Dla wielu osób rok 2020 był trudny. A to pandemia, a strata pracy i środków do życia, śmierć i choroba bliskich, brak możliwości swobodnego przemieszczania się, decydowania o sobie, dodatkowo obciążenia psychiczne i emocjonalne. Ja miałam szczęście. Ten czas wykorzystałam z korzyścią dla siebie i najkrócej rzecz ujmując, wiodło mi się świetnie. Za to rok 2021, a raczej pierwsze jego półrocze, było pod kilkoma względami bardzo trudne. Wpierw mój 11. letni pies nadział się na spacerze na wystający z ziemi przedmiot i perforował sobie brzuch, co skutkowało operacją i długim leczeniem po niej. Następnie stan mojej ukochanej Babci się pogorszył i z końcem lutego od nas odeszła. Niedawno umarła kolejna znajoma, a dwa tygodnie temu, w wyniku nieszczęśliwego wypadku, uległam poparzeniu II stopnia na całej powierzchni brzucha (od biustu po podbrzusze) i jeszcze trwa proces rekonwalescencji. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że nawet w tak trudnym czasie udało mi się zrealizować zamierzony wcześniej plan. Jak na razie z powodzeniem.
Nie wiem, czy to stan permanentny. Bardzo bym chciała by takim był. Ale nic na siłę i jeśli okaże się, że do wspomagaczy życia wrócić potrzeba, zrobię to bez mrugnięcia okiem. Na razie cieszę się, że dałam radę, bo nic nie wzmacnia mojego poczucia wartości tak, jak dobrze wykonane zadanie.
PS
Post zniknął na kilka tygodni, bo... stał się nieaktualny. Depresja wróciła. Leki również. A że nie miałam siły pisać sprostowania, "zniknęłam" go - tak było łatwiej. Będę do Was, Szanowni Czytelnicy, wracać. Pewnie do końca moich dni. Tu miało paść bardzo niecenzuralne słowo na "K", ale... niech zostanie sama kropka.


