sobota, 15 kwietnia 2017

Wszystkiego wesołego! :-)


"- A Ty, Tygrysie? Masz już prezent dla Kłapouszka? 
- Oczywiście! - rozpromienił się Tygrys.
- Postanowiłem odwiedzić go i świątecznie wybrykać. Wydaje mi się, że on bardzo tego potrzebuje, Krzysiu."


A Ty, Szanowny Czytelniku, wiesz już kogo świątecznie wybrykasz?


Wiosennie pozdrawiam,
Pelagia M.

piątek, 14 kwietnia 2017

Varia: sen

Zaglądam do drewnianego, dziecięcego łóżeczka z białymi szczebelkami, w którym słodziutko śpi rozkoszny brzdąc. Bezbronny, ale nie już taki całkiem malutki. Około dwunastomiesięczny i prawie zupełnie mi obcy. W głowie pojawia się myśl: wcale go nie znam, nie pamiętam kiedy tak urósł. Niepewnie pochylam się nad nim, a on otwiera oczy i uroczo uśmiecha do mnie. Gdzieś obok pojawia się moja rodzina, mój były mąż. Jesteśmy w dużym, ciepłym domu, ale wszystko jest dla mnie jakieś dziwnie obce. Odwracam się do męża, i słysząc własny głos, nieśmiało pytam - on mnie w ogóle poznaje? - Ten tylko uśmiecha się i spokojnie spogląda na dziecko. A ono wydaje z siebie najcudowniejszy dźwięk na świecie: mama. Głęboko poruszona biorę go w ramiona, a przez głowę przebiega tysiąc myśli: gdzie byłam tyle czasu? Co i dlaczego było ważniejsze? Już nigdy nie będzie! I nagle, gdzieś w środku, przeszywa mnie ból, bo uzmysławiam sobie, że przecież ja już nie kocham męża. Nie chcę z nim być, z nim żyć, tworzyć rodziny. Że jest już ktoś inny. Tylko ten chłopiec... nie mogę go znowu zostawić. Jest... mój, a ja za niego odpowiedzialna.

Morpheus and Iris
***
Ostry dźwięk budzika wyrwał mnie z objęć Morfeusza. To był tylko sen. Sen, choć wydawał się bardzo realny. Na szczęście. Bo poczułam ulgę, że nie muszę i nigdy nie musiałam dokonywać tak trudnych wyborów.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Syndrom gotującej się żaby

Przyszedł mi dziś na myśl tak zwany syndrom gotującej się na małym ogniu żaby. Podobno francuscy naukowcy zrobili kiedyś eksperyment. Wrzucili żywą żabę do wrzącej wody. Poparzone zwierzę instynktownie, jak wystrzelone z procy, wyskoczyło z naczynia, tym samym ratując własne życie. Spróbowali więc (sadyści!) innego nań sposobu; włożyli biedaczysko do zimnej cieczy i zaczęli stopniowo podgrzewać, aż do całkowitego ugotowania. Udało się. Dokładnie w ten sposób powstaje współuzależnienie, bądź inne zaburzenie związane z przystosowywaniem się do coraz trudniejszych okoliczności. Łatwiej zwrócić uwagę na to, co jest zmianą nagłą, niż na powolnie przybierające na sile procesy destrukcyjne. Doskonale pamiętam, że dla mnie wyznacznikiem destrukcji w związku była dopiero przemoc fizyczna. Gdyby były mąż mnie okładał, dużo wcześniej bym go zostawiła. A tak... musiało upłynąć trochę wody, by zrobiło mi się bardzo niewygodnie w życiu. Często można usłyszeć, że ktoś tam nie rozumie takich zachowań, nie potrafi pojąć, jak można dać się w ten sposób traktować, jak znosić upokorzenia, krzywdę, cierpienia. Otóż łatwo jest spojrzeć z boku, z dystansu, na zimno, trudniej gdy w grę wchodzą uczucia, emocje, wierzenia, poglądy. 

Uważam, że prawdziwe są słowa Wisławy Szymborskiej: "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono". Od razu przywodzą mi na myśl tekst, który kiedyś napisałam: Egzamin z człowieczeństwa dla społeczeństwa. (Zerkam w historię bloga, by go podlinkować i oczom nie wierzę! To niemożliwe, że powstał blisko dwa lata temu! Kto mi ukradł ten czas?!). I choć traktuje on o czymś innym niż to, co chcę teraz napisać, to wspólne jest jedno: człowiek może sobie roić coś na jakiś temat, ale dopiero postawiony w określonych warunkach, będzie w stanie wiedzę tę, czy też domysły zweryfikować w praktyce. 

Wielokrotnie było już tak, że myślałam sobie coś - o sobie samej, o innych ludziach, o życiu, o wartościach - a z biegiem czasu życie rewidowało moje przekonania, czasami wręcz brutalnie rozprawiało się z nimi. Obecnie staram się pamiętać, by nie przywiązywać jakiejś szczególnej uwagi do własnych wyobrażeń, bo to że obowiązują dla mnie w tej sekundzie, nie oznacza wcale, iż tak będzie całe życie. Jasne, jest szereg wartości, którymi się kieruję, i one pozostają bez zmian, ale traktuję je raczej jak fundament, na którym można budować całą resztę mojego życia. 

Z jednej strony, to dobrze. Mam otwartą głowę, jestem gotowa na zmianę niesłużących mi wierzeń i prawd, ale z drugiej... sztywno ustalone zasady dają poczucie bezpieczeństwa (czasami pozornie i krótkofalowo, ale jednak), sprawiają że jest odrobinę łatwiej. I tylko tak sobie czasami myślę, czy dostosowując się do otaczającej mnie rzeczywistości, nie wskakuję przypadkiem w rondelek z zimną wodą, nie wymoszczam się w nim komfortowo, aż do momentu, w którym powstanie ze mnie niezły obiadek? 

Znam tylko jeden sposób weryfikacji wszelkich wątpliwości: po owocach. Problem w tym, że można go zastosować dopiero po wszystkim. A może ktoś z Was zna inne, lepsze, szybsze, takie... zanim stanie się to nieprzyjemne coś? 

środa, 8 marca 2017

Dama o typie mózgowym czyli zamach stanu

"Nacisk kładę nie na twierdzenie, że kobiecy mózg jest mniej wydolny, niż męski, gdyż to już nieraz powiedziano i dla nieuprzedzonego rzecz ta jest zupełnie jasna, ale na to, że ta niższość kobiecego mózgu jest pożyteczna i konieczna. Niektórzy dobitniej niż ja podkreślają słabe strony intellektualne i moralne płci żeńskiej, lecz sądzili przytem, że zależą one od stosunków obyczajowych i dadzą się zmienić przez wychowanie. Jest to zdaje się cechą reformatorów, że przeceniają oni znaczenie własnej woli. Polityczni i religijni nowatorzy nie rozumieją tego, że ludzkość jest cząstką natury i że wszelkie ludzkie urządzenia wynikają z konieczności istoty człowieka. (...) Feministki myślą przetworzyć kobietę zapomocą prawa i wychowania. Wprost dzieciństwem jest uważać właściwości kobiety, jakie posiadała ona we wszystkich czasach i u wszystkich ludów za wynik własnej woli. (...) wszystkie usiłowania zmierzające do usunięcia zasadniczych różnic płci, do których zalicza się także mała głowa kobiety, muszą spełznąć na niczem (...) Kobieta jest powołana, aby była matką, a wszystko, co jej w tem przeszkadza jest przewrotne i złe.

Najgorszem złem jest bieda życiowa, która odwleka termin zawarcia małżeństwa, albo go uniemożliwia, która zmusza kobietę do zdobywania sobie samej pożywienia. (...) Całkiem inaczej, niż z nędzą ma się sprawa ze samowolnem wypaczaniem kobiecego powołania. Odepchnięcie kobiety od stanowiska matki może być mianowicie przeprowadzane dwojakiego rodzaju sposobami, tak, że można mówić z jednej strony o metodzie francuskiej, a z drugiej o angielsko-amerykańskiej. Pod metodą pierwszą rozumiem buduar dam, pod drugą forsowanie pracy mózgu. (...) Taka prawdziwa dama istnieje dla przyjemności; dla przyjemności innych i dla przyjemności własnej. Wszystko co ciężkie, nieczyste, mozolne, dla niej nie istnieje, ona unosi się jak ta grecka bogini, otoczona blaskiem słonecznego piękna ponad ziemskimi oparami. Ona chce kochać, panować i mówić, a mężczyźni są od tego, aby w niej się kochali, jej służyli i z nią dysputowali. Jej tron stoi „w salonie”. (...) Tam wszystko służyło zabawie, a wszystko co poważne było wyszydzane. (...) Sztuka i wiedza były zabawą, ich właściwym sensem było dostarczanie tematu do rozmowy, a uchodziły za doskonałe, gdy przypadały do smaku damom. (...) Gnuśniejące społeczeństwo gnije, a jedną z najważniejszych oznak zgnilizny jest to, że na miejscu matki występuje dama.

Więcej godną szacunku, jakkolwiek również zgubną jest metoda angiełsko-amerykańska (...) Jest doprawdy coś wzruszającego, gdy się widzi jak młode dziewczęta rezygnują z różnego rodzaju przyjemności i marnują swoje zdrowie dla chimery wykształcenia. (...) 

Przypuśćmy nawet, że feministkom udałoby się osiągnąć ich cel i kobiety zdobyłyby dla siebie wszystkie gałęzie męskich zawodów i praw, to w najlepszym wypadku wynik ten nie przyniósłby korzyści. Kobiety bowiem robiłyby co najwyżej jeszcze raz to samo, z czem mężczyźni już poprzednio dawali sobie radę. Lecz w ten sposób liczba pracowników uległaby podwojeniu, a wartość pracy zmniejszeniu. To byłoby już złem, ale stosunkowo małem złem wobec dalszych skutków. Albowiem spadłaby przedewszystkiem znacznie liczba urodzin, ponieważ zawieranie małżeństw stałoby się rzadsze, a w małżeństwie rodziłoby się mało dzieci. (...) Ponieważ nowa kobieta nie jest w stanie rodzić dużo dzieci i dziecka nie chce, więc rozumie się samo przez się, że małżeństwa będą mieć mało dzieci. Będą to małżeństwa bezdzietne, mające jedno dziecko, najwyżej dwa.(...) Krótko mówiąc zaludnienie będzie szybko zmniejszać się liczebnie i zmieniać charakter, a naród wejdzie w okres starości. (...) W każdym razie w takim wypadku można mówić o samobójstwie społeczeństwa, a jeśli kto woli o zdradzie kraju lub stanu. Na szczęście nie potrzeba się obawiać, aby te posępne przepowiednie miały się spełnić, ponieważ rozsądek objawiający się nieświadomie w popędzie nie dopuści do zrealizowania tych feministycznych planów, dopóki tylko naród zachowa swoje siły żywotne. Jeżeli „intelektualiści” chcą utrzymać swój ród i żyć w swoim potomstwie, to muszą przedewszystkiem baczną zwrócić uwagę na to, aby żony ich były zdrowemi kobietami, a nie damami o typie mózgowym.

Cóż zatem należy czynić? Najpierw poniechać tego wszystkiego, co kobiecie przynosi szkodę jako matce. A więc przedewszystkiem wychowanie dziewcząt. Myślano, że budując wyższe szkoły żeńskie, w których dziewczęta mają pobierać ogólne wykształcenie, zrobiono coś dobrego. (...) Zgroza ogarnia, gdy się słyszy, jak ładuje się do głów daty historyczne, nazwy geograficzne, chemiczne formułki itd., jak przez opracowania absurdalnych tematów ułatwia się rozwój kłamliwości i frazeologji. (...) Właściwie każda dziewczyna w 20, a najpóźniej w 25 roku życia powinna mieć w sposób godny własne dziecko."*

Leonid Afremov - Queen of fire


No tak... jestem wykształconą, trzydziestoczteroletnią bezdzietną damą o typie mózgowym. Najwyraźniej wrodzony i fizjologiczny niedorozwój umysłowy uniemożliwił mi dostrzeżenie, że stałam się bezwiednym twórcą puczu. Może i dobrze? Raczej nie powinnam pójść siedzieć. W końcu jestem tylko kobietą, a "prawo powinno mieć wzgląd na fizjologiczny niedorozwój umysłowy kobiety"**.



Wesołej celebracji naszego święta moje niemoralne i umysłowo niedorozwinięte panie! :-)






---
* Paul Julius Möbius, Katinka von Rosen, "O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety", ebooks43.pl, 2012, str. 23-25

** Tamże, str. 14

poniedziałek, 13 lutego 2017

Język serca

Słowa potrafią ranić dużo bardziej niż czyny. Słowa niewypowiedziane w odpowiednim momencie, potrafią zaboleć jeszcze mocniej. Słowa użyte w niewłaściwym znaczeniu również. Ale właśnie, słowa, czy znaczenie, które im nadaję - często własne i subiektywne? Słowa, czy moje projekcje, które na nie nakładam?

Przeczytałam gdzieś, że słowo mówione to jakieś 40% treści, którą tak naprawdę chcę komuś przekazać. A gdzie pozostałe 60%? A gdzie możliwości percepcyjne mojego rozmówcy, wybiórczość jego uwagi, koncentracja, samopoczucie, skojarzenia, filtrowanie informacji, automatyczne osądzanie, przygotowywanie odpowiedzi i inne bariery komunikacji interpersonalnej? Ile zatem z tej treści dotrze do drugiego człowieka? A skoro mowa stanowi 40% przekazu, to słowo pisane musi stanowić tych procent jeszcze mniej. Może 10-15%? Nie wiem, ale to nie ma większego znaczenia, gdyż chodzi mi teraz o to, że to mało. Bardzo mało. 
Kilkakrotnie spotkała mnie bardzo nieprzyjemna sytuacja, w której zostałam źle zrozumiana, bądź też ktoś zrozumiał moje słowa opacznie. Nastąpiła koszmarna draka zakończona kłótnią i wyrzutami, podczas gdy miejsce miało zwyczajne nieporozumienie, wzajemne niezrozumienie. 

Mała dygresja. Gdy słyszę "nieporozumienie", moje pierwsze skojarzenie to scena z filmu "Pitbull. Nowe porządki", którą to ze znajomymi nazywamy "Zbigniew vel Zbyszek". Scena, jak cały film zresztą, dość wulgarna, ale doskonale obrazująca, czym skończyć może się nieporozumienie słowne. W skrócie chodziło o to, iż pewien Zbyszek z Płońska poprosił mafiozę z Grupy Mokotowskiej (to chyba nazwa własna, stąd też wielka litera), czy mógłby się posłużyć tą nazwą w celu wyegzekwowania swojej wierzytelności. Zgodę otrzymał i przystąpił do realizacji. Tylko pech chciał, że niefortunnie się przedstawił - jako Zbigniew - a wiadomo przecież, że to zupełnie inny wyraz, zatem drogą dedukcji... również inna osoba. Delikatnie mówiąc... za owe nieporozumienie został spuszczony mu... no... ten... właśnie. 

Podstawą, fundamentem relacji międzyludzkiej jest porozumienie. I partnerstwo. Psychologowie na terapiach małżeńskich powtarzają w kółko (i z tym akurat się zgadzam), należy rozmawiać, rozmawiać i raz jeszcze rozmawiać. Ale jak, skoro czasami zachodzę w głowę, czy oby na pewno mówimy w tym samym narzeczu? Odpowiedź jest niezwykle prosta, choć... trudna do realizacji - należy rozmawiać językiem serca. Nie chodzi mi bynajmniej o pieszczotliwie dobierane słowa i zdrobnienia, a pewną postawę i wewnętrzne nastawienie. Jeśli tylko obie strony dążą do porozumienia i wiedzą czego chcą, musi się udać.  

Parę miesięcy temu brałam udział w spotkaniu pewnej grupy ludzi, którzy między innymi zebrali się po to, by wspólnie podjąć pewną decyzję. Dodam, iż zanim to nastąpiło, uczestniczyliśmy w kursie, który miał nam pokazać, jak to zrobić właściwie, jakie są zasady i czym każdy powinien się kierować (zdecydowanie nie własnym widzimisię i osobistymi ambicjami). A te były proste - zrobić to w duchu przyjaźni, współpracy, partnerstwa, współdziałania, porozumienia i wspólnego dobra. Tja...
Decyzja, którą mieliśmy podjąć, nie miała rangi postanowienia w kwestii życia i śmierci. Dotyczyła pewnej puli pieniędzy, którą mieliśmy przeznaczyć na jakiś cel. I cel ów był właśnie przedmiotem naszych rozważań. Niby nic wielkiego, ale wystarczyło kilka "silnych osobowości", by dialog zamienić w serię monologów, przerzucanie się argumentami i wypieki na policzkach. Nie doszło do rękoczynów, ale do gardeł prawie sobie skoczyliśmy. Atmosfera się zagotowała, zrobiło się bardzo późno, więc na skutek braku możliwości dojścia do porozumienia, decyzję postanowiliśmy odłożyć na dzień następny. Wychodziłam stamtąd pobudzona i wewnętrznie roztrzęsiona, rano zaś z niechęcią myślałam o ciągu dalszym. Na szczęście byli z nami ludzie, którzy zgłębili tajniki trudnej sztuki porozumiewania się... językiem serca. Wyciszeni, spokojni, serdeczni, pomocni, ale jednocześnie radośni i z ogromnym poczuciem humoru. Żywe i chodzące świadectwa pokoju i miłości. Dokładnie taką chciałabym być. W każdym razie, będąc świadkami wydarzeń poprzedniego wieczoru, zechcieli nam udzielić kilku wskazówek i pomóc. Wspólnie spisaliśmy zasady i... zaczęliśmy zupełnie inaczej. Z szacunkiem i w duchu przyjaźni. Doszliśmy do porozumienia we wszystkich kwestiach! Nie było niepotrzebnych emocji, przerzucania się argumentami, osobistych docinek. Był za to uśmiech i atmosfera dobrze wypełnianego zadania. Pamiętam, że wyjeżdżałam stamtąd oszołomiona nowym doświadczeniem. Ci sami ludzie, ta sama decyzja do podjęcia, ta sama pula pieniędzy, ten sam goniący nas czas, ale jednak wszystko zupełnie inne. Niesamowite...


***


Post scriptum... Tekst ten powstał, jak zwykle zresztą, na skutek moich osobistych przeżyć i przemyśleń. Dodam, że bieżących. Często tak właśnie się dzieje. I jak dziś szukałam odpowiedniej jego ilustracji, uzmysłowiłam sobie, że jutro Walentynki. Swoją drogą odrobinę dziwne, że w Polsce przyjęło się obchodzenie tegoż święta, skoro mamy swoje, rodzime - Noc Kupały - ale nic to, nie o tym chciałam. A o tym, że poruszonym właśnie tematem idealnie wpasowałam się w datę. Jakim językiem mówi miłość, jeśli nie właśnie językiem serca? I jak tu wierzyć w przypadki? :-)

Wesołego świętowania, Szanowny Czytelniku! 


środa, 8 lutego 2017

Varia: słowo

Miłość... Bóg... Partnerstwo... Prawda... Wiara... Wspólnota...

Słowo, to tylko słowo. Prawdziwie ważne jest znaczenie, które mu nadaję. A właściwie... wszystko to, co następuje po słowie... 

I tylko po owocach je naprawdę poznasz...

środa, 1 lutego 2017

Varia: intymność

Intymność kojarzy mi się przede wszystkim ze sferą seksualną. Jednak od jakiegoś czasu, intymny, bardzo osobisty jest dla mnie również bezpośredni kontakt z Bogiem. Może nauczyłam się go przeżywać na głębszym poziomie?

Czasami modlę się słowami: "Panie Boże, wskaż mi proszę drogę, którą dla mnie przygotowałeś", albo "Niech się dzieje wola Twoja, nie moja, Panie". Zazwyczaj w głowie mam wówczas jakąś myśl, zagwozdkę, problem z którym się zmagam, decyzję do podjęcia. Niekiedy łapię się na chwili zawahania - czy aby na pewno chcę o to właśnie prosić? Często nie mam odwagi zwrócić się o coś wprost, bo nauczyłam się już, że te prośby bywają spełniane... i dopiero wówczas jest dramat. Czuję się wtedy tak, jakbym wypuszczała z rąk kontrolę, bo przecież rezultat może mnie w ogóle nie satysfakcjonować, być nie po mojej myśli... I nie pociesza nawet, że to zapewne tylko chwilowe, bo perspektywicznie z reguły wychodzi na dobre... Przecież On wie, co robi... Tylko czasami to po prostu boli...

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Dobroczynność

Okres świąteczny sprzyja dobroczynności. Ludzie są bardziej skorzy do dzielenia się tym co mają. Kiedy słyszę "dobroczynność", myślę: filantropia, czyn charytatywny - niesienie pomocy potrzebującym. Jednak nad tą króciutką definicją warto się trochę zastanowić, bo może nastręczać pewnych trudności. Przede wszystkim dlatego, że pomoc niesie się komuś, aby mu coś ułatwić, poratować w jakiejś sytuacji, wesprzeć kiedy sobie z czymś nie radzi. A potrzebujący to taki, który tej pomocy potrzebuje, wymaga. Co, jeśli nie ma potrzebującego, albo on wcale o pomoc nie prosi? Czy wówczas można w ogóle mówić o dobroczynności? Od razu skojarzył mi się tekst, który przeczytałam dawno temu. Na temat dzielenia się. Żeby komuś coś dać, ten ktoś musi wpierw o to poprosić, albo tego chcieć. W przeciwnym wypadku... co to za dzielenie się? To wpychanie na siłę... 


Trochę ponad rok temu usłyszałam hasło: jeśli jest ci źle w twoim życiu, idź i komuś pomóż. Jak usłyszałam, tak zrobiłam. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, więc zorganizowałam zbiórkę prezentów dla dzieciaczków z domu dziecka. One napisały listy do Św. Mikołaja, a ten stanął na wysokości zadania - jak to Św. Mikołaj ma w zwyczaju. Zadbałam o to, by nie oczekiwać w zamian peanów i podziękowań,  by było to w miarę anonimowe, by się z tym nie obnosić, by nie zbierać laurów. Nawet odmówiłam kartki z podziękowaniami domu dziecka, choć za moment zmieniłam zdanie - przecież fakt, że ja ich nie potrzebowałam nie oznaczał, iż "moi" darczyńcy mieli podobnie. I jeśli piszę to dziś, to tylko i wyłącznie dlatego, żeby coś unaocznić na przykładzie. Zatem, w tym roku postanowiłam akcję ponowić. Napisałam e-maila z prośbą o przesłanie listy paczek, które dzieci sobie wymarzyły i otrzymałam odpowiedź... odmowną. Prezenty imienne dla każdego dziecka zostały zarezerwowane już wcześniej przez jakąś firmę. Przez ułamek sekundy byłam rozczarowana. Tak! Rozczarowana! Że... jak to?! Nie będę w tym roku robić specjalnej listy, angażować przyjaciół i znajomych, objeżdżać ich wszystkich, by dary zebrać, a przy okazji życzyć sobie wzajemnie wspaniałych Świąt, żeby na końcu włożyć kawałek siebie w każdy pięknie zapakowany prezent? Jakim prawem ktoś (jakaś firma!) mi to odbiera?! Na szczęście za chwilę oprzytomniałam i uzmysłowiłam sobie, o co tu tak naprawdę chodzi. I dla kogo to ma być. Przecież nie dla mnie! Tylko dla tych biednych, poranionych dzieciaków, którym choć w ten sposób można odrobinę osłodzić ów trudny czas. A one przecież dostały wymarzone prezenty.


Warto pamiętać, by w pomaganiu dla kogoś było jednak odrobinę więcej, niż dla mnie. Bo tak naprawdę, komu ta "dobroczynność" ma zrobić dobrze? Odpowiedź na to pytanie nie jest już taka oczywista... Choć z drugiej strony... może to i tak lepsze niż nic?

niedziela, 8 stycznia 2017

Noworoczny post

Na wstępie może się wytłumaczę z tytułu. Tak, ów post miał być noworoczny. Zresztą tego też dnia zaczęłam go pisać. A później poprawiać i poprawiać i poprawiać. I ciągle nie byłam zadowolona z efektów. A wszystko dlatego, że to pierwszy post w tym roku. PIERWSZY! Co ja mam z tym "pierwszy" i "ostatni"?! Pierwszy i ostatni powinien być absolutnie wyjątkowy i zapamiętany! Tak jakby wszystkie pomiędzy mogły być byle jakie...

Nie wiem w końcu jak mi wyszedł, ale... Szanowny Czytelniku, nawet jeśli w Twojej opinii słabo, to nie było to wyrazem braku szacunku z mojej strony. Po prostu czasami sypię słowami, akapitami, stronami jak z rękawa, a czasami ledwie dwa zdania jestem w stanie rzeczowo sklecić. Postanowiłam jednak dziś wyzbyć się perfekcjonizmu i go opublikować w takiej... trochę poszarpanej formie. Przecież sufit mi się z tego tytułu na głowę nie zwali, prawda? No chyba żeby jednak...

***

Leonid Afremove - Trolley of The New Year
Dzięki Bogu już koniec tego całego świętowania. I żeby nie było nieporozumień, ja uwielbiam Święta Bożego Narodzenia, wspólną Wigilię, prezenty i cały ten zgiełk dookoła, ale... tegoroczny mnie po prostu wykończył. A przecież nie mogę tego jeszcze złożyć na karb wieku. Chyba... W każdym razie w galeriach handlowych i serfując w sieci w poszukiwaniu prezentów spędziłam pół grudnia. Kolejne pół na zakupach żywnościowych i szeroko rozumianych przygotowaniach przedświątecznych - sprzątanie, mycie okien, odkurzanie, porządki w szafach, gotowanie. Tak, by wszystko zostało wyglancowane na przyjazd gości. Jak pierwsze z tych 27 osób zaczęły się zjeżdżać, ja byłam jeszcze w t-shircie i dresowych spodniach, z napuszonymi od gotowania/smażenia włosami i podrapanymi paznokciami. Znowu okazało się, że telewizja kłamie. Bo jak niby miałam wyglądać, jak te wszystkie kobiety z reklam biżuterii, w wieczorowym makijażu, z pięknym manicure, rozświetloną cerą i czerwonymi ustami stojące w blasku świątecznego drzewka przy suto zastawionym, pięknie przybranym stole? Przecież większość potraw należy podać na ciepło! Ale... to głupstwo - święta, święta i po świętach, jak to Polacy mawiają. Na cztery dni do pracy i Sylwester, Nowy Rok, później znowu i Trzech Króli. Teraz do marca mamy już spokój, i całe szczęście, bo ja się nie wyrobię z pracą i różnymi terminami! PKB niziutki, a Polacy świętują. A jak! Bo kto biednemu zabroni bogato żyć?

***

Okres świąteczny i zbliżający się koniec roku skłania mnie zazwyczaj do refleksji. Refleksji nad tym, co się zdarzyło, w jakim punkcie życia się znajduję, czy jestem z siebie zadowolona, czy to co robię ma głębszy sens, czy nie marnuję czasu, czy udało mi się zrealizować jakieś plany, bądź choć zrobić jeden ku nim krok? Taki... swojego rodzaju osobisty rachunek zysków i strat za cały rok (na szczęście zawodowo mam jeszcze parę miesięcy!). Odpowiadając sobie w myślach na te pytania, przypomniał mi się pomysł, na który wespół z koleżanką wpadłyśmy półtora roku temu. Każda z nas miała napisać, jak i gdzie widzi się za 6 lat, po czym listę dokładnie schować i otworzyć w stosownym czasie, by porównać marzenia z rzeczywistością. Wiedziałam, że jak napiszę to na zwykłej kartce, nie ma fizycznej możliwości, bym ją odnalazła w odpowiednim momencie. Nie należę do "zbieraczy". Raczej wyrzucam zbędne, a czasami również... niezbędne rzeczy. (Kiedyś w ferworze świątecznych porządków zutylizowałam książeczkę RUM męża.) W każdym razie wymyśliłam, że napiszę do siebie samej e-mail z tą "wizją". To miało mnie uchronić przez zgubą. Dziś prawie nie pamiętam, co tam napisałam, ale w skrzynce poczty elektronicznej udało mi się odszukać ten list. Korciło mnie strasznie, by doń zajrzeć, przeczytać, sprawdzić, czy coś się już spełniło, czy nadal mam takie marzenia, ale... się powstrzymałam. Tytuł wiadomości napisanej do mnie samej brzmiał wyraźnie: Jak i gdzie widzę się za 6 lat - OTWORZYĆ W ROKU 2020! A że zawsze staram się szanować zdanie i wolę innych, dlatego tym razem uszanowałam i własną.

Piszę o tym dlatego, że powyższy pomysł odosobniony jest od wszystkich innych, bo ja nie robię listy postanowień noworocznych, nie stawiam sobie jakichś sprecyzowanych celów, nie mam spisu rzeczy do wykonania, marzeń do zrealizowania, a co za tym idzie, z końcem roku nie odhaczam, co się udało, a co nie. Wszak skoro nie mam stanu początkowego, to i jak zweryfikować końcowy? Jasne, w ciągu roku i na bieżąco wyznaczam sobie jakieś długo- i krótkoterminowe cele, planuję działania, ale nie wiążę tego z pierwszym stycznia Cóż jednak począć? Wszyscy robią jakieś tam podsumowania, to może i ja zrobię?

Najlepszym na to momentem wydawałby się dzień poprzedzający wigilię Nowego Roku, ale... ostatnia doba przed Sylwestrem była dla mnie koszmarem. Nawet gdybym była w stanie coś wówczas pisać - a potencjalnie problematyczne jest wystukiwanie tekstu na klawiaturze laptopa z pękającą na milion kawałków głową zwieszoną nad sedesem - to podsumowanie wyszłoby mi z pewnością na minusie. Jeszcze mam tak (niestety!), że mój stan psychiczno-emocjonalno-fizyczny przekłada się wprost na myśli, a te na słowa. Dziś, na szczęście, jestem już w stanie trzeźwo spojrzeć wstecz i dostrzec, że rok 2016 był dla mnie bardzo dobry, łaskawy, pełen emocji (zarówno pozytywnych i negatywnych), nowych doświadczeń, wspaniałych ludzi, dobrych pomysłów, przekroczonych granic, był rokiem lepszego poznawania siebie. Były chwile bardzo, bardzo trudne, były przeszczęśliwe i jeśli cokolwiek wiem na pewno to to, że... jakkolwiek źle by nie było w moim życiu, to zawsze kiedyś wschodzi słońce; jakkolwiek bym nie cierpiała, za każdym razem wychodzi mi to na dobre. Upadać można wiele razy, ważne tylko, by wstać, otrzepać się, i z każdego takiego doświadczenia wyciągać stosowne wnioski.


***

Czas... Jego upływ jest... ambiwalentny. Z jednej strony dobrze, że pędzi, bo leczy rany, ale z drugiej... z każdą chwilą mamy go tutaj coraz mniej. I nie wiem tylko, co lepsze...






czwartek, 22 grudnia 2016

niedziela, 11 grudnia 2016

Varia: uczciwość

"William Penn, angielski kwakier, założyciel Pensylwanii, nazwanej tak od jego nazwiska, syn uszlachconego oficera marynarki, zwrócił się do duchowego przywódcy pierwszych kwakrów, George'a Foxa (podobno, bo może chodziło po prostu o któregoś ze starszych), z pytaniem, czy może nosić swój ceremonialny miecz, będący oznaką jego pozycji – szlachectwo Penna było stosunkowo świeże, więc szczególnie mu na tym zależało. Jednak kwakrzy są przeciwni walce i przemocy, i stąd jego wątpliwości. Zapytał więc Foxa: czy jako kwakier mogę nosić swój miecz? Usłyszał wtedy odpowiedź: noś go tak długo, jak będziesz mógł…

Była to odpowiedź genialna! Fox dobrze wiedział, że nakazy i zakazy rodzą sprzeciw, opór, niezadowolenie, frustrację – a po co? Czy nie lepiej, by postępujący proces rozwoju duchowego rozwiązał problem w sposób naturalny i skuteczny, jednak bez wywierania presji, zmuszania, wymagań?"*

***

Przechodząc się alejką jednego z centrów handlowych w wystawie sklepowej zauważyłam piękne ponczo. Czarne, puchate, wyjątkowo eleganckie i w "moim stylu". Weszłam do butiku i przymierzyłam. Cudowne! Po prostu śliczne, cieplutkie i w dodatku w przystępnej cenie, jak na taką ekskluzywną rzecz. Oczy mi się zaświeciły i w tym momencie sprzedawczyni powiedziała: "Leży na pani, jak ulał i do tego to naturalne królicze futerko!". No tak... naturalne i królicze... Nie kupiłam...



---
* http://meszuge.blogspot.com/2012/11/programowe-watpliwosci.html

wtorek, 22 listopada 2016

Varia: słońce

Pochmurne, posępne, ponure listopadowe południe. Takie z serii tych, co nic się nie chce i ma się wrażenie, że pochłania, zasysa w całości. Wsiadam do samolotu. Rejs króciutki, więc umoszczam się komfortowo (o ile to w ogóle możliwe w kupie żelastwa, które z założenia nie powinno latać). Pilot startuje i po kilku minutach znajdujemy się ponad poziomem chmur. A tam... piękne, okrąglutkie, kłujące w oczy, uśmiechające się, żółciutkie słoneczno i błękit nieba. Aż mi dech zaparło w piersi, nos samoistnie przywarł do okna, a na twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha. Okazuje się, że ono zawsze świeci. Nawet gdy wszystkie znaki na Niebie i Ziemi mówią, że zaszło dla nas dawno temu i już na zawsze. Po prostu czasami owe światełko znajduje się poza zasięgiem naszego wzroku. Tuż za kolejnym zakrętem. Tuż za linią chmur. To, że czegoś nie widzę, to że nie dostrzegam, nie oznacza, iż tego nie ma...

piątek, 4 listopada 2016

Harmonia ciała, duszy i umysłu

Kilka lat temu, gdy trafiłam na pierwszą w moim życiu psychoterpię behawioralno - poznawczą nerwicy, od mojej psycholog dowiedziałam się, że zdrowie psychiczne przekłada się wprost na zdrowie fizyczne człowieka. Przyznam, było to dla mnie herezją i abstrakcją, jakąś bzdurą totalną, i to pomimo, że swoje twierdzenia poparła jakąś literaturą naukową, którą poleciła mi przeczytać. Oburzyłam się! Że jak to?! Przecież muszą zaistnieć jakieś realne okoliczności, bym zachorowała, a nie jakieś wyimaginowane, umysłowe widzimisię.  Że owszem, może... może... w przypadku nowotworów, ale przeziębienia na przykład?! Niedorzeczność! Moja reakcja była wyrazem lęku, że to ja odpowiedzialna jestem za swój stan, za to jak się czuję, a tego udźwignąć nie potrafiłam. Ale to odkryłam już dużo później. Był to jednak również... książkowy wręcz przykład ignorancji i przeświadczenia o własnej nieomylności. Coś jak... "Moja jest tylko racja. I to święta racja. Bo  nawet, jak jest twoja, to moja jest mojsza, niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racja najmojsza.", powtarzając za Dniem Świra Marka Koterskiego. Tak. Taka byłam.
 
Leonid Afremov - Harmony
Trochę wody musiało upłynąć, wiele cierpień na własnej skórze zmuszna byłam doświadczyć (nieprzyjemne, acz pożyteczne to doznania), żeby zrozumieć i pokornie przyjąć do wiadomości, że w moim życiu niezwykle ważna jest jednak harmonia ciała, duszy i umysłu, czyli zgodność tego, co myślę, z tym co czuję i co robię. Okazało się bowiem, iż niekompatybilność któregokolwiek z tych czynników powoduje... zachwianie mojej równowagi emocjonalno - uczuciowej, a ta właściwie automatycznie przekłada się na niedyspozycję ciała. Słowem... mój organizm, moje ciało bardzo szybko manifestuje, iż źle się dzieje w naszym państwie. I ja nawet nie muszę być tego świadoma! Wręcz przeciwnie. Po własnych reakcjach dopiero poznaję, czy jakiś wybór był dobry, czy nie i to nawet w przypadku, gdy został dobrze przemyślany i rozważony. Czy mi służy i jest wewnętrznie zgodny ze mną, czy też... wręcz przeciwnie. Koleżanka mawia, iż dobrym pomysłem jest poczuć, jak się mam z konkretnymi decyzjami. Nie, jak myślę, że się mam, nie jak chciałabym się mieć, tylko jak się mam. Poczuć konkretne wybory "w brzuchu". Muszę przyznać, iż może mieć trochę racji, a przynajmniej dla mnie jest to dobre rozwiązanie, bo się sprawdza.
 
Właśnie dlatego tak istotne jest nie znieczulać się na te doznania. Nie łykać leków przeciwbólowych (jeśli nie jest to absolutnie konieczne oczywiście), czy uspokajających, nie regulować uczuć w inny, destrukcyjny i nałogowy sposób (na przykład alkoholem, objadaniem się, kompulsywnymi zakupami...). Właśnie dlatego, że pozbawiając się tych nieprzyjemnych doznań i uczuć, pozbawiamy się niejako możliwości odkrycia, co jest nie tak, co nam się nie zgadza w życiu. A tym samym zabieramy sobie możliwość korzystnych i pozytywnych, choć czasem bolesnych, zmian. To jak zwykle bywa jest kwestia wyboru - długofalowe efekty, czy krótkotrwałe zyski?

Mam olbrzymią awersję do zmuszania się do czegokolwiek, taką... swoistą alergię na "muszę". Jeśli tylko chcę, mogę bardzo wiele. Pomijając niektóre rzeczy - mogę wszystko. Natomiast kiedy muszę... staję okoniem nawet wobec samej siebie i... klops. Czasami jednak próbuję się przechytrzyć. Czasami świadomie - jak wiem, że coś powinnam, że dyscyplina jest ważna w życiu, że lenistwo to wada, którą należy przezwyciężać. I to jest dobry pomysł. Odpowiednia motywacja i nastawienie się do jakichś słusznych postaw i zachowań popłaca. Czasami jednak - co gorsza - robię to nieświadomie. A wówczas próbuję sobie wmówić, że coś tam jest dobrym rozwiązaniem. Przedstawiam sobie samej agrumenty "za" i ochoczo przystępuję do realizacji. Okazuje się, że ja wspaniale potrafię siebie wpuścić w maliny i skutecznie przekonać, że jest, jak chciałabym by było. A dopiero, gdy doświadczam, wychodzi prawda. Ciała nie potrafię oszukać. I bardzo dobrze! Obiecałam sobie kiedyś już nigdy więcej się nie oszukiwać, nie zakłamywać rzeczywistości. Robiłam tak dość długo i już wystarczy. Obiecałam sobie, że nawet jeśli bardzo nie będzie mi się podobało, co odkryłam o sobie, czego się dowiedziałam, co do mnie dotarło - przyjmę to do wiadomości i, w zależności od okoliczności i możliwości, albo to zmienię, albo pogodzę się z tym. Ale zanim, to wpierw poważnie i gruntownie rozważę - czy ja tak myślę, czuję, czy chciałabym by tak było. Okazuje się bowiem, że to nie zawsze jest jedno i to samo...


środa, 2 listopada 2016

Varia: piękno

Ciotka mawiała - Chcesz pięknie wyglądać? Musisz pocierpieć. - I wykrakała! Rzucila klątwę na kilkanaście lat. Cierpiałam... Ale teraz jestem rzeczywiście piękna. Wewnątrz, a przez to i na zewnątrz. Pewnie pocierpię jeszcze trochę. Oby mniej, niż więcej, ale... skoro efekty są zadowalające, to może... czasami warto? Chciałabym o tym pamiętać tego konkretnego dnia, jak znowu będzie źle. Bo będzie. Jak w życiu. Że warto.

piątek, 28 października 2016

Nie lubię etykietek

Kim jestem? Co mnie określa? Co mnie definiuje? Gdybym miała wybrać jedno słowo świadczące o tym, kim naprawdę jestem, jak by brzmiało?
 
 Bhardwaj Harinansha - Who am I
Kobieta? Człowiek? Polka? Chrześcijanka? Siostra? Finansistka? Przedsiębiorca? Magister? Żona mojego męża? Kochanka? Europejka? Księgowa? Podróżniczka? Kura domowa? Blogerka? Rozwódka? Przyjaciółka? Córka? Karierowiczka? Matka Polka? Wnuczka? Mogę tak wymieniać i wymieniać... ale, czy którekolwiek z tych określeń definiuje mnie w całości? Czy któreś jest pełne i prawdziwe? Każde z nich wywołuje jakieś automatyczne skojarzenia. I - co uważam za ważne - nie dla wszystkich  jednakowe. Ktoś na skutek swoich wyobrażeń, standardów, systemu wartości, doświadczenia i wychowania uzna część za niemoralne, ktoś odwrotnie, ktoś wyobrazi sobie coś, czego nie ma, a w czyichś oczach zdobędę uznanie. Ale, czy któryś z nich będzie miał rację?

Dlatego właśnie nie lubię etykietek (nie mylić z etykietą, bo ta w mojej opinii jest istotną kwestią w życiu kulturalnego człowieka). Nie lubię szufladkowania ludzi, wyrabiania sobie opinii o nich zanim jeszcze będzie szansa naprawdę ich poznać. Sama staram się tego nie robić, choć bywa to nie lada wyzwaniem. Ale to też wynika z jakichś tam moich doświadczeń.

Nie chcę teraz wyjść na ndętego bufona, a tylko unaocznić pewną kwestię, więc podam konkretny przykład. I jak to w moim blogu bywa - napiszę o sobie. Bez specjalnego krygowania się, jestem bardzo atrakcyjną, młodą (umiarkowanie) kobietą. Dodatkowo (podobno) wyglądam młodziej, niż rzeczywiście jest. Zawodowo mam dość odpowiedzialne stanowisko. Praktycznie każdorazowo, gdy stykam się na tej płaszczyźnie z nowymi ludźmi, mój profesjonalizm, wiedzę, umiejętności, czy doświadczenie muszę wykazać, w pewnym sensie udowodnić, by stać się równym i poważnym partnerem w rozmowie. I nie ma tu znaczenia, czy "po drugiej stronie" jest mężczyzna, czy kobieta. W związku z tym bywam początkowo odbierana, jako zimna, wyzuta z uczuć i emocji, wyrachowana i nadęta oraz używająca specyficznej nomenklatury persona, którą tak naprawdę nie jestem. Dopiero z czasem mogę pokazać prawdziwe "ja". Czy nie byłoby łatwiej, gdyby nie przyczepiano mi etykietki ślicznej laluni, która dochrapała się stanowiska łóżkiem, albo ładnym uśmiechem? A jeśli nie latwiej, to z pewnością przyjemniej... dla obu stron.  

Ludzie bardzo często postrzegają innych poprzez pryzmat nadanych im etykietek Nie próbują nawet dociec z kim mają do czynienia. "Na ławce w parkowej alei siedzi czterech meżczyzn. Jeden z nich wierzy, że Biblia jest słowem Boga, drugi, że jest słowem o Bogu, trzeci jest alkoholikiem, czwarty natomista księgarzem. Co różni tych ludzi? W jaki sposób chcesz to rozpoznać? Wskażę palcem pijaka, pracownika księgarni, katolika i kwakra, a natychmiast zaczniesz szukać w ich wyglądzie, ubiorze, sposobie bycia potwierdzenia tych informacji, tworząc w ten sposób kompletny i wystarczający zestaw potwierdzeń, jak gdyby emocjonalno - umysłową formę rzeczywistości. Tak, umysłowo - emocjonalną, bo przecież wszystko to dzieje się wyłącznie w głowie."*
 
A Ty - co myslisz słysząc alkoholik? A hydraulik? Rastafarianin? Nauczyciel akademicki? Kwakier? Pisarz? Urzędnik? Rolnik? Muzułmanin? Polak? Murzyn? Homoseksualista? Czy już na starcie nie skreślasz któregoś z nich?

Ludzie są zbyt skomplikowani, by mieli proste etykietki.
 

Kim jestem? A kim jesteś... Ty? Już wiesz?

 
  
---
* Meszuge, "Przebudzenie. Droga do świadomego życia", Wyd. IPS, 2014, str. 19-20

niedziela, 9 października 2016

Czy wszyscy ludzie widzą to samo i tak samo?

 
 
"Często pro­wadzę z sobą długie roz­mo­wy i jes­tem przy tym tak mądry, że cza­sami nie ro­zumiem ani jed­ne­go słowa z te­go, co mówię." - [Oscar Wilde]
 
Jak daleko sięgam pamięcią, ja również prowadziłam wewnętrzne rozmowy z samą sobą. Po prostu od zawsze dużo myślałam. Mam tak nadal i... czasami sobie myślę (tak! znowu myślę; o myśleniu zresztą...), że może nawet za bardzo? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, po prostu nie wiem i pewnie już się nie przekonam, gdyż to nie znajduje się w obszarze moich wyborów. Ten typ tak ma i już. W każdym razie moje monologi, dialogi, rozważania, przemyślenia, marzenia i inne, dotyczą tematów zarówno przeszłych (doświadczenia, wspomnienia, refleksje), bieżących (życie doczesne - "tu i teraz"), jak i przyszłych (obawy, marzenia, plany). Dotyczą rzeczy realnych, ale również oderwanych od rzeczywistości, wyimaginowanych. Dotykają sfery wartości materialnych, ale również duchowych, etycznych, egzystencjonalnych... słowem - różnych.

Już jako mała dziewczynka, gdy wychodziłam na spacer z psem (na świeżym powietrzu myśli mi się najlepiej), upewniwszy się, że nikt mnie nie słyszy (wariatki z siebie nie chciałam robić), zaczynałam do siebie mówić. Czasami w duchu, a czasami... na głos. Niekiedy po angielsku. Tak... jestem dziwna.

Pewnego razu przyszła mi do głowy taka oto myśl: czy wszyscy ludzie widzą to samo i tak samo? Mogłam mieć wtedy z 10 lat. Mój wywód logiczny brzmiał mniej więcej następująco: wszystko, co w naszym  życiu wiemy, bierze się od innych ludzi. Ktoś mi kiedyś coś pokazał, przeczytał, powiedział, czegoś mnie nauczył. Na tej podstawie powstał bagaż moich doświadczen. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie konkluzja, którą wysnułam. Wymyśliłam, że skoro moja mama ma niebieskie oczy, a ja zielone, to może wtedy, kiedy mówiła mi, że niebo jest niebieskie, a trawa zielona, to nie znaczyło wcale, że one takie są! Bo ją ktoś kiedyś też nauczył kolorów. I moją babcię. I prababcię. I jej babcię... Może niebo jest tak naprawdę zielone, a trawa niebieska, tylko różne tęczówki przesądziły o różnym odbieraniu kolorów? Hm... OK., przyznaję, było to... delikatnie ujmując, infantylne, ale po pierwsze wówczas nie wiedziałam, że "kolorowa" część oka odpowiada za ilość światła wpadającego do oka, a nie jego kolor, a po drugie na taki wiek, to i tak całkiem nieźle wykombinowane. Pamiętam, że próbowałam o tym z rodzicami i siostrą rozmawiać, ale oni zupełnie nie podzielali mojego zapału w związku z nowym, rzekłabym nawet - na miarę rewolucji światowej odkryciem. Nie rozumieli, o co mi w ogóle chodzi i czemu zajmują mnie takie głupoty?! Zresztą... już później zdarzało mi się słyszeć, że za dużo myślę, albo czytam, że powinnam zejść na ziemię i prozą życia się zająć, a nie jakimiś rozmyśleniami i dyrdymałami. Na szczęście dużo, dużo później trafiłam na taki oto cytat z "Drogi rzadziej wędrowanej" Morgana Scotta Pecka: "Nieraz słyszałem, jak rodzice z powagą mówią swoim dorastającym dzieciom: „Za dużo myślisz”. Nie ma nic bardziej niedorzecznego, ponieważ jesteśmy ludźmi głównie dzięki płatom czołowym, zdolności do myślenia i analizowania samych siebie." i zrozumiałam, że nie jestem nienormalna, choć niestety, specjalnie wyjątkowa również nie. Ludzie tak po prostu mają.

Pytanie: czy wszyscy ludzie widzą to samo i tak samo? powróciło do mnie po ponad 20. latach, ale tym razem nabrało zupełnie innego wymiaru i sensu. Tym razem nie rozważałam związku koloru tęczówki z rozpoznawaniem barw, tylko w ogóle - odbieraniem wydarzeń, postaw, słów, zachowań innych ludzi - rzeczywistości. Nie dość, że każdy człowiek jest inny, to dodatkowo jest jeszcze egocentrykiem. To co go otacza, postrzega głównie poprzez pryzmat własnych przeżyć, doświadczeń, przekonań, myśli, wyobrażeń, fantazji, lęków, obaw, nadziei, oczekiwań, marzeń..., że o indywidualnych cechach charakteru nawet nie wspomnę. Ja sama widzę dziś inaczej to, co jeszcze dwa - trzy lata temu. A co dopiero odrębna ode mnie jednostka? Z bagażem swoim przeżyć, doświadczeń, zasad, nawyków? Jak zatem mamy widzieć to samo i tak samo? Jak dojść do porozumienia?

Gdy dochodzi do nas jakaś informacja, jakiś sygnał płynący z zewnątrz, głównym filtrem przez który go przepuszczamy jest powtarzalność. Zdecydowanie bardziej dociera do nas to, co mamy już w sobie. Treści i słowa już kiedyś załyszane są jakby "wyraźniejsze", przykuwają naszą uwagę. Dodatkowe znaczenie mają nasze ówczesne uczucia, emocje, nastawienie, sympatie, antypatie. To, kto do nas mówi. Osobiście mam tak, że jeśli ktoś zdobędzie uznanie w moich oczach, jest dla mnie autorytetem, ufam mu, szanuję i deceniam, obojętnie co będzie mówił, przyjmę to (raczej!) jako pewnik. Najwyżej o wątpliwości dopytam lub poproszę o doprecyzowanie czegoś tam. Natomiast z komunikatami ludzi, do których czuję awersję, bądź zwyczajny dystans, postąpię zdecydowanie inaczej. Albo dokładnie je rozważę, albo wcale nie wezmę pod uwagę. A im bardziej ktoś bedzie próbował mi cos imputować i do czegoś przymuszać, tym bardziej ja będę stawać okoniem. I to pomimo wiedzy, że przecież... ważniejsze jest posłanie, niż posłaniec...

Co jest prawdą? Fakt, że kogoś nie lubię, w czego efekcie denerwują mnie w nim drobnostki, czy może te drobnostki sprawiaja, że go nie lubię? Czy nie jest tak, że dziwactwa przyjaciela są urocze, wywołują w nas uśmiech, zaś osobliwe zachowania dalekiego znajomego powodują zniesmaczenie, bądź zniecierpliwienie? Od dawna wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu obserwacyjnego. Inna jest relacja świadka wypadku, inna sprawcy, poszkodowanego, policjanta... Więcej zrozumienia wykażę dla sytuacji, gdy Kali kraść krowę, niż gdyby ukraść ją Kalemu...

Stąd pewnie wiele nieporozumień, niedomówień, problemów z komunikacją międzyludzką. Bo my nie widzimy tego samego i w dokładnie ten sam sposób. Szczególnie na poziomie kobieta - meżczyzna. Nie dość, że mamy odmienny bagaż doświadczeń, to dodatkowo zupełnie inaczej odbieramy rzeczywistość. Widziałam ostatnio świetny obrazek z podpisem: "Faceci zakochują się w tym, co widzą, kobiety w tym, co słyszą. Dlatego one się malują, a oni kłamią". Nie wiem, czy to się odnosi do wszystkich, ale sporo racji w tym jest. Czy nie zdarza się tak, że wymuszam pewne, korzystne dla mnie odpowiedzi i deklaracje? A z drugiej strony, czy nie manipuluję, by dostać to, czego chcę?

Jan Stępień napisał, że zbyt często mylimy prawdę z racją. Zgadzam sie z tym w całej rozciągłości, bo tak naprawdę, czy ludzie chcą prawdy? Czy może potwierdzenia tego, co już wiedzą, co jest im znane i bezpiecze? "Każdy z nas jest święcie przekonany, że niczego tak bardzo nie łaknie, jak prawdy. I nie ma w tym nic dziwnego. Jest rzeczą naturalną, że człowiek, istota inteligentna, łaknie prawdy. W rzeczywistości nie tyle o prawdę chodzi nam w naszych pragnieniach, ile o posiadanie racji."*
 
 
A teraz mały test. Co widzisz na poniższym zdjęciu?
 
 
 Kameleona, czy może... znakomity bodypaining? A jaki masz kolor oczu? ;-)



---
* Thomas Merton, "Domysły współwinnego widza", przeł. Zygmunt Ławrynowicz, Biblioteka "Więzi", 1972, s. 78.

wtorek, 6 września 2016

Misterium miłości - epilog

Czym jest miłość? Jakie cechy przejawia? Co jest dla niej charakterystyczne?

Przymierzając się do próby jej zdefiniowania myślałam, że dojdę do jakichś wniosków. Może nie absolutnie poprawnych, jedynie słusznych i zawsze, w każdej sytuacji i dla każdego prawdziwych, ale że jakiś ogólny pogląd sobie wyrobię, że rozsypana w głowie układanka zacznie tworzyć składną całość. W końcu do tej pory tak było. Zawsze. Kołatały mi się po głowie myśli, których nie byłam w stanie poukładać logicznie. Jak tylko zaczynałam pisać, sytuacja się klarowała, elementy zaczynały do siebie pasować. Tym razem okazało się jednak, że podświadomie dobrałam odpowiedni temat postów, bo misterium to niezrozumiałe, tajemnicze zjawisko. I zdaje się, że to nie tylko moja opinia. Już Oscar Wilde pisał - "The mystery of love is greater than the mystery of death"*. I może tak to zostwię...


---
Tajemnica miłości jest większa niż tajemnica śmierci.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Misterium miłości - część druga

A może, żeby nazwać "coś" miłością musi... boleć? Stara prawda mówi, że jak facet nie bije, to znaczy że nie kocha. Przecież gdyby mu nie zależało, to byłby obojętny, prawda? Może należy ustawiać się w roli ofiary, pozwalać się ranić, krzywdzić, maltretować i  w ten sposób - uległością - zasłużyć na "miłość"?  A przy okazji, pod płaszczykiem odwzajemnianego uczucia ukrywać potrzebę moralnej wyższości nad oprawcą?
Tutaj skojarzył mi się syndrom sztokholmski, który czasami pojawia się w skrajnie traumatycznych, przedłużających się sytuacjach. Na przykad przy uprowadzeniach, przetrzymywaniach wbrew czyjejś woli, wykorzystywaniu seksualnym. Mechanizm ów wygąda mniej więcej następująco: sprawca przemocy grozi ofierze, że pozbawi ją życia, jest agresywny. Ofiara zaczyna zdawać sobie sprawę, że jej życie zależy tylko i wyłącznie od jego woli, nie widzi dla siebie ratunku, więc próbuje doszukać się sposobów, by go zadowolić, a tym samym uniknąć wybuchów agresji. Z czasem, każdy przejaw pozytywnych uczuć ze strony kata zaczyna odbierać, jako wybawienie, współczuje mu i usprawiedliwia jego zachowanie.
Bywa, że elementy syndromu sztokholmskiego występują w toksycznych związkach opartych na przemocy fizycznej i psychicznej, a ich przejawy nazywane są miłością, choć to kompletne pomieszanie pojęć. Jaki z tego wniosek?  Nie... chyba jednak w miłości nie o ból chodzi.

A może miłość to akt "poświęcenia", który przejawia się w wiecznym wyręczaniu, troszczeniu się, nieustannym myśleniu o bliskim, spełnianiu jego zachcianek i potrzeb zanim jeszcze zostaną wyartykuowane, odgrywaniu roli wybawiciela gotowego zawsze i w każdej sytuacji rzucić się z odsieczą? Ależ wymyśliłam! Tylko...  czy to nie jest raczej kreowanie własnego wizerunku dobrego człowieka, niż miłość? Czy nie wyręczając dorosłych ludzi w różnych obowiązkach nie robimy im większej krzywdy uniemożliwiając tym samym podjęcie trudu zadbania o siebie? Przecież miłość nie polega tylko i wylącznie na dawaniu. To również (a może przede wszystkim?) świadome odmawianie, konfrontacja, motywowanie, chwalenie, krytyka; to bardzo często podejmowanie trudnych i bolesnych decyzji. Szczególnie, gdy naprzeciw stoi małe dziecko z cielęcymi oczkami i prosi o kolejną zabawkę, czy hamburgera w barze szybkiej obsługi, albo takie już całkiem dorosłe, które nie potrafi się umościć we własnym życiu.  

A może miłość jest wtedy, gdy w jej imię podejmuję decyzje i wybory, które mi nie służą, na moją niekorzyść, kiedy coś poświęcam i kiedy dobro kogoś jest dla mnie większą wartością, niż moje własne, gdy pozwalam się krzywdzić? Nie... miłość nie wymaga poświęceń, co najwyżej kompromisów. Jeśli w związku wiecznie trzeba przedkładać jakieś własne dobro, by ten układ mógł trwać, to to nie jest miłość, a patologia, uzależnienie. "(...) powszechnym nieporozumieniem związanym z miłością jest mylenie jej z uzależnieniem. (...) Jeśli potrzebujesz innej osoby, by przeżyć, to znaczy, że na niej pasożytujesz. W waszych wzajemnych stosunkach nie ma miejsca na wybór, nie ma wolności. Są one kwestią konieczności, a nie miłości".* 
Był taki czas w moim życiu, gdy nie umiałam wyobrazić sobie jego ciagu dalszego bez ówczesnego męża. Gdy wracał do domu, najechętniej wklejałam się w niego i tak trwałam. Paraliżowała mnie sama myśl, że może go kiedyś nie być. Wydawało mi się, iż był mi niezbędny wręcz do egzystencji. To nie była (już?) miłość.
 
Wiem! Już wiem! Przecież miłość to uczucie, jakim darzymy swojego pupila!  Jak często zdarza się, że mówimy: "kocham" mojego psa, mojego kota, rybkę, szczura, żółwia, czy agamę? Wielokrotnie, prawda? I zazwyczaj mamy takie poczucie. Łatwo jest "kochać", gdy obiekt lokowania naszych uczuć zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami, jest posłuszny, całkowicie od nas zależny i wykonuje polecenia. Bardzo wdzięczny w tym zakresie jest pies. Można go przytulić i pogłaskać kiedy tylko ma się na to ochotę, zwierze nie obraża się (a przynajmniej nie na długo), za to zawsze cieszy, gdy wracamy do domu, jest wierne i pocieszne. To musi być miłość! Hm... chyba jednak znowu pudło. Przede wszystkim dlatego, że miłość to nie uczucie, a działanie.
 
Czym więc jest ta... tajemnicza miłość?
 
___
* Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 113

poniedziałek, 18 lipca 2016

Misterium miłości - część pierwsza

Była sobie kiedyś mała, śliczna dziewczynka. Marzyła o przyszłości, o wspaniałym, przystojnym mężu, o miłości prawdziwej i nieskończonej, o białej sukni z welonem, o małym domku z białym płotkiem, o ciążowym okrąglutkim brzuszku, o uśmiechniętym łobuzie biegającym za piłką i ślicznej córeczce z zaplecionym warkoczykiem, o życiu jak w bajce z "happy endem" i "żyli długo i szczęśliwie". 

Dziewczynkę uczono, iż miłość jest cierpliwa, łaskawa, miłość nie zazdrości, nie unosi się gniewem, że wszystko zniesie, wszystkiemu wierzy i wszystko przetrzyma. Że żaden człowiek nie jest idealny, ale dokonując wyboru drogi miłości, należy się go wiernie trzymać. 

Dziewczynka dorosła. Znalazła (jak sądziła) księcia z bajki i miłość bezkresną. Był piękny bal, zapierająca dech w piersiach suknia ślubna, uroczysta przysięga i słowa Brunona Schulza "Czy to  nie jest wielka rzecz - znaczyć dla kogoś wszystko?". Życie tych dwojga upływało sielsko, aż w końcu przestało wyglądać, jak w bajce. Kobieta pamiętała jednak o tym wszystkim, co niesie za sobą słowo "kocham", więc próbowała łatać to, co od jakiegoś już czasu się rozpadało. Jej "miłość" miała sprawić, że wszystko wróci do normy; przecież miała wszystko znieść i wszystko przetrzymać. Przecież podobno nic co prawdziwe, nie może być zagrożone. Nie potrafiła zrozumieć, jak to się dzieje, że pomimo tak silnego uczucia, jej "miłość" to jednak za mało... 

Z czasem okazało się, iż pomyliła miłość ze swoistą miksturą zakochania, poświęcenia, wyrzeczeń oraz uzależnienia od drugiego człowieka...
. . .
W języku polskim jest całkiem sporo epitetów (mniej bądź bardziej bzdurnych) niby określających "miłość". Ot, choćby: wzajemna, nieszczęśliwa, prawdziwa, wieczna, wakacyjna, pierwsza, ostatnia, romantyczna, ślepa, platoniczna, gorąca, rodzicielska, ponadczasowa, gotowa do poświęceń, szczęśliwa, do grobowej deski, itp. itd. Nie mniej jednak, nie ma jednorodnej, pełnej i wyczerpującej definicji miłości. W każdym razie ja takiej nie znam. Wiem natomiast, że wielu ludzi myli się wielce co do jej natury, miesza podstawowe pojęcia i zwyczajnie nadużywa słowa kocham. Pomyślałam więc, że warto usystematyzować pewne kwestie i, choćby na własny użytek, pokusić się o zdefiniowanie miłości. Wydaje mi się, że najłatwiej zrobić to metodą eliminacji, i bynajmniej nie chodzi mi tu o krzywą Gaussa, bo czas rozwiązywania macierzy już dawno za mną, ale ustalenie, czym ona z pewnością nie jest.

Leonid Afremov - Love
Najbardziej powszechnym błędem jest mylenie miłości z zakochaniem. Są przynajmniej trzy kwestie, które charakteryzują to uczucie, jednocześnie odróżniając je od miłości. Po pierwsze ma ono wyraźny aspekt seksualny. Przeciętny, zdrowy psychicznie człowiek nie zakochuje się przecież w rodzeństwie, dzieciach, czy rodzicach i to pomimo miłości, którą czasami ich darzy, tylko raczej w kimś, kto jest dla niego atrakcyjny, kto go pociąga i działa na jego zmysły.
Po drugie, jest ono ograniczone w czasie, zawsze kiedyś się kończy. Z prostego powodu - buzowanie chemii nie może trwać wiecznie; wykończylibyśmy się narkotyzując permanentnie hormonami szczęścia. Ileż można nie jeść, nie spać, koncentrować 100% własnej uwagi na jednej tylko osobie? Owszem, zakochanie bywa początkiem głębokiego i dojrzałego uczucia, ale żeby tak się stało, trzeba włożyć w to sporo wysiłku, zaangażowania i pracy. 
Po trzecie, nie zakochujemy się mocą własnej decyzji, aktem woli, czy świadomym pragnieniem. Nie mamy większego wpływu na to, że owo uczucie się pojawi i czasami może się zdarzyć, że obiekt naszych westchnień będzie osobą zupełnie ku temu nieodpowiednią. Czyż ulokowania uczuć w ten właśnie sposób nie nazywamy często (i błędnie) nieszczęśliwą miłością? Oczywiście, fakt że nie można kontrolować strzały Kupidyna, nie oznacza, iż jesteśmy skazani na łut szczęścia, fart, bądź niefart, figle Matki Natury, czy jeszcze coś innego. Bo oprócz serca, zostaliśmy wyposażeni również w zdrowy rozsądek (a przynajmniej niektórzy) i to od nas zależy, co z tym uczuciem zrobimy, jak zareagujemy, jakie kroki postawimy i jakie decyzje w związku z nim poweźmiemy. Czy znajomość będziemy kontynuować, czy też może nie? (OK., przyznaję, zdecydowanie jest to łatwiej napisać, niż zrobić.) W pewnym więc sensie, zakochanie może podlegać dyscyplinie, ale miłością nie jest.

A może rzecz w tym, żeby zakochać się w tej jednej,  jedynej, przeznaczonej właśnie dla mnie osobie? Żeby znaleźć połówkę jabłka, pomarańczy, czy innego owocu, która sprawi, że w końcu będę pełna, spełniona i szczęśliwa? Połówkę zapisaną dla mnie w gwiazdach, dopasowaną tak, że niczego więcej już mi nie będzie trzeba, że doskonałość i harmonia nas otaczająca stanie się remedium na wszystkie bolączki świata? Że zakochanie się w TEJ właśnie osobie sprawi, że rozpali się między nami żywa, gorąca, namiętna i "prawdziwa" miłość? Nie? Ups... OK., odrobinę kpię, ale pozwalam sobie na to tylko dlatego, że pewne rzeczy przeżyłam, pewnych doświadczyłam, wiosen na moim karku już też kilka, a infantylna wiara w mit romantycznej miłości doprowadziła mnie niejako do dużego cierpienia. Tak, dokładnie tak! Wymyśliłam sobie kiedyś, że pomimo przeciwności losu, pomimo niepokojących sygnałów płynących z zewnątrz, zagram na nosie całemu światu i sprawię (tak! ja, wszechmocna, sprawię!), że moja pierwsza miłość będzie tą ostatnią, że pomimo powszechnie panującej opinii, że zazwyczaj szkolne związki nie trwają długo, ja udowodnię wszystkim wokół, że mój jednak tak. Naiwność tego przekonania polegała na tym, że przecież nikogo to nie obchodziło! Niestety, albo właśnie stety, nie udało mi się podnieść rąk w geście triumfu niczym Tom Hanks w "Cast Away", gdy on to właśnie - niczym bóg - uczynił ogień...
Tysiące, jeśli nie miliony ludzi, traci masę czasu, zaangażowania i sił na próbę ziszczenia się mitu romantycznej miłości. I to wszystko w imię... No właśnie, czego?

A może, żeby nazwać coś miłością musi... boleć?

cdn...

piątek, 10 czerwca 2016

Enjoy life as it is

Niedawno miałam okazję brać udział w kilkudniowym spotkaniu grupy ludzi w różnym wieku, różnej płci i narodowości. Wspólnym mianownikiem była w nich serdeczność, troska o wspólne dobro, pogoda ducha i zainteresowanie drugim człowiekiem. Nic więc dziwnego, że wywiązały się między nami interesujące rozmowy, zawiązały nowe znajomości, a może nawet przyjaźnie? Kilka dni później dostałam od jednego z nich e-mail zakończony zdaniem: "Enjoy life as it is". Takie krótkie, a skłoniło mnie do pewnych refleksji. Między innymi próby odpowiedzi na pytanie: jakie jest życie człowieka? 

Życie bywa piękne, to prawda, ale to nie oznacza, iż przebiega, jak w bajce, że po jakichś tam niesprzyjających okolicznościach pojawia się książkę z bajki i obietnica "żyli długo i szczęśliwie". Życie nie wygląda, jak w serialu, gdzie wszyscy są piękni, śniadanie samo się robi, lodówka napełnia, a portfel pęcznieje. Na planecie Ziemia o swoje szczęście trzeba zawalczyć. Często z największym wrogiem - samym sobą. A i tak poczucie szczęścia nie jest, i być nie może, stanem permanentnym, bo tak naprawdę w życiu piękne są tylko chwile. Chciałabym bardzo wierzyć w to, że te najlepsze jeszcze przede mną.

W zdecydowanej większości przypadków życie jest trudne. Bardzo często wystawia nas na jakieś próby i cierpienia. Inną sprawą, że przecież nie wiem, czy jakieś przykre i bolesne zdarzenie w moim życiu, nie uchroniło mnie przed jeszcze większym? Czy w dłuższej perspektywie czasu nie okaże się raczej wybawieniem, niż zgubą? Nie muszę nawet daleko sięgać pamięcią. Gdyby moje ciało nie zamanifestowało depresją (koszmarnym doświadczeniem), iż źle się dzieje w moim życiu, gdzie byłabym teraz? Czyż nie uwikłana w związek z uzależnionym od alkoholu, nieszczęśliwym (i w dalszym ciągu pijącym) człowiekiem? Tego, oczywiście, nie wiem, ale za nic nie cofnęłabym czasu, by to zweryfikować. Każdą porażkę, każde cierpienie można przekuć w coś dobrego. Wystarczy tylko dobrze poszukać.

Ludzie mają tendencję do niwelowania, minimalizowania, unikania cierpienia, uciekania od niego, zamiast je po prostu przeżyć i postarać się wyciągnąć wnioski, nabyć doświadczenia. Czasami oczekujemy, że coś się zdarzy samo, beż żadnego zaangażowania, żadnych realnych i namacalnych zmian. Na własne życzenie wpędzamy się w stan wiecznego oczekiwania na... coś. Nie do końca wiedząc, co to "coś" oznacza, ale ufając, iż coś super fajnego i wreszcie permanentnego - Będę szczęśliwa, jak tylko on... Będę spełniona, jak zdarzy się... Moje życie odmieni się na lepsze, jeśli tylko ktoś... Stanę się bogata, jak tylko wystarczająco mocno będę o tym myślała. - To tak niestety nie działa. Czasami, krótkofalowo - być może, ale na dłuższą metę - nie. Nie zmieniając w swoim życiu nic, nic też nie ulegnie zmianie.
Postarajmy się, by nasze życie nie było wiecznym czekaniem na coś... Na wakacje, na partnera, na lepszą pracę, na bogactwo, na lato, na zimę, na wielką miłość, na autobus, na lepsze czasy, na szczęście, na... Każdy dzień jest darem i już nigdy się nie powtórzy. Zmieniaj co możesz, akceptuj na co wpływu nie masz i...  CIESZ SIĘ ŻYCIEM TAKIM, JAKIE JEST! Bo ono nie jest próbą generalną przed tym właściwym, bo drugiego już nie będziesz miał, ani kolejnej szansy na jego przeżycie.