrzewam, że 80% ludzi wokół mnie, współpracowników, znajomych, sąsiadów, a nawet członków rodziny, nie domyśla się nawet, że cierpię na tak poważną chorobę. Z osoby leniwie rozkładającej się w każdej wolnej chwili na salonowej sofie, relaksującej lekturą książki, ulubionym serialem, filmem, z zapałem pastwiącą się w branżowych artykułach nad niedorzecznością przepisów podatkowych w Polsce, uwielbiającej być sam na sam z sobą, pochłaniającej słodycze, przekąski i inne "niezdrowe" jedzenie, przekształciłam się z musu i dnia na dzień w kobietę, którą drażni czytanie, niestety też często pisanie, która nie może usiedzieć na miejscu, bo ją spina i musi/chce/powinna (niepotrzebne skreślić) spacerować, uprawiać sport, być w ciągłym ruchu i towarzystwie, bo te odciągają natrętne myśli, która czasami nie jest w stanie normalnie pracować, która płacze na widok ulubionego jedzenia, bo nie jest w stanie wdusić w siebie kęsa, która nie poszła na premierę uwielbianego Jamesa Bonda, bo bała się hałasu i zamknięcia w sali kinowej, która nie pojechała na trzy zaplanowane weekendy w SPA, bo była w rozsypce, a sama podróż nie do wytrzymania, która dwa razy odwołała urodzinowy obiad w restauracji, bo nie była w stanie wysiedzieć przez godzinę i patrzeć bez płaczu i obrzydzenia na jedzących, dla której wyzwaniem jest jazda samochodem dłużej niż 15 minut, itp., itd. Mogłabym te moje zmiany wymieniać metrami składanych na klawiaturze liter, słów, zdań, zresztą trochę już pisałam o tym tu: http://pelagiam.blogspot.com/2015/09/depresja.html, ale nie w tym rzecz, by rozwijać się o własnych bolączkach. Ważna jest rozbieżność między wnętrzem osoby chorującej (na moim przykładzie), a powłoką zewnętrzną, która może pokazywać coś zupełnie innego. Bo to pierwszy krok do zrozumienia i umiejętnego traktowania, a także wskazówka do szukania pomocy zanim stanie się tragedia. Dokładnie pamiętam hulające po internecie zdjęcie uśmiechniętego Robina Williamsa po jego samobójczej śmierci z dopiskiem - depresja różne ma twarze.

Napisałam powyższy tekst, bo chciałabym (po raz kolejny!) przekuć moje cierpienie w coś dobrego, nadać mu sens, bo jakiś plan Pan Bóg musi w tym mieć. I może zacząć jakiś cykl wpisów o depresji? Pierwsze, co przychodzi mi na myśl to felieton o moich sposobach radzenia sobie z nią, albo "instrukcja obsługi" osoby chorej dla jej bliskich. Oczywiście wszystko subiektywnie i z mojego punktu widzenia oraz doświadczeń. A jak wyjdzie? Czas pokaże.

Tyle na dziś, Szanowny Czytelniku, zdrówka! :-)

sobota, 12 czerwca 2021

Osobisty sukces

Dla wielu osób rok 2020 był trudny. A to pandemia, a strata pracy i środków do życia, śmierć i choroba bliskich, brak możliwości swobodnego przemieszczania się, decydowania o sobie, dodatkowo obciążenia psychiczne i emocjonalne. Ja miałam szczęście. Ten czas wykorzystałam z korzyścią dla siebie i najkrócej rzecz ujmując, wiodło mi się świetnie. Za to rok 2021, a raczej pierwsze jego półrocze, było pod kilkoma względami bardzo trudne. Wpierw mój 11. letni pies nadział się na spacerze na wystający z ziemi przedmiot i perforował sobie brzuch, co skutkowało operacją i długim leczeniem po niej. Następnie stan mojej ukochanej Babci się pogorszył i z końcem lutego od nas odeszła. Niedawno umarła kolejna znajoma, a dwa tygodnie temu, w wyniku nieszczęśliwego wypadku, uległam poparzeniu II stopnia na całej powierzchni brzucha (od biustu po podbrzusze) i jeszcze trwa proces rekonwalescencji. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że nawet w tak trudnym czasie udało mi się zrealizować zamierzony wcześniej plan. Jak na razie z powodzeniem.

Leki z grupy SSRI tj. selektywnych inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny, popularnie zwane antydepresantami, z niewielkimi przerwami przyjmowałam przez 13 lat życia. Szybko licząc - jego jedną trzecią. Różne rodzaje, z różnymi substancjami czynnymi, różne dawki, w różnych kombinacjach. Zawsze pod kontrolą lekarza. Nie pamiętam pierwszej próby odstawienia, jeszcze przed rozpoznaniem u mnie współuzależnienia i jego terapią. Po prostu, po epizodzie depresji, która została sklasyfikowana jako endogeniczna, nastąpiła krótkotrwała poprawa i farmakoterapię zakończono. Problem w tym, że leczone były objawy, nie przyczyna nerwicy, zatem choroba wróciła z ogromnym nasileniem. Od tamtego czasu, tj. jakichś 8 lat, leki przyjmowałam. Moja psychoterapia zakończyła się 5 lat temu. (Autoterapia na drodze rozwoju osobistego trwać będzie do końca moich dni.) Życie przewartościowałam, zmiany wprowadziłam, problemy rozwiązałam i pamiętam bardzo dokładnie, że wówczas pokusiłam się o odstawienie leków. Ależ mnie za tę zuchwałość potargało (wyglądało to tak: klik i klik). Zespół odstawienny (a może powracająca depresja?) pokarał mnie tak, że przez następne 4 lata bałam się nawet pomyśleć o zakończeniu farmakoterapii. Żyło mi się niezwykle komfortowo, można to zresztą przeczytać w blogowych wpisach, które stanowią pewnego rodzaju świadectwo mojego życia, ale leki przyjmowałam. Ze strachu przed ich odstawieniem. Odważyłam się rok temu. Powolutku, jeden mały krok za drugim, cały czas zostawiając otwartą furtkę powrotu. Tym sposobem udało mi się odstawić jeden lek. Nasenny, który łykałam przed pójściem spać. Nie powiem, że poszło gładko, gdyż początkowo odczuwałam różnicę, ale obserwowałam własne reakcje i się udało. Postanowiłam, iż drugi lek, jeśli w ogóle, odstawię najszybciej po następnym roku. Ten minął, moje życie, postawa, samopoczucie na to pozwalały, pokusiłam się więc na odstawienie drugiego (ostatniego). Z powodzeniem. Obecnie nie zażywam nic. Mój system nerwowy jest podrażniony. Czuję się bardziej labilna emocjonalnie niż wcześniej, bardzo łatwo się wzruszam, szczególnie jeśli w grę wchodzi poczucie wdzięczności, ale nie jest to uciążliwe na tyle, by psuło mi to komfort życia. Odczuwam życie... bardziej. To chyba najlepszy tego opis. Rzecz trwa od jakichś dwóch miesięcy i każdy kolejny tydzień jest dla mnie osobistym sukcesem. Co prawda ostatnie kilka dni stanowiło wielką próbę w związku z bólem, strachem, poczuciem zagrożenia, bezsilnością i niewygodą związaną z poparzeniem. Nie mogłam przestać ryczeć i przestraszyłam się, że depresja wróciła, ale kryzys został zażegnany i z każdym zasuszonym bąblem było tylko lepiej.

Nie wiem, czy to stan permanentny. Bardzo bym chciała by takim był. Ale nic na siłę i jeśli okaże się, że do wspomagaczy życia wrócić potrzeba, zrobię to bez mrugnięcia okiem. Na razie cieszę się, że dałam radę, bo nic nie wzmacnia mojego poczucia wartości tak, jak dobrze wykonane zadanie.


PS

Post zniknął na kilka tygodni, bo... stał się nieaktualny. Depresja wróciła. Leki również. A że nie miałam siły pisać sprostowania, "zniknęłam" go - tak było łatwiej. Będę do Was, Szanowni Czytelnicy, wracać. Pewnie do końca moich dni. Tu miało paść bardzo niecenzuralne słowo na "K", ale... niech zostanie sama kropka.

sobota, 20 marca 2021

Co łaska

Śmierć osoby bliskiej jest trudnym momentem w życiu każdego człowieka. Być może dlatego tak dużo formalności trzeba poczynić, by do pogrzebu doszło. By zająć głowę najbardziej cierpiącym, gdyż to zazwyczaj oni doglądają całości spraw i podejmują szereg w sumie niemających znaczenia decyzji. Poczucie straty, metafizyka, przemyślenia - jednym, a drugim - rzeczywistość, biurokracja i pieniądze. Nie chcę tu pisać o ogromie kosztów związanych z pochówkiem i bezwzględności niektórych osób związanych z tą gałęzią rynku. Bo że to dochodowa działalność, nie trzeba chyba dodawać, prawda? Ludzie, szczególnie katolicy, mają skłonność do wydawania kroci na ostatnie pożegnanie, jak gdyby to ono miało pokazać, jak głęboko kochali, albo by ksiądz pochował lepiej i wykupił lepsze miejsce w Domu Pana. Tu jednak chcę przywołać zdarzenie, które stanie się zapewne rodzinną anegdotą, a w pierwszy dzień po śmierci Babci przysporzyło nam sporo śmiechu, co w sumie bardzo się przydało zapuchniętym od wylanych łez twarzom.

Babcia odeszła o 23:20. Koło 7:00 dnia następnego zebrałyśmy się z mamą, ciocią i trzema kuzynkami w Jej kuchni, by dogadać szczegóły i zaplanować, uzgodnić, gdzie trzeba pojechać, co załatwić, i ile na to przeznaczyć pieniędzy. Jednym z elementów była wizyta u księdza. Z zakładem pogrzebowym ustaliłyśmy wstępną datę pogrzebu, ale trzeba było ją potwierdzić u proboszcza. Żadna z nas nie miała pojęcia, ile trzeba będzie zapłacić. Nie pamiętałyśmy już, jak to było kilka lat wstecz, gdy umarł Dziadek, poza tym cennik usług mógł ulec zmianie. Kuzynka zadzwoniła więc do koleżanki, która ostatnio straciła mamę, by dopytać, ile ją "co łaska" w tej parafii kosztowała. Dostałyśmy konkretną informację - 400 zł. Mama z ciocią (córki Babci) postanowiły - my damy 500 zł. Żeby ksiądz był bardziej przychylny. Tydzień wcześniej, jak mama zadzwoniła do niego w sobotę rano, by przyjechał z ostatnim namaszczeniem, powiedział, że najszybciej w poniedziałek o 10:00, bo już za późno. Mama modliła się przez te 48 godzin, by Babcia dożyła do tego czasu. Udało się. 500 zł wylądowało w jednej kopercie. Takich zresztą było kilka. Na ubrania. Na obiad dla przyjezdnych (w czasie pandemii organizacja stypy była nielegalna). Na ciasto. Na dom pogrzebowy. Na kwiaty. Na trębacza. Na...  Pojechałyśmy. 

W kancelarii parafialnej, z pokorą i kopertą w dłoni, mama spytała, ile taka usługa kosztuje. I tu ksiądz zaczął wymieniać - 200 zł za miejsce w głębinowym grobie, za który płaciliśmy, jak umarł Dziadek, 200 zł dla organisty i "co łaska" dla niego. Mama otworzyła kopertę i wykłada na stół - 200 zł za miejsce, 200 zł dla organisty, w głowie aż huczy, bo liczy, że zostało tylko 100 zł, a nie chce szafować wspólnymi pieniędzmi, myśli jednak, że 100 zł to za mało dla księdza. Miał przecież Babcię tak ładnie pochować. Drżącymi rękami szuka w torebce innej koperty, wyjmuje z niej kolejne 100 zł i kładzie na stół, w sumie już 600 zł, trochę dużo, ale niech jest. Ksiądz na to - bez przesady, tyle co dla organisty?! - spanikowana, przebija i dokłada jeszcze 100 zł, a w odpowiedzi słyszy - no, już lepiej. - Cholera, tylko "lepiej", zagląda w oczy siostrzenicom, które poszły z nią (ja czekałam w aucie) i doszukuje odpowiedzi, co zrobić? 500 zł miało być z górką, a stawka wynosi 700 zł i zdaje się być jeszcze za mała. Cała spocona wypala więc słowami dziewiczego pokerzysty - ja mogę dołożyć więcej... 

Po kilku minutach, dobijając w końcu targu, z niedowierzaniem, w lekkim odrętwieniu spowodowanym śmiercią jednej z najbliższych sercu osoby wsiadają do auta i zaczynają opowiadać. Moje kuzynki śmiały się do rozpuku, opowiadając, jak ciotka z szaleństwem w oczach szukała w torebce kolejnych kopert, i co rusz przebijała stawkę, a ksiądz wydawał się negocjatorem nieugiętym.

Być może na Bilecie Narodowego Banku Polskiego można wybrać się również w podróż ostateczną. Jakimiż szczęściarzami jesteśmy w Polsce, że to właśnie nasz środek płatniczy. Co ma poczynić reszta świata? Bo, czym jest te kilkanaście tysięcy złotych za wieczność? Dwutygodniowe wakacje potrafią kosztować więcej.

niedziela, 28 lutego 2021

Ostatnie pożegnanie

Pamiętam rozmowę z moją siostrą sprzed kilku, może nawet kilkunastu dobrych lat. Obie byłyśmy po niej bardzo zdziwione - ona moją postawą, ja jej. Przy jakichś okolicznościach powiedziałam, że gdyby umarł sąsiad z domu naprzeciwko - którego nota bene znałam tylko z widzenia - poszłabym na pogrzeb, bo wypada, trzeba go pożegnać i się pomodlić w jego intencji. Ona skwitowała, że jej by tam nikt nie zobaczył, bo to zupełnie obcy człowiek. Minęło kilka lat, moje wierzenia i postawa życiowa zmieniły się o 180 stopni. Zmarł brat mojego ojca, a ja nie poczułam nic. Nie byłam z nim w żaden sposób emocjonalnie związana - ot, zupełnie obcy mężczyzna, który mieszkał z Babcią do końca jej życia i jeszcze rok później. Mówiono, że zabrała Go do siebie w najbliższy Dzień Matki, bo odszedł 26.05. Na ten pogrzeb, ani jakikolwiek Różaniec go poprzedzający nie poszłam. Nie bardzo widziałam potrzebę. I nawet nie chodziło o wewnętrzną potrzebę, tylko taką... społeczną. Nie był to dla mnie człowiek na tyle bliski, bym chciała się z nim pożegnać. Nie bardzo, a w zasadzie wcale nie wierzę w to, że moimi modlitwami w intencji zmarłego (niby jakimi i do kogo?) mogłabym coś zmienić, więc... po co? Nie lubię robić nic na pokaz i "bo co ludzie powiedzą", przeznaczyłam wiec swój czas na coś innego. Dziś już nie pamiętam na co.

Tydzień temu, 5 lat po Dziadku, odeszła moja ukochana Babcia. Mama mamy, której byłam ulubienicą. Przynajmniej do pewnego momentu. Byłyśmy bardzo związane. W Boże Narodzenie skończyła 90 lat. Chorowała na nowotwór jelita grubego i szereg innych schorzeń, a ostatnio już nie wstawała z łóżka i cierpiała z bólu. Wiem więc i pocieszam się faktem, że to był ten moment, że lepiej się stało, że zmarła w domu, wśród troskliwej i kochającej rodziny, która przez ostatnie dwa tygodnie czuwała przy niej prawie cały czas. Że nie była sama, że było jej ciepło i czuła się bezpiecznie. Że już nie bolało, bo morfina krążyła we krwi. Wiem, że zrobiliśmy wszystko, co w ludzkiej mocy, by jej pomóc, a sobie zaoszczędzić poczucia winy. Tyle tylko, że to niewiele zmienia... Jest brak. Poczucie ogromnej pustki. I obawa, że nasze rodzinne spoiwo odeszło i nic już nie będzie takie samo. 

Moja rodzina to Katolicy. Wierzą w życie po śmierci, że Babcia jest już z Dziadkiem i środkową Córką, w Domu Ojca. Że w zniewalającej gołębio-błękitnej garsonce, dopasowanych szpileczkach, delikatnym makijażu, nowej koronkowej bieliźnie, fryzurze jak z rozdania Oscarów, piękna, a zarazem delikatna i rumiana, z małą torebeczką zawierającą jej trzy nieodzowne atrybuty - ulubioną szminkę, preparat do malowania brwi i zegarek - udała się na bal wszystkich świętych. I trochę im zazdroszczę tych wierzeń. Tego - z mojego punktu widzenia - infantylnego a zarazem bardzo kojącego przeświadczenia, że są razem z Dziadkiem i szczęśliwi. Przeżyli razem 65 lat. Byłoby mi łatwiej, gdybym wierzyła, że zostaną razem na wieczność, a ja będę mogła do nich zawsze pójść w odwiedziny na cmentarz. Niestety, to przekonanie również nie jest już moje. Ani to, że odmawianym Różańcem mogę coś dla Nich zmienić. Wyprosić u Boga lepszy pałac. 

W uroczystościach poprzedzających ostatnie pożegnanie i samym pogrzebie uczestniczyłam. Nie dla siebie, dla Niej, bo wiem, że to było dla Babci ważne. Wybrałyśmy najpiękniejsze ubranie, buty, trumnę, kwiaty, zamówiłyśmy trębacza, bo kiedyś powiedziała, że szkoda, że to tak dużo kosztuje, ale z trąbką jest uroczyściej. Dostała wszystko, o czym za życia zdarzyło się jej wspomnieć. Tylko co z tego, skoro ja nie wierzę, że to dla Niej... W takich momentach wolałabym być katoliczką, nie kwakierką. Nie twierdzę, że po śmierci nie ma już nic, nie wiem tego, i nigdy nie sprawdzę, by móc to tutaj opisać. Zresztą, apostazji nie dokonałam, więc formalnie, gdzieś tam w księgach kościelnych katoliczką jestem. Po prostu nie wierzę w modlitwę za zmarłych, namaszczenie chorych, i te wszystkie słono kosztujące rytuały, których byłam ostatnio świadkiem. Przyjęłam założenie, że żegnać ważnych dla mnie ludzi będę w obrządkach, jak oni by tego chcieli. To pozwoli mi żyć po swojemu, a im oddać należną cześć w odpowiednim momencie.

Dobranoc Babciu. Będziesz żyć we mnie do mojego ostatniego oddechu. I takiej wieczności jestem pewna.