Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość bliźniego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość bliźniego. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2018

Coś mi zostało odebrane

Jakiś czas temu stanęłam na rozwidleniu dróg. Jedna wiodła ścieżką katolicką, druga... nie. I choć nie miałam w owym czasie tej świadomości, zarzuciłam pierwszą, na rzecz... niewiadomego. Na własny użytek i zgodnie z własnym sumieniem oraz rozumem, na nowo zdefiniowałam pojęcia takie jak: Bóg, religia, duchowość, chrześcijaństwo. Jak widzę gniewanie się na Boga przez postawę niektórych polskich duchownych katolickich, czy też w ogóle innych ludzi, którzy podobno wykonują Jego wolę, to aż mną trzęsie. Wracając jednak do tematu, przestały mi wystarczać rytuały, obrzędy i modły wymyślone przez innych ludzi, czy też ślepa wiara w słowa nakazy i zakazy kleru. Dotarło do mnie, że Jezus nigdy nie powiedział: "czcijcie mnie", On mówił: "podążajcie za mną, naśladujcie mnie". Dużo większe wrażenie robi na mnie ktoś, kto żyje Dekalogiem, niż ten kto składa pokłony podczas Triduum Paschalnego, adoruje "grób Chrystusa", czy też sypie głowę popiołem, po czym zapomina, czym jest miłość bliźniego. 

To wszystko spowodowało, że w tym roku po raz pierwszy nie poczułam magii Świąt Wielkiej Nocy. I nawet nie chodzi o religijną część, gdyż w obrzędach katolickich nie uczestniczę już ze trzy, cztery lata. Mam na myśli raczej klimat, który owe liturgie tworzyły, o utrzymywanie i rozwijanie tradycji, o cały ten zgiełk dookoła, o czynności, które w pewien sposób budowały nastrój świąteczny: sypanie głowy popiołem, wyrzeczenia wielkopostne, celebracja Wielkiego Tygodnia, nocne ślęczenie u stóp grobu. Po prostu nie lubię zachowywać się jak hipokrytka, która na co dzień nie kultywuje katolicyzmu, ale celem osiągnięcia odpowiedniego nastroju lub uzyskania aprobaty sąsiadów, z koszyczkiem w Wielką Sobotę do kościoła pobiegła. Moje życie musi być spójne, bo tylko wówczas zachowuję spokój ducha. W związku z tym pierwszy raz nie zniosłam ze strychu wielkanocnych bibelotów i nie uwijałam się w kuchni do późnych godzin. Nie czułam takiej potrzeby i obowiązku. Okoliczności się nie zmieniły (rodzinne śniadanie z tradycyjnymi potrawami, w tym poświęconymi, później obiad już w większym gronie, wspólne celebrowanie posiłków), to ze mnie coś uleciało. Czy na zawsze? Nie wiem. Ale w  pewnym sensie coś mi zostało odebrane. Powierzchowne coś. Ale jednak. A co dostałam w zamian? Świadomość. Dobra zamiana?



* * *


Szanowny Czytelniku,


nie wiem, czy wolisz życzenia wesołego Alleluja, radosnego świętowania, czy też po prostu odpoczynku i celebracji czasu w gronie bliskich, ale warto, by były one w koherencji z Tobą.


Pozdrawiam wiosennie! :-)


Pelagia M.



poniedziałek, 13 lutego 2017

Język serca

Słowa potrafią ranić dużo bardziej niż czyny. Słowa niewypowiedziane w odpowiednim momencie, potrafią zaboleć jeszcze mocniej. Słowa użyte w niewłaściwym znaczeniu również. Ale właśnie, słowa, czy znaczenie, które im nadaję - często własne i subiektywne? Słowa, czy moje projekcje, które na nie nakładam?

Przeczytałam gdzieś, że słowo mówione to jakieś 40% treści, którą tak naprawdę chcę komuś przekazać. A gdzie pozostałe 60%? A gdzie możliwości percepcyjne mojego rozmówcy, wybiórczość jego uwagi, koncentracja, samopoczucie, skojarzenia, filtrowanie informacji, automatyczne osądzanie, przygotowywanie odpowiedzi i inne bariery komunikacji interpersonalnej? Ile zatem z tej treści dotrze do drugiego człowieka? A skoro mowa stanowi 40% przekazu, to słowo pisane musi stanowić tych procent jeszcze mniej. Może 10-15%? Nie wiem, ale to nie ma większego znaczenia, gdyż chodzi mi teraz o to, że to mało. Bardzo mało. 
Kilkakrotnie spotkała mnie bardzo nieprzyjemna sytuacja, w której zostałam źle zrozumiana, bądź też ktoś zrozumiał moje słowa opacznie. Nastąpiła koszmarna draka zakończona kłótnią i wyrzutami, podczas gdy miejsce miało zwyczajne nieporozumienie, wzajemne niezrozumienie. 

Mała dygresja. Gdy słyszę "nieporozumienie", moje pierwsze skojarzenie to scena z filmu "Pitbull. Nowe porządki", którą to ze znajomymi nazywamy "Zbigniew vel Zbyszek". Scena, jak cały film zresztą, dość wulgarna, ale doskonale obrazująca, czym skończyć może się nieporozumienie słowne. W skrócie chodziło o to, iż pewien Zbyszek z Płońska poprosił mafiozę z Grupy Mokotowskiej (to chyba nazwa własna, stąd też wielka litera), czy mógłby się posłużyć tą nazwą w celu wyegzekwowania swojej wierzytelności. Zgodę otrzymał i przystąpił do realizacji. Tylko pech chciał, że niefortunnie się przedstawił - jako Zbigniew - a wiadomo przecież, że to zupełnie inny wyraz, zatem drogą dedukcji... również inna osoba. Delikatnie mówiąc... za owe nieporozumienie został spuszczony mu... no... ten... właśnie. 

Podstawą, fundamentem relacji międzyludzkiej jest porozumienie. I partnerstwo. Psychologowie na terapiach małżeńskich powtarzają w kółko (i z tym akurat się zgadzam), należy rozmawiać, rozmawiać i raz jeszcze rozmawiać. Ale jak, skoro czasami zachodzę w głowę, czy oby na pewno mówimy w tym samym narzeczu? Odpowiedź jest niezwykle prosta, choć... trudna do realizacji - należy rozmawiać językiem serca. Nie chodzi mi bynajmniej o pieszczotliwie dobierane słowa i zdrobnienia, a pewną postawę i wewnętrzne nastawienie. Jeśli tylko obie strony dążą do porozumienia i wiedzą czego chcą, musi się udać.  

Parę miesięcy temu brałam udział w spotkaniu pewnej grupy ludzi, którzy między innymi zebrali się po to, by wspólnie podjąć pewną decyzję. Dodam, iż zanim to nastąpiło, uczestniczyliśmy w kursie, który miał nam pokazać, jak to zrobić właściwie, jakie są zasady i czym każdy powinien się kierować (zdecydowanie nie własnym widzimisię i osobistymi ambicjami). A te były proste - zrobić to w duchu przyjaźni, współpracy, partnerstwa, współdziałania, porozumienia i wspólnego dobra. Tja...
Decyzja, którą mieliśmy podjąć, nie miała rangi postanowienia w kwestii życia i śmierci. Dotyczyła pewnej puli pieniędzy, którą mieliśmy przeznaczyć na jakiś cel. I cel ów był właśnie przedmiotem naszych rozważań. Niby nic wielkiego, ale wystarczyło kilka "silnych osobowości", by dialog zamienić w serię monologów, przerzucanie się argumentami i wypieki na policzkach. Nie doszło do rękoczynów, ale do gardeł prawie sobie skoczyliśmy. Atmosfera się zagotowała, zrobiło się bardzo późno, więc na skutek braku możliwości dojścia do porozumienia, decyzję postanowiliśmy odłożyć na dzień następny. Wychodziłam stamtąd pobudzona i wewnętrznie roztrzęsiona, rano zaś z niechęcią myślałam o ciągu dalszym. Na szczęście byli z nami ludzie, którzy zgłębili tajniki trudnej sztuki porozumiewania się... językiem serca. Wyciszeni, spokojni, serdeczni, pomocni, ale jednocześnie radośni i z ogromnym poczuciem humoru. Żywe i chodzące świadectwa pokoju i miłości. Dokładnie taką chciałabym być. W każdym razie, będąc świadkami wydarzeń poprzedniego wieczoru, zechcieli nam udzielić kilku wskazówek i pomóc. Wspólnie spisaliśmy zasady i... zaczęliśmy zupełnie inaczej. Z szacunkiem i w duchu przyjaźni. Doszliśmy do porozumienia we wszystkich kwestiach! Nie było niepotrzebnych emocji, przerzucania się argumentami, osobistych docinek. Był za to uśmiech i atmosfera dobrze wypełnianego zadania. Pamiętam, że wyjeżdżałam stamtąd oszołomiona nowym doświadczeniem. Ci sami ludzie, ta sama decyzja do podjęcia, ta sama pula pieniędzy, ten sam goniący nas czas, ale jednak wszystko zupełnie inne. Niesamowite...


***


Post scriptum... Tekst ten powstał, jak zwykle zresztą, na skutek moich osobistych przeżyć i przemyśleń. Dodam, że bieżących. Często tak właśnie się dzieje. I jak dziś szukałam odpowiedniej jego ilustracji, uzmysłowiłam sobie, że jutro Walentynki. Swoją drogą odrobinę dziwne, że w Polsce przyjęło się obchodzenie tegoż święta, skoro mamy swoje, rodzime - Noc Kupały - ale nic to, nie o tym chciałam. A o tym, że poruszonym właśnie tematem idealnie wpasowałam się w datę. Jakim językiem mówi miłość, jeśli nie właśnie językiem serca? I jak tu wierzyć w przypadki? :-)

Wesołego świętowania, Szanowny Czytelniku! 


piątek, 6 maja 2016

Słyszysz, ale czy również słuchasz?

Czasami, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie, czy też umieć to dostrzec, muszę usłyszeć coś kilkakrotnie. Jeśli do moich uszu dociera jakiś komunikat, zazwyczaj przepuszczam go przez filtry własnych przekonań, wierzeń, spostrzeżeń, refleksji, doświadczeń, wiedzy... i albo ta treść do mnie przemawia, to jest zgadzam się z nią, albo gotowa jestem zmienić na jej temat zdanie, albo nie. Zawsze powtarzam, że porozmawiać mogę z każdym i o wszystkim, przy założeniu, że mam o tym czymś choć trochę pojęcia, gdyż nie zwykłam paplać o rzeczach, na których się nie znam lub znać się nie chcę. Bez wielkiego żalu dopuszczam też możliwość, by mój interlokutor  przekonał mnie do własnych racji, o ile tylko przedstawi mi jakieś sensowne argumenty, i to takie, które do mnie przemówią. Kiedyś, nie podejmując nawet próby rozważania czyjegoś, odmiennego od mojego poglądu, byłam nieomylna i wiedziałam wszystko najlepiej. Teraz, gdy pozbyłam się już odrobiny egocentryzmu (idzie mi mozolnie, ale jednak progres widzę), pozwalam sobie na komfort niewiedzy, pozwalam sobie odrzucić na bok moje uprzedzenia i przede wszystkim staram się  mieć otwarty umysł. Takie rozwiązanie mi służy, o ile słyszę coś od jednej osoby. Bo z jednej strony rozważam jej zdanie, ale z drugiej nie przyjmuję ślepo i naiwnie wszystkiego, co do mnie mówi, bo mam świadomość iż sroce spod ogona nie wypadłam, IQ na jakimś poziomie mam, więc i  zaufanie do siebie również. Natomiast słysząc coś od kilku osób i to zupełnie niezależnie, pomimo niedowierzania lub sceptycyzmu wynikającego z pierwszej analizy, podejmuję głębsze rozważania. Przecież, jeśli jedna osoba mówi mi, że mam ogon, to nawet sensownym rozwiązaniem jest to zignorować, jeśli jednak jest to osób kilka... w mojej opinii warto choć zerknąć przez ramię.
 
Wstęp rozrósł mi się niekontrolowanie, lecz z racji tego, że ostatnimi czasy zagubiłam wenę, nawet się cieszę, bo docierały już do mnie pytania, czy zarzuciłam pisanie na zawsze. Ale nie o tym teraz chciałam, więc... do meritum.
 
 Od kilku osób usłyszałam ostatnio, że rozmawiając ze mną czują się, jak na kozetce u psychologa i że minęłam się chyba z powołaniem. Psychologiem, psychoanalitykiem, psychiatrą i inną psych-iczną  nie jestem (choć co do ostatniego... kto wie?) i zupełnie do tego nie aspiruję. Wręcz przeciwnie. Ja po prostu nie tylko słyszę co się do mnie mówi, ja również uważnie słucham. Tutaj skojarzyła mi się od razu scenka z serialu 'Allo, Allo!', który kiedyś oglądałam pasjami i tekst powtarzany zawsze przez Michele Dubois - przewodniczkę ruchu oporu z Nouvion - "Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać". Więc... słucham,  a że bagaż doświadczeń jakiś mam, to i chętnie się spostrzeżeniami dzielę. Staram się wczuć w tę osobę i poświęcić jej pełną uwagę, bo tylko czując moją akceptację, możliwe jest, że będzie w stanie odkryć przede mną swoje prawdziwe przemyślenia, a tym samym nasza rozmowa stanie się pełniejsza, porozumienie lepsze, a relacja głębsza. Staram się dać jej siebie, mój czas, może kilka spostrzeżeń, informacji, zadać kilka "trudnych", mających w mojej opinii moc sprawczą, pytań i... tyle. Dlatego też między innymi, gdy rozmawiam z kimś, zamykam się na świat zewnętrzny. Nie dostrzegam innych ludzi, okoliczności, zgiełku dookoła, a moja uwaga jest w pełni skoncentrowana na drugim człowieku. Zresztą... w pełni zgadzam się z tym, iż nie ma czegoś takiego, jak podzielna uwaga. Jest tylko co najwyżej (a ja nie jestem nią obdarzona) umiejętność szybkiego przenoszenia jej z miejsca na miejsce. Tym bardziej ucieszyłam się czytając po raz drugi "Drogę rzadziej wędrowaną", gdy dostrzegłam w niej fragment, którego nie zapamiętałam przy pierwszej lekturze - "Podstawową formą, jaką przybiera trud miłości, jest troska. Miłując kogoś, poświęcamy mu swoją uwagę. (...) Poświęcając komuś uwagę, wykazujemy troskę o tę osobą. Akt troski wymaga wysiłku odłożenia na bok obecnego zajęcia (...) i aktywnego skierowania uwagi. (...) Najpowszechniejszą i najważniejszą formą troski jest słuchanie."* Okazało się, że moja postawa jest wyrazem miłowania drugiej osoby. A że miłość bliźniego jest dla mnie najważniejszą wartością w życiu, to satysfakcjonujące jest poczucie, że umiem (choć w pewnym zakresie) to robić.
 
Słuchanie jest wysiłkiem, a że ludzie z natury są leniwi, bywa, że nie umieją uważnie słuchać. W ogóle. Często w codziennych kontaktach - czy to zawodowych, czy towarzyskich - słuchają selektywnie, to jest słyszą jakiś tekst i od razu przepuszczają go przez własne filtry, dopasowując go do odpowiedzi, których z góry oczekują. Tak, by mogli sprowadzić rozmowę na tory, które ich interesują, przejąć inicjatywę i rozpocząć własny monolog, albo fałszywym potakiwaniem zakończyć nużącą lub irytującą ich konwersację. Pozorne słuchanie przejawia się również w udawaniu, że się słucha i jednoczesnym kontynuowaniu dotychczasowych zajęć w międzyczasie pomrukując, bądź dodając "tak!", "yhm", "dokładnie!" - w mniej bądź bardziej odpowiednim momencie. Wówczas, po pierwsze sprawiamy wrażenie, że poświęcamy uwagę, przez co czujemy się lepiej mając poczucie łączącej nas z kimś relacji, jednocześnie kończąc zadania, które zaplanowaliśmy. Tylko... jaka jest jakość takich relacji? I czy tak naprawdę znamy człowieka, którego mianujemy swoim bliskim?
 
A jak to jest ze słuchaniem  (nie mylić ze słyszeniem!) u Ciebie, drogi Czytelniku?
 
 
---
* Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 137-138

wtorek, 21 lipca 2015

Tu zaszły zmiany

W komentarzu pod postem Czas robi swoje. A ty, człowieku? zostałam wywołana do odpowiedzi na pytanie, jak konkretnie, w praktyce wyglądają moje poczynania i działania? Z szacunku do Czytelnika, jak również czystej ciekawości siebie, postanowiłam pochylić się nad tematem zmian, które zaszły w moim życiu i myśleniu przez ostatnie dwa i pół roku. Wydaje mi się, że to odrobinę za krótki czas na podsumowania, ale... niech będzie. Wpis podzielę na konkretne, poparte datami, wymierne zmiany oraz takie... wewnętrzne, niematerialne, duchowe, mentalne, emocjonalne...
Fakty są takie. W pierwszej połowie 2013 roku, bardzo niechętnie i z ogromnym sceptycyzmem, podjęłam terapię współuzależnienia. Moim celem było wyzbycie się depresji i znalezienie sposobu na to, by małżonek zaprzestał picia, a docelowo, bym przed 31. urodzinami zaszła w ciążę. Takie... dziecięce tupanie nóżkami - bo ja chcę i już! Sprawy poukładały się inaczej, niż planowałam, dlatego w październiku tegoż roku spisaliśmy przed notariuszem rozdzielność majątkową. Na rozwód nie byłam gotowa, poza tym jeszcze wówczas głęboko wierzyłam w obietnice zmian męża i... nie wyobrażałam sobie życia bez niego. W marcu 2014 r., z wielkim bólem w sercu i pomimo wielu obiekcji złożyłam pozew rozwodowy myśląc, iż to będzie ostatnia próba ratowania związku. W listopadzie miała miejsce pierwsza rozprawa, natomiast z końcem roku 2014 ukończyłam psychoterapię współuzależnienia. Na tę okoliczność powstał mój pierwszy artykuł. Byłam z siebie niezwykle dumna. W styczniu 2015 r., bogatsza o sporą wiedzę w zakresie współuzależnienia i alkoholizmu, pomimo egocentrycznego lęku, postanowiłam założyć ten blog, by stał się formą przekazywania dalej tego, co sama otrzymałam, dzieleniem się z innymi własnymi przemyśleniami, doświadczeniem i wiedzą, z nadzieją, że będzie użyteczny i pomocny. Mniej więcej w tym samym czasie podjęłam funkcję moderatora forum o współuzależnieniu i alkoholizmie, by bardziej bezpośrednio móc służyć radą, pomocą, wsparciem, a czasami nawet tylko dobrym słowem. W marcu 2015 r. zapadł wyrok z orzeczeniem rozwodu z winy męża.
Zaprzestałam oglądać telewizora. Tak - telewizora, to nie błąd stylistyczny, bo nie mam tu na myśli oglądania raz na jakiś czas ulubionych lub nowych filmów, a bezsensowne marnowanie czasu na przerzucanie kanałów. Kiedyś, razem z otwarciem oczu włączałam TVN24 (nie, to nie jest lokowanie produktu), a po powrocie z pracy "relaksowałam się" przerzucając kanały, jeden po drugim, jeden po drugim i tak w kółko. Zrezygnowałam również z czynnego, frustrującego mnie, uczestnictwa w Kościele katolickim. Teraz szukam kontaktu z Bogiem w inny sposób. Tyle faktów.

Mentalnie... zmieniłam przede wszystkim magiczne myślenie, że jakoś to będzie, gdy tylko mąż... bez mojego zaangażowania. Przyznałam sama przed sobą, że to ja mam problem, bo to ja godziłam się na takie traktowanie. Zrozumiałam, że czerpałam profity z życia z alkoholikiem, a próbując mu nieudolnie pomagać, przyczyniałam się do rozwoju jego choroby. Zdałam sobie sprawę z tego, że mój chory umysł poszukiwał argumentów za toksycznym związkiem, bo mi tak było łatwiej i bezpieczniej, wybierałam krótkofalowe zyski, zamiast długookresowych efektów. Uznałam swoją bezsilność wobec picia męża. Wcześniej wydawało mi się, że jestem w stanie sprawić, że on przestanie pić, że to zależy ode mnie, że gdy tylko wystarczająco mocno się obrażę, albo poproszę, albo wymuszę, natłukę do głowy, albo... to tak będzie. W końcu dotarło do mnie, że jeśli alkoholik nic konstruktywnego ze swoją chorobą i życiem nie robi, należy uciekać, by nie zmarnować sobie reszty swojego... pomimo bólu.

Psychoterapia współuzależnienia wniosła w moje życie ogromne zmiany, ale myślę, że poprzestanie tylko na niej, byłoby niewystarczające. Owszem, to był bardzo dobry początek, ale na całe życie chyba trochę za mało. Ważny jest bowiem rozwój osobisty, zmiana nastawienia do świata i... miłość bliźniego. Świadoma. Między innymi dlatego przeczytałam tysiące stron literatury psychologiczno - alkoholowo - rozwojowej. Przecież żeby coś zrobić muszę wiedzieć, jak! Co dzień poświęcam choć trochę czasu na rozważania o moich prawdziwych intencjach, na lekturę ambitnych tekstów, na  weryfikowanie przekonań i poglądów. Już nie marnuję energii na próbę dostosowywania świata do moich oczekiwań i do mojego widzimisię. Zamieniłam roszczenia na wdzięczność. Liczy się właściwie tylko to, jak mogę lepiej służyć innym ludziom, czyli tak naprawdę, jak wypełniać wolę Reżysera, jak z dnia na dzień stawać się lepszą wersją samej siebie. A dowodem na to mogą być tylko moje relacje i stosunki z innymi ludźmi, z rodziną, bliskimi, znajomymi, przyjaciółmi. Przecież po owocach ich poznacie.
Kończąc moją terapię dostałam od przyjaciółki dyplom. Bardzo się ucieszyłam i wzruszyłam. Brzmiał on następująco:

Oto Twoja nowa droga życia! :-)
Aby obyczajom prastarym zadość uczynić
tudzież pospólstwu wszelkiemu
jako wiadomym oznajmić, iż
waszmościna [tu było moje imię i nazwisko]
niewiasta cnót wszelakich pełna
kompan niezrównany i w niejednej
życiowej przygodzie sprawdzony,
czcigodna i szanowana,
której przewagi niezwykłe wzorem być mogą dla wszystkich,
dwa lata już prawie na kursa chodzi,
mądrości życiowe sobie przyswaja,
nad swoja kondycyją pracuje,
za co dumni niezwykle z niej jesteśmy,
a co na wieczną rzeczy pamiątkę na onej wołowej
skórze spisać kazaliśmy i wszystkim
do wiadomości podajemy. 


Dnia 29 grudnia Roku Pańskiego 2014


Czy już wiem dokąd zmierzam, czy już wiem, czego On ode mnie oczekuje? Ależ skądże! Daleko mi jeszcze do poznania właściwej drogi, ale każdego dnia się o to staram i jestem ciut bliżej celu. Mam też poczucie, że nie marnuję danego mi tutaj czasu i... chyba o to chodzi.

Nie wiem, Szanowny Czytelniku, czy takiej odpowiedzi oczekiwałeś, ale bardziej konkretnie (może na razie) nie potrafię.

Z pozdrowieniami,
Pelagia M. :-)

piątek, 13 marca 2015

Nieśmiałe rozważania o Sensie

Jak nauczyć się radości życia? Gdzie, w czym, w kim (Kim) szukać jego sensu? Jakie są wartości, które wyznaję i czy rzeczywiście są moje, czy może wdrukowane w psychikę przez rodziców, opiekunów, wychowawców, ukształtowane przez tradycję, kulturę, historię? Czy to, co mówię jest spójne z tym, co myślę, co czuję i co robię? 

Jestem chrześcijanką, zatem odpowiedź na te wszystkie pytania powinna być nacechowana miłością Boga, a co za tym idzie miłością bliźniego. Ale... ile razy dopiero w sytuacjach krańcowych, dopiero kiedy bardzo cierpiałam bezpośrednio zwracałam się do Niego, widząc w Nim sprawcę mojego stanu? Ile razy pytałam wtedy: dlaczego mnie to spotkało? dlaczego ja? Ile razy pytałeś... Ty? 

Pan Bóg nie jest sprawiedliwy. Mocne? Byłoby gdyby nie dodać - Pan Bóg nie jest sprawiedliwy, bo jest miłosierny. Bo dzieli według potrzeb, a nie według zasług! "Wydaje nam się, że skoro tyle lat jesteśmy blisko Boga, mamy prawo Go napominać i poprawiać".*  Ale... przecież ja nie nie jestem Bogiem. Nie znam Jego planu. I skoro jednak to wszystko mnie spotkało, to być może Pan Bóg chce mi przez to coś powiedzieć. Może w dłuższej, szerszej perspektywie zobaczę, że to był objaw Jego miłości?

Skoro wiem, że miłość jest najważniejsza, a właściwego odniesienia do Boga i świata winnam szukać w relacji do bliźnich, to co jeśli staram się wręcz nie widzieć biedy, bezdomności, ludzkiej tragedii? Czy to świadczy o miłości bliźniego? 

Kiedyś, nie tak dawno temu na takie pytania odpowiedziałam, że życie to wybory, więc skoro bezdomni tak wybierają, to cóż mnie do tego? Egocentrycznie skwitowałam, że ja, to nawet w najgorszym stadium nerwicy, gdy żyło mi się bardzo źle, nigdy nie pomyślałam o tym, żeby się zabić, położyć do łóżka i nie wstawać, poddać. Ba! Ja nawet łaskawie myślałam o moich najbliższych, bo chciałam uchronić ich od cierpienia z mojego powodu. Że wybrałam inaczej - zakasałam rękawy, udałam się po pomoc i jestem gdzie jestem, żyję, jak żyję. A bezdomny na ulicy się poddaje. Wybiera tak, a nie inaczej. Przecież są różne instytucje, są różne miejsca, do których można się zgłosić o pomoc. Nie przekonują mnie tłumaczenia, bo nie wie jak, bo nie wie gdzie. 

I z jednej strony to było, a nawet jest prawdziwe, ale z drugiej... kto dał mi prawo do ocen moralnych?

"Zapytajmy samych siebie (...) na czym budujemy nasze wspólnoty? Pokusa, by budować je na sprawiedliwości, a nie na miłości, jest bardzo silna i tak łatwo można rozminąć się z Bogiem, który jest miłosierny."**



* Bp Grzegorz Ryś, "Wiara z lewej prawej i Bożej strony", Wyd. WAM, 2014, str. 86
** Tamże, str. 89