czwartek, 28 maja 2015

Myśl o sobie!

Czasami udzielam się na internetowym forum wsparcia i wymiany doświadczeń o tematyce okołoalkoholowej. Bardzo często opisane tam historie są pełne bólu, bezradności, cierpienia, poczucia krzywdy, uraz, beznadziei, rozpaczy, smutku, bezsilności... Ludzie proszą o pomoc, szukają odpowiedzi na nurtujące ich pytania,  pragną jakiegoś panaceum na frustracje, bolączki i lęki, bo już nie potrafią wytrzymać. Jest im tak niewygodnie we własnym życiu, że są w stanie zrobić (prawie) wszystko, by zmienić ten stan. Pokonują więc ogromny strach, wstyd, lęk i piszą na forum.

Gdy jakiś nowy użytkownik rejestruje się i opisuje swoją historię, zadaje pytanie, czy przedstawia problem, zazwyczaj 90% treści jego wpisu dotyczy alkoholika. Jak ten pije, kiedy pije, jak się zachowuje, jaki to ma wpływ na ich relacje, dzieci, związek, jego zdrowie, finanse... To zazwyczaj osoba współuzależniona, która nie ma pojęcia, czym naprawdę jest alkoholizm, i że ona sama potrzebuje specjalistycznej pomocy. Jest tak skoncentrowana na partnerze, że wydaje jej się, iż doskonale wie, co on czuje, co myśli, czego chce, co powinien, czego mu trzeba. O sobie pisze niewiele. Co najwyżej o  latach permanentnego lęku i napięcia, które spowodowały, że odczuwa fizyczny ból, choruje na nerwicę, bądź depresję. Zazwyczaj dopiero to jest powodem zgłoszenia się po pomoc. W znakomitej większości przypadków pyta również - "Co mam zrobić żeby on(a) nie pił(a)?" - wówczas pada odpowiedź - "A co robisz ze swoim zdrowieniem?" Tu z kolei następuje pewna konsternacja i próby wyjaśnienia, że to przecież nie ja mam problem, tylko partner(ka), a ja tylko chcę, żeby on(a) przestał(a). Na to otrzymuje odpowiedź - "Myśl o sobie. Zadbaj o siebie. Zgłoś się na terapię lub/i do Al-anon." Dostaje garść rad i odrobinę nadziei, że przy odrobinie wysiłku można zmienić swoje życie na bardziej satysfakcjonujące, ale trzeba coś zmienić w sobie. Tyle tylko, że żeby to zrobić, trzeba wiedzieć jak. Do tego potrzebna jest pomoc drugiego - zdrowego - człowieka, bo samemu nie uda się przełamać swoich zachowań, nie uda się dostrzec, co nie jest naturalne, powszechne i zdrowe. Czasami ów użytkownik stosuje się do rad, a czasami wraca do własnego piekiełka usilnie starając się wmówić sobie samemu że jego problem nie dotyczy, że nie jest przecież jeszcze tak źle, że...

Myśl o sobie... jak ja tego nienawidziłam. Gdy trafiłam na terapię współuzależnienia ciągle powtarzano mi to samo zdanie. Miałam jego szczerze dość. Przecież ja myślałam o sobie cały czas! (Tak przynajmniej sobie roiłam.) O tym czego ja chciałam, co było dla mnie dobre. No... może nie wiedziałam, czego chciałam, ale z pewnością wiedziałam, czego nie! Nie chciałam, żeby on pił, bo wierzyłam, że wówczas jakoś się ułoży. I to był zasadniczy błąd. Koncentrowałam swoją energię i wysiłki, co by tu zrobić, żeby on..., zamiast myśleć, co by tu zrobić, żebym ja. Nie próbowałam nawet zadać sobie pytań: Czy ja mam jakikolwiek bezpośredni wpływ na drugiego, dorosłego człowieka? Czy mogę coś mu nakazać, albo zakazać, do czegoś zmusić, bądź przymusić? Czy mam Boską moc? Ależ skądże! A przecież żyjemy w wolnym kraju i jeśli on chce sobie zmarnować życie, to pomimo moich obiekcji z tym związanych, może to uczynić. Ja mogę samostanowić o sobie, wybierać konkretne rozwiązania, podejmować decyzje i... ponosić konsekwencje tychże. To przywilej dojrzałości. Bo w myśleniu o sobie bynajmniej nie chodzi o egoistyczne zachcianki, własne widzimisię i sobiepaństwo. Myśleć o sobie to brać pełną odpowiedzialność za swoje życie, za zmiany w sobie. 

poniedziałek, 18 maja 2015

Istota mojego lęku

 Jak daleko sięgam pamięcią moje życie było wypełnione lękiem. Głównie o to, że umrę, że nie zaznam całego dobrodziejstwa doczesnego życia, że nie przeżyję tego wszystkiego, o czym marzę, czego bym chciała, że rozpadnę się w proch i pył i nic po mnie nie zostanie. Wyobrażałam sobie, czego żałowałabym najbardziej, gdybym umarła właśnie dziś. To zresztą było istotą mojej nerwicy, a przynajmniej jej dwóch pierwszych epizodów - paniczny lęk przed śmiercią. Przyprawiała mnie o mdłości (dosłownie!) myśl, że jak umrę, nie będzie mnie tu - na ziemi - już nigdy. NIGDY. Wymazywałam ją więc z mojej głowy, jak tylko się pojawiała. Oczywiście, jako praktykująca katoliczka obawiałam się również, i to bardzo realnie, o to... ewentualne drugie życie. Czy jest? Jakie jest? Czy dostanę się do Domu Ojca? Czy jestem wystarczająco dobra, godna, posłuszna, cnotliwa? Nie przyszło mi nawet do głowy, że łaska Boska, wiara, zbawienie, nie należą mi się za coś, nie są elementami żadnej transakcji z Bogiem, która określałby, że za odpowiednią liczbę dobrych uczynków wiara i zbawienie mi się należą, a za odpowiednią ilość grzechów nie. Bóg jest przecież całkowicie suwerenny i żaden śmiertelnik nie może Go do niczego zmusić czy zobowiązać. I nie ma znaczenia, że czasami próbujemy to zrobić dobrymi uczynkami. 

Od zawsze też miałam w sobie ambicję, ogromną chęć zostawienia czegoś po sobie na tym świecie. Marzyłam, by  odejść bez żalu, spełniona, ze świadomością, że dałam z siebie wszystko, że żyłam każdym dniem, że zostanie po mnie coś wartego zapamiętania. Pragnęłam żeby ludzie pamiętali, że tu byłam, że żyłam, że kochałam, że potrafiłam kogoś uszczęśliwić, że... że moja obecność tu zrobiła różnicę w czyimś życiu.

Ostatnio odkryłam i trafiało mnie to, jak grom z jasnego nieba, że już nie ma we mnie tego lęku. Pierwszy raz w życiu pomyślałam, że kiedyś umrę i... nic. Zupełnie. Żadne obawy, czy lęki się w związku z tym nie pojawiły. Nie będzie mnie kiedyś, ale jestem dziś. Zatem już dziś staram się być po prostu porządnym człowiekiem. Bo "Niestety ciągle się nam wydaje, że królestwo Boże jest w niebie. Trochę winy za to ponosi św. Mateusz, bo to on zastąpił określenie "królestwo Boże" terminem "królestwo niebieskie" (...), ale to nie oznacza, że ono jest w niebie. Chodziło mu o to samo - o królowanie Boga, a Bóg ma być królem tu, na ziemi. (...) Bóg ustawia ludzkie życie".* "Tak naprawdę w życiu chrześcijanina są dwa pytania, które warto sobie zadawać. Pierwsze: czy kocham Boga i każdego z ludzi po kolei? Drugie: jak mam kochać? Wszystkie inne są pomocnicze."**  A więc kochać i służyć. Oczywiście nie mam tu na myśli nastolatkowych egzaltacji, czy zakochania, tylko... kochanie, bo "Miłość jest aktem woli, a dokładnie - zarówno zamiarem, jak i działaniem."***
Czyżbym zatem podążała w odpowiednim kierunku, realizowała Jego Plan i stąd brak lęku? 

"Dobre uczynki i cnoty wszelakie, wyrzeczenia przeróżne oraz akty poświęcenia latami całymi gromadziłem skrzętnie i zapobiegliwie ze strachu przed Boskim sądem, piekłem i potępieniem. Wierzyłem chyba, że za te ziemskie zasługi zapewnię sobie lepsze miejsce w niebie, być może tego miejsca trochę więcej, może bardziej moje, a może mieszkanie w domu Ojca wygodniejsze, bardziej komfortowe… 
Później odszedłem z mojego Kościoła (na wszelki wypadek niezbyt daleko), dobrowolnie zrezygnowałem z liturgii, obrzędów, sakramentów i ceremonii, zdając sobie sprawę, że w ten sposób tracę (być może) szansę na zbawienie.
Teraz już mogę Bogu i bliźnim służyć bezinteresownie, nie oglądając się na nagrody i nie sprawdzając, co jeszcze muszę zrobić, by zasłużyć na kolejny hektar nieba…"****

"Przebudzenie" Meszuge czytałam już dość dawno temu, jednak dziś, pisząc ten tekst przypomniał mi się powyższy fragment. Gdy przeczytałam go po raz pierwszy pomyślałam - też tak chcę! Dziś nieśmiało mogę przyznać, że chyba tak mam...



* Bp Grzegorz Ryś, "Wiara z lewej prawej i Bożej strony", Wyd. WAM, 2014, str. 160
** Tamże, str. 222
*** Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 113
**** Meszuge, "Przebudzenie. Droga do świadomego życia", Wyd. IPS, 2014, str. 139

czwartek, 14 maja 2015

Terapeutyczne zagrożenie

Kilka razy w moim życiu zastanawiałam się nad rozpoczęciem studiów psychologicznych. Pewnie dlatego, że ten zawód przyciąga osoby niedojrzałe emocjonalnie, a nawet... zwykłych wariatów, a ja do jednej z tych grup należałam z całą pewnością. Zakładam optymistycznie, że nie do dwóch, a zastosowany czas przeszły jest tym właściwym. Napisałam to trochę z przymrużeniem oka, bo wówczas bardziej chodziło mi o zgłębienie funkcjonowania naszego umysłu, poznanie sposobów, metod i technik leczenia, a naprawdę samopomocy, niż zmianę profesji, choć kto wie, jak potoczyć by się mogły moje losy?

Podejrzewam, że większość ludzi z problemami natury psychologicznej zastanawiała się kiedyś nad tym. Prawdę mówiąc, który młody człowiek wybiera psychologię? Zaburzony, albo powołany. Innych opcji raczej nie ma i... żywię głęboką, acz w pełni świadomie naiwną nadzieję, iż tych drugich jest więcej, gdyż słyszałam opinię, że jeśli ktoś wybiera studia psychologiczne, żeby naprawić siebie albo jakiegoś członka rodziny, to nigdy nie będzie dobrym psychologiem i od takich trzymać się trzeba z daleka, bo po prostu mogą wyrządzić wielką krzywdę. I małą jest pociechą, że czasem nawet nieświadomie. Ktoś, kto ma problemy, jest bezradny, sponiewierany, szargany wielką wolą powrotu do zdrowia za wszelką cenę - jest bardzo podatny na sugestie, wszelkiego rodzaju sekty, znachorów i innych dziwnych ludzi, bo wierzy, że w końcu coś przyniesie mu ulgę. Traktuje psychologa, jak guru i oddaje w jego władanie swoje życie. Taka osoba jest tak podatną gliną, że niedojrzały emocjonalnie "profesjonalista" może zrobić z nim i jego życiem wszystko. A ten mu jeszcze zapłaci i podziękuje. Skrajnym przypadkiem takiego postępowania jest na przykład Książę Świętopełk, który metodą Chirurgii Głębinowej Psychologicznej leczy z masturbacji, homoseksualizmu i paraliżu, ale nawet - zdawałoby się - normalne praktyki mogą zmienić komuś system wartości.
Bardzo dużą rolę odgrywa zatem światopogląd terapeuty. Człowiek egocentrycznie postrzegający świat, definiuje ludzi poprzez pryzmat swoich doświadczeń, swoich opinii i swoich przekonań i w tenże sposób może nimi kierować. Od pewnej współuzależnionej osoby usłyszałam, że nie pójdzie na terapię, bo na niej się nie ratuje związku i alkoholika, tylko prowadzi do rozpadu małżeństwa. Oczywiście było to bzdurą i wynikało z mechanizmów koalkoholizmu, ale nie zmienia to faktu, iż na leczenie się nie wybrała.

Kolejnym niebezpieczeństwem jest uzależnienie od terapeuty, tunelowe myślenie i rozwiązywanie wszystkich życiowych problemów w jeden sposób. Człowiek z natury dąży do minimalizacji cierpienia, a mając tak szeroką ofertę terapeutyczną może nie wychodzić z gabinetu psychologa. A czasami potrzebuje po prostu, by ktoś go wysłuchał i poświęcił mu odrobinę uwagi i własnego czasu. 

Dlatego ważne jest, żeby zachować sporo zdrowego rozsądku, choć trochę dystansu i trzeźwego osądu, bo coraz częściej pojawia się  trudny problem wyboru oraz konieczność weryfikowania przyswajanych treści.  
Polecam tekst o dyktaturze szczęścia.

piątek, 8 maja 2015

Egzamin z człowieczeństwa dla społeczeństwa


Maj w pełnej krasie, kasztany kwitną, napięcie związane z maturami wisi w powietrzu, a mi na podstawie ostatnio przeczytanej książki ("Ikowie, ludzie gór" M.C. Turnbull'a*) przyszedł do głowy inny egzamin dojrzałości, wydaje mi się, że dużo ważniejszy niż rozprawka nad "Lalką" Prusa, czy określeniem dziedziny, wartości, czy argumentów funkcji kwadratowej - egzamin z człowieczeństwa dla społeczeństwa.

Słownik języka polskiego definiuje człowieczeństwo jako naturę ludzką, istotne, pozytywne cechy człowieka. W społeczeństwach cywilizowanych zdawałoby się, że to pielęgnowanie między innymi takich wartości jak miłość, współczucie, bezinteresowność, przyjaźń, rodzina, współpraca, nadzieja, dom, praca, uczciwość, Bóg, wiara, odwaga, religia, odpowiedzialność, wolność, prawda, pokój, harmonia, piękno, wsparcie, poczucie bezpieczeństwa, etc. Wartości, które odróżniają nas od zwierząt i są istotne dla społeczeństwa ludzkiego, jego więzi, relacji, struktur, nie zaś samej ludzkości.

Przed lekturą książki, na którą się powołałam we wstępie, sądziłam bardzo naiwnie, że człowiek z gruntu jest dobry (inną sprawą definicja, czym charakteryzuje się człowiek dobry, bo według Ików to po prostu człowiek najedzony). Że już rodząc się mamy jakieś predyspozycje i cechy, jakiś pakiet cnót będący niezmienną częścią składową natury ludzkiej, a ich pielęgnacja, bądź jej brak determinuje to, jacy jesteśmy w dorosłym życiu. Choć miałam też świadomość faktu, że to otoczenie, a głównie rodzina ma na nas i nasze kształtowanie się największy wpływ. Okazało się, że znowu wylazł ze mnie egocentryzm, bo obserwacje tej małej próby statystycznej postawionej w skrajnie trudnych warunkach wykazały, że człowiek rodząc się ma w sobie tylko instynkt samozachowawczy, wolę przetrwania. Zdemaskowały nieuchwytne na pierwszy rzut oka rzeczywiste motywy zachowań i postaw ludzi, które tkwią u podstaw pewnych zjawisk, a są celowo lub nieświadomie ukrywane, a etyka, czyli w wielkim uproszczeniu kwestia rozróżniania dobra i zła, nie jest nam wrodzona lecz wyrabia się, tworzy w społeczeństwie. Jeśli zaniknie moralność, człowiek zaczyna funkcjonować jednowymiarowo, jest skoncentrowany tylko i wyłącznie na przetrwaniu. Fakt, że to, co dzisiejsze społeczeństwo uznaje za etyczne, wcale nie musi takie być za dwa, czy cztery pokolenia. Tyle tylko, czy wówczas wciąż będziemy mogli szczycić się dostojeństwem Dzieci Bożych? Wystarczą odpowiednie, czyli krańcowo trudne warunki, by powszechny i wzajemny wyzysk, wynaturzone, prymitywne i nieludzkie zachowania stały się codziennością.

Pomimo, że to zapewne kwestia setek lat, bardzo realnie obawiam się, że my - społeczeństwa cywilizowane, nastawione coraz bardziej na indywidualizm jednostki, zmierzamy w tym samym kierunku, co plemię Ików. I choć może nie będziemy cierpieć głodu fizycznego, to taki duchowy już owszem. To jest przerażające. Ważne jest jednak co innego - to my, ludzie żyjący dziś mamy na przyszłość bezpośredni wpływ. Skoro wykazano, że ukierunkowanie na indywidualizm może doprowadzić za zaniku jakichkolwiek  - uważanych dziś za pozytywne - zasad moralnych , a więc w rezultacie zaniku człowieczeństwa, to już dziś możemy dokonywać świadomych przekształceń, by nie skończyć tak właśnie. Nic tak nie umacnia zła, jak bezczynność dobrych ludzi. Dziś jeszcze wybór mamy, jutro nie jest już takie pewne. Bo czy już dziś nie jest tak, że nie istnieje pojęcie prawdziwej bezinteresowności? Co stało się z instytucją rodziny? Jakie łączą nas więzi i relacje? Czy jesteśmy częścią jakiejś wspólnoty? Czym jest dla nas miłość, przyjaźń, rodzina, uczciwość, Bóg? Czy robiąc rzetelny obrachunek moralny zdałabym dziś egzamin z człowieczeństwa? Czy zdałbyś go... ty?


---
* "Ikowie, ludzie gór" to mrożąca krew w żyłach relacja znakomitego antropologa i etnografa angielskiego z jego dwuletniego pobytu wśród afrykańskiego plemienia. Rząd, tworząc w dolinie Kidepo rezerwat, pozbawił Ików - myśliwych i zbieraczy prowadzących dotychczas koczowniczy tryb życia - terenów łowieckich, a tym samym ich podstawowego źródła egzystencji, czyli w efekcie skazał na przymieranie głodem. Wystarczyło jedno tragiczne pokolenie, by móc zaobserwować, co dzieje się z człowiekiem, dla którego jedynym motorem wszelkich poczynań jest chęć przetrwania. Wszelkie wartości moralne stały się luksusem, na który nie można sobie pozwolić i bez którego można się obyć. Ików trzymał przy życiu jeden cel: napełnić brzuch zanim zrobi to ktoś inny, bez względu na okoliczności. Kradzież żywności była na porządku dziennym,  gdyż człowiek, który ukradł żywność i się najadł był z założenia dobry. Prostytuowanie się przez 8-12 latki celem zdobycia pożywienia też miało społeczne przyzwolenie. Ikowie wyrzekli się wszelkiego zbytku w imię indywidualnego przetrwania, a okrucieństwo, przemoc, złośliwość stały się ich ulubioną rozrywką. Więzy rodzinne przestały istnieć. Już trzylatki były wypędzane z domów, by radziły sobie same, a starcom (lat około 40) nie mającym siły się bronić ,odejmowano żywność od albo wręcz z ust. Wyśmiewano, szykanowano, znęcano się nad chorymi i umierającymi. Wielką uciechę stanowiło czekanie aż raczkujące niemowlę włoży rączkę w ognisko, żeby boki zrywać, gdy się poparzyło. Przeżywały jednostki silne i zdrowe. Dokładnie, jak wśród zwierząt.
 

środa, 29 kwietnia 2015

Zmora egoizmu i egocentryzmu

Alkoholizm jest chorobą społeczną. Nie dlatego, że duża część społeczeństwa pije alkohol, a dlatego, że uzależnienie jednej osoby wpływa destrukcyjnie na całą jej rodzinę, często również otoczenie. Oni także chorują, choć nie piją. To zaburzenie nazywa się współuzależnieniem. Każdy alkoholik jest egocentrykiem i egoistą. Ocenia rzeczywistość z własnego punktu widzenia i poprzez pryzmat swoich wyobrażeń, domysłów, przekonań i doświadczeń. Jest tak skoncentrowany na sobie i potrzebie dostarczenia do krwiobiegu odpowiedniej dawki etanolu, że samowolnie podejmuje decyzje często dotyczące całej rodziny oraz zaspokaja własne zachcianki, zupełnie nie zwracając uwagi na krzywdę "bliskich". Teoretycznie rzecz ujmując, skoro osoby współuzależnione są po drugiej stronie barykady powinny być nacechowane altruizmem, ale to... guzik prawda. I o ile może nie zawsze są egoistkami, to egocentryczkami już tak. Przecież to one doskonale "wiedzą", co jest dla partnera dobre, co powinien, co woli, co myśli. To one sprawują kontrolę, dramatycznie próbując kierować i rządzić wszystkim i wszystkimi. I nie ma znaczenia, że robią to w dobrej wierze, że w ten sposób próbują zapewnić sobie choć namiastkę poczucia bezpieczeństwa, skoro to nie zmienia faktu, iż cechuje je egocentryzm. "Patrzeć na ludzi, wydarzenia i okoliczności życia jedynie w świetle ich stosunku do własnej osoby, to żyć na progu piekła. Egoizm jest nieuchronnie skazany na zawody, bo jego osią jest kłamstwo. Ażeby żyć wyłącznie dla siebie, musiałbym naginać wszystko do mojej woli, tak jak gdybym był bogiem. A to jest niemożliwe. Czy może być wyraźniejsza wskazówka mojej zależności jako stworzenia niż te ograniczenia mojej woli? Nie mogę zmusić wszechświata, żeby mi był posłuszny. Nie mogę nakłonić innych ludzi do postępowania według moich kaprysów i zachcianek." - (T. Merton, "Nikt nie jest samotną wyspą").

Przeczytałam gdzieś hasło zachęcające do podjęcia terapii: "Zabiegana, starasz się zadowolić wszystkich, zapominając o sobie? Sprawdź jak zdrowy egoizm może zmienić Twoje samopoczucie!" Całkowicie zgadzam się z tym, iż osoby współuzależnione powinny podjąć terapię i zadbać przede wszystkim o siebie i dzieci, zamiast koncentrować całą swoją energię na tym, by partner przestał pić, gdyż to walka z góry przegrana. Tego nie da się zrobić. Po prostu. Nie mniej jednak nie uważam, by egoizm był dobrym rozwiązaniem, bez względu na to, jaki przymiotnik go określa, bo wiąże się z krzywdą drugiego człowieka. A jeśli nie jestem socjopatą powinnam starać się przystosować do życia wśród ludzi. No... chyba, że dysponuję bezludną wyspą... Bo jeśli do egocentryzmu dołożę jeszcze egoizm, to... może być źle. Bardzo źle. Również dla mnie.

Rozwój osobisty, samorealizacja, uczenie się, dbanie o siebie - tak, tak, tak! Ale... po pierwsze dopóki nie determinują krzywdy drugiego człowieka, a po drugie dopóki służą czemuś lub komuś.  Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie (Rz 14.7). Czy możliwym jest, że życie nam zostało dane, byśmy je przeżyli tylko i wyłącznie dla siebie? Po co otrzymałam talenty, zdrowie, inteligencję, szanse, po co mi wiedza, doświadczenie, po co się uczyć, jeśli nie po to, by się tym podzielić z innymi, jeśli te wszystkie zasoby nie służyłyby drugiemu człowiekowi? Dopiero to - moim zdaniem - świadczy o naszej użyteczności, jako ludzi, dopiero to nadaje życiu sens. Podejmuję naukę, przeżywam, doświadczam, uczę się, bo to rozwój. Rozwój umożliwia mi lepsze bycie dla kogoś. Wierzę, że Bóg ma wobec mnie jakiś plan. Dokładnie tak samo, jak wobec każdego innego człowieka. Coś od Niego otrzymałam i powinnam wykorzystywać to dla wspólnego dobra. 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Korzyści życia z alkoholikiem

Tytuł tekstu może się wydawać dziwny, wręcz oburzający, ale... jest prawdziwy. Życie z alkoholikiem, tudzież innym człowiekiem psychicznie, czy emocjonalnie zaburzonym dalekie jest od takiego usłanego różami. To permanentny lęk, brak poczucia bezpieczeństwa, ciężar odpowiedzialności za finanse, za rodzinę, za zdrowie wszystkich jej członków, to ciągłe doświadczanie manipulacji, oszustw, oszczerstw, zdrad, gróźb, wrabiania w poczucie winy, brania na litość, straszenia samobójstwem - przemoc psychiczna po prostu, a często również fizyczna. Tyle tylko, że ustawiczne trwanie - dorosłych, samostanowiących o sobie osób - w tej patologii też o czymś świadczy. Obie strony czerpią z tego tytułu profity. Muszą, bo inaczej już dawno wszystko by się rozpadło, rozsypało w drobny pył.   

Gdy czas jakiś temu usłyszałam o korzyściach, jakie niesie ze sobą życie z alkoholikiem, pomyślałam, że coś w tym jest. Bo przecież tylko cierpienie zmusza mnie do pewnej refleksja nad sobą; ta jest w dzisiejszych czasach wręcz konieczna, a nie naprawia się czegoś, co świetnie działa. Pomyślałam, że profity wynikają z tego, że dopiero jak doświadczę bólu egzystencji zapala mi się czerwone światło, zwalniam, staję i zastanawiam się czego naprawdę oczekuję od życia, przewartościowuję je, nadaję mu sens. I to była prawda, jednak nie tylko o to chodziło. Wówczas, jak na tacy zostało mi podane zestawienie realnych i wymiernych korzyści, które współuzależnione, czy uwikłane w toksyczny związek czerpią z niego w trakcie jego trwania, a nie jak już jest bardzo, bardzo źle, jak uwiera już tak, że nie dają rady się we własnym życiu wygodnie umościć. Korzyści, które przynajmniej w pewnym zakresie, czerpałam ja... 

Często współuzależnione trwają przy alkoholiku, ponieważ pomaganie mu jest im samym potrzebne. Przejmują za niego odpowiedzialność traktując, jak kolejne lub brakujące dziecko w rodzinie. Mając niskie poczucie własnej wartości są podatne na opinię społeczeństwa (co ludzie powiedzą?), a dobrocią, pomaganiem i cierpieniem próbują budować własną samoocenę. Czasami charakteryzują się nadmierną potrzebą dbania o innych. Biorą na siebie ciężar odpowiedzialności za rodzinę i mają silną potrzebę nadkontroli. Sądzą, że im bardziej cierpią, tym bardziej kochają. Wprawdzie mają świadomość, że są nieszczęśliwe w związku, ale nie wyobrażają sobie życia w pojedynkę. Czują się "bezpiecznie", bo żyją w warunkach, które dobrze znają, a boją się zmian (lepsze własne bagienko, niż takie całkiem obce), boją się samotności. Cierpienie ich jest wielkie, ale wydaje się być mniejsze niż cierpienie spowodowane życiem w pojedynkę.
Bywają uzależnione od emocjonalnego haju od mocnych wrażeń, od adrenaliny, silnych przeżyć. Życie ze zdrowym partnerem im tego nie dostarcza, jest po prostu nudne.
Relacje z alkoholikiem pomagają im odciąć się od problemów nawarstwionych w przeszłości. Zajmując się teraźniejszymi kryzysami sprawiają, że wszystkie inne, zaszłe, nierozwiązane schodzą na drugi plan.
Bywają nieporadne życiowo. Zależne finansowo i materialnie od alkoholika.
Wbrew pozorom to współuzależnione trzymają władzę w ręku, to one podejmują decyzje w domu, a przy tym są bezkarne. Skacowany, albo pijany partner przystaje na ich pomysły, a jak te nie wypalą, to zawsze pozostaje zneutralizować zarzuty jednym szybkim: A co miałam zrobić, jak ty ciągle pijesz!
Bywa, że dobrze wyuczyły się roli ofiary i będą w niej tkwiły, bo tak jest prościej. Bo użalając się nad sobą i swoim koszmarnym życiem zrzucają odpowiedzialność za jego jakość na partnera. To on mi je zmarnował! Takie zachowanie na krótką metę doskonale poprawia bilans emocjonalny.
Są zazwyczaj dobrze postrzegane przez otoczenie. Zaradne, (początkowo) zadbane, zorganizowane, chwalone przez otoczenie, że dom posprzątany, obiad ugotowany, dzieci czyste i grzeczne -  Matki Polki - po prostu.

Oczywiście nie każda współuzależniona "korzysta" ze wszystkich wymienionych przeze mnie profitów. Zazwyczaj jest to kilka "wybranych". Ale jedna rzecz jest bardzo ważna. Te... wyuczone sposoby radzenia sobie z otaczającą rzeczywistością nie znikają u współuzależnionych wraz z alkoholikiem. Zdarza się bowiem, że kobieta odchodzi, albo partner umiera, ale ona tę swoją nadopiekuńczość, nieustanne kontrolowanie i nadodpowiedzialność trenuje potem na innych ludziach, następnych partnerach, a w szczególności  na dzieciach. A te - wychuchane i wyręczane we wszystkim nie potrafią się w dorosłym życiu odnaleźć.

Wcześniej - zanim poznałam powyższe zestawienie - myślałam sobie, kurcze, nie mam cech uciemiężonej kobiety. Jestem niezależna finansowo, mało mnie interesuje, co ludzie powiedzą, mam duże wsparcie ze strony rodziny i dość duże grono przyjaciół, więc dlaczego nadal trwam przy mężu? U mnie coś innego stanowiło o współuzależnieniu -  ja po prostu czerpałam najzwyczajniej w świecie zyski z posiadania alkoholika! Przecież to ja zawsze byłam komplementowana, nawet przez teściów i terapeutkę, że jestem taka śliczna, wykształcona, inteligentna, dystyngowana, taktowna, szykowna, że to ja zawsze pamiętam o prezentach, rocznicach, urodzinach i imieninach, etc. Miłe? Pewnie, że miłe! Na tle nieodpowiedzialnego męża jawiłam się prawie, jak bóstwo.

Ja absolutnie nie umniejszam strat, kosztów, wyrzeczeń, cierpień związanych z życiem z kimś zaburzonym, ale zwracam uwagę na to, że żeby mieć możliwość dokonania świadomego, trzeźwego, opartego na realiach i zdrowym rozsądku, strategicznego wręcz wyboru, co do reszty swojego życia, niezbędny jest rzetelny obrachunek, zestawienie ze sobą ponoszonych strat, ale również zysków. Bo wielu ludzi nie zdaje sobie w pełni sprawy zarówno z jednych, jak i drugich. Sama należałam do tej grupy! Bez pomocy drugiej osoby, nierealnym było dla mnie dostrzeżenie korzyści i kosztów. Ja widziałam tylko straty. A trzeba było stanąć w prawdzie...  

wtorek, 14 kwietnia 2015

Nie zamykaj oczu

Rozbawione do rozpuku towarzystwo ogląda filmik na youtube.pl. Zaglądam przez ramię i widzę, a raczej słyszę fragment rozmowy rozemocjonowanego mężczyzny z operatorem Centrum Powiadamiania Ratunkowego, o tym, jak udusił żonę. Przyznaję z zawstydzeniem, że też się początkowo zaśmiałam, ale... na szczęście za chwilę przyszła refleksja. Sprawa przestała być dla mnie zabawna, gdy uzmysłowiłam sobie, że mam w rodzinie kobietę, która też przez męża duszona była... a historii o domowej gehennie słyszałam całe mnóstwo. Nic w tym śmiesznego nie było. Tragedia ludzka. Po prostu.

Warto uzmysłowić sobie, że takie historie dzieją się naprawdę. Każdego dnia. Obok nas. I najbardziej w tym wszystkim przerażająca jest ignorancja ludzi. Wystarczy przeczytać choćby kilka komentarzy zamieszczonych pod filmem... 



poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Chcesz być szczęśliwy? Bądź wdzięczny!

Wzorce zachowań, wyuczone sposoby radzenia sobie z otaczającą nas rzeczywistością, wdrukowane w psychikę zasady postępowania, intuicyjne reakcje - wszystko to potrafi być przekleństwem całego życia. Zbyt często deklarujemy coś, bo tak wypada, bo tak nam się wydaje, bo nie chcemy stracić dobrego mniemania o sobie, bo co ludzie powiedzą... Nie mając czasu zgłębić swojego prawdziwego ja jesteśmy dla siebie destrukcyjni. A wystarczy się na chwilę zatrzymać. Otworzyć swoje zmysły na otaczającą nas rzeczywistość - spojrzeć, usłyszeć, poczuć.  

Czasami mam wrażenie, że niektórzy ludzie mają nie równo pod sufitem. Śmieją się, kiedy wcale nie jest im wesoło, wstydzą, kiedy nie robią nic nieprzyzwoitego, czy złego, udają, że nie jest ich udziałem to, co robią nieomal na co dzień, nie znają sensu życia tylko pędzą w bliżej nieokreślone miejsce, kierują się odziedziczonymi po babci przekonaniami zamiast własnymi doświadczeniami, praktykują obrzędy myląc je z pobożnością, wierzą w zabobony i mity... A najgorsze jest to, że sama taka byłam. Było to tak męczące i frustrujące, że doprowadziło do kryzysu tożsamości, a w rezultacie depresji, psychiatry, psychologa i lżejszej o spore pieniądze kieszeni. Oczywiście - wszystko w pełni profesjonalnie, wszystko prywatnie, bo ja zasługuję na standard najwyższy! A prawdziwe i - co ważne - skuteczne rozwiązanie przyszło z zupełnie innej strony. Wprost z serca. Myślę sobie, że czasami zapominamy o sile wspólnoty, o sile drugiego, zwyczajnego człowieka - takiego, jak ja i ty. Świat goni za samowystarczalnością, a przecież z dzielenia się, czy udzielania pomocy korzystają obie strony tej swoistej transakcji. Pierwsza – jej udzielająca – czerpie satysfakcję z czynionego dobra, druga – ją otrzymująca – prócz podanej ręki, otrzymuje powód do bycia wdzięcznym. A to jest klucz do szczęśliwego życia!  Chcesz być szczęśliwy? Bądź wdzięczny!* Za każdy moment, za każdą otrzymaną chwilę. Sądzę, że nic nie jest nam dane na zawsze, więc cieszmy się tym, co mamy dziś. Wykorzystajmy dziś, by jutro było lepsze - dla ciebie i dla mnie. 

Często słyszę: chciałabym... coś tam. Drugą kwestią, że chciałabym to zupełnie co innego, niż chcę... ale w tym momencie to nieistotne. W każdym razie rozwiązanie jest banalnie proste! Stań, zastanów się, rozejrzyj, odpowiedz sobie na pytanie, czy coś mogę w tym kierunku zrobić, czy jakieś środki przedsięwziąć, by ten cel osiągnąć? A jak już sobie odpowiesz, to działaj. Bo samo myślenie o czymś nie wystarczy. 



Skojarzył mi się żart z brodą: 

Na budowie Kowalski lata w te i z powrotem z pustą taczką. Widząc to kierownik pyta: 
- Co tak z tą pustą taczką latacie? 
- Panie Kierowniku... taki zapiernicz, że nie ma czasu załadować.


Postarajmy się, by nasze życie nie było taką właśnie pustą taczką. Czego sobie i Wam życzę! :-)







* W prawym dolnym rogu można otworzyć tłumaczenie tego wykładu. Wystarczy kliknąć: Subtitles i wybrać pożądany język, na przykład język polski, czyli Polish.

wtorek, 31 marca 2015

Kobieta a alkohol

Niedawno miałam przyjemność uczestniczyć w Konferencji Naukowo - Szkoleniowej "Kobieta a alkohol", która - jak sama nazwa wskazuje - traktowała o zespole uzależnienia od alkoholu w ogóle, ale też pewnej specyfice picia kobiet. Była skierowana przede wszystkim do lekarzy, pielęgniarek i położnych, by zwrócić uwagę na rolę, jaką pracownicy służby zdrowia, a szczególnie podstawowej opieki zdrowotnej, mogą spełnić w identyfikowaniu problemów alkoholowych.

Część merytoryczną konferencji rozpoczęła doktor psychologii i specjalistka terapii uzależnień - Ewa Woydyłło-Osiatyńska, rewelacyjną prelekcją pt. "Kobietom jest trudniej". Położyła szczególny nacisk na społeczny problem alkoholizmu kobiet, traktowanego w kategoriach moralnego potępienia, a nie choroby. Zwróciła uwagę na negatywne nastawienie opinii publicznej oraz mniejszą tolerancję na nadużywanie alkoholu przez kobiety, niż mężczyzn. Następnie przystąpiła do omówienia problemu w ujęciu klinicznym i roli, jaką czynniki biologiczne (np. mniejsza zawartość tłuszczu w organizmie powodująca, że kobiety wolniej metabolizują alkohol), kulturowe ("porządnej kobiecie" nie wypada się upijać, więc skrzętnie to ukrywa), psychologiczne (kobiety przeważnie "zapijają" samotność, traumy, kłopoty rodzinne, mężczyźni zaś pragną dodać sobie animuszu, zuchwałości, odwagi, złagodzić problemy z pracą),  i duchowe odgrywają w uzależnieniu od etanolu u płci odmiennych. 
Dr Woydyłło kilkakrotnie podkreślała wagę ruchu Anonimowych Alkoholików w procesie trzeźwienia chorego. Określiła AA, jako sojusznika poradni uzależnień, które finansowane przez NFZ mają z zasady ograniczone możliwości pomocy choremu,  podczas gdy Anonimowi Alkoholicy są dobrowolną, samopomocową wspólnotą osób uzależnionych od etanolu, z dobrodziejstw której można korzystać do końca życia.

Drugim prelegentem był doktor nauk chemicznych i specjalista laboratoryjnej toksykologii medycznej - Marek Wiergowski. Wygłosił niezwykle ciekawy, aczkolwiek bardzo trudny (dla mnie) wykład na temat toksyczności alkoholu i jego wpływu na zdrowie człowieka. Omówił metabolizm alkoholu, jego absorpcję, toksyczność (śmiertelna dawka dla przeciętnego, nieuzależnionego człowieka to 250 g czystego etanolu dla mężczyzn i 160 g dla kobiet, co oznacza, iż dawka 0,5 l wódki jest dawką śmiertelną), wpływ na zachowanie kobiet i mężczyzn, na mięsień serca, mózg, wątrobę, a także skutki używania alkoholu przez kobiety w okresie prenatalnym, w szczególności krańcową ich formę, czyli zespół alkoholowy FAS.
Jako ciekawostki dr Wiergowski przytoczył kilka statystyk. Między innymi taką, iż alkohol znajduje się na pierwszym miejscu wśród 10 produktów spożywczych, na które Polacy wydają najwięcej pieniędzy, czyli stanowi tak zwaną potrzebę pierwszego rzędu (przeciętny Polak wydaje około 57 zł miesięcznie na napoje alkoholowe), a także raport WHO, według którego  w 2012 r. 5,9% zgonów na świecie było związanych z konsumpcją alkoholu (około 3,3 miliona osób). 

Pierwsza część konferencji skończyła się niezwykle wzruszającym wystąpieniem polskiej pisarki, dziennikarki i blogerki - Miki Dunin. Wystąpieniem, które początkowo miało być próbą odpowiedzi na pytanie: „Alkoholiczka. Kobieta upadła czy chora?”, jednak Autorka "Antyporadnika" i "Alkoholiczki" spontanicznie postanowiła podzielić się ze słuchaczami własną historią. Poszukiwaniami sensu życia, wiodącymi ją przez świat fizyczny, urojony i metafizyczny. Opowieścią o tym, jak próbując zapchać ciągle powiększającą się pustkę wewnętrzną i ból egzystencji, uzależniła się od alkoholu, przeszła terapię uzależnienia, a szukając duchowości rzuciła się w wir obrzędowości Kościoła, i pomimo długoletniego utrzymywania abstynencji stanęła w punkcie, w którym rozważała zakończenie swojego żywota na tym najpiękniejszym ze światów. Rozwiązaniem okazał się być Program Anonimowych Alkoholików - 12 Kroków postawionych w asyście sponsora, dzięki którym ze społecznego jamochłona stała się porządną, ciepłą kobietą  i na nowo odkryła wartości takie,  jak miłość, wspólnota i odpowiedzialność. Podczas wypowiedzi Miki Dunin panowała grobowa cisza, stan emocjonalnego napięcia i skupienia, zakończony gromkimi brawami wraz z jej "dziękuję". Gwiazda wieczoru chciałoby się rzec, gdyby nie fakt, że to były okolice południa.

Drugą część rozpoczęła lekarz psychiatra, specjalista w zakresie przeciwdziałania przemocy w rodzinie oraz inicjatorka kampanii „Stop FAS” - Grażyna Rymaszewska, wykładem na temat "Problemy alkoholowe kobiet - spojrzenie lekarza". Scharakteryzowała przede wszystkim style picia, wśród których wyróżniamy picie o niskim ryzyku szkód, picie ryzykowne i szkodliwe, którego następstwem mogą być uszkodzenie mózgu, nerwów, depresja, stany lękowe, zaburzenia snu, padaczka, zapalenia przewodu pokarmowego, trzustki, wątroby, cukrzyca, choroby serca, zaburzenia hormonalne (przyspieszona menopauza wśród kobiet, które zaczynają pić w młodym wieku), zwiększone ryzyko zachorowań na nowotwory, i inne.
Tuż po niej spojrzenie terapeuty przedstawiła Danuta Krzemińska - psycholog kliniczny i certyfikowany specjalista terapii uzależnień i współuzależnienia dedykując swoją wypowiedź pacjentkom, którym "miała honor towarzyszyć w drodze". Zwróciła szczególną uwagę na znaczenie grup kobiecych, zarówno w terapii uzależnienia, jak i grupach wsparcia, czy AA.

Następnie, doktor nauk medycznych i specjalista zdrowia publicznego - Marzena Zarzeczna-Baran przedstawiła "Problemy alkoholowe kobiet z perspektywy zdrowia publicznego", a w szczególności narzędzia zdrowia publicznego stosowane w celu ograniczenia spożywania alkoholu (regulowanie dostępności alkoholu, ograniczenie nielegalnej jego produkcji, regulowanie cel, zapobieganie reklamie, zapewnienie adekwatnych usług zdrowotnych, etc.). 
 
Konferencja zakończyła się biograficzną opowieścią  piosenkarki, działaczki w dziedzinie profilaktyki i leczenia uzależnień oraz współzałożycielki Profilaktyczno - Rozwojowego Ośrodka Młodzieży i Dzieci PROM w Łodzi - Anny Pietrzak, pod tytułem: "Kobieta alkoholiczka. Jak z tym żyć?"


Przekaz konferencji był taki, iż alkoholizm, bez względu na to, czy dotyka kobiet, czy mężczyzn to poważna, śmiertelna choroba. Nie jest objawem zaniku moralności, wynaturzenia, czy słabego charakteru. Jest chorobą, którą należy leczyć bez osądzania i potępiania, a także ocen o charakterze etycznym. Modele picia kobiet i mężczyzn są (mogą być) różne, role społeczne oraz czynniki fizyczne i genetyczne również, ale alkoholizm jest identyczny.
Wszyscy prelegenci konferencji zgodnie świadczyli o palącej potrzebie współdziałania terapeutów uzależnienia i ruchów trzeźwościowych, w tym Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, w procesie zdrowienia z alkoholizmu. Nadużywanie alkoholu jest tylko najbardziej spektakularnym objawem choroby, natomiast etanol sam w sobie nie stanowi problemu uzależnionego, jest wręcz (przynajmniej początkowo) rozwiązaniem, "lekarstwem", znieczulaczem. Jest legalną substancją psychoaktywną o działaniu narkotycznym. Toksyną, na której przyjmowanie istnieje przyzwolenie społeczne, a która wywołuje nieodwracalne i daleko idące w skutkach spustoszenie organizmu. A wzrost używania etanolu wśród ludzi młodych, szczególnie wśród kobiet, to ważny i bardzo niepokojący problem społeczny. Wdzięczna jestem, że mogłam w tej konferencji uczestniczyć.

czwartek, 26 marca 2015

Dzieci z rodzin alkoholowych

Czytałam i słyszałam wiele opowieści dorosłych już dzieci z rodzin alkoholowych (DDA). Bardzo często kipiały wręcz poczuciem beznadziei, brakiem wiary w jakiekolwiek możliwości poprawy jakości własnego życia, w jakiekolwiek metody samopomocy. Nierzadko charakteryzowały się ślepym przekonaniem, że głęboko schowane poczucie krzywdy i raz wywrzeszczane alkoholikowi zarzuty "załatwiły sprawę" i można zacząć "normalnie żyć".

W rodzinie alkoholowej cierpią wszyscy. Zarówno główny bohater - alkoholik, który opętany obsesją picia nie jest w stanie normalnie funkcjonować w rodzinie i w społeczeństwie. Żona, która żyje w poczuciu krzywdy i upodlenia, że musi znosić te wszystkie niedogodności, oszustwa i zdrady, a pomimo to nie robi nic, by zmienić sytuację. Oraz dzieci, których jest mi szkoda najbardziej. Bo one nic nie mogą zrobić. Po prostu nic. Są bezbronne. A w dorosłym życiu często mają już taki balast, że bez pomocy z zewnątrz (a w nią często nie wierzą) rzadko udaje im się szczęśliwie żyć... Często same się uzależniają, albo współuzależniają. 

"'Kto zje więcej solonej cebuli' [gra], do której z dobrze odgrywanym śmiechem namawiała mnie mama tylko dlatego, żebym nie odkryła, że poza cebulą nie ma już nic do zjedzenia. To było dobre, bo była mama. Była ze mną i dla mnie. Byłam ważna. Wszystko się zmieniło, gdy przestałam być jedynaczką. (...) Wtedy też ustalił się na zawsze układ sił w rodzinie, dostałam swoje miejsce, dostałam tożsamość, z której próbowałam uczynić element mojego poczucia bezpieczeństwa, glejt dający mi prawo do miłości i troski. Zostałam pomocnicą mamy! Jej małą zastępczynią (...)."* 
"Tak, wcześniej ojciec miewał jakiej wybryki i bywało ciężko, ale dopiero kiedy matka przestała nas chronić, kiedy odwróciły się role i sama schowała się za swoje dzieci, zaczęło być naprawdę strasznie. Wtaczał się do mieszkania, głośno, z chrobotem, zawadzając o framugę drzwi. Matka zamierała z drutami, albo książką w rękach. My - nagle przycichłe i skulone dzieciaki - czekamy. Szurając nogami, przełaził do dużego pokoju. Chodził i węszył, ale bez skutku, wszystko wysprzątane na błysk. Wtedy przyłaził do nas."**

Bardzo często dzieci alkoholika z perspektywy czasu mają pretensje bardziej do matek, niż do uzależnionych ojców. Alkoholizm nie usprawiedliwiał ich zachowań, ale przynajmniej pomagał w jakiś sposób je zrozumieć, natomiast postępowanie matek okazywało się niepojęte.Warto sobie uzmysłowić, że koalkoholizm to zaburzenie psychiczne, które wpływa destrukcyjnie na bliskich. Śmiem wręcz twierdzić, że współuzależnione są równie odpowiedzialne patologicznej sytuacji rodziny alkoholowej, co sam uzależniony. A nawet bardziej, gdy się dowiadują, co należy robić i jak postępować, a pomimo tego nie zmieniają nic, usilnie wierząc, że 2 plus 2 będzie 5, jeśli tylko wystarczająco mocno się obrażą. 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nadal w ten sposób żyją tysiące ludzi w Polsce, i wiele, wiele więcej na świecie, a problem jest bagatelizowany. 

Co jest plagą naszego świata? AIDS? Nowotwory? One zabijają jednostki, a choroba alkoholowa całe pokolenia...

- Ale przecież... dziecko potrzebuje ojca! Całej rodziny! - Tak, to prawda. Ale czy oby na pewno zawsze i  za wszelką cenę?




Modlitwa Piotrusia

Dobry nasz Panie, Jezu Chryste, bardzo gorąco proszę Ciebie:
 nie chcę żyć dłużej na tym świecie - zabierz mnie prędko stąd do siebie!
Tatuś pijany wrócił do domu, rozbitą flaszkę trzymał w dłoni.
Mój Anioł Stróż gdzieś sobie poszedł, bo mnie przed biciem nie obronił.
Mamy od wczoraj nie ma w domu, nic nie mieliśmy na śniadanie;
więc zabierz nas do nieba, Jezu, mnie i siostrzyczkę moją Hanię.
Tam się spotkamy z babcią Rózią, co zawsze piekła nam kołacze,
i była dobra, lecz umarła. Hania do dzisiaj za nią płacze.

Będziemy grzeczni i posłuszni. Wystarczy nam trochę mleka, chleba
i kredki dla Hani, jeśli będą, a dla mnie ... dla mnie nic nie trzeba.
Ja sam potrafię wszystko robić: garnuszki umyć, chleba pokroić,
niech tylko zawsze będzie jasno, bo się po ciemku Hania boi.
Tatuś dziś rozbił dwie żarówki, i świece się skończyły właśnie.
Więc zapaliłem gaz w kuchence, żeby nam było trochę jaśniej.
Lecz tatuś zgasił płomyk - łokciem.
Tak się zatoczył, trzasnął drzwiami i poszedł sobie.
A tu ciemno i my w kąciku, całkiem sami.
Wiem, że zakręcić kurek można.
Zaraz to zrobię - chwilka mała...
Niech tylko Hania mocniej zaśnie, tyle się dzisiaj nacierpiała.

Tu nam wygodnie na podłodze, za taboretem i ławeczką.
Nawet poduszkę Hani dałem, lecz trudno uśpić głodne dziecko.
O, jeszcze wzdycha. Ciszej, ciszej...
A mnie tak słabo. Matko Święta!
Wszystko się wokół mnie kołysze...
Coś miałem zrobić?! Nie pamiętam.
Gdzie jestem? Jak mi w uszach szumi.
Noc za oknami jest ciemna, głucha...
Jezu, modliłem się do ciebie.
Wierzę, że wkrótce mnie wysłuchasz...



Jezus usłyszał prośby twoje
zaraz wam wyjdzie na spotkanie.
Weźmie do siebie was oboje - ciebie i twoją siostrzyczkę Hanię.



* Mika Dunin, "Alkoholiczka", Wyd. WAM, 2014 r., str. 54-55
** Tamże, str. 57

poniedziałek, 16 marca 2015

Czy od alkoholika trzeba odejść?

"Gdybyś była moją córką, powiedziałabym... odejdź." Takie zdanie usłyszałam mniej więcej po pół roku od rozpoczęcia terapii, gdy usiłowałam zmienić zasady gry w moim małżeństwie, a mąż co rusz wykręcał mi jakiś numer. Ależ to mnie zabolało. Ja nie chciałam tego usłyszeć. Szczególnie z ust koleżanki, która zawsze potrafiła mnie podtrzymać na duchu, zawsze potrafiła znaleźć usprawiedliwienie jego wybryków i dać mi to, czego oczekiwałam, czyli usprawiedliwienie kolejnej szansy. To zdanie było takie... ostateczne. A ze sprawami ostatecznymi mam problem do dziś dzień. Wówczas nie zastosowałam się do tej rady. Nie umiałam. Nie chciałam. Żyłam w krainie iluzji i nadziei. I żeby było jasne, uważam, że w nadziei nie ma niczego złego - jeśli tylko nie prowadzi do nierealistycznych oczekiwań, bo te z kolei rodzą tylko rozczarowanie, urazy i żal. Można ją mieć - podobno zresztą umiera ostatnia - ale nie można nią żyć. 

Osoby współuzależnione cechuje (między innymi) tak zwane magiczne myślenie, czyli sprzeczne z doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem przekonanie, że ich miłość, walory, czy poświęcenie jakimś cudem uzdrowią partnera z alkoholizmu i spowodują, że stanie się porządnym, odpowiedzialnym człowiekiem. Magiczne myślenie przejawia się w wielokrotnie ponawianych nieskutecznych próbach kontrolowania alkoholika - prośbach, groźbach, straszeniu konsekwencjami, które nie będą wyegzekwowane, szantażowaniu, wymuszaniu obietnic... To złudna i niczym niepoparta wiara, że tym razem z pewnością się uda, tym razem będzie inaczej, w końcu zwycięsko! Każdy przecież zasługuje na drugą szansę, niektórzy nawet na trzecią, ale nad pięćdziesiątą ósmą warto byłoby się już zastanowić. Współuzależnione tego nie robią.  

Sama, osobiście, przez bardzo długi okres czasu miałam w sobie nieadekwatne poczucie mocy. Wydawało mi się, że jestem w stanie sprawić, że mąż przestanie pić, że to zależy ode mnie i moich poczynań. Roiłam sobie, że on ma większe szanse na wyzwolenie z choroby alkoholowej i w ogóle nie wpadło mi do głowy, że w tym wszystkim nie chodzi o niego! Bo on miał takie same szanse, jak każdy inny uzależniony. Chodziło o mnie! To moja ślepa miłość nie pozwalała mi dostrzec, że skoro on nic konstruktywnego ze swoją chorobą nie robi, to muszę uciekać, by nie spie... sobie reszty swojego życia. Jeśli pragnę spokoju, bezpieczeństwa, wolności, miłości, wsparcia, partnera odpowiedzialnego, takiego na którym można polegać, to... odpowiedź jest jedna. Czynny alkoholik to egoista i egocentryk.  

Współuzależnienie rodzi się w wyniku domowej patologii. Partner nie musi być alkoholikiem, wystarczy, że za takiego go uważam, a pomimo to w tym trwam. Dopiero po długiej i żmudnej pracy nad sobą doszłam do wniosku, że nie miałam męża, tylko małego rozkapryszonego chłopca, którego niańczyłam, chroniłam, opiekowałam się i utrzymywałam.  Z uporem wartym lepszej sprawy starałam się go zmienić, przyciąć na miarę swoich oczekiwań, a ślepa miłość i strach przed nowym, innym, nieznanym służyły jako argumenty, by w tym trwać. Dopiero wówczas przyszło egzystencjalne pytanie: Jak mogłam być taką idiotką?! Dlaczego tego wszystkiego nie widziałam wcześniej?! Magiczne myślenie... hm... czyżby Harry Potter zbyt wiele razy przeczytany rzucił mi się na mózg?! 

Ja absolutnie nie twierdzę, że tak należy postąpić. Takie decyzje podejmuje się indywidualnie, po głębokim namyśle, rozważeniu za i przeciw. To, co tu piszę jest wynikiem moich doświadczeń i moich przemyśleń. Każda sytuacja jest inna, zatem i każda decyzja wymaga osobnej analizy. Jedno wiem z pewnością. Jeśli w rodzinie pojawia się przemoc fizyczna i psychiczna, jeżeli alkoholik przepija cały budżet, wszystkich terroryzuje, jeśli z uporem maniaka trwa we własnym alkoholowym świecie, nie trzeźwieje, to z pewnością należy uciekać, szczególnie, jeśli w tym wszystkim są dzieci. Alkohol wyzwala w człowieku pewne instynkty, ale nie powoduje, że z potulnego misia wychodzi bestia... Natomiast jeśli partnerka alkoholika ma w sobie radość życia, potrafi troszczyć się o siebie będąc z boku, a nie u boku czynnego alkoholika, ma własne zainteresowania i pasje to i owszem - można zostać i wieść naprawdę satysfakcjonujące życie. Ja nie potrafiłam, ale znam takie osoby.

Wszystko sprowadza się do tego, że nie ma ani łatwej, ani jedynej odpowiedzi na to pytanie. Bo tak naprawdę jest ono źle postawione. Nie rzecz w tym, czy od alkoholika trzeba odejść, a w tym, czego się oczekuje od życia, od partnera, od związku. Szczera odpowiedź na to pytanie, będzie wskazówką do decyzji... ostatecznej.

piątek, 13 marca 2015

Nieśmiałe rozważania o Sensie

Jak nauczyć się radości życia? Gdzie, w czym, w kim (Kim) szukać jego sensu? Jakie są wartości, które wyznaję i czy rzeczywiście są moje, czy może wdrukowane w psychikę przez rodziców, opiekunów, wychowawców, ukształtowane przez tradycję, kulturę, historię? Czy to, co mówię jest spójne z tym, co myślę, co czuję i co robię? 

Jestem chrześcijanką, zatem odpowiedź na te wszystkie pytania powinna być nacechowana miłością Boga, a co za tym idzie miłością bliźniego. Ale... ile razy dopiero w sytuacjach krańcowych, dopiero kiedy bardzo cierpiałam bezpośrednio zwracałam się do Niego, widząc w Nim sprawcę mojego stanu? Ile razy pytałam wtedy: dlaczego mnie to spotkało? dlaczego ja? Ile razy pytałeś... Ty? 

Pan Bóg nie jest sprawiedliwy. Mocne? Byłoby gdyby nie dodać - Pan Bóg nie jest sprawiedliwy, bo jest miłosierny. Bo dzieli według potrzeb, a nie według zasług! "Wydaje nam się, że skoro tyle lat jesteśmy blisko Boga, mamy prawo Go napominać i poprawiać".*  Ale... przecież ja nie nie jestem Bogiem. Nie znam Jego planu. I skoro jednak to wszystko mnie spotkało, to być może Pan Bóg chce mi przez to coś powiedzieć. Może w dłuższej, szerszej perspektywie zobaczę, że to był objaw Jego miłości?

Skoro wiem, że miłość jest najważniejsza, a właściwego odniesienia do Boga i świata winnam szukać w relacji do bliźnich, to co jeśli staram się wręcz nie widzieć biedy, bezdomności, ludzkiej tragedii? Czy to świadczy o miłości bliźniego? 

Kiedyś, nie tak dawno temu na takie pytania odpowiedziałam, że życie to wybory, więc skoro bezdomni tak wybierają, to cóż mnie do tego? Egocentrycznie skwitowałam, że ja, to nawet w najgorszym stadium nerwicy, gdy żyło mi się bardzo źle, nigdy nie pomyślałam o tym, żeby się zabić, położyć do łóżka i nie wstawać, poddać. Ba! Ja nawet łaskawie myślałam o moich najbliższych, bo chciałam uchronić ich od cierpienia z mojego powodu. Że wybrałam inaczej - zakasałam rękawy, udałam się po pomoc i jestem gdzie jestem, żyję, jak żyję. A bezdomny na ulicy się poddaje. Wybiera tak, a nie inaczej. Przecież są różne instytucje, są różne miejsca, do których można się zgłosić o pomoc. Nie przekonują mnie tłumaczenia, bo nie wie jak, bo nie wie gdzie. 

I z jednej strony to było, a nawet jest prawdziwe, ale z drugiej... kto dał mi prawo do ocen moralnych?

"Zapytajmy samych siebie (...) na czym budujemy nasze wspólnoty? Pokusa, by budować je na sprawiedliwości, a nie na miłości, jest bardzo silna i tak łatwo można rozminąć się z Bogiem, który jest miłosierny."**



* Bp Grzegorz Ryś, "Wiara z lewej prawej i Bożej strony", Wyd. WAM, 2014, str. 86
** Tamże, str. 89

wtorek, 10 marca 2015

Cierpienie - tak, cierpiętnictwo - nie!

Cierpienie jest nieodzowną częścią ludzkiego życia. Bez względu na to, jak bardzo chcielibyśmy się go wyzbyć, jak zafałszować rzeczywistość - konstatacja jest jedna - ono jest. Czasami początkowo rodzi bunt, a dopiero z czasem przychodzi akceptacja. Ale przychodzi, bo długofalowo jest nieodzowna, bo życie jest pełne wzlotów i upadków, radości i smutków, bo wpierw cieszymy się siedmioma latami tłustymi, ale później  przychodzi siedem lat chudych. Zawsze, prędzej, czy później jest źle.

Łatwo jest być radosnym i pogodnym, cieszyć się wiosną za oknem, gdy wszystko idzie po mojej myśli, ale co jeśli nie? Co jeśli na widok pewnych obrazków z rozrzewnieniem marzę o czymś nieosiągalnym, nie zadowalam się tym, co mam, co jest dla mnie dostępne, tym samym wpędzam się w stan głębokiego żalu i tęsknoty za czymś, co tak naprawdę jest ułudą? 

Kilka ostatnich wydarzeń wraz ze zbliżającą się wielkimi krokami rozprawą rozwodową zaburzyło moją pogodę ducha i złożyło się na kryzys z... delikatną (musiałam to napisać, by się usprawiedliwić przed samą sobą) tendencją do użalania się nad sobą. A że od jakiegoś czasu staram się mieć kontakt z rzeczywistością i nie udawać, że jest dobrze, jak wcale nie jest - godzę się na to. Pozwalam sobie na smutek, lęk, żal i złość, bo wiem i doświadczyłam, że walcząc i szamotając się z tymi nieprzyjemnymi uczuciami, wydłużyłabym tyko czas potrzebny na zmianę tego stanu. I wszystko w porządku dopóki pamiętam, by temu cierpieniu nie poddawać się biernie, nie pławić się w jego przeżywaniu, bo to już cierpiętnictwo. A tego nie chcę. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że marudzenie i użalanie się nad sobą do niczego dobrego nie prowadzi.  Co gorsza, można wpaść w pułapkę polegającą na tym, iż cierpiętnictwo stanie się nawykowe, stanie się moją postawą, a tym samym przekleństwem całego życia. Ja już nie chcę grać roli ofiary. Bóg dał mi wolną wolę. Mam wybór i to ja decyduję o tym, jak się będę czuć, a "Użalanie się nad sobą to jeden z najbardziej niefortunnych i pochłaniających braków, jakie znamy. Stanowi ono przeszkodę dla rozwoju duchowego i może uniemożliwić nam skutecznie porozumienie się z innymi ludźmi – tak ogromnej domagamy się od nich uwagi i współczucia. Litowanie się nad sobą to taka ckliwa forma cierpiętnictwa, na które nie możemy sobie pozwolić."*

Niestety, to że wiem, nie oznacza wcale, że mam...

Zawsze jednak pozostaje mi jedno: Boże, użycz mi pogody ducha, abym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniała to, co mogę zmienić i mądrości, abym odróżniała jedno od drugiego.

Niech się dzieje wola Twoja, nie moja. Nawet, gdy to jest  wymagające, nawet gdy wolałabym pójść inną ścieżką, tą łatwiejszą. 



* "Jak to widzi Bill. AA jako droga życia. Wybór pism współzałożyciela", Warszawa Wyd. Fundacja Biuro Służby Krajowej Anonimowych Alkoholików w Polsce, str. 238

czwartek, 5 marca 2015

Ale ja go potrzebuję!

Każdy człowiek posiada potrzeby. Potrzeby, czyli główny motor naszych aktywności, które mają na celu wypełnienie luki, uzupełnienie jakiegoś braku, zniwelowanie frustracji, czy tęsknoty. Mogą one mieć charakter obiektywny (na przykład potrzeba jedzenia), bądź subiektywny (wszelkiego rodzaju reakcje będące następstwem niezaspokojenia potrzeby obiektywnej).

Potrzeby mogą być fizyczne, intelektualne, emocjonalne oraz duchowe. Najbardziej jednak znanym podziałem potrzeb (tak mi się wydaje) jest Piramida Maslowa.* U jej podstawy leżą te, które są człowiekowi niezbędne, by zachować funkcje życiowe, czyli potrzeby fizjologiczne (tlen, woda, jedzenie, seks, odpoczynek, itp.). Następnie w kolejności są potrzeby bezpieczeństwa (m. in. zależność, opieka, oparcie, brak lęku), przynależności i miłości, szacunku i uznania (sława, dominacja, respekt, status społeczny, itd.), aż do potrzeb samorealizacji (rozwój, piękno i harmonia, etc.). Realizacja potrzeby wyższego rzędu ma pierwszeństwo w stosunku do tej niższego rzędu. Oznacza to mniej więcej tyle, że mając w portfelu do końca miesiąca 10 złotych raczej zakupię pokarm, niż książkę, czy lakier do paznokci. 

Często zdarza się, że współuzależnione kobiety prezentują patologiczny sposób myślenia w zakresie, kto i za co w ich życiu odpowiada. Zapytane, kto powinien zaspokajać ich potrzeby, zgodnym chórem odpowiadają: oni (w domyśle - ci źli - alkoholicy)! Na przykład: "Mąż nie zapewnia mi poczucia bezpieczeństwa, bo pije i wywołuje kłótnie, a przecież, gdyby nie przyszedł pijany, to by awantury nie było.", albo "Mieszkam z byłym mężem w jednym domu. On prowadzi działalność gospodarczą i ma pieniądze, podczas, gdy ja się boję o swoją pracę i mi na życie nie starcza. Ewidentnie chce mnie w tej sposób upokorzyć i upodlić.", czy też "Dorośli synowie żerują na mnie i wykradają jedzenie z lodówki, nie pracują, awanturują się i ja się nie czuję bezpiecznie w swoim własnym domu." To tylko przykłady takich wypowiedzi.

Czy rzeczywiście mąż nie zapewnia mi poczucia bezpieczeństwa? Przecież to ja wybieram, by żyć z pijakiem. Czy rzeczywiście mąż próbuje mnie upodlić, bo ja zarabiam mniej i nie wystarcza mi na życie? Czy może z niego to i jest kawał s...syna, ale przecież to nie zwalnia mnie z odpowiedzialności za własne życie. Czy rzeczywiście dorośli synowie na mnie żerują? Czy może ja nie pozwalam, by wzięli odpowiedzialność za siebie na siebie?

Warto sobie szczerze odpowiedzieć, kto i za co w moim życiu odpowiada? Kto i jakie potrzeby realizuje? Kto wybiera i podejmuje decyzje? Bo jeśli ja... to może czas przestać się użalać, albo zacząć coś zmieniać?

Sama często mówiłam, że kocham męża, że nie jestem gotowa, by go zostawić, że tak bardzo go... potrzebuję. Wówczas terapeutka zasugerowała mi, bym zrobiła listę wszystkich swoich potrzeb, we wszystkich dziedzinach życia i wypisała, które z nich mąż pomaga zaspokajać/zaspokaja, a które wręcz sabotuje. Które zrealizować mogę sama, czyli zależą ode mnie, a które od innych ludzi. To był początek do dalszej pracy, gdyż bezpośredni wpływ mam tylko na to, za co sama odpowiadam, co sama wybieram i czego konsekwencje przychodzi mi prędzej, czy później ponosić. Jeżeli pozwałam sobie na uzależnienie jakości własnego samopoczucia od zachowania drugiego człowieka, to narażam się na sytuację, w której będę cierpieć, bo on przecież wcale nie musi mi dobrze życzyć. A jeśli mam nierealistyczne oczekiwania, to później odczuwam zawody, rozczarowania, urazy i żal, a to bardzo skutecznie deprecjonuje radość życia.

Bardzo się przed wykonaniem tego zadania broniłam. Podświadomie nie chciałam wyników tego eksperymentu poznać, naprawdę... zobaczyć. Pomimo, że zawsze byłam systematyczna w pisaniu sugerowanych mi prac, wywiązywaniu się ze zleconych zadań – tego nie zrobiłam w terminie. Niby nie miałam czasu… Tak naprawdę bałam się prawdy. Bałam się odpowiedzialności. Wyszło mi, że za większość odpowiadam, realizuję i zaspokajam ja sama, a mąż wręcz pewne potrzeby sabotuje wpędzając mnie na przykład w poczucie winy. Doskonałym tego przykładem może być fakt, iż rezygnowałam z moich ambicji dla niego.
Teraz, z perspektywy czasu, z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że brak mi bliskości drugiego człowieka. Tego samej nijak nie udało mi się wypracować. A więzi rodzinne, przyjacielskie, czy koleżeńskie to jednak nie to samo.

Warto też pamiętać, że zaspokajanie potrzeb w jedyny sposób grozi uzależnieniem. Człowiek uzależnia się od alkoholu właśnie dlatego, że na wszelkie bolączki (realne, albo celowo urojone) stosuje zawsze to samo lekarstwo. Dobrym pomysłem jest również odraczać gratyfikację, to jest nie realizować potrzeb od razu, impulsywnie, jak tylko na duszy i w ciele pojawi się taki sygnał. To świetna metoda samodyscypliny.


* Istnieje również klasyfikacja, która hierarchizuje potrzeby ludzkie według kryterium czasu. Te wyższego rzędu to takie, które musimy zaspokoić, nawet nie w pierwszej kolejności, a po prostu po to, by żyć. Najbardziej popularna teoria mówi, że najkrócej żyć możemy bez powietrza, później wody, następnie jedzenia. Ja słyszałam na pewnym wykładzie, z ust bardzo dumnej pani profesor, że ona wymyśliła jeszcze lepszą teorię! Mianowicie, człowiek w pierwszej kolejności winien zaspokoić potrzebę temperatury, bo jakby go tak do pieca włożyć...

wtorek, 3 marca 2015

Błędy i doświadczenia... innych

W pewnym momencie mojego życia bardzo żałowałam, że nie mam, nie rozumiem oraz nie umiem wykorzystać z pożytkiem dla siebie i bliskich wiedzy i doświadczenia innych ludzi. Z pewnością egzystencja nie bolałaby mnie wówczas tak bardzo. Ale... może dzięki temu cierpieniu mam szansę szybciej wkroczyć w "drugą połowę życia"*?

Podobno "doświadczenie to nazwa, którą każdy nadaje swoim błędom". Przynajmniej tak twierdził Oscar Wilde. Może... Choć osobiście uważam, że na doświadczenie składają się zarówno błędy, jak i wykorzystane szanse, dobre wybory, ale niech będzie. Skupię się na tych pierwszych, i to pomimo, że błędów w życiu nie popełniłam spektakularnie dużo. Zresztą, nawet gdyby tak było, to i tak trochę za mało, żeby wystarczyło na naukę. Dlatego myślę, że warto uczyć się na błędach i doświadczeniach innych.

Tyle teoria, bo z praktyką, czyli cudzymi błędami miałam (żywię głęboką nadzieję, że zastosowany przeze mnie czasownik w formie dokonanej odpowiada rzeczywistości) zawsze pewien problem. Mianowicie, przecież ja bym takiego głupstwa nie popełniła, prawda? A jak już jakimś dziwnym, zupełnie niespodziewanym trafem, mnie się przydarzyła podobna wpadka, to dopiero sobie uzmysławiałam, że przecież już dawno rozwiązanie miałam przed oczami, tylko... jakoś tak... mi umknęło. 

Drugi problem wynikał z tego, że jeśli ktoś był dla mnie wart naśladowania, stanowił autorytet, to liczyłam się z jego opinią i doświadczeniem, natomiast jeśli nie, to...  A prawda jest przecież taka, że nawet jakieś wrzaski osoby nieżyczliwej, spoglądającej nieświadomie w Okno Johari** mogły mi się przydać. Ale tu pojawiał się kolejny problem - nieumiejętność nie reagowania impulsywnie na inwektywy, zamiast spokojnego ich wysłuchania i wyciągnięcia pożytecznych wniosków. Nadmiar ignorancji, arogancji i... pychy (?), powodował, że nie pozwalałam sobie na korzystne zmiany. To ja wiedziałam lepiej, pomimo świadomości, że może tak nie być. Cóż... konsekwencje tych zachowań dały mi tak popalić, że... jakoś małą mam ochotę na powtórkę. Niby słuchałam, ale nie słyszałam. 

Największy jednak problem stanowiła trzeźwa ocena tego, co błędem dla kogoś było, więc logika nakazywałaby go nie popełniać, ale dla mnie mogło być szansą. 

Czy ja potrzebuję się przekonać na własnej skórze, że wkładając dłoń do ognia rzeczywiście się poparzę? Czy może wystarczy mi sama o tym wiedza i doświadczenia innych ludzi? A co gdyby tak z odpowiednią dozą rozsądku i trzeźwego oglądu tę zasadę przełożyć na inne aspekty życia? "Uczmy się na cudzych błędach, bo sami wszystkich popełnić nie zdążymy…" Joanna Chmielewska.

* Zainteresowanych tym enigmatycznym terminem odsyłam do książki Richard'a Rohr'a "Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia". Z pewnością "zawita" w mojej blogowej biblioteczce, ale nietaktem byłoby umieszczać tam pozycje, których sama nie skończyłam jeszcze czytać. 

** Okno Johari  - obrazuje sposób postrzegania rzeczywistości przez konkretną osobę dzieląc go na cztery obszary, które mają na celu uświadomienie, że żaden człowiek nie wie o sobie całkowicie wszystkiego (na przykład na skutek braku pewnych doświadczeń). Te obszary to:
1. Świadomość - "Ja wiem, widzę, inni wiedzą, widzą". 
2. "Ja wiem, widzę, inni nie widzą, nie wiedzą". 
3. "Ja nie wiem, nie widzę, inni wiedzą, widzą". 
4. Podświadomość - "Nikt nic nie widzi, nie wie".
Rzecz w tym, by coraz bardziej poznawać trzeci i czwarty obszar.

wtorek, 24 lutego 2015

Czym się różni miłość od współuzależnienia?

Kobieta współuzależniona*, która nie korzystała z żadnej formy zdrowienia lub jest na początku terapii, a czasami niestety również po (gdy nie wprowadza zmian w swoim życiu), zapytana, czego chce najbardziej, jak chciałaby poprawić jakość swojego życia, w znakomitej większości przypadków  odpowiada: Chcę, żeby on nie pił! Nie cierpię go, gdy jest pijany, ale tak bardzo kocham, jak jest trzeźwy.

Jak gdyby żyła z człowiekiem o podwójnej osobowości doktora Jekyll'a i pana Hyde'a. Myśli, że gdy zniknie pijak - ucieleśnienie zła (Hyde), pozostanie ukochany mąż (Jekyll), a ona będzie w końcu szczęśliwa. Niestety, nie zdaje sobie sprawy, że alkohol jest rozwiązaniem problemów, z którymi nie potrafi poradzić sobie... Jekyll. Bo tak, to on jest chory. To on dokonuje wyboru używania alkoholu na swoje bolączki. Hyde jest po prostu pijany. A sama abstynencja - jeśli jakimś cudem uda się ją mu wypracować - nie rozwiązuje sytuacji. Czasami dopiero wówczas związki się rozpadają, gdyż na światło dzienne wychodzą różne urazy, frustracje, lęki, rozczarowania, żale. Miało być, tak dobrze, a jest... bywa, że gorzej. Następuje zderzenie z rzeczywistością, która jest daleka od rojeń, a lekarstwa na to wszystko brak. Poza tym, co najważniejsze, współuzależniona w dalszym ciągu funkcjonuje w sposób chory.

Pozostaje więc pytanie, czy rzeczywiście współuzależniona kobieta kocha swojego alkoholika takiego, jakim naprawdę jest, czy swoje o nim wyobrażenie, to jaki chciałby, żeby był? Czy nie jest tak, że latami starała się przyciąć go na miarę swoich marzeń, oczekiwań i wyobrażeń?

Czym się różni miłość od współuzależnienia? Gdy podejmujesz decyzje i wybory, które Ci nie służą, na swoją niekorzyść, kiedy coś poświęcasz i kiedy przedkładasz dobro kogoś nad swoje, pozwalasz się krzywdzić - najprawdopodobniej jesteś współuzależniona. Miłość nie wymaga poświęceń. Jeśli w związku wiecznie trzeba przedkładać jakieś własne dobro, by ten układ mógł trwać, to to nie jest miłość, a patologia. "(...) powszechnym nieporozumieniem związanym z miłością jest mylenie jej z uzależnieniem. (...) Jeśli potrzebujesz innej osoby, by przeżyć, to znaczy, że na niej pasożytujesz. W waszych wzajemnych stosunkach nie ma miejsca na wybór, nie ma wolności. Są one kwestią konieczności, a nie miłości".**

Od początku mojego leczenia upłynęło blisko dwa lata. Ukończyłam terapię współuzależnienia, przeczytałam tysiące stron literatury związanej z alkoholizmem i jego pochodnymi, kolejne setki tych dotyczących rozwoju osobistego, wymieniłam na ten temat tysiące e-maili i nawet teraz nie jestem w stanie z pełną odpowiedzialnością wypowiadanych słów przyznać, że męża nie kochałam. Wydaje mi się, że kochałam... Jedyne, czego nie wiem, to czy jego, czy moje o nim wyobrażenie...

Miłość to decyzje i wybory, a nie infantylne egzaltacje. W pełni zgadzam się ze słowami M. S. Pecka: "Miłość jest aktem woli, a dokładnie - zarówno zamiarem, jak i działaniem. Wola wiąże się z możliwością wyboru."***


* Mała dygresja. Jestem kobietą. Dotknęło mnie współuzależnienie od męża alkoholika. Generalizując o czymś, z automatu współuzależnionymi jawią mi się kobiety, a uzależnionymi mężczyźni. Nie ma to nic wspólnego z rasizmem, szowinizmem, czy moimi poglądami. Tę dysfunkcję spotyka się zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet (tych jest zdecydowanie więcej). Żeby nie zaciemniać obrazu używając określenia politycznie poprawnego, aczkolwiek długiego - "uzależniony(a) partner(ka) / syn / córka / ojciec / matka", wybieram w moim blogu - "uzależniony partner (mąż)". Ale zawsze, w domyśle, chodzi o osobę współuzależnioną i alkoholika płci dowolnej. Współuzależnienie jest jedno - bez względu na to, jakiego bliskiego uzależnienie dotknęło. Ono może mieć tylko różne nasilenie.

** Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 113

*** Tamże, str. 96

środa, 18 lutego 2015

"Porządni" ludzie

Człowiek uzależniony jest wprost mistrzem manipulacji. Organizuje swoje życie w taki sposób, by ktoś realizował jego (i najlepiej za niego) wszystkie potrzeby. Ja zaprzestałam, więc moje role zaczęli wypełniać rodzice męża, a moi teściowe. Poziom  świadomości społecznej na temat choroby alkoholowej jest prawie żaden, więc i oni zupełnie nie wiedzieli, czym tak naprawdę jest alkoholizm. A ponieważ konieczność zdrowienia całej rodziny alkoholowej jest paląca (co sygnalizowałam już w tekście pod tytułem Mission impossible, czyli zaprzestać "pomagania"), dla dobra męża próbowałam z nimi rozmawiać, wyjaśniać, przynosiłam różne teksty, delikatnie naświetlałam problem. Nic nie przynosiło rezultatów, natomiast po złożeniu przeze mnie pozwu rozwodowego teściowie zaprzestali się do mnie odzywać. W ogóle. Zbliżał się Dzień Matki i Ojca. Formalnie rodziną byliśmy, więc  postanowiłam sprawić im prezent. Napisałam do nich list. Oto jego fragment:
 
26.05.2014
Mamo, Tato!
 
Jest mi niezmiernie przykro w związku z tym, co się przez ostatni rok wydarzyło. Jest mi niezmiernie przykro, że w ten sposób komunikuję się z Wami, ale inaczej teraz nie potrafię. Po pierwsze byłoby to przeżycie bardzo bolesne, a po drugie słowo pisane jest na dłużej. Niektóre rzeczy bardzo trudno powiedzieć w twarz, a niektóre trudno zrozumieć, gdy w człowieku aż się gotuje. List przeczytać można kilka razy; „na zimno” do niego wrócić i postarać się zrozumieć prawdziwe intencje nadawcy.
 
Długo się zastanawiałam, co mogłabym Wam z okazji Dnia Matki i Ojca sprezentować. Kwiaty i czekoladki byłyby w tej sytuacji wymuszone i banalne. Pomyślałam więc, że największym darem, jaki mogę spróbować Wam dać, a Wy sami zdecydujecie, co z nim zrobić, jest wiedza. Wiedza, która być może pozwoli Wam lepiej zrozumieć Wasze pierworodne, choć już teraz całkiem dorosłe dziecko.
 
Alkoholizm nie jest niczyją winą - ani jego, ani moją, ani Waszą. Niczyją. Nie wynika z braku silnej woli. Nie wynika z grzeszności, ani czegoś podobnego. To ciężka, dożywotnia choroba, która nieleczona prowadzi nieuchronnie do śmierci. Alkoholikowi nie wystarczy się po prostu zaprzeć, by nie pić, bo tak naprawdę jego problemem nie jest alkohol. On z jakiegoś powodu zaczął to robić... Choroba alkoholowa charakteryzuje się przede wszystkim mechanizmem iluzji i zaprzeczeń. Stąd to jego życzeniowe i marzeniowe pojmowanie świata, jego kłamstwa i oszustwa, bo on tak naprawdę w nie wierzy. Nie ma na tyle siły, by tych obietnic dotrzymać.
 
Nie wiem, czy on jest alkoholikiem, ale może o tym świadczyć jego zachowanie przez miniony rok. Pomimo tego, co tracił, nie umiał przestać pić. Wpierw napił się pomimo leków od psychiatry, których interakcja z alkoholem mogła go zabić, później zrobił to samo po wszyciu esperalu. Nie pomogły prośby, groźby, płacz, wymuszone obietnice. NIC. Nie pomógł nawet złożony pozew rozwodowy... a miałam nadzieję, że tak się stanie. Miałam świadomość, że dla mnie nie przestanie pić, ale miałam też nadzieję, że tak bardzo będzie chciał mieć we mnie żonę, że coś z tym zrobi... Niestety, tak też się nie stało...
 
Gdyby miłość potrafiła uzdrawiać, mój mąż, a Wasz syn byłby już zdrów.
 
Na drzwiach największego ośrodka odwykowego w USA jest napis kierowany raczej do osób bliskich odprowadzających tam alkoholika: „Nie przez ciebie pije, nie dla ciebie przestanie”. Jest to zabieg celowy, gdyż bardzo często bliscy alkoholika chcąc mu pomóc w jak najlepszej wierze, biorąc odpowiedzialność za jego picie na siebie, pogłębiają jego chorobę. Utrzymywanie dorosłego człowieka, sprzątanie po nim, usprawiedliwianie go przed otoczeniem i ukrywanie jego choroby, jest właśnie braniem odpowiedzialności za niego na siebie. To tylko pogłębia jego chorobę, opóźniając czas, w którym mógłby być gotów coś ze swoim zdrowiem zrobić. Jedynym sposobem pomocy alkoholikowi jest niepomaganie mu. Stąd określenie, że każdy musi dotknąć swojego dna, by chcieć coś ze swoją chorobą zrobić. Uniemożliwianie mu tego upadku pogłębia chorobę, a każdy łyk wypitego alkoholu niszczy bezpowrotnie komórki mózgowe.
 
Jeśli mielibyście do wyboru dwie opcje: nie pozwolić, żeby Wasze dziecko umarło z powodu alkoholizmu, kosztem opinii otoczenia i zastosować się do powyższych rad, albo za cenę życia tegoż dziecka obronić Wasze i powszechne przekonanie, że jesteście dobrymi rodzicami i pozwolić mu na to, na co dotychczas, wybralibyście pierwsze, czy drugie rozwiązanie? Wolelibyście go widzieć w trumnie, niż naruszyć swój wizerunek dobrych ludzi? On się sam nie zmieni. Choroba będzie postępowała... Może warto zatem zmienić zasady gry? Może warto zmienić coś w swoim zachowaniu, by go zmusić do zmiany jego?
 
(...)
 
List niestety nie przyniósł żadnych rezultatów. Zasady gry* zostały zachowane.
 
Nie mnie oceniać, osądzać, czy wręcz potępiać postępowanie moich teściów. Pewnie jest w nich sporo lęku i obaw związanych z losem własnego syna, gdyby go wyrzucili z domu. Czy by sobie poradził? Jak i gdzie skończył? Tylko nie wiem, czy martwią się o niego, czy o opinię otoczenia. Nie wiem, na ile twierdzą i uważają, że „pomagają”, że mają czyste sumienie i ręce li tylko pod przykrywką obłudy i zakłamania, a na ile te zachowania są szczere. Ja pomagałam mężowi… w piciu. Potrafię się do tego przyznać, lecz nie robiłam tego świadomie. Jak tylko  się dowiedziałam, że to mu nie służy, a wręcz szkodzi, zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by mu rzeczywiście pomóc (przy okazji sobie, ale to zupełnie inna historia), a oni? Jak na razie pożądanych efektów brak. Najsmutniejsze jest jednak to, że takich rodziców są w Polsce tysiące, jak nie dziesiątki tysięcy...
 
 
* Zasady gry pt. Alkoholik (Wikipedia o grze Alkoholik) świetnie przedstawił Eric Berne w książce na temat analizy transakcyjnej „W co grają ludzie".

sobota, 14 lutego 2015

Gotowość


Bardzo mi się nie podobało, że zostałam postawiona pod murem i o rozwód wystąpić musiałam. Ale inaczej po prostu nie mogłam. Miałam już za dużą świadomość, by zwyczajnie zaprzestać, odpuścić i czekać z założonymi rękami. Na zawsze został mi odebrany komfort niewiedzy. Owszem, jakiś wybór może i był, ale podobny do tego, czy ubierać kamizelkę ratunkową, jak statek tonie, czy może nie? Skakać z czwartego pietra, jak się pali, czy nie? Wydawało mi się po prostu, że nie byłam gotowa na rozwód. Wiedziałam, że to dobra decyzja, że to jedyny sensowny wybór, ale... ta gotowość była dla mnie problematyczna. Wówczas dowiedziałam się, co znaczy być gotową. Po pierwsze, wiem, co zrobić, po drugie, wiem, jak zrobić, po trzecie, wiem, kiedy zrobić (kiedy zaczynam), a po czwarte, mam wolę (postanowienie, że zrobię, pomimo, że mi się wcale nie chce), żeby zrobić. Wszystkie warunki wypełniałam, zatem drogą dedukcji wyszło mi, że jednak... gotowa byłam.

Sprawa rozwodowa sama w sobie jest paskudnym doświadczeniem. Śmiem twierdzić, że zawsze. Niezależnie od okoliczności i sposobu, w jaki małżonkowie się rozstają. Dodatkowy problem stanowi kwestia orzekania o winie. Polskie prawodawstwo stanowi, że o ile małżonkowie nie żądają zaniechania tejże czynności prawnej, sąd z urzędu orzeka, czy i który z małżonków ponosi winę rozkładu pożycia. Niemniej jednak przypisanie winy możliwe jest tylko i wyłącznie, gdy sąd ustali, że obowiązki małżeńskie zostały naruszone. I tu pojawił się problem. Bo, gdy byłam na męża wściekła, to chciałam rozwodu z orzekaniem o winie. To przecież była jego wina! Nie był winą alkoholizm (to choroba!), a niepodejmowanie leczenia, okradanie domu, oszukiwanie, żerowanie finansowe na rodzinie, przemoc werbalna, nękanie esemesami w środku nocy, itp. Ale jak sobie myślałam, że mam wzywać świadków, kogoś fatygować, a mąż i tak może temu wszystkiemu zaprzeczyć, co spowoduje, że sprawa będzie się ciągnęła i przedłużała, to miałam duże obawy, czy gra była warta świeczki?

Często kobiety starają się usilnie o orzeczenie winy, bo czują się skrzywdzone, chowają i hodują urazy, bo czują, iż wyrządzono im krzywdę. Czasami, bo chcą niejako usprawiedliwić się przed Bogiem (jakby sądy ziemskie miały dla Niego jakiekolwiek znaczenie...) lub chcą wszystkim w koło udowodnić, że to nie ich wina, że one były w porządku (naiwność takiego przekonania polega na przekonaniu, że kogokolwiek to obchodzi). A czasami, pomimo, że to nie wpisuje się ładnie w obraz Matki Polki, katoliczki, kobiety prawej, uczciwej, szanowanej, godnej i bezinteresownej, z prozaicznej przyczyny, mianowicie chęci otrzymywania dożywotnich alimentów.
 
Ja nie potrzebowałam, by ktoś mi przyznał rację, że mąż był tym złym i winnym. To w żaden sposób nie było w stanie umniejszyć mojemu cierpieniu. Moje rozterki w tym zakresie determinował powód niezwykle prozaiczny. Pieniądze. Obawiałam się, że jeśli rozstaniemy się bez orzekania o winie, a sytuacja materialna męża się pogorszy... on wystąpił o alimenty do mnie. Wiedziałam już, że alkoholikowi potrafi przyjść do głowy absolutnie wszystko, jeśli chce mu się pić, a nie ma za co. Niektórzy kradną, żeby mieć na picie, a wystąpienie o alimenty jest działaniem jak najbardziej legalnym, więc... musiałam wziąć to pod uwagę. Problem w tym, że ja nie chciałam fundować sobie dodatkowych cierpień i nieprzyjemności, więc podświadomie kombinowałam, by nie składać pozwu z orzekaniem o winie. Bagatelizowałam całą sytuację i umniejszałam jej powadze. Chciałam, żeby ktoś mnie przekonał, albo usprawiedliwił przed samą sobą, że to nie jest konieczne. Wiedziałam, że sama rozprawa będzie dla mnie wyzwaniem, nawet bez dodatkowych „atrakcji", gdyż swoistą rozgrzewkę miałam już, gdy byliśmy z mężem u notariusza podpisać rozdzielność majątkową. Już wtedy z trudnością przełykałam łzy i ledwie powstrzymywałam się przez wybuchem płaczu, a co dopiero podczas rozwodu.
 
Ostatecznie przekonało mnie to, iż nie chciałam żyć po rozwodzie w wiecznym strachu, czy mąż nie wyrżnie mi takiego numeru. Bo on mógłby tego nie zrobić, ale mnie ten strach by z pewnością zżerał. Więc pomimo strachu zadbałam o siebie. Chyba pierwszy raz...

wtorek, 10 lutego 2015

Jeśli chcesz, żeby coś się zmieniło w twoim życiu, to musisz coś zmienić w swoim życiu

Poczynania związane z (przed)ostatnią próbą ratowania związku spowodowały, że na nowo musiałam uporać się z brakiem obecności męża w moim życiu. I, pomimo że z całej tej sytuacji wyciągnęłam dla siebie dużo, początkowo była dla mnie bardzo bolesna. Jeszcze całkowicie nie wykluczałam wspólnej przyszłości gdyby mąż wytrzeźwiał, pomimo że im dalej w las, tym było ciemniej, ale na rozwód zdecydowanie nie byłam gotowa. Natomiast umiałam już myśleć zdroworozsądkowo. Zawarłam więc sama ze sobą coś w rodzaju umowy. Jeśli do końca trwania mojej terapii, czyli mniej więcej do końca 2014 roku, mąż poczyni jakieś realne i namacalne zmiany, przemyślę tę kwestię raz jeszcze, natomiast jeśli nie, to… 2 stycznia 2015 r. z pozwem w ręku powędruję do sądu. Realnie podejście do sprawy i dość precyzyjnie określony termin spowodowały, że wówczas czułam się z tą decyzją bezpiecznie.
 
Żyłam jakby w rozdwojeniu jaźni. Z jednej strony czułam się młoda, ładna, wykształcona, niezależna finansowo, a z drugiej współuzależniona, uwikłana w związek, z którego ani wyjść, ani naprawić. Z jednej strony kobieta, która twardo stąpa po ziemi, jest niezależna i wie, że to, co robi jest słuszne. Że to jedyne sensowne rozwiązanie. I druga, która wierzy, że on się zmieni, która tęskni i ma nadzieję, która użala się nad sobą, że chce partnera i związku i dzieci - słowem mały domek, biały płotek, grzeczny piesek. Jedną starałam się być, a drugiej nie pozwalam się rozczulać, ale czasami mi się to nie udawało. Klasyczny pat. Podobno można żyć z alkoholikiem obok niego, ale ja nie potrafiłam. Nie chciałam. To mnie nie satysfakcjonowało - czułam, że stać mnie na więcej.
 
W tamtym czasie już nie chciałam męża i jego zachowań analizować. Chciałam widzieć zmiany, a nie ciągle tylko słuchać o nich zapewnienia. Ale jakikolwiek z nim kontakt wywoływał u mnie automatyczne reakcje. Głównie agresję (a pewnie strach, z którym nie umiałam sobie poradzić, więc zamieniałam go na złość, którą odreagować potrafiłam), którą dodatkowo potęgował fakt, że on próbował mną manipulować, przymuszać do wysłuchiwania, jaki to on nie jest biedny i nieszczęśliwy, a za mną tęskni i dlatego nie potrafi się skupić na leczeniu. Ostatnie, czego chciałam to nim pogardzać, ale dopóki go podejrzewałam o picie, dopóty moja agresja wobec niego występowała, dopóki wietrzyłam, że mnie okłamuje, dopóty działał mi na nerwy. Nieustannie rozczarowywały mnie fakty potwierdzające to, iż się nie leczy. Bo tym razem zamierzałam być w postanowieniach konsekwentna i umowy z samą sobą dotrzymać. A tego się po prostu bałam.
 
Tak się kotłowaliśmy w tym chocholim tańcu, aż mąż zafundował mi pokaz swoich pijackich możliwości. Nie ma większego sensu opisywanie tych nieprzyjemnych zdarzeń, ale pierwszy raz w życiu zastanawiałam się poważnie nad wezwaniem policji. I z wielkim bólem z sercu obiecałam sobie i jemu, że jeśli kiedykolwiek się powtórzą zrobię to. Ależ się wściekłam! Że musiał pić  - rozumiałam, to choroba. Że tego nie widział, nie umiał nie pić - rozumiałam, tak działa mechanizm iluzji i zaprzeczania. Nie rozumiałam, dlaczego pisał esemesy, że czyta Kroki i Tradycje AA-owskie w momencie, kiedy był widziany z czteropakiem w sklepie. To nawet przestawało być smutne, tylko mnie do furii doprowadzało. Pozwoliłam sobie na ciągłe rozpalanie w sobie nadziei na rzekome zmiany, a każde rozczarowanie doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Tak oto na własnej skórze nauczyłam się, że nierealne oczekiwania rodzą rozczarowania, zawody, urazy i żal.
 
Wówczas pomyślałam o ostatniej desce ratunku. Wymyśliłam, że napiszę pozew rozwodowy, pokażę go mężowi i uwarunkuję jego złożenie zgłoszeniem się męża na ośmiotygodniowe leczenie zamknięte. Już wiedziałam, że sam sobie nie poradzi. Liczyłam na to, że jeśli zastosuję szantaż emocjonalny, on ulegnie. Wiedziałam też, że jakkolwiek cała sprawa by się nie skończyła, dla mnie wyjdzie na dobre. Bo jeśli mąż wytrzeźwieje, to super, a jeśli nie, to i tak nie ma sensu przedłużać tej patowej sytuacji.
 
Swój pomysł skonsultowałam, jak poprzednio i otrzymałam odpowiedź: „Napisz, pokaż i... złóż ten pozew w sądzie.  Pokazywanie może nie zadziałać, ale jak dostanie pismo z sądu, to... czasem to działa. Terminy rozpraw to i tak wiele miesięcy, a jeśli nawet się rozwiedziecie, a jakimś cudem on wytrzeźwieje, to możecie być razem i bez ślubu albo ponownie się pobrać.”
 
Niby sobie wszystko racjonalnie wytłumaczyłam, niby jakby na to nie patrzeć i tak miało to być z korzyścią dla mnie, ale emocje i tak brały górę. To, co myślałam, nie szło  zupełnie w parze z tym, co czułam. Pisałam pozew i ryczałam, jak bóbr. A pomimo to, zgodnie z hasłem jeśli chcesz, żeby coś się zmieniło w twoim życiu, to musisz coś zmienić w swoim życiu, 14.04.2014 z łzami płynącymi ciurkiem po policzkach nadałam listem poleconym tok sprawie rozwodowej…