Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egocentryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egocentryzm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2016

Czy wszyscy ludzie widzą to samo i tak samo?

 
 
"Często pro­wadzę z sobą długie roz­mo­wy i jes­tem przy tym tak mądry, że cza­sami nie ro­zumiem ani jed­ne­go słowa z te­go, co mówię." - [Oscar Wilde]
 
Jak daleko sięgam pamięcią, ja również prowadziłam wewnętrzne rozmowy z samą sobą. Po prostu od zawsze dużo myślałam. Mam tak nadal i... czasami sobie myślę (tak! znowu myślę; o myśleniu zresztą...), że może nawet za bardzo? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, po prostu nie wiem i pewnie już się nie przekonam, gdyż to nie znajduje się w obszarze moich wyborów. Ten typ tak ma i już. W każdym razie moje monologi, dialogi, rozważania, przemyślenia, marzenia i inne, dotyczą tematów zarówno przeszłych (doświadczenia, wspomnienia, refleksje), bieżących (życie doczesne - "tu i teraz"), jak i przyszłych (obawy, marzenia, plany). Dotyczą rzeczy realnych, ale również oderwanych od rzeczywistości, wyimaginowanych. Dotykają sfery wartości materialnych, ale również duchowych, etycznych, egzystencjonalnych... słowem - różnych.

Już jako mała dziewczynka, gdy wychodziłam na spacer z psem (na świeżym powietrzu myśli mi się najlepiej), upewniwszy się, że nikt mnie nie słyszy (wariatki z siebie nie chciałam robić), zaczynałam do siebie mówić. Czasami w duchu, a czasami... na głos. Niekiedy po angielsku. Tak... jestem dziwna.

Pewnego razu przyszła mi do głowy taka oto myśl: czy wszyscy ludzie widzą to samo i tak samo? Mogłam mieć wtedy z 10 lat. Mój wywód logiczny brzmiał mniej więcej następująco: wszystko, co w naszym  życiu wiemy, bierze się od innych ludzi. Ktoś mi kiedyś coś pokazał, przeczytał, powiedział, czegoś mnie nauczył. Na tej podstawie powstał bagaż moich doświadczen. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie konkluzja, którą wysnułam. Wymyśliłam, że skoro moja mama ma niebieskie oczy, a ja zielone, to może wtedy, kiedy mówiła mi, że niebo jest niebieskie, a trawa zielona, to nie znaczyło wcale, że one takie są! Bo ją ktoś kiedyś też nauczył kolorów. I moją babcię. I prababcię. I jej babcię... Może niebo jest tak naprawdę zielone, a trawa niebieska, tylko różne tęczówki przesądziły o różnym odbieraniu kolorów? Hm... OK., przyznaję, było to... delikatnie ujmując, infantylne, ale po pierwsze wówczas nie wiedziałam, że "kolorowa" część oka odpowiada za ilość światła wpadającego do oka, a nie jego kolor, a po drugie na taki wiek, to i tak całkiem nieźle wykombinowane. Pamiętam, że próbowałam o tym z rodzicami i siostrą rozmawiać, ale oni zupełnie nie podzielali mojego zapału w związku z nowym, rzekłabym nawet - na miarę rewolucji światowej odkryciem. Nie rozumieli, o co mi w ogóle chodzi i czemu zajmują mnie takie głupoty?! Zresztą... już później zdarzało mi się słyszeć, że za dużo myślę, albo czytam, że powinnam zejść na ziemię i prozą życia się zająć, a nie jakimiś rozmyśleniami i dyrdymałami. Na szczęście dużo, dużo później trafiłam na taki oto cytat z "Drogi rzadziej wędrowanej" Morgana Scotta Pecka: "Nieraz słyszałem, jak rodzice z powagą mówią swoim dorastającym dzieciom: „Za dużo myślisz”. Nie ma nic bardziej niedorzecznego, ponieważ jesteśmy ludźmi głównie dzięki płatom czołowym, zdolności do myślenia i analizowania samych siebie." i zrozumiałam, że nie jestem nienormalna, choć niestety, specjalnie wyjątkowa również nie. Ludzie tak po prostu mają.

Pytanie: czy wszyscy ludzie widzą to samo i tak samo? powróciło do mnie po ponad 20. latach, ale tym razem nabrało zupełnie innego wymiaru i sensu. Tym razem nie rozważałam związku koloru tęczówki z rozpoznawaniem barw, tylko w ogóle - odbieraniem wydarzeń, postaw, słów, zachowań innych ludzi - rzeczywistości. Nie dość, że każdy człowiek jest inny, to dodatkowo jest jeszcze egocentrykiem. To co go otacza, postrzega głównie poprzez pryzmat własnych przeżyć, doświadczeń, przekonań, myśli, wyobrażeń, fantazji, lęków, obaw, nadziei, oczekiwań, marzeń..., że o indywidualnych cechach charakteru nawet nie wspomnę. Ja sama widzę dziś inaczej to, co jeszcze dwa - trzy lata temu. A co dopiero odrębna ode mnie jednostka? Z bagażem swoim przeżyć, doświadczeń, zasad, nawyków? Jak zatem mamy widzieć to samo i tak samo? Jak dojść do porozumienia?

Gdy dochodzi do nas jakaś informacja, jakiś sygnał płynący z zewnątrz, głównym filtrem przez który go przepuszczamy jest powtarzalność. Zdecydowanie bardziej dociera do nas to, co mamy już w sobie. Treści i słowa już kiedyś załyszane są jakby "wyraźniejsze", przykuwają naszą uwagę. Dodatkowe znaczenie mają nasze ówczesne uczucia, emocje, nastawienie, sympatie, antypatie. To, kto do nas mówi. Osobiście mam tak, że jeśli ktoś zdobędzie uznanie w moich oczach, jest dla mnie autorytetem, ufam mu, szanuję i deceniam, obojętnie co będzie mówił, przyjmę to (raczej!) jako pewnik. Najwyżej o wątpliwości dopytam lub poproszę o doprecyzowanie czegoś tam. Natomiast z komunikatami ludzi, do których czuję awersję, bądź zwyczajny dystans, postąpię zdecydowanie inaczej. Albo dokładnie je rozważę, albo wcale nie wezmę pod uwagę. A im bardziej ktoś bedzie próbował mi cos imputować i do czegoś przymuszać, tym bardziej ja będę stawać okoniem. I to pomimo wiedzy, że przecież... ważniejsze jest posłanie, niż posłaniec...

Co jest prawdą? Fakt, że kogoś nie lubię, w czego efekcie denerwują mnie w nim drobnostki, czy może te drobnostki sprawiaja, że go nie lubię? Czy nie jest tak, że dziwactwa przyjaciela są urocze, wywołują w nas uśmiech, zaś osobliwe zachowania dalekiego znajomego powodują zniesmaczenie, bądź zniecierpliwienie? Od dawna wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu obserwacyjnego. Inna jest relacja świadka wypadku, inna sprawcy, poszkodowanego, policjanta... Więcej zrozumienia wykażę dla sytuacji, gdy Kali kraść krowę, niż gdyby ukraść ją Kalemu...

Stąd pewnie wiele nieporozumień, niedomówień, problemów z komunikacją międzyludzką. Bo my nie widzimy tego samego i w dokładnie ten sam sposób. Szczególnie na poziomie kobieta - meżczyzna. Nie dość, że mamy odmienny bagaż doświadczeń, to dodatkowo zupełnie inaczej odbieramy rzeczywistość. Widziałam ostatnio świetny obrazek z podpisem: "Faceci zakochują się w tym, co widzą, kobiety w tym, co słyszą. Dlatego one się malują, a oni kłamią". Nie wiem, czy to się odnosi do wszystkich, ale sporo racji w tym jest. Czy nie zdarza się tak, że wymuszam pewne, korzystne dla mnie odpowiedzi i deklaracje? A z drugiej strony, czy nie manipuluję, by dostać to, czego chcę?

Jan Stępień napisał, że zbyt często mylimy prawdę z racją. Zgadzam sie z tym w całej rozciągłości, bo tak naprawdę, czy ludzie chcą prawdy? Czy może potwierdzenia tego, co już wiedzą, co jest im znane i bezpiecze? "Każdy z nas jest święcie przekonany, że niczego tak bardzo nie łaknie, jak prawdy. I nie ma w tym nic dziwnego. Jest rzeczą naturalną, że człowiek, istota inteligentna, łaknie prawdy. W rzeczywistości nie tyle o prawdę chodzi nam w naszych pragnieniach, ile o posiadanie racji."*
 
 
A teraz mały test. Co widzisz na poniższym zdjęciu?
 
 
 Kameleona, czy może... znakomity bodypaining? A jaki masz kolor oczu? ;-)



---
* Thomas Merton, "Domysły współwinnego widza", przeł. Zygmunt Ławrynowicz, Biblioteka "Więzi", 1972, s. 78.

środa, 2 grudnia 2015

Dzielenie się sobą, czyli sposób na satysfakcjonujące życie

Każdy człowiek zaspokaja przede wszystkim swoje potrzeby. Potrzeby, czyli motor aktywności istot żywych. To właśnie ich realizacja niweluje frustracje i uzupełnia braki. Oczywiście mają one swoją gradację. W pierwszej kolejności realizowane są potrzeby związane z zachowaniem funkcji życiowych - fizjologiczne, następnie dopiero bezpieczeństwa, przynależności i miłości, szacunku i uznania, aż do potrzeby samorealizacji. Co nas - ludzi - odróżnia od zwierząt? Wartości. Wartości, które są istotne dla społeczeństwa ludzkiego, dla jego więzi, relacji i struktur. Wartości takie jak miłość, współczucie, bezinteresowność, przyjaźń, współpraca, odpowiedzialność, poczucie bezpieczeństwa itp. itd. Wartości, które dzieląc z innymi - mnożysz.
 
Brytyjski antropolog M.C. Turnbull w swojej książce "Ikowie. Ludzie gór"* wykazał, iż ukierunkowanie na indywidualizm jednostki może doprowadzić do zaniku wszelkich zasad moralnych. Jego badania zdemaskowały niewidoczne na pierwszy rzut oka prawdziwe intencje ludzi oraz to, iż etyka nie jest nam wrodzona, lecz tworzy się w społeczeństwie. Że człowiek rodząc się ma w sobie tylko instynkt samozachowawczy, a wystarczą tylko krańcowo trudne warunki, by powszechny wyzysk i wynaturzone zachowania stały się codziennością.
 
Jeśli każdy człowiek zaspokaja przede wszystkim swoje potrzeby, to co z bezinteresownością? Ano... bezinteresownie można zrobić coś najwyżej nieświadomie. Przecież nawet pomoc udzielona komuś w potrzebie powoduje, że sama ze sobą czuję się lepiej, więc jednak jakiś interes w tym mam. I dobrze! Dzisiejszy świat goni za samowystarczalnością, a przecież z dzielenia się i udzielania pomocy korzystają obie strony. Pierwsza czerpie satysfakcję z czynionego dobra, druga zaś, oprócz podanej ręki, otrzymuje powód do bycia wdzięcznym.
 
Natknęłam się niedawno na hasło: "Zabiegana, starasz się zadowolić wszystkich, zapominając o sobie? Sprawdź jak zdrowy egoizm może polepszyć Twoje samopoczucie!" Polepszyć?! Wydaje mi się, że jest wręcz odwrotnie! Egoizm, bez względu na to, jaki przymiotnik go określa, wiąże się z krzywdą drugiego człowieka. W jaki sposób taka postawa może cokolwiek polepszać? Jeśli nie jestem socjopatą powinnam starać się przystosować do życia wśród ludzi, bo „Wielcy ludzie przychodzą, by służyć, a nie oczekując, by służono im. (…) Dopóki - i jeśli - nie oddasz swojego życia innym, nie przeżyjesz go raczej na głębszym poziomie. „ [Richard Rohr – „Spadać w górę”]
Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samej sobie może stać się źródłem moich problemów. Usłyszałam ostatnio hasło, które bardzo mi się spodobało. Zarówno na poziomie ideologicznym, jak i pragmatycznym - jeśli jest Ci źle we własnym życiu, to idź i komuś pomóż.
 
Czy możliwym jest, że życie zostało mi dane, bym je przeżyła tylko i wyłącznie dla siebie? Po co otrzymałam talenty, zdrowie, inteligencję, szanse, po co mi wiedza, doświadczenie, po co się uczyć, jeśli nie po to, by się tym podzielić z innymi, jeśli te wszystkie zasoby nie służyłyby drugiemu człowiekowi? Po co otrzymałeś to… Ty? 
 


---
* O książce "Ikowie. Ludzie gór" pisałam więcej w eseju:
 Egzamin z człowieczeństwa dla społeczeństwa

środa, 29 kwietnia 2015

Zmora egoizmu i egocentryzmu

Alkoholizm jest chorobą społeczną. Nie dlatego, że duża część społeczeństwa pije alkohol, a dlatego, że uzależnienie jednej osoby wpływa destrukcyjnie na całą jej rodzinę, często również otoczenie. Oni także chorują, choć nie piją. To zaburzenie nazywa się współuzależnieniem. Każdy alkoholik jest egocentrykiem i egoistą. Ocenia rzeczywistość z własnego punktu widzenia i poprzez pryzmat swoich wyobrażeń, domysłów, przekonań i doświadczeń. Jest tak skoncentrowany na sobie i potrzebie dostarczenia do krwiobiegu odpowiedniej dawki etanolu, że samowolnie podejmuje decyzje często dotyczące całej rodziny oraz zaspokaja własne zachcianki, zupełnie nie zwracając uwagi na krzywdę "bliskich". Teoretycznie rzecz ujmując, skoro osoby współuzależnione są po drugiej stronie barykady powinny być nacechowane altruizmem, ale to... guzik prawda. I o ile może nie zawsze są egoistkami, to egocentryczkami już tak. Przecież to one doskonale "wiedzą", co jest dla partnera dobre, co powinien, co woli, co myśli. To one sprawują kontrolę, dramatycznie próbując kierować i rządzić wszystkim i wszystkimi. I nie ma znaczenia, że robią to w dobrej wierze, że w ten sposób próbują zapewnić sobie choć namiastkę poczucia bezpieczeństwa, skoro to nie zmienia faktu, iż cechuje je egocentryzm. "Patrzeć na ludzi, wydarzenia i okoliczności życia jedynie w świetle ich stosunku do własnej osoby, to żyć na progu piekła. Egoizm jest nieuchronnie skazany na zawody, bo jego osią jest kłamstwo. Ażeby żyć wyłącznie dla siebie, musiałbym naginać wszystko do mojej woli, tak jak gdybym był bogiem. A to jest niemożliwe. Czy może być wyraźniejsza wskazówka mojej zależności jako stworzenia niż te ograniczenia mojej woli? Nie mogę zmusić wszechświata, żeby mi był posłuszny. Nie mogę nakłonić innych ludzi do postępowania według moich kaprysów i zachcianek." - (T. Merton, "Nikt nie jest samotną wyspą").

Przeczytałam gdzieś hasło zachęcające do podjęcia terapii: "Zabiegana, starasz się zadowolić wszystkich, zapominając o sobie? Sprawdź jak zdrowy egoizm może zmienić Twoje samopoczucie!" Całkowicie zgadzam się z tym, iż osoby współuzależnione powinny podjąć terapię i zadbać przede wszystkim o siebie i dzieci, zamiast koncentrować całą swoją energię na tym, by partner przestał pić, gdyż to walka z góry przegrana. Tego nie da się zrobić. Po prostu. Nie mniej jednak nie uważam, by egoizm był dobrym rozwiązaniem, bez względu na to, jaki przymiotnik go określa, bo wiąże się z krzywdą drugiego człowieka. A jeśli nie jestem socjopatą powinnam starać się przystosować do życia wśród ludzi. No... chyba, że dysponuję bezludną wyspą... Bo jeśli do egocentryzmu dołożę jeszcze egoizm, to... może być źle. Bardzo źle. Również dla mnie.

Rozwój osobisty, samorealizacja, uczenie się, dbanie o siebie - tak, tak, tak! Ale... po pierwsze dopóki nie determinują krzywdy drugiego człowieka, a po drugie dopóki służą czemuś lub komuś.  Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie (Rz 14.7). Czy możliwym jest, że życie nam zostało dane, byśmy je przeżyli tylko i wyłącznie dla siebie? Po co otrzymałam talenty, zdrowie, inteligencję, szanse, po co mi wiedza, doświadczenie, po co się uczyć, jeśli nie po to, by się tym podzielić z innymi, jeśli te wszystkie zasoby nie służyłyby drugiemu człowiekowi? Dopiero to - moim zdaniem - świadczy o naszej użyteczności, jako ludzi, dopiero to nadaje życiu sens. Podejmuję naukę, przeżywam, doświadczam, uczę się, bo to rozwój. Rozwój umożliwia mi lepsze bycie dla kogoś. Wierzę, że Bóg ma wobec mnie jakiś plan. Dokładnie tak samo, jak wobec każdego innego człowieka. Coś od Niego otrzymałam i powinnam wykorzystywać to dla wspólnego dobra.