Przeżyłam dziś mały zawał serca, co w obecnej, kryzysowej sytuacji służby zdrowia wydaje się bardzo niepożądane. A było to tak. Idę sobie z psiakiem na spacer. Co ważne, przed poranną kawą, więc i niespecjalnie żwawo i szybko. Jest zimna wiosenna sobota, godzina 08:06. Płatki śniegu tańczą na wietrze. Mam na głowie czapkę, kaptur od bluzy i od kurtki, by ustrzec się przed jakimkolwiek przeziębieniem, więc i widoczność ograniczoną. Na ulicach prawie żadnego ruchu i zero ludzi. Myślę więc sobie - puszczę go ze smyczy, niech pobiega. Nieopodal mojego osiedla jest ruchliwa zazwyczaj ulica, dwujezdniowa z torami tramwajowymi pomiędzy pasami, ale od czasu pandemii, prawie wolna od ruchu. Szczególnie o tej porze w weekend. Wzdłuż, biegnie ładna ścieżka rowerowa, chodnik i lasek prowadzący do ogrodów działkowych. (Jeszcze są, ale na pewno w następnym planie zagospodarowania przestrzennego znikną zamieniając się w kolejne osiedle). Idziemy, idziemy, cały czas mam go na oku. Przedziera się radośnie między krzakami i nie odpuszcza żadnemu drzewku obsikania. Dochodzimy do końca chodnika i powrót. Idę i myślę, że ten koronawirus to może ma nam, społeczeństwu dać do myślenia, może Matka Natura 'wkurzona' na wszechobecny konsumpcjonizm i niszczenie środowiska 'wymyśliła' sposób na zmniejszenie populacji? A później, niezauważalnie zmieniam tor myślenia na to, że mam sporo czasu w ten weekend, może pójdę zrobić te sprawozdania GUS-owskie, których nienawidzę, a są po terminie, albo napiszę post na bloga (artykuł na stronę firmową pisałam wczoraj, więc dam czytelnikom dzień spokoju), aż nagle kątem oka dostrzegam, że na prawym pasie coraz bardziej zwalnia auto, podczas, gdy lewy pędzi. Rozglądam się, by dostrzec źródło tego zachowania i widzę, że przed nim jedzie stary czerwony grat z bijącym kołpakiem; pewnie kierowca obawia się, że felga w końcu odpadnie i uszkodzi mu karoserię. Na ułamek sekundy wracam do planowania, aż samochód całkowicie zatrzymuje się na mojej wysokości i znów przykuwa moją uwagę. Odwracam się w jego stronę i w tle dostrzegam, że mój pies biegnie po torach tramwajowych! Zamyślona nie zauważyłam, że zniknął z mojego pola widzenia. Patrzę, a lewym pasem z dużą prędkością wyprzedza inne auto! Spanikowana - wołać, czy nie, bo a nóż tym razem jego labradorowa koncentracja zadziała błyskawicznie, posłucha i przybiegnie od razu - wrzeszczę 'stój!'. Pies dostrzega w końcu moje dziwne zachowanie. W tym czasie bujam się nerwowo to w przód to w tył - biec po niego, czy nie - przecież pierd... mnie auto, jak nic. Na szczęście psiak słucha i staje jak wryty. Następne auto na lewym pasie zwalnia i udaje mi się przywołać pupila do siebie. Przybiega jakby nigdy nic. Szczęśliwy i opluty. W tych dwóch - trzech sekundach spociłam się tak, że koszulka przykleiła mi się do pleców. Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Przy czym ja chyba mniej (rozumu) niż on. Może więc na tej fali szczęścia i koronawirus mnie ominie?
Blog zawiera teksty o depresji, koalkoholizmie, relacjach, ale przede wszystkim o drodze do wyzwolenia, rozwoju osobistym i obecnym stanie ducha. To teksty moje i zazwyczaj o mnie.
sobota, 21 marca 2020
niedziela, 15 marca 2020
Nic nie jest nam dane na zawsze
Niesamowite, jak życie może się zmienić z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok. Dziś, pogrążonym w rutynie dnia codziennego, nawet przez myśl nam nie przejdzie, jak nasza rzeczywistość może odbiegać od planów i oczekiwań, co nam może zostać dane lub odebrane. Zazwyczaj rewolucje dokonują się bezszelestnie, niezauważalnie i dopiero oglądając je z perspektywy, można stwierdzić, kiedy dokonała się zmiana. Ale czasami zdarza się, że jedno, z pozoru nieistotne zdarzenie, przypadek, może zmienić cały nasz świat.
Minął dokładnie rok od zakupów na proszony obiad. Jestem w domu i czytam esemesa od mamy sprzed trzech dni: Ty przypadkiem nigdzie nie wyjeżdżaj! Z dnia na dzień obudziłam się w innej rzeczywistości, choć świat się nie
zmienił. Mój
pies tak samo radośnie biegnie na spacer i bawi się na wybiegu. Wszystko wygląda tak samo, a jednak jest zupełnie inaczej. Mniejszy ruch na ulicy, mniej ludzi, ogólny niepokój zawieszony w powietrzu. W poniedziałek byłam na spinningu i doradzałam przyjaciółce, by nie odwoływała kwietniowych wakacji w Dubaju, dziś czytam, widzę i obserwuję informacje o zamkniętych granicach, sklepach, restauracjach i innych publicznych miejscach. I temu wtóruję z całych sił. Od tygodnia nie widziałam rodziców, siostry, szwagra i siostrzeńców. I nie zapowiada się, bym mogła ich zobaczyć w najbliższym czasie. Czuję się zdrowa, nie mam żadnych objawów, ale przecież z końcem lutego byłam na koncercie Garou, a tydzień później na Queen Machine. Chodziłam na siłownię, do sklepów, pracy, restauracji. Nie mam pewności, czy nie jestem nosicielem. A ryzykować zarażeniem rodziców, osłabionej po cesarskim cięciu siostry, czy moich trzech kochanych siostrzeńców, nie zamierzam.
Patrzę wstecz.
Czwartek, 14 marca 2019 r.
Robię zakupy na pierwszy w życiu proszony obiad dla moich rodziców, siostry ze szwagrem i dwóch siostrzeńców. W planie mamy wspólne wakacje we Włoszech i milion innych, codziennych spraw. Pomijając fakt, że mój ojciec jest czynnym alkoholikiem, mamy ułożone życia. Rodzice mieszkają w naszym rodzinnym domu. Siostra z mężem i dziećmi w swoim. Ja, od miesiąca, w moim pięknym M3. Pomijając tatę, wszyscy mamy pracę i cieszymy się dobrym zdrowiem. Dwa miesiące później okazuje się, że moja 41-letnia siostra zachodzi w nieplanowaną ciążę. Po kolejnych dwóch (miesiącach), ojciec w stanie krytycznym łapie się ostatniej deski ratunku i zgłasza do psychologa oraz na wszycie disulfiramu. Życie płynie.
Piątek, 14 lutego 2020 r.
Po cudownej, walentynkowej randce lecę do Wiednia na przygotowawcze Środkowoeuropejskie Zgromadzenie Kwakrów, podczas gdy w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku rodzi się mój trzeci siostrzeniec - Krzyś. Dzień wcześniej zawożę psa pod opiekę rodziców, którzy od czasu gdy tata przestał pić, mają się coraz lepiej. Fizycznie, psychicznie i finansowo. Planując następne wyjazdy, na 30 kwietnia kupuję bilety lotnicze do Paryża, a na 4 maja do Pragi. Później Litomyśl, SPA z przyjaciółką i znowu Sahara. Krzyś rośnie zdrowo. Życie płynie. Tylko gdzieś tam, na końcu świata, jakiś wirus pustoszy Wuhan.
Sobota 14 marca 2020 r.
Minął dokładnie rok od zakupów na proszony obiad. Jestem w domu i czytam esemesa od mamy sprzed trzech dni: Ty przypadkiem nigdzie nie wyjeżdżaj! Z dnia na dzień obudziłam się w innej rzeczywistości, choć świat się nie
zmienił. Mój
pies tak samo radośnie biegnie na spacer i bawi się na wybiegu. Wszystko wygląda tak samo, a jednak jest zupełnie inaczej. Mniejszy ruch na ulicy, mniej ludzi, ogólny niepokój zawieszony w powietrzu. W poniedziałek byłam na spinningu i doradzałam przyjaciółce, by nie odwoływała kwietniowych wakacji w Dubaju, dziś czytam, widzę i obserwuję informacje o zamkniętych granicach, sklepach, restauracjach i innych publicznych miejscach. I temu wtóruję z całych sił. Od tygodnia nie widziałam rodziców, siostry, szwagra i siostrzeńców. I nie zapowiada się, bym mogła ich zobaczyć w najbliższym czasie. Czuję się zdrowa, nie mam żadnych objawów, ale przecież z końcem lutego byłam na koncercie Garou, a tydzień później na Queen Machine. Chodziłam na siłownię, do sklepów, pracy, restauracji. Nie mam pewności, czy nie jestem nosicielem. A ryzykować zarażeniem rodziców, osłabionej po cesarskim cięciu siostry, czy moich trzech kochanych siostrzeńców, nie zamierzam.
Gdyby rok temu, ktoś mi powiedział, że kraj będzie w stanie zagrożenia epidemicznego, mój ojciec nie będzie pił, a wśród moich kochanych siostrzeńców pojawi się nowy Bąbelek, popukałabym się ostro w głowę i założyła o wielkie pieniądze, że to bzdura wierutna. Jaki z tego wniosek? Nie zakładać się! Ale również, a może przede wszystkim, pamiętać, że nic nie jest nam dane na zawsze.
środa, 1 stycznia 2020
Szczęśliwego nowego roku!
Huk fajerwerków powolutku dobiega końca, a ja siedzę w mojej ostoi spokoju i myślę, jak wiele dobrego spotkało mnie w 2019 roku, i jak wiele przez ostatnie kilka lat. Od momentu założenia bloga minęło 5 lat. Szmat czasu, a wydaje się jak wczoraj. Tylko ja jakaś inna. Szczęśliwsza, spokojniejsza, pewniejsza siebie. Może to wszystko przyszło wraz z kolejnymi siwymi włosami? A może z każdą podróżą? Z każdą przeczytaną książką? Z doświadczaniem starych i nowych przyjaźni? Z każdą wypłakaną łzą? Z każdym kolejnym uśmiechem? Z każdym dodatkowym kilogramem? A może tym wszystkim razem wziętym?
Pamiętam zeszłoroczny post noworoczny. Pisałam w nim o przyszłości malowanej w kolorowych barwach. I wymalowała się tak, że rok 2019 był najlepszym jak dotąd w moim życiu. Styczeń upłynął na remoncie mojego wymarzonego M3. No dobra, nie tak do końca mojego, bo kupionego na spółę z bankiem, ale ten nie rozpycha się na salonowej sofie, więc niech już będzie ze mną przez kolejne 30 lat. Przynajmniej będziemy razem. W lutym się wprowadziłam. W marcu byłam na warsztatach duchowości w Opolu. W kwietniu, po zamontowaniu blatów kuchennych, mogłam wyprawić parapetówę. W maju odwiedziłam przyjaciół w Warszawie. W czerwcu spędziłam gorący weekend w Łebie. Na przełomie lipca i sierpnia zwiedzałam Włochy. We wrześniu uczestniczyłam w spotkaniu kwakrów w czeskim Brnie. W październiku spędziłam przemiły weekend w Jastrzębiej Górze. W listopadzie spotkałam się z przyjaciółmi w Opolu, zaś w grudniu czekała mnie przygoda życia na Saharze. W tak zwanym międzyczasie zrobiłam setki (jeśli nie tysiące) kilometrów na rowerze, chodziłam na koncerty, do teatru, kina, restauracji i dyskoteki, spotykałam się z przyjaciółmi, rodziną i znajomymi, spacerowałam z psiakiem, trochę gotowałam, sporo pracowałam, jeździłam na łyżwach, jadłam ulubione sushi, czytałam, pisałam, odpoczywałam... Żyłam. Pełnią życia. Nie wszystko mi się udało, nie wszystko zakończyłam sukcesem. Ale może tak właśnie trzeba było? Zostawić coś na kolejny rok, a nawet kilka?
"Umieć żyć to najrzadziej spotykana rzecz na świecie. Większość ludzi tylko egzystuje."
- Oscar Wilde
niedziela, 29 grudnia 2019
Nowonarodzona
![]() |
| Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com |
Dwa tygodnie temu wróciłam z zimowych wakacji, i po raz pierwszy w moim życiu nastąpiło zderzenie z rzeczywistością pourlopową. Z przedświątecznym zgiełkiem, reklamami pięknych par z telefonami w ręku, olśniewających modelek z perfumami największych domów mody, i wyścigiem Kowalskich i Nowaków - po nowy telewizor, pralkę, suszarkę i inne koniecznie nowe sprzęty domowe. Podczas międzylądowania w Londynie, na widok ubranego drzewka choinkowego aż mnie wzdrygnęło. A zaznaczam, iż uwielbiam Święta Bożego Narodzenia. Pewnym novum było dla mnie, że nie marzyłam o nocy we własnym łóżku, powrotem do pracy, a nawet przytulasami z moim domowym pupilem. Zwyczajnie czułam niedosyt i wielką niechęć przed skokiem w przedświąteczny zgiełk zakupów (prezenty nabyłam na szczęście przed urlopem), sprzątania, gotowania i urabiania się po pachy. Musiałam cały dzień słuchać świątecznych przebojów, by wprowadzić się w odpowiedni klimat i zacząć powolutku odczuwać magię świąt. Co sprawiło, że zaszły we mnie tak ogromne zmiany? Jak zwykle to bywa - splot okoliczności, osób, miejsc i (raczej) niepowtarzalnego klimatu. Ale od początku...
![]() |
| Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com |
Lubię towarzystwo mężczyzn, mamy zazwyczaj dobre relacje. Lubię z nimi przebywać i pracować. Z różnych względów, ale też dlatego, że jako atrakcyjna kobieta potrafię ich ociupinkę owinąć wokół palca, a tym samym zmotywować do zrobienia tego, czego potrzebuję. Oczywiście nie chodzi o jakieś wielkie rzeczy, czy dopuszczanie się jakichś świństw. Chodzi o drobnostki, które umilają i ułatwiają życie. Kolega w biurze chętniej i szybciej rozwiąże jakiś problem, ktoś tam zaparzy kawę, jeszcze inny przeniesie ciężki karton, a kolejny pomoże w sytuacji kryzysowej z łańcuchem od roweru lub pękniętą dętką. Po prostu potrafię być czarująca i to wykorzystać. To jednak ma drugą stronę medalu - z kobietami nie idzie mi już tak łatwo. One zwyczajnie nie ulegają moim wdziękom i gorzej znoszą kokieterię, a czasami są po prostu zazdrosne. Pewnym wyzwaniem były więc zimowe marokańskie wakacje w towarzystwie dziewięciu kobiet, z których dobrze znałam jedną, drugą tylko z widzenia, a pozostałej siódemki wcale. Choć obaw było wiele, zdecydowałam się na tę wycieczkę i to z kilku powodów. Po pierwsze - Afryka jest dla mnie na tyle egzotyczna, że nie wybrałabym się tam sama, a w planie był nocleg pod gołym niebem na piaskach Sahary. Po drugie - uwielbiam poznawać i obserwować nowych ludzi i kultury. Po trzecie - nic nie ładuje akumulatorów tak dobrze, jak słońce i ciepło w listopadzie lub grudniu. Po czwarte - pociągała mnie różnorodność uczestniczek (dwie babeczki z Norwegii, jedna spod Paryża, pięć z Trójmiasta i jedna z Torunia oraz Warszawy). Po piąte - bo mogłam. Poza tym ostatnio zainteresowałam się kobietami, ich rolami w społeczeństwie, historii, relacjami damsko - damskimi. Temat ten przewijał się co jakiś czas - to u przyjaciół w AA, a to na kwakierskich spotkaniach. Niektóre koleżanki zachwalały udział w kobiecych kręgach wsparcia i innych przedsięwzięciach przedstawicielek Wenus na tym najpiękniejszym ze światów. Wpadłam też ostatnio na książki traktujące o kobietach ("A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi", "Z nienawiści do kobiet" i "Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz") i temat mnie zaciekawił. A że wierzę, że nic nie dzieje się z przypadku, więc łapię każdą okazję, by się czegoś dowiedzieć, nauczyć, doświadczyć. Również o sobie.
![]() |
| Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com |
Było rewelacyjnie! Nie mogę napisać, że wszystkie dziewczyny pokochałam, a nasze przyjaźnie będą trwać latami, bo byłoby to nieszczere, ale uczciwie muszę przyznać, że uczestniczkami wycieczki były kobiety szczególne i nieprzeciętne. Kto na dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia wybiera się w babską podróż po całym Maroku? Przecież nie Matka Polka, kura domowa, czy kobieta, której życie opiera się na dzieciach i mężu oraz kłopotach szkolnych. Nie chciałabym nikogo obrazić, czy umniejszyć powyższymi słowami - każdy żyje, jak chce - ja zwyczajnie stwierdzam fakt. Moje refleksje dotyczą więc bardzo szczególnej próby kobiet: wyzwolonych, nowoczesnych, świadomych i inteligentnych, w większości spełnionych zawodowo, również w macierzyństwie i związku, ale nie tym zniewolonych. W każdym razie - tak rozemocjonowana nie byłam dawno. Rozmowy do późnych godzin nocnych, śmiech, trochę łez, kontakt z naturą, zatykające dech w piersi widoki.
![]() |
| Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com |
Maroko jest cudowne! To był najlepszy urlop w moim życiu. Ba! Najlepsze dni życia w ogóle! Nie wiedziałam, że można aż tak odpocząć. Czuję wielki niedosyt i na pewno tam wrócę. Na bezkresną Saharę z pyszną herbatą, harirą i taiżinem serwowanymi przez Nomadów przy blasku księżyca w akompaniamencie przepięknych dźwięków gitary Ibrahima (zaznaczam, iż jestem z tych niecierpiących szant i muzyki biesiadnej). Na cudowny zachód słońca z wierzchołka Erg Chigagi. Do gwarnego Marrakeszu i średniowiecznego Fez, które udało się tylko liznąć. Do relaksującego hammamu i masażu złotem Maroka. Do niebotycznie słodkiej herbaty, restauracji, w których można zjeść za grosze, a nawet do bułki z mięsem z ulicznego wózka, gdzie nikt nie słyszał o wkładaniu rękawiczek i myciu rąk. Podarować mogę jedynie Chefchaouen, które piękne, bo całe w błękicie i bardzo polecam, ale wystarczy zobaczyć jeden raz. Poza tym zostało jeszcze tyle nieodkrytego! Choćby ocean, Palmerie i... ja. Są miejsca, gdzie żyje się inaczej. Wolniej. I nie chodzi mi tylko o czas, również o wolność. Takie jest Maroko. Inshallah jeszcze je zobaczę.
![]() |
| Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com |
A jeśli chodzi o tematykę bloga, udało mi się zaobserwować, że demonstrowanie pewności siebie może być pokłosiem wielkich kompleksów, że blizny nabyte w dzieciństwie mają bezpośrednie przełożenie na dorosłe życie, że wbrew ogólnemu przekonaniu nie każdy powinien być rodzicem, że bywa, iż kobiety poświęcają się rodzinie później oczekując poklasku lub przynajmniej wdzięczności i rewanżu, że każdy człowiek ma jakąś ciemniejszą stronę i tajemnicę (czasami Poliszynela), jakieś swoje demony i lęki, nawet jeśli obrazek prezentowany na zewnątrz wygląda wzorowo, że posługiwanie się odmiennym językiem może alienować, a wręcz umniejszać inteligencji, że krytyka nie zawsze ma formę komunikatu 'ty', że niektórzy potrzebują permanentnych zagłuszaczy rzeczywistości (telefonu, telewizora), że kobiety nawet na pustyni potrzebują wyglądać pięknie, że życie to transakcja wymienna nawet jeśli chcielibyśmy udawać, że jest inaczej. Ale przede wszystkim, że grupa kobiet może stanowić wspaniałe lustro, w którego odbiciu zobaczę siebie. Niekoniecznie tak piękną, jak bym chciała, trochę popapraną, z pogmatwanym życiem i relacjami, ale prawdziwą. Nauczyłam się, że przekraczanie granicy komfortu i własnych możliwości buduje, że stać mnie na więcej niż może mi się wydawać, że rzeczywistość jest neutralna, a moje myśli i oczekiwania kreują samopoczucie, że z dystansu kilku tysięcy kilometrów można uważniej przyjrzeć się własnemu życiu, potrzebom, że mam mnóstwo szczęścia i powodów do wdzięczności.
![]() |
| Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com |
Moja koleżanka mawia, że nie musi ze mną rozmawiać, by dostrzec, czy w moim życiu dzieje się dobrze, czy źle. To proste - chudnę w stresie, okrągleję w dobrobycie. Słyszałam też, że kobiety nie tyją, a zwiększają erotyczną powierzchnię ciała, więc śmiało mogę powiedzieć, że moja jest całkiem pokaźna. :-) O ducha zadbałam, teraz czas na ciało, więc prezentem na 2020 r. będzie roczny karnet na zajęcia sportowe.
***
I tego tobie, Szanowny Czytelniku, życzę na nowy rok. Zdrowego ciała i ducha. Oraz pieniędzy. ;-)
Serdeczności
Pelagia M.
Etykiety:
cisza,
doświadczenia,
kobiety,
Maroko,
poświęcenie,
radość,
rozwój osobisty,
wolność
środa, 30 października 2019
Wybory
Jestem uzależniona od kupowania książek. Jak tylko przeczytam lub usłyszę o pozycji wartej uwagi, natychmiast wybieram się na zakupy. Dodatkowo książki dość często dostaję w prezencie. Na razie jeszcze wystarcza mi miejsca na papierową formę, więc preferuję tę właśnie. Pachnie, szeleści, leży na biurku, stoliku nocnym, czy regałach i przypomina o swojej obecności. Kiedyś przyjaciółka zapytała, czy je wszystkie przeczytałam. Odparłam, że nie do całka. (To był oczywiście mój autorski i niezamierzony neologizm wynikający z połączenia "nie w całości" i "nie do końca", który notabene na stałe zagościł w moim słowniku.) Takich nie do całka mam w swoich zbiorach na stałe kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt. Jedną przeczytam, dwie kupię, i tak to rotuje. Leżą, gdyż najczęściej brakuje mi na nie czasu; czasami publikacja nie jest tak interesująca, jak myślałam, ale zdarza się również, że przerywam, bo nie jestem już w stanie chłonąć tekstów, bo te są dla mnie za trudne, wprawiają w depresyjny nastrój, bądź zwyczajnie budzą odrazę. Tak było w przypadku "Z nienawiści do kobiet". To drugi (po "Polska odwraca oczy") zbiór reportaży Justyny Kopińskiej, na który składają się historie, które wstrząsnęły opinią publiczną naszego kraju, a mnie poruszyły do łez. Dziś ją przeczytałam do całka, i postanowiłam napisać, bo jedno zdanie przywołało wspomnienia. (Na marginesie dodam tylko, że nie ten reportaż wstrząsnął mną najmocniej.)
W reportażu pt."Gej Twoim bratem w Kościele" (o wierzących homoseksualistach i ich relacjach z Kościołem katolickim), jeden z bohaterów mówi: "Z Kościoła może mnie wykluczyć tylko sam Bóg. (...) To nie ja dokonałem wyboru. Nie miałem żadnego wpływu na to kim jestem".* Kilka lat temu czułam dokładnie to samo, choć z innego powodu. Po rozwodzie z alkoholikiem i ja miałam poczucie wykluczenia ze wspólnoty katolickiej. Nie zrobiłam nic złego, latami starałam się wszystko łatać i naprawiać, sama decyzja o rozwodzie była jedną z najboleśniejszych w moim życiu, a za to wszystko nie mogłam być pełnoprawną katoliczką. Powstał wielki dysonans między tym, do czego całe życie się stosowałam, a potrzebą odizolowania od toksycznego człowieka. I chyba miałam ciut więcej szczęścia niż wspomniany wyżej homoseksualista - który w dalszym ciągu toczy walkę z wiatrakami (oby nie z samym sobą) - bo w moim otoczeniu pojawił się Przyjaciel (popularnie zwany kwakrem) i nagle wszystkie rozsypane klocki zaczęły do siebie pasować. Zniknęły niepewność o życie wieczne, strach przed Bogiem, wyrzuty sumienia i poczucie winy. Ale o tym już pisałam (o tutaj: klik), więc nie będę się powtarzać.
Na coś innego chciałam zwrócić uwagę. Są kwestie w życiu każdego człowieka, co do których dokonuje wyboru (mniej bądź bardziej świadomego), są też takie, na które wpływu nie ma.
Kolor skóry nie jest wyborem.
Pochodzenie społeczne nie jest wyborem.
Narodowość nie jest wyborem.
Religia macierzysta nie jest wyborem.
Nienawiść jest wyborem.
Miłość jest wyborem.
---
* Justyna Kopińska, Z nienawiści do kobiet, Świat Książki, 2018, s. 97-99
środa, 11 września 2019
(Nie)wola
Chyba nie będzie lokowaniem produktu, gdy napiszę, że od kilku lat czytam Rzeczpospolitą. Czasami z przyjemnością, ale najczęściej z obowiązku. (Ze względu na profesję, muszę wiedzieć, co w trawie i prawie piszczy.) Najbardziej lubię piątkowy dodatek: Plus Minus. Kilka artykułów wyryło mi się w pamięci, kilka stało się inspiracją do tekstów, przemyśleń, a nawet zakupów. I o tym ( i jeszcze jednym) dziś będzie słów kilka.
Dwa - trzy tygodnie temu, czytałam historię o brutalnej zbrodni z 1978 roku, zwanej "Sprawą połaniecką". Nie wdając się w szczegóły - bo nie o epatowanie okrucieństwem i przemocą mi chodzi - w wigilijną noc, na oczach 30 świadków, sąsiadów, z zimną krwią zamordowane zostały trzy niewinne osoby, w tym dziecko, a całość okryta zmową milczenia, przypieczętowana krwią obecnych i przysięgą na krzyż różańca. Tylko dwie osoby z całej wioski (w tym dziecko), zdecydowały się zeznawać prawdę. Pierwszy, mężczyzna, krótko po tym został znaleziony martwy w przepływającej obok rzece. Drugim był chłopiec, którego ojciec powiesił się w dziwnych okolicznościach.
Wynaturzona moralność i mentalność mieszkańców tej wsi przechodzi ludzkie pojęcie, jednak nie sama historia przykuła moją uwagę, a wnioski autora, który pod rozważania wziął podłoże, źródło takiego stanu rzeczy. "Przyczyny były oczywiście złożone. Zacofanie polskiej wsi wynikające z uwarunkowań historycznych, demoralizacja sięgająca czasów ostatniej wojny światowej, niewiele warte wzorce zachowań wpajane ludziom przez komunistów, którzy co prawda nauczyli polską wieś czytać, ale podsuwali jej bardzo złe lektury. Nie pomogła także płytka i bezrefleksyjna wiara w Boga, opierająca się w dużej mierze na ludowych zabobonach i z łatwością przekształcająca się w magiczny rytuał. Brak prawdziwych autorytetów i spójnego systemu wartości sprawił, że świadkowie zbrodni i ich bliscy nie tylko gorliwie pomagali w jej tuszowaniu, ale też wykazali się wobec niej przerażającą obojętnością."*
W którymś z numerów Rzepy przeczytałam również artykuł o eksperymentach na ludziach w Auschwitz, i książce która zbiera wszystkie fakty w całość. Takim sposobem nabyłam w drodze kupna "Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz" Hansa Joachima Langa. Trudna to pozycja. Pewnie dlatego, że prawdziwa, dokumentalna i poparta opisem autentycznych przeżyć ofiar, które przeszły piekło nie tylko obozu koncentracyjnego, ale również (między innymi) ginekologicznych eksperymentów medycznych, na czele których stał prof. Carl Clauberg. Jak czytałam o młodych kobietach, dziewczynach, jeszcze dziewicach, które były poddawane iniekcji jakichś środków chemicznych, zabiegom naświetlania dróg rodnych i operacjom usuwania jajników, to mnie wszystko bolało. Sam pomysł przymusowej sterylizacji** jako części eugeniki negatywnej dla dzisiejszego człowieka jest trudny do wyobrażenia, a co dopiero wdrażanie sadystycznych technik, w wyniku których wiele kobiet umierało w męczarniach, a pozostała część dźwigała brzemię do dnia śmierci.
Książkę polecam przede wszystkim dlatego, żeby pamiętać o tym, co już nigdy nie powinno się wydarzyć, bo wbrew temu, co się ostatnio w Polsce słyszy, każda istota ludzka jest równa. Po lekturze długo nie mogłam dojść do siebie. Zastanawiałam się, jakim sposobem jeden człowiek może drugiemu wyrządzić tak wielką krzywdę? Jakiemu praniu mózgu musi się poddać? Czy naprawdę na początek wystarczy tylko poparcie dla sączącej jad nienawiści partii politycznej (Carl Clauberg był członkiem NSDAP - partii sprawującej totalitarną władzę w Niemczech w latach 1933 - 1945)?
Powyższe historie mrożą moją krew w żyłach. Podobnych jest zresztą mnóstwo. Nie dalej jak kilka dni temu oglądałam po raz wtóry "Wołyń" Smarzowskiego. Nie bardzo lubię jego filmy, gdyż w mojej opinii zbyt mocno epatuje widza drastycznymi scenami, ale porusza tematy ważne, więc oglądam. Tak było w "Pod Mocnym Aniołem", tak było również w "Wołyniu". Nie o Smarzowskiego jednak chodzi, a o rzeź wołyńską (ludobójstwo dokonane na mniejszości polskiej w latach 1943 - 1945) i jej podłoże, fundament nie tyle polityczny i historyczny, co wykonawczy. Co, w jakim czasie i okolicznościach musi się stać z człowiekiem, by ten był w stanie z zimną krwią bestialsko zamordować sąsiada? Dawno temu pisałam o Ikach (klik), ale w tamtym przypadku zmiana dokonywała się z pokolenia na pokolenie, a nie z roku na rok. Timothy Snyder twierdzi, że "Tej taktyki masowych mordów Ukraińcy nauczyli się od Niemców. To dlatego czystki etniczne UPA zaskakiwały swą skutecznością i dlatego wołyńscy Polacy w 1943 r. byli niemal tak samo bezradni jak Żydzi na Wołyniu w 1942 r. Kampania przeciwko Polakom zaczęła się na Wołyniu, a nie w Galicji, prawdopodobnie właśnie dlatego, że tutaj policja ukraińska odegrała większą rolę w wydarzeniach Holokaustu. Łączy to zagładę Żydów z rzezią Polaków i wyjaśnia obecność na Wołyniu tysięcy doświadczonych w ludobójstwie Ukraińców."***
Niezwykle łatwo jest potępiać historię i ludzi z perspektywy kilkudziesięciu lat, z dzisiejszą wiedzą, świadomością i w poczuciu bezpieczeństwa domowych pieleszy. Wydaje się, że tamten czas i tamta rzeczywistość, a w zasadzie ich odbiór jest zupełnie inny od dzisiejszego, ale... czy na pewno? Przyjaciółka podrzuciła mi wiersz Kornela Filipowicza, "Niewola". Niestety, nie znam się na poezji, często jej nie rozumiem, ale ten utwór wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Dlaczego? Bo mam wrażenie, że dzisiejsza Polska powolutku staje się państwem totalitarnym z podziałem na ludzi lepszego i gorszego sortu, a stąd już tylko malutki krok do tego, by historia zatoczyła koło zniszczenia i wyzucia ze wszelkich wartości i człowieczeństwa.
![]() |
Między wolnością a
niewolą...
leży bardzo cienka linia.
|
Niewola
W państwie totalitarnym Wolność
Nie będzie nam odebrana
Nagle
Z dnia na dzień
Z wtorku na środę
Będą nam jej skąpić powoli
Zabierać po kawałku
(Czasem nawet oddawać
Ale zawsze mniej, niż zabrano)
Codziennie po trochę
Aż pewnego dnia
Po kilku lub kilkunastu latach
Zbudzimy się w niewoli
Nie będzie nam odebrana
Nagle
Z dnia na dzień
Z wtorku na środę
Będą nam jej skąpić powoli
Zabierać po kawałku
(Czasem nawet oddawać
Ale zawsze mniej, niż zabrano)
Codziennie po trochę
W ilościach niezauważalnych
Po kilku lub kilkunastu latach
Zbudzimy się w niewoli
Ale nie będziemy o tym wiedzieli
Będziemy przekonani
Że tak być powinno
Bo tak było zawsze.
Będziemy przekonani
Że tak być powinno
Bo tak było zawsze.
---
* https://www.rp.pl/Rzecz-o-historii/307049996-Sprawa-polaniecka-Jedna-z-najglosniejszych-zbrodni-w-PRL.html
** Już w 1933 r. Niemcy wprowadziły ustawę o ochronie przed dziedzicznie obciążonym potomstwem, która zakładała przymusową sterylizację osób opóźnionych w rozwoju i chorych psychicznie. Następnie, w latach 1942 - 1944, na polecenie Himmlera Carl Clauberg przeprowadzał eksperymenty i sterylizacje kobietom uznanym za "rasowo mało wartościowe".
** Już w 1933 r. Niemcy wprowadziły ustawę o ochronie przed dziedzicznie obciążonym potomstwem, która zakładała przymusową sterylizację osób opóźnionych w rozwoju i chorych psychicznie. Następnie, w latach 1942 - 1944, na polecenie Himmlera Carl Clauberg przeprowadzał eksperymenty i sterylizacje kobietom uznanym za "rasowo mało wartościowe".
*** Timothy Snyder, Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa i Białoruś 1569-1999, Sejny 2009, s. 183.
Etykiety:
człowieczeństwo,
ludobójstwo,
nazizm,
niewola,
totalitaryzm,
wolność
piątek, 16 sierpnia 2019
Anonimowość się przydaje
Rozpoczynając przygodę z pisaniem, postanowiłam ukryć się pod pseudonimem. Z różnych względów, ale też dlatego, że moje teksty dotyczą życia innych osób (mojej rodziny, partnerów, przyjaciół, znajomych). Nie chciałam, by można ich było łatwo zidentyfikować. Oczywiście, jeśli ktoś mnie zna osobiście, to z łatwością doszuka się w opisywanych zdarzeniach i historiach konkretnych imion, nazwisk i życiorysów. Jest kilkanaście, może trochę ponad dwadzieścia osób, którym udostępniłam adres tego bloga mówiąc, że to ja i o mnie. Część z nich to moja rodzina i przyjaciele, którym chciałam się pochwalić, i przed którymi nie chciałam ukrywać tak ważnej sfery mojego życia. (Moje sumienie zatajenie utożsamia z kłamstwem, a na to w moim życiu nie ma miejsca.) Pozostali to znajomi (bliżsi lub dalsi), którym uznałam, iż pewne treści mogą się przydać, wesprzeć, zmotywować, pomóc. I czasami niektórych decyzji żałuję. A to dlatego, że nie o wszystkim mogę tu pisać, nie wszystkie teksty zamieszczać, choć uważam, że byłyby wartościowe i pomocne. Po prostu zbyt bardzo obnażałyby prywatność innych ludzi. A szkoda. Anonimowość jednak czasem się przydaje.
czwartek, 13 czerwca 2019
Możliwość wyboru szansą na lepsze
Jak miałam dziesięć lat, przeprowadziliśmy się z rodzicami ze wsi do miasta. Co prawda były to obrzeża administracyjne Gdańska, ale jednak miasto przez duże "M". To sprawiło, że wszędzie miałam... daleko. Do szkoły podstawowej 10 km - 30 minut autobusem, do szkoły średniej 25 km - 30 minut autobusem i 25 tramwajem, na uczelnię 30 km - 30 minut autobusem i 20 kolejką podmiejską, do pierwszej pracy 35 km - 30 minut autobusem, kolejne 30 tramwajem i 20 autobusem. Pamiętam, jak stojąc na przystanku w deszczowe dni, z zazdrością patrzyłam na przejeżdżających swoimi autami kierowców. Nie dość, że było im ciepło, to jeszcze docierali na miejsce znacznie szybciej niż ja. Minęło kilka lat, zdałam egzamin na prawo jazdy, kupiłam samochód, prawie nigdzie nie ruszałam się bez niego. Mało obchodziła mnie ekologia i zanieczyszczenie środowiska. Liczyła się wygoda i poczucie bezpieczeństwa; oraz prestiż posiadania auta. Czułam się lepsza od tych kotłujących się w tłumie spoconych pasażerów. Wszystko zmieniło się jakiś rok temu, gdy od przyjaciela dostałam w prezencie urodzinowym piękny, biały, elektryczny rower z koszyczkiem z kokardami. Przesiadłam się z auta na rower i tak już zostało. Na początku roku przeprowadziłam się do nowego mieszkania, blisko centrum. Od tego czasu jeśli nie rower, dużo częściej wybieram komunikację miejską. Dużą frajdę sprawia mi podróż tramwajem, podczas gdy wcześniej decydowałam się na taksówkę. I to wszystko pomimo faktu, że w garażu stoi wymarzone auto. Czerwone i śliczniutkie! Dlaczego? Bo tak wybieram. Nie cierpię musieć. Kiedy nie muszę, okazuje się, że mogę bardzo dużo. Z przyjemnością i niekrytą satysfakcją.
Możliwość wyboru daje mi szansę na bycie lepszą. Tak jest w przypadku roweru i komunikacji miejskiej, ale również w przypadku plastikowych toreb. Odkąd mieszkam sama i segreguję śmieci, widzę jak ogromne ilości odpadów produkuję, jak wiele rzeczy zapakowanych jest w plastik. Postanowiłam więc robić zakupy z torbą wielokokrotnego użytku, a warzywa i owoce pakować bezpośrednio do koszyka (z pominięciem woreczków). Może to jeszcze niewiele, ale zawsze jakiś start. Jajka kupuję od szczęśliwej kurki, najchętniej na wsi, a mięsa prawie wcale. (To ostatnie akurat w związku z tym, że rzadko gotuję, a jeśli już to raczej z dodatkiem mięsa niż nim w roli głównej. Wyjątek stanowią razy, gdy zapraszam gości.) Nie pamiętam już nawet, kiedy kupiłam wodę w plastikowej butelce. Po prostu zainwestowałam w dzbanek filtrujący i korzystam z kranówki. Ostatnio rozmawiałam z babcią i powiedziałam, że piekę własnych chlebek (teraz zamiast pisać, powinnam to zrobić, bo zakwas już gotów!). Zdziwiona spytała, dlaczego, skoro teraz można wszystko kupić w sklepie? Ano dlatego, że chcę! W końcu pretenduję do bycia kwakierką, a to zobowiązuje.
Okazuje się, że możliwość wyboru sprawia, że zaczynam myśleć dalej niż czubek własnego nosa. I takich sposobności Wam, Szanowni Czytelnicy, życzę. Czasami malutka zmiana może stać się lawiną nowości i satysfakcji w życiu. Polecam. :-)
sobota, 4 maja 2019
Uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić
W dniu ślubu koleżanka życzyła mi (nam) mnogości radości i poczucia pełni szczęścia przez całe życie. Mnożyć umiem, czym jest radość również wiem i doświadczyłam, jednak drugi człon życzeń, choć wówczas oczywisty, teraz już taki nie jest. Bo czym ta pełnia jest? I czy oby na pewno na każdym etapie życia znaczy to samo? A może wcale nie zależy od okoliczności, a mojej na nie reakcji?
W tamtym czasie jawiła mi się w szczęśliwym i sielankowym życiu wespół z małżonkiem i dwuosobową gromadką dzieci.* Dzisiaj... że tak się wyrażę... wręcz przeciwnie. :-) A wyraźnie widać, że rzeczony stan miał trwać przez całą egzystencję. Więc co z tą pełnią i pobożnymi pragnieniami? Mój przyjaciel zwykł mawiać - uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić. I ma rację! Jak zawsze zresztą. (Pisząc "zawsze" zawahałam się przez chwilę; rozważałam "często", "zazwyczaj", "przeważnie" - żeby nie było, że ja to nigdy - ale prawda jest taka, że jak sięgam pamięcią, nie pomylił się jeszcze nigdy, skubany!)
Posiadam dużo. W wielu aspektach mojego życia. Materialnie i niematerialnie. Mam prawie wszystko, o czym marzyłam. Ten rok, choć nie przekroczył połowy, dał mi ogrom. A jednak gdzieś z tyłu głowy tli się - gdyby tylko jeszcze... Jeszcze. Dlaczego nie może być po prostu już? Dlaczego tak trudno zaakceptować, że może to jest maksimum tego, co mogę mieć, i zamiast oczekiwać na jakieś jeszcze, cieszyć się tym, co jest?
Mam jakieś wyobrażenia o tym, jak chciałabym, by wyglądało moje życie. A żeby było trudniej, na przestrzeni miesięcy i lat to się zmienia. Planuję więc, realizuję, czasami cierpliwie (albo mniej) czekam. Zdarza się, że całość nie toczy się zgodnie z wizją i zamysłami, a moje oczekiwania rozbijają się o rzeczywistość niczym jajko o podłogę, gdy wypada z lodówki (to tak a'propos ostatniego czasu). I kto wówczas wkracza na arenę? To oczywiste - poczciwy, stary, nieodłączny towarzysz pelagiowych perypetii - cierpienie.
Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że znam przynajmniej trzy przypadki, w których spełnione życzenie dało skutek odwrotny od zamierzonego. Oto one:
- Moja koleżanka będąc dzieckiem, marzyła o posiadaniu Skody Favorit. Marzyła, więc kupiła - używaną, trzydzieści lat później. Ciekawe tylko, dlaczego ów euforyczny stan nie nastąpił?
- Gdy mojego przyjaciela opuściła kobieta, którą bardzo kochał, próbował wielu rzeczy, by ją odzyskać; nawet modlił się słowami: "Matko Boska spraw by Anna znowu była z Adamem". Ktoś chyba wysłuchał prośby, bo Anna wróciła, ale do swojego poprzedniego Adama.
- Ze trzy lata temu, zakochana po uszy oddałabym duszę, by po rozstaniu z pewnym facetem usłyszeć od niego: "bardzo ciebie kocham i już nie chcę walczyć z tym uczuciem". Kilka dni temu, gdy te słowa niespodziewanie padły, znaczyły niewiele, bo z perspektywy czasu widzę bardzo wyraźnie, że życie potoczyło się z korzyścią dla mnie. Bez niego.
Podobno, kiedy Bóg chce nas ukarać, spełnia nasze prośby. Warto o tym pamiętać, gdy znowu coś pójdzie nie tak, bo może za kilka tygodni, miesięcy, czy lat, rezultat ów okaże się prawdziwym wybawieniem?
***
--
* Mała dygresja związana z dniem mojego ślubu, a właściwie miejscem, w którym organizowaliśmy wesele. Odbyło się ono w bardzo eleganckim hotelu, do którego ostatnio postanowiliśmy z siostrą i szwagrem zaprosić rodziców na wspólny obiad z okazji ich urodzin. Gdy siostrzeńcy to usłyszeli, starszy (14 lat) wyraził obawę o dobór miejsca, bo co będzie, jak cioci (mnie) wrócą wspomnienia i będzie przykro? Młodszy zaś (10 lat) dopytał, czy już tam był. Siostra odpowiedziała, że owszem, był na weselu, tylko jako pięciomiesięczny niemowlak prawie cały czas spędził zanosząc się od płaczu w pokoju. Skwitował to słowami, że jak niby miał nie ryczeć, skoro już wówczas wiedział, jak całość się skończy? :-)
Fajowi są, co? Ja to mam szczęście...
poniedziałek, 22 kwietnia 2019
czwartek, 21 marca 2019
Babska przypadłość
Przyjaciel podesłał mi recenzję książki "Swatanie dla początkujących" Maddie Dawson, a w niej taki oto kawałek:
"Pobrali się. Choć Noah Spinnaker przed samym ślubem mocno starał się przekonać Marnie, że to nie ma sensu, że im się nie uda, dziewczyna sterroryzowała go, zalała potokiem argumentów i przekonała. Małżeństwo rozleciało się po dwóch tygodniach.
Tu pozwolę sobie na pewien wtręt. Miałem pewne podejrzenia, więc popytałem znajome czytelniczki i okazało się, że kobiety tego fragmentu zupełnie nie widzą albo bagatelizują tak bardzo, że prawie jakby nie widziały. Którego? Ano, tego wyżej. Noah nie chciał się żenić, rozmyślił się, zorientował, że się do tego nie nadaje, że sobie nie poradzi, że to się nie uda. Miał zupełną rację! Małżeństwo się rozpadło. Dlaczego? Bo Noah nie dorósł do poważnego związku, nie nadawał się do niego, nie poradził sobie."*
Niewielkie mam doświadczenie w związkach damsko - męskich z różnymi mężczyznami, gdyż jestem z tych wiecznie naprawiających, cierpliwie czekających oraz kochających monogamicznie i "do końca życia", a to z kolei powoduje, że rzadko zmieniam partnerów. Za to zawsze mam przeświadczenie, że nasz związek jest inny niż wszystkie, absolutnie wyjątkowy i nawet jeśli w 90% procentach podobnych przypadków zakończenie jest złe (dla związku, bo niekoniecznie dla poszczególnych w nim osób), ja wierzę, że będzie inaczej. Racjonalizuję, argumentuję, przekonuję, manipuluję (czasami, coraz rzadziej, również nieświadomie) i godzę się na więcej, niż początkowo planowałam. (Akurat z tym ostatnim nie mam do siebie dużych pretensji, bo często już tak było, że coś sobie wyobrażałam, a rzeczywistość weryfikowała te moje rojenia.) Przecież od zawsze powtarzano mi, że głową związku jest mężczyzna, ale szyją, która nią kręci - kobieta. Przecież naturalne jest, że mężczyzn trzeba czasami do czegoś zmotywować i leciutko przymusić, bo kto, jak kto, ale ja wiem lepiej, co będzie dla nas dobre - ty zrób, a potem się będziemy martwić (jak w ogóle będzie o co). Przecież czytałam kiedyś anegdotę o starszym panu, który spytany o przepis na dobre małżeństwo powiedział, że już na początku umówili się z małżonką, że ona decyduje o wszystkim poza rzeczami naprawdę ważnymi, i tak zrobili, tyle tylko, że na końcu okazało się, że przez całe życie nie było żadnej istotnej.
Jaki z tego wniosek? Pomimo, że często zdarza mi się mawiać, że mam raczej męski mózg, że nie lubię kobiecych rozrywek i zagrywek, że wolę proste komunikaty, bo nie potrafię (i nie chcę) się domyślać, że mama mówiąc, iż wczoraj były urodziny ś.p. Ciotki, tak naprawdę miała mi za złe, że się nie zorientowałam, by zawieźć ją na cmentarz - jestem - przynajmniej w jakiejś części - babą z krwi i kości. Labilną, empatyczną do szpiku kości, naiwną i przeświadczoną o własnej nieomylności (kto niby ma wiedzieć lepiej niż ja?!) idiotką. I nie piszę tego dlatego, że w moim życiu wydarzyło się właśnie jakieś nieszczęście. (Jeszcze.) Po prostu zauważyłam, jakie mam tendencje, a to nie wróży dobrze. Wpierw upieram się przy swoim, a później...
--
Żródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4875446/swatanie-dla-poczatkujacych/opinia/51076811#opinia51076811
piątek, 15 marca 2019
Póki życia, póty nadziei
Stało się. Przeprowadziłam się. Do własnego, przepięknego mieszkania. Wymarzonego. Wyczekanego. Wychodzonego. Wyremontowanego zgodnie z upodobaniami i poczuciem estetyki. Jeszcze kilku rzeczy brakuje, ale to już samiutka końcówka. Wcześniej rozmyślałam, co napiszę w pierwszym poście zza nowego biurka w gabinecie. Że na pewno coś wzniosłego, przemyślanego, natchnionego. Takiego, że hej! Że powstanie literackie cacuszko na miarę, no przynajmniej Pulitzera jakiegoś. W końcu w takim entourage nie mogło być inaczej.
Kolejny raz okazało się, że wyobrażenia zderzyły się z rzeczywistością, niczym mucha z samochodem na autostradzie. Bo nic innego nie ciśnie mi się na usta (w zasadzie palce), niż krótka anegdota o nowej sąsiadce z piętra niżej, która w tydzień zdążyła mi złożyć dwie wizyty osobiste i zadała sporo trudu, by odnaleźć mój profil na fejsbuku i napisać wiadomość. Okazuje się, Szanowni Czytelnicy, że pomimo wzmocnionej posadzki, specjalnego kleju, który musiałam zakupić i grubej, drewnianej podłogi oraz mięciutkich kapci* na stopach, robię taki hałas chodząc "z pięty" - zarówno w dzień, w nocy, jak i w weekend, kiedy byłam w innym mieście - że ona nie może funkcjonować, że dudni jej sufit i wszystko drży, a słyszy nawet przez zatyczki do uszu i przy włączonej głośno muzyce. Że wiertarki udarowe przy moim użytkowaniu mieszkania to nic. I że powinnam rozważyć wyprowadzkę na wieś, skoro nie potrafię się dostosować do sąsiadów. I tu przypomniała mi się anegdota, którą usłyszałam podczas tego weekendu poza domem, kiedy mój chód było słychać z ponad pięciuset kilometrów. Była sobie grupa chorych osób. Wszystkim podano na tacy lekarstwo, które mogło ich uchronić przez śmiercią. Jedna nie wzięła i miała pretensje do reszty, że zażyli.
Podejrzewam, że historia z sąsiadką będzie miała dalszy ciąg. Nie napawa mnie to specjalnie optymizmem, ale może się czegoś o sobie lub innych dowiem? Poza tym nic nie jest w stanie zaburzyć wszechogarniającego poczucia szczęścia i wdzięczności, które mnie wypełniają dzięki spełnionemu marzeniu. Było 7 lat chudych w moim życiu, przyszedł czas na 7 tłustych. Gdy 4 lata temu mój mąż się wyprowadzał, przez myśl mi nie przeszło, że za niedługo będę w takim punkcie życia, jak obecnie. Póki życia, póty nadziei.
---
* Żeby było jasne. Nie wyglądają tak:
poniedziałek, 14 stycznia 2019
Rzeczy ważne i ważniejsze
Rzadko moim pisaniem odnoszę się do spraw bieżących, politycznych, gospodarczych, ekonomicznych. To zwyczajnie nie taki blog, też nie zawsze obszar moich zainteresowań. Ale dziś nie mogę przejść obojętnie obok tego, co się stało, bo dotyczy mnie jakby bardziej. Jestem rodowitą Gdańszczanką, a dziś umarł Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz. Podczas wczorajszego finału WOŚP został zaatakowany nożem tuż przed „Światełkiem do Nieba”, gdy oczy tłumu skierowane były w górę, gdy nikt się tego nie spodziewał.
O zamachu dowiedziałam się od mojej przyjaciółki, gdy brałam kąpiel. Była godzina 20:13. Od razu włączyłam telewizor, ale żaden z kanałów telewizji naziemnej nie nadawał tych informacji. Włączyłam więc TVN24 w internecie; nie było wizji, ale mogłam przynajmniej posłuchać. Dostałam kilka wiadomości, i po trzech godzinach kładłam się spać z informacją o tym, iż musi stać się cud, by przeżył. Ten cud się nie stał. Człowiek zmarł. I już nie ma znaczenia, ilu ludzi się Nim po zamachu zajęło, kto z oficjeli do szpitala przyjechał, kto złożył kondolencje, a kto wylał wiadro pomyj w internetowych komentarzach i oświadczeniach. Bo fakt jest faktem, a życie ludzkie tak kruche i delikatne, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Pewnie w piątek wychodząc z pracy mówił „do zobaczenia w poniedziałek”, albo zwyczajnie „do widzenia”, pewnie miał jakieś plany, marzenia, postanowienia. Żadne z powyższych się nie spełniło i już nie spełni. Wczoraj był, dziś już nie ma. I tylko najbliżsi zostają. Ze smutkiem, żalem, złością i lękiem. Miał 53 lata. Pewnie koło 30 zostało mu bestialsko zabranych.
Jak ktoś umiera nagle, wskutek nieszczęśliwego wypadku, czy jak w tym przypadku - umyślnego czynu osób trzecich, zawsze przychodzi mi na myśl, co by było gdybym to ja, albo ktoś mi bardzo bliski? Czy nie żałowałabym swojego ostatniego zachowania? Czy nie zostawiła po sobie jakichś niezamkniętych spraw, niewypowiedzianych słów? Takie momenty, choć bardzo trudne, przypominają mi, że są rzeczy ważne i ważniejsze. I chyba tylko to może być pocieszeniem w taki dzień jak dziś.
czwartek, 3 stycznia 2019
Nowe
![]() |
Źródło: https://www.paperblanks.com/en/product/
12-month/2019-metauro/de4919-7
|
I zawitał przygnany przez dziki wiatr. Całkiem nowiutki. Do starannego zapisania niczym dziewiczy notes Paperblanks. Kartka po kartce. 365 dni. 365 szans. Rok 2019. Podobno, gdy kobieta zmienia fryzurę, idzie nowe, a ja bardzo zapragnęłam ją zmienić. Teraz pełna nadziei i radości w sercu zerkam w przyszłość. A ta maluje się w jasnych kolorach. A konkretnie białej, ciepłoszarej NCS S 1502-R50B i dębowej, przełamanymi tęczą barw na obrazach Leonida Afremova. Przyszłość w postaci mojej własnej, wymarzonej oazy spokoju, swobody i wolności. I może jeszcze... Nie, nie będę zapeszać. Wszystko w swoim czasie...
Szanowny Czytelniku,
jeśli czytasz mojego bloga, znaczy że odnalazłeś w sobie potrzebę bardziej świadomego życia. Życzę Ci więc, by bieżący rok przybliżył Cię do poznania Rzeczywistości, a jednocześnie nie stanowił wyzwania sam w sobie.
Serdeczności,
Pelagia M.
sobota, 10 listopada 2018
Droga w poszukiwaniu Prawdy
Jestem rozwódką. Nie definiuje mnie to jakoś szczególnie - zresztą za etykietkami nie przepadam i już o tym pisałam - ale wspominam o tym, gdyż rozwód był początkiem zmian w moim postrzeganiu Boga, religii i wiary - wyrażeń do tamtego momentu dla mnie tożsamych. Kamieniem milowym było odkrycie, że nie bez kozery są to trzy różne słowa, bo i każde oznacza coś innego, ma inną definicję, a nawet... definiowalne nie jest. Ale po kolei. Wychowałam się w wierze katolickiej, święcie przekonana, iż jest Jeden Bóg w Trójcy Jedyny - Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Nie pozwoliłam sobie w TAKIEGO Boga wątpić - choć wiele spraw głoszonych przez kler budziło moje wątpliwości - do momentu, w którym z Kościoła Katolickiego zostałam niejako wykluczona. Decyzja o rozwodzie była bardzo bolesna i podyktowana konkretnymi wydarzeniami. W zasadzie nie miałam sobie nic do zarzucenia, a wyszło, iż powinnam się kajać oraz prosić Boga o wybaczenie, a do tego żyć w celibacie. Ta perspektywa nie podobała mi się zupełnie, więc pozwoliłam sobie zwątpić, i... tak rozpoczęła się moja podróż w poszukiwaniu Boga.
Początkowo byłam trochę przestraszona i niepewna. Po głowie krążyły myśli - a co jeśli za moje poszukiwania i zwątpienie zostanę ukarana?! Wówczas w odwecie przyszli Przyjaciele. Ona uspokoiła słowami: "Nie denerwuj się, Bóg sobie z tym poradzi...". A on wyjaśnił, że przecież Jezus nigdy nie powiedział "czcijcie mnie", Jezus mówił "podążajcie za mną, naśladujcie". Być może wcale nie muszę wierzyć w boskość Jezusa, żeby zbliżyć się do Boga, tylko robić to, co proklamował. I to było to! Wielki, ogromny kamień spadł mi z serca i mogłam spokojnie zająć się rozważaniem i poszukiwaniem. Znalazłam Kwakrów (Religijne Towarzystwo Przyjaciół) i zostałam. Ostrożnie, bez deklaracji i członkostwa. Jestem. Dlaczego? Bo wśród Przyjaciół nie ma jednolitego systemu wierzeń - nie trzeba wierzyć w skrupulatnie określonego Boga, jednakowego dla wszystkich. Ważniejsze od zewnętrznych przejawów są praktykowane wewnętrzne wartości i postawa oraz działanie na rzecz innych. Ważne są Świadectwa takie jak: prawda, równość, pokój, uczciwość, prostota, wspólnota, troska, powiernictwo... I w nich każdego dnia przejawia się Bóg. Nie w paciorkach, strzelistych wieżach, różańcach i litaniach. Lecz w słowach. W czynach. I zaniechaniach.
„Skromnych, cichych, miłosiernych, sprawiedliwych, pobożnych i uczciwych ludzi można odnaleźć w każdym wyznaniu i kiedy śmierć ściągnie z nich maski, poznają się nawzajem, chociaż różne barwy, które noszą tu na ziemi, czynią z nich obcych sobie”. (William Penn, 1693)
Krótka dygresja. We wszystkim staram się odnajdywać dobre strony. Takim też sposobem nauczyłam się czerpać z przywilejów przeziębienia, szczególnie gdy jest weekend. Czas wówczas zwalnia. Mam go i na książkę, i na film. Ostatnim razem udało mi się obejrzeć dwa autobiograficzne obrazy: "Muhammad Ali" i "Malcolm X.", a przyjaciele podesłali kilka ciekawych rzeczy do czytania. Tym samym trafiła w moje ręce (przed moje oczy) „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall (czytana po raz kolejny, a jakby na nowo), i bardzo rozdzierający, spisany tuż przed śmiercią pamiętnik Żydówki, która wraz z matką opuściła Getto w wieku pięciu lat, a wojnę przeżyła dzięki dwójce Sprawiedliwych, którzy zgodzili się ją ukryć. Były to bardzo przejmujące historie. Podszyte lękiem, dyskryminacją, bestialstwem, dehumanizacją i okrucieństwem jednych ludzi wobec drugich. Wiodły od chrześcijaństwa do muzułmanizmu, od judaizmu, poprzez katolicyzm z powrotem, a niektóre do ateizmu. Historie poddające w wątpliwość istnienie Boga. Z rozdzierającymi duszę pytaniami - Gdzie On wówczas był? Jednych opuszcza, a drugich wyzwala? Jak mógł na to pozwolić?! Otóż... sprawa może być prostsza niż się wydaje. To "ludzie ludziom zgotowali ten los", nie Pan Bóg.
„Skromnych, cichych, miłosiernych, sprawiedliwych, pobożnych i uczciwych ludzi można odnaleźć w każdym wyznaniu i kiedy śmierć ściągnie z nich maski, poznają się nawzajem, chociaż różne barwy, które noszą tu na ziemi, czynią z nich obcych sobie”. (William Penn, 1693)
![]() |
| Forest Road - Leonid Afremov |
czwartek, 25 października 2018
Varia: kawiarnia
Jest w Opolu pewna klimatyczna kawiarnia. A w niej o 13:05 zajętych niezależnie sześć stolików, przy których siedzi w sumie z kilkanaście osób. Średnia wieku, jak sądzę, coś około 60 - 65 lat. Mój Dziadek siedząc w domu odkładał pieniądze na nagrobek. Ma zresztą piękny. A ja na starość (o ile Bóg da) będę chodzić do kawiarni. Z pomalowanymi ustami i w pięknym kapeluszu. Nie tylko od święta.
niedziela, 14 października 2018
Koniec?
Dawno nie pisałam, choć o tym żeby do tego przysiąść, myślę kilka razy w tygodniu. Doba się nie skurczyła, ale czasu jakoś już nie wystarcza. A może napisałam już wszystko, co warte napisania (a właściwie przeczytania przez odbiorcę) na poziomie mojej wiedzy i świadomości? A może autoterapia poprzez prowadzenie bloga się już skończyła?
Początkowo pisałam przynajmniej posta tygodniowo, a najlepiej dwa. Z czasem zmieniło się na dwa miesięcznie, dwanaście do roku, a teraz zerkam w historię i widzę, że ostatni opublikowany wpis jest datowany na połowę lipca. Minął kwartał.
Kiedyś moim marzeniem było, że na podstawie blogowych artykułów napiszę książkę. Dziś nadzieja tli się jeszcze tylko gdzieś w oddali. Może powinnam się z tego cieszyć? Nie piszę zarobkowo, moja profesja jest zgoła inna, a zauważyłam już dawno, że piszę w trudniejszych momentach mojego życia - jak mi jest smutno, źle, jak cierpię. (Nie tęsknię do tego!) Moje życie wywróciło się do góry nogami, a później jeszcze mocno pozamieniało warstwami. Śmiało mogę powiedzieć, że należę do grona najszczęśliwszych ludzi na świecie.
Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas, ale bieżący rok przyniósł mi ogrom wspaniałości i zmian. Zakochałam się w Wenecji, zmieniłam zasady żywienia, przerzuciłam w dużej mierze z samochodu na rower, spełniło się moje największe muzyczne marzenie, odebrałam klucze do mojego własnego mieszkania, i jest szansa, że jeszcze w tym roku w nim zamieszkam, oraz - co najważniejsze - otaczają mnie ludzie, których kocham, lubię, szanuję.
Czy w związku z tym, to już koniec? Myślę, że nie, ale wszystko w swoim czasie.
Serdeczności, Szanowny Czytelniku.
Dziękuję, że jesteś.
Pelagia M.
niedziela, 15 lipca 2018
Być jak Scarlett
Duży lub przedłużający się stres, często związany ze sprawami damsko - męskimi, zawsze kładł mnie na łopatki, zawładniał moim życiem, przejmował stery uniemożliwiając normalne funkcjonowanie. Z żywiołowej, energicznej i uśmiechniętej osoby robiło się warzywko nie mające nawet siły, by wyjść na spacer. Bałam się, że i tym razem tak zareaguję. Pojawiło się milion dodatkowych lęków. Czy dam radę? Czy będę umiała spokojnie pracować i realizować swoje plany? Czy znowu nie pojawi się jadłowstręt? Okazało się, że martwiłam się na zapas, bo w momencie, jak bezsilna skapitulowałam, jak przestałam walczyć i płakać nad niepowetowaną stratą, powiedziałam sobie: dość. Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro. (Przy czym "jutro" oznaczało bliżej nieokreślone kiedyś.) Pierwszy raz w życiu umiałam postąpić, jak Scarlett O'Hara w "Przeminęło z wiatrem". To mnie uratowało! Kilka dni upłynęło, nabrałam odpowiedniego dystansu. Świat się na mnie nie zawalił. Zajęłam się innymi rzeczami, pewne sprawy poukładałam w głowie. Żyję. Dość komfortowo i spokojnie. Czy to była ucieczka od nieprzyjemnych uczuć, emocji i kluczowych decyzji? W tamtym momencie na pewno tak. Po prostu nie byłam już w stanie dłużej ryczeć. Jeszcze chwila, a głowa pękłaby mi na pół. Ale nie żałuję, cieszę się z mojej reakcji, bo nikt i nic nie jest warte takiego cierpienia.Może i dla mnie wszystko przeminęło z wiatrem. Może. Czas pokaże. Ale być jak Scarlett już chyba potrafię. A to może uratować życie, albo przynajmniej oszczędzić cierpienia wywołanego spazmatycznym wpędzaniem się w czeluści rozpaczy.
piątek, 22 czerwca 2018
Kochaj bliźniego swego
Od wielu miesięcy słychać zewsząd o emigrantach i uchodźcach. A to wszystko podszyte jest lękiem. Przyjmować, nie przyjmować, po której stronie się opowiedzieć? Nie chcę wdawać się tu w politykę, bo naprawdę się na niej nie znam. Nie chcę polemizować z przeciwnikami, ani wstawiać się za zwolennikami. Nie chcę przedstawiać mojej opinii. Chciałabym przelać na papier, a właściwie wstukać w klawiaturę, kilka refleksji będących wynikiem moich ostatnich doświadczeń. Chciałabym poruszyć kwestię równości, moralności, człowieczeństwa, strachu, współczucia, obojętności, brutalności. Chciałabym zadać kilka pytań, na które sama nie znajduję odpowiedzi.
Jestem osobą z otwartą na inność głową, tolerancyjną, starającą się szanować odmienność innych ludzi. Przynajmniej tak chciałabym o sobie móc powiedzieć. A jednak, gdy ostatnio spotkałam dziewczynę - Słowenkę, młodą i ładną, ale na pierwszy rzut oka (dla mnie) dziwną, gdyż w upalny dzień ubraną w specyficzną czarną sukienkę do kostek, rajstopy i niecodzienne obuwie, a do tego długi płaszcz - jak typowej Polce przyszło mi na myśl, że pewnie musi być innego wyznania, bo kto inny by się tak ubrał? Spytałam o to mojego czeskiego przyjaciela, a on odparł, że Polakom wychowanym w znakomitej większości w tradycji i kulturze katolickiej, trudno jest zrozumieć, że spora część ludzi żyje poza religiami i ich odmienność wcale nie wynika z innego wyznania, a tylko pewnych upodobań. Ta konkretna kobieta miała widoczną słabość do gotyku, renesansu i tamtego sposobu ubierania się. Sama zresztą szyła te szaty. To banalny przykład na to, że odmienność nawet na poziomie Europejczyków jest czymś zupełnie naturalnym. A co dopiero, gdy mamy do czynienia z kimś, kto wychował się w zupełnie odmiennej kulturze, kto nigdy nie używał komputera, albo sztućców?
Wierzę, może naiwnie, że wszyscy ludzie są równi i mają prawo żyć godnie. Nigdy nie używam i nie znoszę słyszeć pejoratywnych określeń typu: czarnuch, białas, ciapaty, katol, Angol, Szwab, Żydek, brudas, etc. I to bez względu na wielkość litery, od której dane słowo się zaczyna. Wiem, że niektórych z nas dzieli przepaść kulturalna i religijna, wykształcenie, upodobania, zwyczaje, definicja dobra i zła i wiele, wiele innych, i nie wiem, czy dobrym rozwiązaniem jest przyjmować falę odmiennych kulturowo uchodźców, czy emigrantów. Wiem jednak z całą pewnością, że nie ma we mnie wewnętrznej zgody na odrzucenie choć jednego człowieka w potrzebie. Człowieka zagubionego, przerażonego, wygłodniałego, niewinnego tego, że urodził się w konkretnych okolicznościach, na konkretnej szerokości geograficznej, wychowanego w duchu jakiejś religii i nasiąkniętego tym, co mu wpajano od dziecka. A to wszystko ze strachu o jego odmienność.
A gdyby tak spojrzeć na nich jak na konkretne jednostki ludzkie. Pełne obaw, lęku, o to co stanie się za chwilę? Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, co byś czuł, gdybyś nagle znalazł się w obcym kraju, którego kultury nie znasz, wśród ludzi, którzy są do ciebie wrogo nastawieni, mówią językiem, którego nie jesteś w stanie zrozumieć, i nie wiesz nic. Nic. Czy przeżyjesz noc, czy będziesz miał gdzie spać i co zjeść. A taki schemat powtarza się co dzień.
Jestem tuż po lekturze powieści "Kochaj bliźniego swego" Ericha Marii Remarqua. Poruszyła mnie do łez. Dopiero po niej zrozumiałam, czym jest życie na uchodźstwie, w permanentnym strachu. Czym może być emigracja dla konkretnego człowieka. Autor opisuje inne czasy, jednak problem podobny - dehumanizację człowieka gorszego sortu. Tekst z okładki: "Po ucieczce z nazistowskich Niemiec główni bohaterowie powieści - niemiecki polityk Josef Steiner, syn żydowskiego fabrykanta Ludwig Kern i studentka Ruth Holland - próbują bezskutecznie zapuścić korzenie w sąsiednich krajach: ich przymusowa wędrówka pod groźbą wydalenia, czasem na skraju żebraczej egzystencji, biegnie przez Czechosłowację, Austrię, Szwajcarię i Francję, ale przebywając nielegalnie, często bez pracy, wszędzie spotykają się z obojętnością, perfidią i wyzyskiem, wbrew biblijnemu przykazaniu." Mnie zaś szczególnie ujął ten fragment: "Za dwie godziny ten człowiek zamknie biurko i pójdzie na kolację (...) - około jedenastej zacznie ziewać i oświadczy 'Jestem zmęczony. Idę do domu. Spać'. Do domu. Spać. O tej samej porze nad przygranicznymi lasami i polami zalegać będzie gęsta ciemność, obcość, strach - i zagubiona w tej ciemności, samotna, potykająca się, zmęczona, tęskniąca za ludźmi i bojąca się ludzi, maleńka, migocząca iskierka życia: Ludwig Kern. A wszystko to tylko dlatego, że od znudzonego urzędnika za biurkiem dzieli go kawałek papieru nazywany paszportem. Ich krew miała taką samą temperaturę, ich oczy miały taką samą budowę, ich nerwy reagowały na te same bodźce, ich myśli biegły takimi samymi torami - a mimo to dzieliła ich przepaść, nic nie było u nich takie samo, (...), jeden był posiadającym, drugi odepchniętym, a ta przepaść była tylko małym kawałkiem papieru, na którym widniało jedynie nazwisko i parę nieistotnych danych."*
Już w trakcie połykania kolejnych stron utożsamiłam się z losami bohaterów i automatycznie wskoczyłam w ich buty. A gdybym to ja znalazła się w takich okolicznościach? A gdybyś to był Ty? Zmroziło mnie. I położyło zupełnie inne światło na problem uchodźstwa.
W mediach aż roi się od opisów aktów terroru, gwałtów i rozbojów dokonywanych przez młodych, wyzutych z jakichkolwiek uczuć, ogarniętych degrengoladą mężczyzn, uchodźców. Dlaczego tylko o tym piszą? Dlaczego nie wspomną o normalnych ludziach, którzy pracują i chcą godnie i bezpiecznie żyć? Dlaczego nie piszą o Nassimie z Syrii, inżynierze budownictwa, który wraz ze swoją żoną (oboje są Druzami, nie muzułmanami) i dwumiesięczną córeczką są uchodźcami. O Atenie z Iranu - chrześcijance, która musiała uciekać, bo była prześladowana przez swoich rodaków? O Osamie - muzułmaninie pracującym w przemyśle żywnościowym i jego żonie - inżynierze, oraz ich dwójce dzieci płynnie mówiących po niemiecku i uczących się w szkole podstawowej? O Esther, chrześcijance z Syrii, która uciekła wraz z trójką malutkich dzieci? O czterystu pięćdziesięciu innych uchodźcach (w tym młodych, sprawnych mężczyzn), którzy od trzech lat żyją w małym, czterdziestopięciotysięcznym niemieckim miasteczku w pokoju z jego mieszkańcami?** Dlatego, że pierwsze się sprzedaje, a drugie nie.
Niedawno byłam na Węgrzech. W kraju, w którym wszędzie można spotkać takie bilbordy, jak na zdjęciu obok. W kraju, który nasz rząd zdaje się chcieć naśladować... Ja miałam jednak przyjemność wysłuchania wykładu założyciela organizacji MigHelp (mighelp.hu), emigranta z Sierra Leone, który od blisko dwudziestu lat mieszka na Węgrzech, (więcej można poczytać tu: http://mighelp.hu/about), sam przeszedł drogą przez mękę, a od 2009 prowadzi organizację, która ma na celu aktywizowanie uchodźców do podjęcia pracy poprzez naukę języka, kursy prawa jazdy, czy szkolenia z opieki nad dziećmi i ludźmi starszymi. Organizacji, dzięki której uchodźcy z różnych krajów i różnych religii mogą razem pracować, uczyć się i poznawać. A doświadczenie pokazuje przecież, że skłonność do dehumanizacji jednej grupy przez drugą zanika, gdy skonfliktowane grupy podejmują się realizacji wspólnego celu.
Nie wszyscy uchodźcy to radykalni wyznawcy Allaha gotowi powybijać wszystkich Europejczyków w imię wojny z innowiercami. Nie wszyscy są źli, bezduszni i straszni. Może więc zanim ocenię, odrzucę, wydam oskarżenie i wyrok wszystkim, zastanowię się i przez moment pomyślę, czy oby na pewno mam rację?
"Im prymitywniejszy człowiek, za tym lepszego się uważa (...). To daje człowiekowi (...) napęd do działania! Ślepe przekonanie! Wątpliwości i tolerancja to właściwości człowieka cywilizowanego. Który z tego powodu wciąż idzie na dno. Dobrze znana syzyfowa praca. To jedna z najgłębszych alegorii ludzkości."***
---
* Erich Maria Remarque, "Kochaj bliźniego swego", wyd. REBIS, 2015, str. 28
** Wszystkie te osoby istnieją naprawdę, a relację o ich życiu dostałam bezpośrednio od przyjaciela, który mieszka w tym miasteczku całe życie.
*** Erich Maria Remarque, "Kochaj bliźniego swego", wyd. REBIS, 2015, str. 106
Etykiety:
chrześcijanie,
człowieczeństwo,
dehumanizacja,
emigranci,
kochaj bliźniego swego,
uchodźcy
piątek, 11 maja 2018
Varia: tu i teraz
Żyć tu i teraz. Chłonąć rzeczywistość wszystkimi zmysłami. Oddychać cieplutkim, majowym powietrzem, z którego kurz starł ulewny deszcz. Upajać się aromatem kwitnących kasztanów i bzu bardzo wyraźnym właśnie w taki dzień. Napawać widokiem soczyście zielonej trawy i rosnących w niej różowo - białych stokrotek i żółciutkich mleczy. Podziwiać błękit nieba przeplatający się z czarnymi, burzowymi chmurami. Czuć na całym ciele łagodny powiew wiatru, który natychmiast wysusza krople deszczu z ubrania. Zanurzyć się w tej chwili...
Tak. Łatwo jest żyć tu i teraz, gdy wszystko w życiu się układa. Gdy głowy nie zaprząta choroba kogoś bliskiego lub własna. Gdy nie trzeba martwić się, czy wystarczy pieniędzy do końca miesiąca. Gdy w pracy wszystko w porządku. Gdy perspektywy są szerokie, a marzenia i cele na wyciągnięcie ręki. Gdy ma się przyjaciół. Kogoś do kochania. Gdy jest się kochanym. Wówczas łatwo wziąć głęboki wdech i zanurzyć się w tym stanie. W tej majowej, upalnej ciszy przed burzą. Oby tylko atmosferyczną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















