Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 czerwca 2020

W rozkwicie

Od czasu, gdy postanowiłam wykorzystać Facebooka do promowania mojej działalności zawodowej, pogodziłam się z mediami społecznościowymi. Nie żeby od razu zakładać konta na Instagramie, Twitterze, YouTubie czy innej platformie, ale na tyle, by logować się tam regularnie, i być w kontakcie z potencjalnymi klientami. Trzeba iść z duchem czasu. Nawet jak się jest panią pod czterdziestkę.

Specyfika FB jest taka, że stronę, fanpage, profil zawodowy podpina się pod konto osobiste. A to powoduje, że jak się do aplikacji loguję, na tablicy wyświetlają mi się również informacje o moich tzw. Znajomych, mniej bądź bardziej znajomych. I dziś, przed chwilą, pojawił mi się film promujący najnowszy model samochodu jednej z wiodących marek samochodów, w którym udział wzięła była wieloletnia narzeczona mojego byłego szwagra, wraz ze swoim obecnym mężem, synkiem i jeszcze nienarodzonym dzieckiem w brzuchu. Ależ pięknie wyglądała. Okazuje się, że po rozstaniu z moim byłym szwagrem rozkwitła. Nie od razu, bo kilka lat upłynęło, ale wydaje się być szczęśliwą, dojrzałą, spełnioną, pełną życia i pasji, piękną kobietą. I jakoś tak ciepło mi się na sercu zrobiło, że i jej się udało.

The Gift of Fall - Leonid Afremov
Nie mam dużego doświadczenia w związkach z różnymi mężczyznami. Na palcach jednej ręki mogę policzyć moich wszystkich partnerów, łącznie z tym z siódmej klasy podstawówki, co mu raz buziaka dałam, i tym z czwartej, co o moim istnieniu nie wiedział, jak wypisywałam na ławkach szkolnych jego imię w sercu. Wiem jednak, że przy odpowiednim mężczyźnie, świat naprawdę jest inny, a życie pełniejsze. Mam na myśli człowieka, który wspiera, motywuje, dodaje otuchy, popycha do przodu, pozwala rozwinąć skrzydła. Kocha i dba o mój rozwój. Szkopuł w tym, że różnicę dostrzec można dopiero po zmianie, jak już mam jakiś punkt odniesienia, jak mogę porównać i ocenić.
W każdym związku, w którym byłam, czułam się szczęśliwa i kochana. Przynajmniej przez jakiś czas. Dopiero z perspektywy czasu dostrzegam kolosalną przepaść we wzajemnym dopasowaniu się, a raczej... niedopasowaniu. Dopiero dziś doświadczam, jak to jest gdy ktoś przedkłada moje dobro nad własny interes. Gdy czyjeś słowo i obecność pomaga przenosić góry. Te góry nadal przenoszę ja, nikt mnie nie wyręcza, ale też nie o to chodzi. Miłość to nie uczucie, to akt woli - zamiar i działanie. 

Ze smutkiem obserwuję dysproporcje w związkach. Gdy jedna osoba wyraźnie góruje, nadaje ton, wiedzie prym, i jest permanentnie tłamszona, ciągnięta w dół przez tę drugą. A fakt ów dostrzegam wyraźnie, bo sama tego doświadczyłam. Najgorsze jest to, że zazwyczaj po kilku latach związek i tak się rozpada, ale zawczasu nic nie da się zrobić. Jedynie biernie obserwować, bo nawet szczera rozmowa nie pomoże. Zaślepienie trwa i trwać będzie dopóki nie wydarzy się coś, co przeleje szalę goryczy. A czasami nawet i to nie pomoże.
W moim otoczeniu są przynajmniej dwie kobiety, które zasługują na więcej. Widzę, że mogłyby żyć pełniej i szczęśliwiej, gdyby tylko u ich boku stał ktoś inny. Tyle tylko, że to 'tylko' nie jest wcale tylko.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Język serca

Słowa potrafią ranić dużo bardziej niż czyny. Słowa niewypowiedziane w odpowiednim momencie, potrafią zaboleć jeszcze mocniej. Słowa użyte w niewłaściwym znaczeniu również. Ale właśnie, słowa, czy znaczenie, które im nadaję - często własne i subiektywne? Słowa, czy moje projekcje, które na nie nakładam?

Przeczytałam gdzieś, że słowo mówione to jakieś 40% treści, którą tak naprawdę chcę komuś przekazać. A gdzie pozostałe 60%? A gdzie możliwości percepcyjne mojego rozmówcy, wybiórczość jego uwagi, koncentracja, samopoczucie, skojarzenia, filtrowanie informacji, automatyczne osądzanie, przygotowywanie odpowiedzi i inne bariery komunikacji interpersonalnej? Ile zatem z tej treści dotrze do drugiego człowieka? A skoro mowa stanowi 40% przekazu, to słowo pisane musi stanowić tych procent jeszcze mniej. Może 10-15%? Nie wiem, ale to nie ma większego znaczenia, gdyż chodzi mi teraz o to, że to mało. Bardzo mało. 
Kilkakrotnie spotkała mnie bardzo nieprzyjemna sytuacja, w której zostałam źle zrozumiana, bądź też ktoś zrozumiał moje słowa opacznie. Nastąpiła koszmarna draka zakończona kłótnią i wyrzutami, podczas gdy miejsce miało zwyczajne nieporozumienie, wzajemne niezrozumienie. 

Mała dygresja. Gdy słyszę "nieporozumienie", moje pierwsze skojarzenie to scena z filmu "Pitbull. Nowe porządki", którą to ze znajomymi nazywamy "Zbigniew vel Zbyszek". Scena, jak cały film zresztą, dość wulgarna, ale doskonale obrazująca, czym skończyć może się nieporozumienie słowne. W skrócie chodziło o to, iż pewien Zbyszek z Płońska poprosił mafiozę z Grupy Mokotowskiej (to chyba nazwa własna, stąd też wielka litera), czy mógłby się posłużyć tą nazwą w celu wyegzekwowania swojej wierzytelności. Zgodę otrzymał i przystąpił do realizacji. Tylko pech chciał, że niefortunnie się przedstawił - jako Zbigniew - a wiadomo przecież, że to zupełnie inny wyraz, zatem drogą dedukcji... również inna osoba. Delikatnie mówiąc... za owe nieporozumienie został spuszczony mu... no... ten... właśnie. 

Podstawą, fundamentem relacji międzyludzkiej jest porozumienie. I partnerstwo. Psychologowie na terapiach małżeńskich powtarzają w kółko (i z tym akurat się zgadzam), należy rozmawiać, rozmawiać i raz jeszcze rozmawiać. Ale jak, skoro czasami zachodzę w głowę, czy oby na pewno mówimy w tym samym narzeczu? Odpowiedź jest niezwykle prosta, choć... trudna do realizacji - należy rozmawiać językiem serca. Nie chodzi mi bynajmniej o pieszczotliwie dobierane słowa i zdrobnienia, a pewną postawę i wewnętrzne nastawienie. Jeśli tylko obie strony dążą do porozumienia i wiedzą czego chcą, musi się udać.  

Parę miesięcy temu brałam udział w spotkaniu pewnej grupy ludzi, którzy między innymi zebrali się po to, by wspólnie podjąć pewną decyzję. Dodam, iż zanim to nastąpiło, uczestniczyliśmy w kursie, który miał nam pokazać, jak to zrobić właściwie, jakie są zasady i czym każdy powinien się kierować (zdecydowanie nie własnym widzimisię i osobistymi ambicjami). A te były proste - zrobić to w duchu przyjaźni, współpracy, partnerstwa, współdziałania, porozumienia i wspólnego dobra. Tja...
Decyzja, którą mieliśmy podjąć, nie miała rangi postanowienia w kwestii życia i śmierci. Dotyczyła pewnej puli pieniędzy, którą mieliśmy przeznaczyć na jakiś cel. I cel ów był właśnie przedmiotem naszych rozważań. Niby nic wielkiego, ale wystarczyło kilka "silnych osobowości", by dialog zamienić w serię monologów, przerzucanie się argumentami i wypieki na policzkach. Nie doszło do rękoczynów, ale do gardeł prawie sobie skoczyliśmy. Atmosfera się zagotowała, zrobiło się bardzo późno, więc na skutek braku możliwości dojścia do porozumienia, decyzję postanowiliśmy odłożyć na dzień następny. Wychodziłam stamtąd pobudzona i wewnętrznie roztrzęsiona, rano zaś z niechęcią myślałam o ciągu dalszym. Na szczęście byli z nami ludzie, którzy zgłębili tajniki trudnej sztuki porozumiewania się... językiem serca. Wyciszeni, spokojni, serdeczni, pomocni, ale jednocześnie radośni i z ogromnym poczuciem humoru. Żywe i chodzące świadectwa pokoju i miłości. Dokładnie taką chciałabym być. W każdym razie, będąc świadkami wydarzeń poprzedniego wieczoru, zechcieli nam udzielić kilku wskazówek i pomóc. Wspólnie spisaliśmy zasady i... zaczęliśmy zupełnie inaczej. Z szacunkiem i w duchu przyjaźni. Doszliśmy do porozumienia we wszystkich kwestiach! Nie było niepotrzebnych emocji, przerzucania się argumentami, osobistych docinek. Był za to uśmiech i atmosfera dobrze wypełnianego zadania. Pamiętam, że wyjeżdżałam stamtąd oszołomiona nowym doświadczeniem. Ci sami ludzie, ta sama decyzja do podjęcia, ta sama pula pieniędzy, ten sam goniący nas czas, ale jednak wszystko zupełnie inne. Niesamowite...


***


Post scriptum... Tekst ten powstał, jak zwykle zresztą, na skutek moich osobistych przeżyć i przemyśleń. Dodam, że bieżących. Często tak właśnie się dzieje. I jak dziś szukałam odpowiedniej jego ilustracji, uzmysłowiłam sobie, że jutro Walentynki. Swoją drogą odrobinę dziwne, że w Polsce przyjęło się obchodzenie tegoż święta, skoro mamy swoje, rodzime - Noc Kupały - ale nic to, nie o tym chciałam. A o tym, że poruszonym właśnie tematem idealnie wpasowałam się w datę. Jakim językiem mówi miłość, jeśli nie właśnie językiem serca? I jak tu wierzyć w przypadki? :-)

Wesołego świętowania, Szanowny Czytelniku! 


środa, 8 lutego 2017

Varia: słowo

Miłość... Bóg... Partnerstwo... Prawda... Wiara... Wspólnota...

Słowo, to tylko słowo. Prawdziwie ważne jest znaczenie, które mu nadaję. A właściwie... wszystko to, co następuje po słowie... 

I tylko po owocach je naprawdę poznasz...

wtorek, 6 września 2016

Misterium miłości - epilog

Czym jest miłość? Jakie cechy przejawia? Co jest dla niej charakterystyczne?

Przymierzając się do próby jej zdefiniowania myślałam, że dojdę do jakichś wniosków. Może nie absolutnie poprawnych, jedynie słusznych i zawsze, w każdej sytuacji i dla każdego prawdziwych, ale że jakiś ogólny pogląd sobie wyrobię, że rozsypana w głowie układanka zacznie tworzyć składną całość. W końcu do tej pory tak było. Zawsze. Kołatały mi się po głowie myśli, których nie byłam w stanie poukładać logicznie. Jak tylko zaczynałam pisać, sytuacja się klarowała, elementy zaczynały do siebie pasować. Tym razem okazało się jednak, że podświadomie dobrałam odpowiedni temat postów, bo misterium to niezrozumiałe, tajemnicze zjawisko. I zdaje się, że to nie tylko moja opinia. Już Oscar Wilde pisał - "The mystery of love is greater than the mystery of death"*. I może tak to zostwię...


---
Tajemnica miłości jest większa niż tajemnica śmierci.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Misterium miłości - część druga

A może, żeby nazwać "coś" miłością musi... boleć? Stara prawda mówi, że jak facet nie bije, to znaczy że nie kocha. Przecież gdyby mu nie zależało, to byłby obojętny, prawda? Może należy ustawiać się w roli ofiary, pozwalać się ranić, krzywdzić, maltretować i  w ten sposób - uległością - zasłużyć na "miłość"?  A przy okazji, pod płaszczykiem odwzajemnianego uczucia ukrywać potrzebę moralnej wyższości nad oprawcą?
Tutaj skojarzył mi się syndrom sztokholmski, który czasami pojawia się w skrajnie traumatycznych, przedłużających się sytuacjach. Na przykad przy uprowadzeniach, przetrzymywaniach wbrew czyjejś woli, wykorzystywaniu seksualnym. Mechanizm ów wygąda mniej więcej następująco: sprawca przemocy grozi ofierze, że pozbawi ją życia, jest agresywny. Ofiara zaczyna zdawać sobie sprawę, że jej życie zależy tylko i wyłącznie od jego woli, nie widzi dla siebie ratunku, więc próbuje doszukać się sposobów, by go zadowolić, a tym samym uniknąć wybuchów agresji. Z czasem, każdy przejaw pozytywnych uczuć ze strony kata zaczyna odbierać, jako wybawienie, współczuje mu i usprawiedliwia jego zachowanie.
Bywa, że elementy syndromu sztokholmskiego występują w toksycznych związkach opartych na przemocy fizycznej i psychicznej, a ich przejawy nazywane są miłością, choć to kompletne pomieszanie pojęć. Jaki z tego wniosek?  Nie... chyba jednak w miłości nie o ból chodzi.

A może miłość to akt "poświęcenia", który przejawia się w wiecznym wyręczaniu, troszczeniu się, nieustannym myśleniu o bliskim, spełnianiu jego zachcianek i potrzeb zanim jeszcze zostaną wyartykuowane, odgrywaniu roli wybawiciela gotowego zawsze i w każdej sytuacji rzucić się z odsieczą? Ależ wymyśliłam! Tylko...  czy to nie jest raczej kreowanie własnego wizerunku dobrego człowieka, niż miłość? Czy nie wyręczając dorosłych ludzi w różnych obowiązkach nie robimy im większej krzywdy uniemożliwiając tym samym podjęcie trudu zadbania o siebie? Przecież miłość nie polega tylko i wylącznie na dawaniu. To również (a może przede wszystkim?) świadome odmawianie, konfrontacja, motywowanie, chwalenie, krytyka; to bardzo często podejmowanie trudnych i bolesnych decyzji. Szczególnie, gdy naprzeciw stoi małe dziecko z cielęcymi oczkami i prosi o kolejną zabawkę, czy hamburgera w barze szybkiej obsługi, albo takie już całkiem dorosłe, które nie potrafi się umościć we własnym życiu.  

A może miłość jest wtedy, gdy w jej imię podejmuję decyzje i wybory, które mi nie służą, na moją niekorzyść, kiedy coś poświęcam i kiedy dobro kogoś jest dla mnie większą wartością, niż moje własne, gdy pozwalam się krzywdzić? Nie... miłość nie wymaga poświęceń, co najwyżej kompromisów. Jeśli w związku wiecznie trzeba przedkładać jakieś własne dobro, by ten układ mógł trwać, to to nie jest miłość, a patologia, uzależnienie. "(...) powszechnym nieporozumieniem związanym z miłością jest mylenie jej z uzależnieniem. (...) Jeśli potrzebujesz innej osoby, by przeżyć, to znaczy, że na niej pasożytujesz. W waszych wzajemnych stosunkach nie ma miejsca na wybór, nie ma wolności. Są one kwestią konieczności, a nie miłości".* 
Był taki czas w moim życiu, gdy nie umiałam wyobrazić sobie jego ciagu dalszego bez ówczesnego męża. Gdy wracał do domu, najechętniej wklejałam się w niego i tak trwałam. Paraliżowała mnie sama myśl, że może go kiedyś nie być. Wydawało mi się, iż był mi niezbędny wręcz do egzystencji. To nie była (już?) miłość.
 
Wiem! Już wiem! Przecież miłość to uczucie, jakim darzymy swojego pupila!  Jak często zdarza się, że mówimy: "kocham" mojego psa, mojego kota, rybkę, szczura, żółwia, czy agamę? Wielokrotnie, prawda? I zazwyczaj mamy takie poczucie. Łatwo jest "kochać", gdy obiekt lokowania naszych uczuć zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami, jest posłuszny, całkowicie od nas zależny i wykonuje polecenia. Bardzo wdzięczny w tym zakresie jest pies. Można go przytulić i pogłaskać kiedy tylko ma się na to ochotę, zwierze nie obraża się (a przynajmniej nie na długo), za to zawsze cieszy, gdy wracamy do domu, jest wierne i pocieszne. To musi być miłość! Hm... chyba jednak znowu pudło. Przede wszystkim dlatego, że miłość to nie uczucie, a działanie.
 
Czym więc jest ta... tajemnicza miłość?
 
___
* Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 113

poniedziałek, 18 lipca 2016

Misterium miłości - część pierwsza

Była sobie kiedyś mała, śliczna dziewczynka. Marzyła o przyszłości, o wspaniałym, przystojnym mężu, o miłości prawdziwej i nieskończonej, o białej sukni z welonem, o małym domku z białym płotkiem, o ciążowym okrąglutkim brzuszku, o uśmiechniętym łobuzie biegającym za piłką i ślicznej córeczce z zaplecionym warkoczykiem, o życiu jak w bajce z "happy endem" i "żyli długo i szczęśliwie". 

Dziewczynkę uczono, iż miłość jest cierpliwa, łaskawa, miłość nie zazdrości, nie unosi się gniewem, że wszystko zniesie, wszystkiemu wierzy i wszystko przetrzyma. Że żaden człowiek nie jest idealny, ale dokonując wyboru drogi miłości, należy się go wiernie trzymać. 

Dziewczynka dorosła. Znalazła (jak sądziła) księcia z bajki i miłość bezkresną. Był piękny bal, zapierająca dech w piersiach suknia ślubna, uroczysta przysięga i słowa Brunona Schulza "Czy to  nie jest wielka rzecz - znaczyć dla kogoś wszystko?". Życie tych dwojga upływało sielsko, aż w końcu przestało wyglądać, jak w bajce. Kobieta pamiętała jednak o tym wszystkim, co niesie za sobą słowo "kocham", więc próbowała łatać to, co od jakiegoś już czasu się rozpadało. Jej "miłość" miała sprawić, że wszystko wróci do normy; przecież miała wszystko znieść i wszystko przetrzymać. Przecież podobno nic co prawdziwe, nie może być zagrożone. Nie potrafiła zrozumieć, jak to się dzieje, że pomimo tak silnego uczucia, jej "miłość" to jednak za mało... 

Z czasem okazało się, iż pomyliła miłość ze swoistą miksturą zakochania, poświęcenia, wyrzeczeń oraz uzależnienia od drugiego człowieka...
. . .
W języku polskim jest całkiem sporo epitetów (mniej bądź bardziej bzdurnych) niby określających "miłość". Ot, choćby: wzajemna, nieszczęśliwa, prawdziwa, wieczna, wakacyjna, pierwsza, ostatnia, romantyczna, ślepa, platoniczna, gorąca, rodzicielska, ponadczasowa, gotowa do poświęceń, szczęśliwa, do grobowej deski, itp. itd. Nie mniej jednak, nie ma jednorodnej, pełnej i wyczerpującej definicji miłości. W każdym razie ja takiej nie znam. Wiem natomiast, że wielu ludzi myli się wielce co do jej natury, miesza podstawowe pojęcia i zwyczajnie nadużywa słowa kocham. Pomyślałam więc, że warto usystematyzować pewne kwestie i, choćby na własny użytek, pokusić się o zdefiniowanie miłości. Wydaje mi się, że najłatwiej zrobić to metodą eliminacji, i bynajmniej nie chodzi mi tu o krzywą Gaussa, bo czas rozwiązywania macierzy już dawno za mną, ale ustalenie, czym ona z pewnością nie jest.

Leonid Afremov - Love
Najbardziej powszechnym błędem jest mylenie miłości z zakochaniem. Są przynajmniej trzy kwestie, które charakteryzują to uczucie, jednocześnie odróżniając je od miłości. Po pierwsze ma ono wyraźny aspekt seksualny. Przeciętny, zdrowy psychicznie człowiek nie zakochuje się przecież w rodzeństwie, dzieciach, czy rodzicach i to pomimo miłości, którą czasami ich darzy, tylko raczej w kimś, kto jest dla niego atrakcyjny, kto go pociąga i działa na jego zmysły.
Po drugie, jest ono ograniczone w czasie, zawsze kiedyś się kończy. Z prostego powodu - buzowanie chemii nie może trwać wiecznie; wykończylibyśmy się narkotyzując permanentnie hormonami szczęścia. Ileż można nie jeść, nie spać, koncentrować 100% własnej uwagi na jednej tylko osobie? Owszem, zakochanie bywa początkiem głębokiego i dojrzałego uczucia, ale żeby tak się stało, trzeba włożyć w to sporo wysiłku, zaangażowania i pracy. 
Po trzecie, nie zakochujemy się mocą własnej decyzji, aktem woli, czy świadomym pragnieniem. Nie mamy większego wpływu na to, że owo uczucie się pojawi i czasami może się zdarzyć, że obiekt naszych westchnień będzie osobą zupełnie ku temu nieodpowiednią. Czyż ulokowania uczuć w ten właśnie sposób nie nazywamy często (i błędnie) nieszczęśliwą miłością? Oczywiście, fakt że nie można kontrolować strzały Kupidyna, nie oznacza, iż jesteśmy skazani na łut szczęścia, fart, bądź niefart, figle Matki Natury, czy jeszcze coś innego. Bo oprócz serca, zostaliśmy wyposażeni również w zdrowy rozsądek (a przynajmniej niektórzy) i to od nas zależy, co z tym uczuciem zrobimy, jak zareagujemy, jakie kroki postawimy i jakie decyzje w związku z nim poweźmiemy. Czy znajomość będziemy kontynuować, czy też może nie? (OK., przyznaję, zdecydowanie jest to łatwiej napisać, niż zrobić.) W pewnym więc sensie, zakochanie może podlegać dyscyplinie, ale miłością nie jest.

A może rzecz w tym, żeby zakochać się w tej jednej,  jedynej, przeznaczonej właśnie dla mnie osobie? Żeby znaleźć połówkę jabłka, pomarańczy, czy innego owocu, która sprawi, że w końcu będę pełna, spełniona i szczęśliwa? Połówkę zapisaną dla mnie w gwiazdach, dopasowaną tak, że niczego więcej już mi nie będzie trzeba, że doskonałość i harmonia nas otaczająca stanie się remedium na wszystkie bolączki świata? Że zakochanie się w TEJ właśnie osobie sprawi, że rozpali się między nami żywa, gorąca, namiętna i "prawdziwa" miłość? Nie? Ups... OK., odrobinę kpię, ale pozwalam sobie na to tylko dlatego, że pewne rzeczy przeżyłam, pewnych doświadczyłam, wiosen na moim karku już też kilka, a infantylna wiara w mit romantycznej miłości doprowadziła mnie niejako do dużego cierpienia. Tak, dokładnie tak! Wymyśliłam sobie kiedyś, że pomimo przeciwności losu, pomimo niepokojących sygnałów płynących z zewnątrz, zagram na nosie całemu światu i sprawię (tak! ja, wszechmocna, sprawię!), że moja pierwsza miłość będzie tą ostatnią, że pomimo powszechnie panującej opinii, że zazwyczaj szkolne związki nie trwają długo, ja udowodnię wszystkim wokół, że mój jednak tak. Naiwność tego przekonania polegała na tym, że przecież nikogo to nie obchodziło! Niestety, albo właśnie stety, nie udało mi się podnieść rąk w geście triumfu niczym Tom Hanks w "Cast Away", gdy on to właśnie - niczym bóg - uczynił ogień...
Tysiące, jeśli nie miliony ludzi, traci masę czasu, zaangażowania i sił na próbę ziszczenia się mitu romantycznej miłości. I to wszystko w imię... No właśnie, czego?

A może, żeby nazwać coś miłością musi... boleć?

cdn...

niedziela, 28 lutego 2016

Umiejętność rezygnacji, czyli... klapa na całej linii

W jednej z moich ulubionych książek przeczytałam, iż drogą do przebudzenia duchowego - przy założeniu, że coś w tym kierunku robię, a nie tylko czytam, poznaję i staram się zrozumieć - może być pielegnowanie, czy też wyrobienie w sobie:
  • umiejętności kochania
  • uczciwości wobec siebie
  • zdolności do przełamywania schematów myślowych i rewizji poglądów
  • zgody na cierpienie
  • samodyscypliny
  • umiejętności rezygnacji.

Wydaje mi się, że drogą decyzji, wyborów i postaw potrafię prawdziwie kochać drugiego człowieka - bez poczucia straty, poświęcenia, bez emocjonalnego się na nim wieszania, bez przedkładania własnego dobra nad jego, bez oczekiwania rewanżu.

Wydaje mi się, że nabyłam umiejętność poznawania prawdziwych intencji własnych zachowań i postaw. Potrafię być uczciwa wobec samej siebie, nawet jeśli wnioski płynące z mojej analizy, czy też autoanalizy są niezadowalające i niewygodne. Obiecałam sobie kiedyś, że już nigdy nie będę się oszukiwać, że już nigdy nie będę grać przeciw sobie, a ja lubię dotrzymywać składanych obietnic.

Wydaje mi się, że od jakiegoś czasu twardo stąpam po ziemi, przełamuję własne schematy myślowe i weryfikuję poglądy. Rozważam i zastanawiam się nad tym, co jest naprawdę moje, w co wierzę, a w co absolutnie nie, do czego gotowa jestem się przychylić, a z czym zupełnie się nie zgadzam, co jest dla mnie rzeczywiście ważne, a co tylko mi się takim wydawało. Staram się mieć otwarty umysł i głowę na nowe.

Wydaje mi się, że nauczyłam się... może nie tyle godzić na cierpienie, co je w pewnym sensie pokornie przyjmować, akceptować, a może nawet... czerpać z niego korzyści dla siebie? Wszak to cierpienie mobilizuje mnie do zmiany, a ta do coraz lepszego poznawania siebie.
 
I to by było na tyle jeśli chodzi o pozytywne wnioski, bo dwa ostatnie punkty na ścieżce ku metanoi... leżą odłogiem. I o ile dyscyplina wychodzi mi... powiedzmy... umiarkowanie, to rezygnacja... hm... w ogóle,. Głównie dlatego, że rezygnacja z samego założenia ma być na zawsze - NA ZAWSZE! - a tak się składa, że z rzeczami ostatecznymi mam pewien kłopot. Nie potrafię (a może nie chcę?) się zmusić do rezygnacji z czegoś, co mi dziś służy, co mi się podoba, co mnie pociąga, co powoduje, że czuję się lepiej, nawet pomimo świadomości, że to może mieć opłakane skutki w przyszłości, może być destrukcyjne, że to może spowodować dużo większe cierpienie... Nie da się iść w dwóch kierunkach jednocześnie. Nie da się mieć ciastko i zjeść ciastko, ja zaś łapię się na tym, że czasami bym chciała...

Czyli jednak wybieram krótkofalowe zyski, zamiast długofalowych efektów... Hm... chyba nie jestem tak intelektualnie niezależna, jaką chciałabym być... Chciałabym wierzyć, że jeszcze...


 
 

czwartek, 10 grudnia 2015

O miłości i przyjaźni

Miłość i przyjaźń rozumiane, jako moja postawa, wybory i decyzje, coś, czym mogę i chcę drugiego człowieka obdarować, są dla mnie najważniejszymi wartościami w życiu. Tuż za nimi jest jeszcze kilka bardzo ważnych, ale nie na nich teraz chciałabym się skupić.
 
Czas jakiś temu, na nowo musiałam wyrobić sobie opinię, zdefiniować na własny użytek, czym tak naprawdę jest miłość. To był czas, w którym w ręce moje trafiła "Droga rzadziej wędrowana" Morgana Scotta Pecka. Szczególnie ujęły mnie dwa z niej cytaty: "Miłość jest aktem woli, a dokładnie - zarówno zamiarem, jak i działaniem. Wola wiąże się z możliwością wyboru." oraz "Kolejnym powszechnym nieporozumieniem związanym z miłością jest mylenie jej z uzależnieniem. (...) Jeśli potrzebujesz innej osoby, by przeżyć, to znaczy, że na niej pasożytujesz. W waszych wzajemnych stosunkach nie ma miejsca na wybór, nie ma wolności. Są one kwestią konieczności, a nie miłości". Muszę przyznać, iż ta książka wywróciła do góry nogami moje postrzeganie miłości. Przez bardzo długi czas myliła mi się ona z poświęceniem i wyrzeczeniami oraz uzależnieniem od drugiego człowieka.

Czy miłość wymaga poświęcenia? Na tak zadane pytanie, należałoby wpierw doprecyzować, czym jest poświęcenie, czym się charakteryzuje? Bo jeśli uznać, że własną krzywdą, niezadowoleniem, sfrustrowaniem wynikającym z jakichś tam okoliczności, to odpowiedź jest jedna - zdecydowanie nie. Miłość nie wymaga poświęceń. Wymaga, co najwyżej, kompromisów, czyli porozumienia osiągniętego w wyniku wzajemnych ustępstw. Kompromisu, czyli wyznaczenia granicy, co mogę lub gotowa jestem coś zrobić, bądź czego zaniechać żeby nie spowodowało to we mnie poczucia straty. Jeśli miłość nie wiąże się z jednostronnym poświęceniem, to może już takie dwustronne załatwiłoby sprawę? Ano... zastanówmy się. Czy moja rezygnacja z doktoratu, przy jednoczesnej odmowie przyjęcia propozycji zagranicznego stypendium przez mojego partnera, mogłyby zostać utożsamione z miłością? Ależ skądże! Kochając, pragnę rozwoju drugiego człowieka, pragnę, by realizował swoje pasje i marzenia. Jeśli natomiast ktoś jest mi niezbędny do życia, to raczej... żeruję na nim, niż kocham. To ja czegoś od niego chcę, a tam, gdzie zaczynaja się moje chciejstwa, kończy się miłość.  Oczywiście, wzajemność w takich stosunkach jest zdecydowanie pożądana, ale czy konieczna? Miłość to dar i jak każdy prezent może zostać odrzucona, tylko... czy to umniejsza jej wartości? Czy to dyskwalifikuje moje z niej czerpanie? Zero oczekiwań rodzi zero rozczarowań.
 

"Przyjaciel o Tobie wszystko wie, on jest zawsze blisko Ciebie, kiedy czujesz się źle. Kiedy świat odwraca do nas się plecami, kiedy czujemy, że jesteśmy całkiem sami, on zawsze poda Ci dłoń, pomoże, kiedy kłopotów masz sto, da Ci swój uśmiech, kiedy minę masz złą, pomysłów dobrych ma zawsze sto..." - [StarGuardMuffin "Przyjaciel"] Z całą pewnością warto takiego mieć, ale czy to w ogóle jest możliwe? Słownik Języka Polskiego nie przez przypadek definiuje przyjaciela, jako osobę okazującą komuś lub czemuś swoją sympatię, sprzyjającą czemuś. Wskazuje bowiem kierunek tych stosunków. Ja komuś, bo w drugą stronę to już nie jest takie oczywiste. Dokładnie tak samo, jak w przypadku miłości. Za swoje uczucia, postawy i zachowania, drogą własnych decyzji i wyborów odpowiadam. Jeśli żyję w przeświadczeniu, iż od kogoś należy mi się bezwzględna życzliwość, bezgraniczne zaufanie i absolutna serdeczność - bo... przecież jest moim przyjacielem! - to może się to skończyć rozczarowaniem, bo nierealistyczne oczekiwania rodzą te właśnie, oraz zawody, urazy i żal. Przyjaźnić się, to wyrażać w słowach i czynach własne uczucia. A to oznacza, iż mogę sobie być czyjąś przyjaciółką, mogę wyrażać taką chęć i postawę, a ta osoba może mnie mieć permanentnie w poważaniu. Oczywiście, najprawdopodobniej nie wybiorę sobie za obiekt przyjaźni takiego właśnie człowieka, ale to nie zmienia postaci rzeczy.

W miłości nie ma miejsca na poświęcenie, a w przyjaźni? Wydaje mi się, że znowu nie. Jeśli bowiem osoba mi bliska jest chora, to wstanę nawet w środku nocy, by jej pomóc i to nie będzie poświęcenie. Pomimo tego, że zarwę noc, nie wyśpię się, będę zmęczona, nie poświęcam siebie, gdyż chcę to dla niej zrobić. Gotowa jestem nie spać, bo jest dla mnie ważna i ważniejsza niż sen. Oczywiście potrzeby mają swoją gradację. Sen, wypoczynek jest jedną z ważniejszych, więc podejrzewam, że trudno byłoby mi nie spać na przykład pięć nocy z rzędu, ale znowu... najprawdopodobniej nie będę chciała być przyjaciółką kogoś, kto mnie wykorzystuje, czy wręcz na mnie żeruje.

Kochać i być przyjaciółką - to moje zadanie. :-)

 

wtorek, 30 czerwca 2015

Zegar biologiczny

Jedną z przyczyn lawinowo narastającej frustracji, a w efekcie mojej depresji sprzed trzech lat, była chęć posiadania dziecka, a raczej brak wewnętrznego przyzwolenia na zrealizowanie tej potrzeby. Perfekcyjna i poukładana do granic możliwości wymyśliłam sobie, że najpóźniej do 30. urodzin urodzę ślicznego bobasa, a najlepiej dwa - bliźniaki - chłopca i dziewczynkę. Marzyłam, jak się będą nazywać, do kogo będą podobne, po kim odziedziczą nosek, a po kim oczka. Wspólnie z mężem zresztą to planowaliśmy. Tyle tylko, że mąż okazał się być bardzo nieodpowiedzialnym człowiekiem, a ja (dzięki Bogu!) na tyle roztropna, rozważna i podświadomie ostrożna, iż czekałam... na lepszy moment. Moment, który po prawie pięciu latach od ślubu (a piętnastu związku) nie nadchodził. I nie dość, że się na niego rychło nie zanosiło, to jeszcze było coraz gorzej. Endokrynolog poinformowała mnie, że płodność po 25. roku życia spada, a przy mojej chorobie może być jeszcze gorzej, rodzice i teściowe czekali na wnuki, a w mojej głowie aż wrzało. Miałam ciągłą gonitwę myśli... jak utrzymam takie maleństwo, gdy skończy mi się urlop macierzyński? wychowawczy jest przecież bezpłatny, a mąż nie ma stałej pracy, nie jest w stanie zapewnić nam stabilizacji finansowej przynajmniej do czasu, kiedy ja będę mogła wrócić do pracy. A przecież  nie mogę i nie chcę zostawić moich skarbów w rękach obcych osób...
Wówczas choroba alkoholowa męża nawet mi nie przechodziła przez myśli. Chyba tylko Opatrzność Boska nade mną czuwała, że jednak na dziecko się nie zdecydowaliśmy, bo po pierwsze, dzieci z rodzin alkoholowych* często bywają głęboko nieszczęśliwe, po drugie zaś, miałabym dużo większy dylemat podejmując decyzję o rozwodzie dwa lata później.
Z perspektywy czasu patrząc, taki scenariusz wydawał mi się wówczas niemożliwy. Byłam przekonana, że to tylko chwilowe kłopoty i naprawdę nie brałam pod uwagę tego, że możemy nie zestarzeć się razem...

Roiłam sobie, że będę idealną mamą, bo i odpowiedzialną i wykształconą i kochającą... I, co dziwne, pomimo mojej niedojrzałości emocjonalnej, często słyszałam takie opinie również od innych ludzi. A przecież moje pobudki były dziecinne, samolubne i podyktowane presją społeczną, chęcią stworzenia pięknego obrazka na zewnątrz, instynktem macierzyńskim i zegarem biologicznym. Choć to i tak nieźle, bo czasem jest jeszcze gorzej, na przykład, gdy ludzie decydują się na potomstwo z egoizmu, lęku przed samotnością, chęci "usidlenia" partnera, korzyści materialnych, a kiedyś słyszałam nawet, że po to, by na starość miał kto się nimi zaopiekować i podać herbatę... Natomiast posiadanie dzieci, to wielka odpowiedzialność. Obowiązkiem rodzica bowiem, jest zabezpieczyć im byt i podstawowe potrzeby. Nie tylko fizyczne i nie tylko finansowe, ale również, a może przede wszystkim emocjonalne, czyli poczucie bezpieczeństwa, więzi, ciepła, serdeczności, ufności, troski, uczciwości, wsparcia, szacunku, pomocy w  budowaniu poczucia własnej wartości, poczucia sensu życia, czerpania z niego satysfakcji, konieczności rozwoju, itp. itd. Każde. "To, co kochamy ma dla nas szczególną wartość, a jeśli coś ma dla nas wartość, to poświęcamy temu czas i wiążemy z tym swoje radości i troski. Przyjrzyjcie się nastolatkowi zakochanemu w swoim samochodzie i zwróćcie uwagę na to, ile czasu spędza na cieszeniu się nim, pucowaniu, reperowaniu i regulowaniu mechanizmów. /.../ Tak samo jest z miłością do dzieci - podziwiamy je i troszczymy się o nie. Dajemy im swój czas".** Na ile jestem w stanie zrezygnować z siebie, ze swoich pasji, zainteresowań, nawyków żywieniowych, hobby, pracy, swobody, niezależności, sposobu spędzania czasu, imprez towarzyskich? Poświęcanie czasu dziecku to niekoniecznie to samo, co spędzanie z nim czasu w jednym pokoju podczas oglądania telewizji, czytania książki, układania pasjansa, przeglądaniu facebooka, czy odpowiadania na e-maile, podczas, gdy brzdąc pałęta się między nogami próbując zwrócić choć odrobinę uwagi na siebie. "Ilość i jakość czasu poświęcanego przez rodziców dzieciom są dla tych ostatnich dowodem ich wartości. Niektórzy rodzice - z natury niemiłujący - starają się ukryć swój brak troski. Zapewniają dzieci o miłości, mechanicznie powtarzają, jak bardzo im są drogie, a jednocześnie nie poświęcają im wystarczająco dużo czasu. /.../ Poczucie własnej wartości - przeświadczenie, że jest się wartościowym człowiekiem - stanowi podstawę zdrowia psychicznego i kamień węgielny samodyscypliny. Jest bezpośrednim skutkiem rodzicielskiej miłości. /.../ Te szczęśliwe dzieci, które doświadczają rodzicielskiej miłości i troski, wejdą w dorosłość nie tylko z głębokim przekonaniem o własnej wartości, lecz będzie im również towarzyszyć poczucie bezpieczeństwa. Każde dziecko boi się porzucenia - i to nie bez powodu. Obawa przed porzuceniem pojawia się około szóstego miesiąca życia /.../ wtedy [dziecko] zdaje sobie sprawę ze swojej całkowitej bezradności i uzależnienia od rodziców w każdej dziedzinie życia. Porzucenie jest dla niego równoznaczne ze śmiercią."***

Należy zadać sobie pytanie, po co chcę mieć dziecko?  - inną sprawą, czy w ogóle można człowieka "mieć", ale nie o to mi teraz chodzi - czy po to by dawać, czy po to by brać? Kochać, to dawać.  

Mój zegar biologiczny tyka... Przyznaję, ciążowe brzuszki koleżanek i znajomych oraz słodkie bobasy przy ich piersiach wywołują we mnie chwilowy (a czasem dłuższy) smutek i... ukłucie w sercu... że to nie ja. I choć dziś jestem bardziej świadoma, nie mam pewności, czy byłabym dobrą, czy złą matką, czy byłabym w stanie poświęcić swobodę, wolność, niezależność, ambicje, czy byłabym w stanie prawdziwie kochać... Bo miłość nie wymaga poświęceń. I najgorsze jest to, że nigdy nie będę wiedziała na pewno, dopóki to się nie stanie. I nie wiem, czy jestem gotowa ponieść takie ryzyko. Nie, nie moje. Jego... że będzie nieszczęśliwe.




--
* Typowe uczucia i zachowania DDA
** Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 26
*** Tamże, str. 28-30

poniedziałek, 18 maja 2015

Istota mojego lęku

 Jak daleko sięgam pamięcią moje życie było wypełnione lękiem. Głównie o to, że umrę, że nie zaznam całego dobrodziejstwa doczesnego życia, że nie przeżyję tego wszystkiego, o czym marzę, czego bym chciała, że rozpadnę się w proch i pył i nic po mnie nie zostanie. Wyobrażałam sobie, czego żałowałabym najbardziej, gdybym umarła właśnie dziś. To zresztą było istotą mojej nerwicy, a przynajmniej jej dwóch pierwszych epizodów - paniczny lęk przed śmiercią. Przyprawiała mnie o mdłości (dosłownie!) myśl, że jak umrę, nie będzie mnie tu - na ziemi - już nigdy. NIGDY. Wymazywałam ją więc z mojej głowy, jak tylko się pojawiała. Oczywiście, jako praktykująca katoliczka obawiałam się również, i to bardzo realnie, o to... ewentualne drugie życie. Czy jest? Jakie jest? Czy dostanę się do Domu Ojca? Czy jestem wystarczająco dobra, godna, posłuszna, cnotliwa? Nie przyszło mi nawet do głowy, że łaska Boska, wiara, zbawienie, nie należą mi się za coś, nie są elementami żadnej transakcji z Bogiem, która określałby, że za odpowiednią liczbę dobrych uczynków wiara i zbawienie mi się należą, a za odpowiednią ilość grzechów nie. Bóg jest przecież całkowicie suwerenny i żaden śmiertelnik nie może Go do niczego zmusić czy zobowiązać. I nie ma znaczenia, że czasami próbujemy to zrobić dobrymi uczynkami. 

Od zawsze też miałam w sobie ambicję, ogromną chęć zostawienia czegoś po sobie na tym świecie. Marzyłam, by  odejść bez żalu, spełniona, ze świadomością, że dałam z siebie wszystko, że żyłam każdym dniem, że zostanie po mnie coś wartego zapamiętania. Pragnęłam żeby ludzie pamiętali, że tu byłam, że żyłam, że kochałam, że potrafiłam kogoś uszczęśliwić, że... że moja obecność tu zrobiła różnicę w czyimś życiu.

Ostatnio odkryłam i trafiało mnie to, jak grom z jasnego nieba, że już nie ma we mnie tego lęku. Pierwszy raz w życiu pomyślałam, że kiedyś umrę i... nic. Zupełnie. Żadne obawy, czy lęki się w związku z tym nie pojawiły. Nie będzie mnie kiedyś, ale jestem dziś. Zatem już dziś staram się być po prostu porządnym człowiekiem. Bo "Niestety ciągle się nam wydaje, że królestwo Boże jest w niebie. Trochę winy za to ponosi św. Mateusz, bo to on zastąpił określenie "królestwo Boże" terminem "królestwo niebieskie" (...), ale to nie oznacza, że ono jest w niebie. Chodziło mu o to samo - o królowanie Boga, a Bóg ma być królem tu, na ziemi. (...) Bóg ustawia ludzkie życie".* "Tak naprawdę w życiu chrześcijanina są dwa pytania, które warto sobie zadawać. Pierwsze: czy kocham Boga i każdego z ludzi po kolei? Drugie: jak mam kochać? Wszystkie inne są pomocnicze."**  A więc kochać i służyć. Oczywiście nie mam tu na myśli nastolatkowych egzaltacji, czy zakochania, tylko... kochanie, bo "Miłość jest aktem woli, a dokładnie - zarówno zamiarem, jak i działaniem."***
Czyżbym zatem podążała w odpowiednim kierunku, realizowała Jego Plan i stąd brak lęku? 

"Dobre uczynki i cnoty wszelakie, wyrzeczenia przeróżne oraz akty poświęcenia latami całymi gromadziłem skrzętnie i zapobiegliwie ze strachu przed Boskim sądem, piekłem i potępieniem. Wierzyłem chyba, że za te ziemskie zasługi zapewnię sobie lepsze miejsce w niebie, być może tego miejsca trochę więcej, może bardziej moje, a może mieszkanie w domu Ojca wygodniejsze, bardziej komfortowe… 
Później odszedłem z mojego Kościoła (na wszelki wypadek niezbyt daleko), dobrowolnie zrezygnowałem z liturgii, obrzędów, sakramentów i ceremonii, zdając sobie sprawę, że w ten sposób tracę (być może) szansę na zbawienie.
Teraz już mogę Bogu i bliźnim służyć bezinteresownie, nie oglądając się na nagrody i nie sprawdzając, co jeszcze muszę zrobić, by zasłużyć na kolejny hektar nieba…"****

"Przebudzenie" Meszuge czytałam już dość dawno temu, jednak dziś, pisząc ten tekst przypomniał mi się powyższy fragment. Gdy przeczytałam go po raz pierwszy pomyślałam - też tak chcę! Dziś nieśmiało mogę przyznać, że chyba tak mam...



* Bp Grzegorz Ryś, "Wiara z lewej prawej i Bożej strony", Wyd. WAM, 2014, str. 160
** Tamże, str. 222
*** Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 113
**** Meszuge, "Przebudzenie. Droga do świadomego życia", Wyd. IPS, 2014, str. 139

piątek, 13 marca 2015

Nieśmiałe rozważania o Sensie

Jak nauczyć się radości życia? Gdzie, w czym, w kim (Kim) szukać jego sensu? Jakie są wartości, które wyznaję i czy rzeczywiście są moje, czy może wdrukowane w psychikę przez rodziców, opiekunów, wychowawców, ukształtowane przez tradycję, kulturę, historię? Czy to, co mówię jest spójne z tym, co myślę, co czuję i co robię? 

Jestem chrześcijanką, zatem odpowiedź na te wszystkie pytania powinna być nacechowana miłością Boga, a co za tym idzie miłością bliźniego. Ale... ile razy dopiero w sytuacjach krańcowych, dopiero kiedy bardzo cierpiałam bezpośrednio zwracałam się do Niego, widząc w Nim sprawcę mojego stanu? Ile razy pytałam wtedy: dlaczego mnie to spotkało? dlaczego ja? Ile razy pytałeś... Ty? 

Pan Bóg nie jest sprawiedliwy. Mocne? Byłoby gdyby nie dodać - Pan Bóg nie jest sprawiedliwy, bo jest miłosierny. Bo dzieli według potrzeb, a nie według zasług! "Wydaje nam się, że skoro tyle lat jesteśmy blisko Boga, mamy prawo Go napominać i poprawiać".*  Ale... przecież ja nie nie jestem Bogiem. Nie znam Jego planu. I skoro jednak to wszystko mnie spotkało, to być może Pan Bóg chce mi przez to coś powiedzieć. Może w dłuższej, szerszej perspektywie zobaczę, że to był objaw Jego miłości?

Skoro wiem, że miłość jest najważniejsza, a właściwego odniesienia do Boga i świata winnam szukać w relacji do bliźnich, to co jeśli staram się wręcz nie widzieć biedy, bezdomności, ludzkiej tragedii? Czy to świadczy o miłości bliźniego? 

Kiedyś, nie tak dawno temu na takie pytania odpowiedziałam, że życie to wybory, więc skoro bezdomni tak wybierają, to cóż mnie do tego? Egocentrycznie skwitowałam, że ja, to nawet w najgorszym stadium nerwicy, gdy żyło mi się bardzo źle, nigdy nie pomyślałam o tym, żeby się zabić, położyć do łóżka i nie wstawać, poddać. Ba! Ja nawet łaskawie myślałam o moich najbliższych, bo chciałam uchronić ich od cierpienia z mojego powodu. Że wybrałam inaczej - zakasałam rękawy, udałam się po pomoc i jestem gdzie jestem, żyję, jak żyję. A bezdomny na ulicy się poddaje. Wybiera tak, a nie inaczej. Przecież są różne instytucje, są różne miejsca, do których można się zgłosić o pomoc. Nie przekonują mnie tłumaczenia, bo nie wie jak, bo nie wie gdzie. 

I z jednej strony to było, a nawet jest prawdziwe, ale z drugiej... kto dał mi prawo do ocen moralnych?

"Zapytajmy samych siebie (...) na czym budujemy nasze wspólnoty? Pokusa, by budować je na sprawiedliwości, a nie na miłości, jest bardzo silna i tak łatwo można rozminąć się z Bogiem, który jest miłosierny."**



* Bp Grzegorz Ryś, "Wiara z lewej prawej i Bożej strony", Wyd. WAM, 2014, str. 86
** Tamże, str. 89

wtorek, 24 lutego 2015

Czym się różni miłość od współuzależnienia?

Kobieta współuzależniona*, która nie korzystała z żadnej formy zdrowienia lub jest na początku terapii, a czasami niestety również po (gdy nie wprowadza zmian w swoim życiu), zapytana, czego chce najbardziej, jak chciałaby poprawić jakość swojego życia, w znakomitej większości przypadków  odpowiada: Chcę, żeby on nie pił! Nie cierpię go, gdy jest pijany, ale tak bardzo kocham, jak jest trzeźwy.

Jak gdyby żyła z człowiekiem o podwójnej osobowości doktora Jekyll'a i pana Hyde'a. Myśli, że gdy zniknie pijak - ucieleśnienie zła (Hyde), pozostanie ukochany mąż (Jekyll), a ona będzie w końcu szczęśliwa. Niestety, nie zdaje sobie sprawy, że alkohol jest rozwiązaniem problemów, z którymi nie potrafi poradzić sobie... Jekyll. Bo tak, to on jest chory. To on dokonuje wyboru używania alkoholu na swoje bolączki. Hyde jest po prostu pijany. A sama abstynencja - jeśli jakimś cudem uda się ją mu wypracować - nie rozwiązuje sytuacji. Czasami dopiero wówczas związki się rozpadają, gdyż na światło dzienne wychodzą różne urazy, frustracje, lęki, rozczarowania, żale. Miało być, tak dobrze, a jest... bywa, że gorzej. Następuje zderzenie z rzeczywistością, która jest daleka od rojeń, a lekarstwa na to wszystko brak. Poza tym, co najważniejsze, współuzależniona w dalszym ciągu funkcjonuje w sposób chory.

Pozostaje więc pytanie, czy rzeczywiście współuzależniona kobieta kocha swojego alkoholika takiego, jakim naprawdę jest, czy swoje o nim wyobrażenie, to jaki chciałby, żeby był? Czy nie jest tak, że latami starała się przyciąć go na miarę swoich marzeń, oczekiwań i wyobrażeń?

Czym się różni miłość od współuzależnienia? Gdy podejmujesz decyzje i wybory, które Ci nie służą, na swoją niekorzyść, kiedy coś poświęcasz i kiedy przedkładasz dobro kogoś nad swoje, pozwalasz się krzywdzić - najprawdopodobniej jesteś współuzależniona. Miłość nie wymaga poświęceń. Jeśli w związku wiecznie trzeba przedkładać jakieś własne dobro, by ten układ mógł trwać, to to nie jest miłość, a patologia. "(...) powszechnym nieporozumieniem związanym z miłością jest mylenie jej z uzależnieniem. (...) Jeśli potrzebujesz innej osoby, by przeżyć, to znaczy, że na niej pasożytujesz. W waszych wzajemnych stosunkach nie ma miejsca na wybór, nie ma wolności. Są one kwestią konieczności, a nie miłości".**

Od początku mojego leczenia upłynęło blisko dwa lata. Ukończyłam terapię współuzależnienia, przeczytałam tysiące stron literatury związanej z alkoholizmem i jego pochodnymi, kolejne setki tych dotyczących rozwoju osobistego, wymieniłam na ten temat tysiące e-maili i nawet teraz nie jestem w stanie z pełną odpowiedzialnością wypowiadanych słów przyznać, że męża nie kochałam. Wydaje mi się, że kochałam... Jedyne, czego nie wiem, to czy jego, czy moje o nim wyobrażenie...

Miłość to decyzje i wybory, a nie infantylne egzaltacje. W pełni zgadzam się ze słowami M. S. Pecka: "Miłość jest aktem woli, a dokładnie - zarówno zamiarem, jak i działaniem. Wola wiąże się z możliwością wyboru."***


* Mała dygresja. Jestem kobietą. Dotknęło mnie współuzależnienie od męża alkoholika. Generalizując o czymś, z automatu współuzależnionymi jawią mi się kobiety, a uzależnionymi mężczyźni. Nie ma to nic wspólnego z rasizmem, szowinizmem, czy moimi poglądami. Tę dysfunkcję spotyka się zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet (tych jest zdecydowanie więcej). Żeby nie zaciemniać obrazu używając określenia politycznie poprawnego, aczkolwiek długiego - "uzależniony(a) partner(ka) / syn / córka / ojciec / matka", wybieram w moim blogu - "uzależniony partner (mąż)". Ale zawsze, w domyśle, chodzi o osobę współuzależnioną i alkoholika płci dowolnej. Współuzależnienie jest jedno - bez względu na to, jakiego bliskiego uzależnienie dotknęło. Ono może mieć tylko różne nasilenie.

** Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 113

*** Tamże, str. 96