Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strach. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

Czy od alkoholika trzeba odejść?

"Gdybyś była moją córką, powiedziałabym... odejdź." Takie zdanie usłyszałam mniej więcej po pół roku od rozpoczęcia terapii, gdy usiłowałam zmienić zasady gry w moim małżeństwie, a mąż co rusz wykręcał mi jakiś numer. Ależ to mnie zabolało. Ja nie chciałam tego usłyszeć. Szczególnie z ust koleżanki, która zawsze potrafiła mnie podtrzymać na duchu, zawsze potrafiła znaleźć usprawiedliwienie jego wybryków i dać mi to, czego oczekiwałam, czyli usprawiedliwienie kolejnej szansy. To zdanie było takie... ostateczne. A ze sprawami ostatecznymi mam problem do dziś dzień. Wówczas nie zastosowałam się do tej rady. Nie umiałam. Nie chciałam. Żyłam w krainie iluzji i nadziei. I żeby było jasne, uważam, że w nadziei nie ma niczego złego - jeśli tylko nie prowadzi do nierealistycznych oczekiwań, bo te z kolei rodzą tylko rozczarowanie, urazy i żal. Można ją mieć - podobno zresztą umiera ostatnia - ale nie można nią żyć. 

Osoby współuzależnione cechuje (między innymi) tak zwane magiczne myślenie, czyli sprzeczne z doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem przekonanie, że ich miłość, walory, czy poświęcenie jakimś cudem uzdrowią partnera z alkoholizmu i spowodują, że stanie się porządnym, odpowiedzialnym człowiekiem. Magiczne myślenie przejawia się w wielokrotnie ponawianych nieskutecznych próbach kontrolowania alkoholika - prośbach, groźbach, straszeniu konsekwencjami, które nie będą wyegzekwowane, szantażowaniu, wymuszaniu obietnic... To złudna i niczym niepoparta wiara, że tym razem z pewnością się uda, tym razem będzie inaczej, w końcu zwycięsko! Każdy przecież zasługuje na drugą szansę, niektórzy nawet na trzecią, ale nad pięćdziesiątą ósmą warto byłoby się już zastanowić. Współuzależnione tego nie robią.  

Sama, osobiście, przez bardzo długi okres czasu miałam w sobie nieadekwatne poczucie mocy. Wydawało mi się, że jestem w stanie sprawić, że mąż przestanie pić, że to zależy ode mnie i moich poczynań. Roiłam sobie, że on ma większe szanse na wyzwolenie z choroby alkoholowej i w ogóle nie wpadło mi do głowy, że w tym wszystkim nie chodzi o niego! Bo on miał takie same szanse, jak każdy inny uzależniony. Chodziło o mnie! To moja ślepa miłość nie pozwalała mi dostrzec, że skoro on nic konstruktywnego ze swoją chorobą nie robi, to muszę uciekać, by nie spie... sobie reszty swojego życia. Jeśli pragnę spokoju, bezpieczeństwa, wolności, miłości, wsparcia, partnera odpowiedzialnego, takiego na którym można polegać, to... odpowiedź jest jedna. Czynny alkoholik to egoista i egocentryk.  

Współuzależnienie rodzi się w wyniku domowej patologii. Partner nie musi być alkoholikiem, wystarczy, że za takiego go uważam, a pomimo to w tym trwam. Dopiero po długiej i żmudnej pracy nad sobą doszłam do wniosku, że nie miałam męża, tylko małego rozkapryszonego chłopca, którego niańczyłam, chroniłam, opiekowałam się i utrzymywałam.  Z uporem wartym lepszej sprawy starałam się go zmienić, przyciąć na miarę swoich oczekiwań, a ślepa miłość i strach przed nowym, innym, nieznanym służyły jako argumenty, by w tym trwać. Dopiero wówczas przyszło egzystencjalne pytanie: Jak mogłam być taką idiotką?! Dlaczego tego wszystkiego nie widziałam wcześniej?! Magiczne myślenie... hm... czyżby Harry Potter zbyt wiele razy przeczytany rzucił mi się na mózg?! 

Ja absolutnie nie twierdzę, że tak należy postąpić. Takie decyzje podejmuje się indywidualnie, po głębokim namyśle, rozważeniu za i przeciw. To, co tu piszę jest wynikiem moich doświadczeń i moich przemyśleń. Każda sytuacja jest inna, zatem i każda decyzja wymaga osobnej analizy. Jedno wiem z pewnością. Jeśli w rodzinie pojawia się przemoc fizyczna i psychiczna, jeżeli alkoholik przepija cały budżet, wszystkich terroryzuje, jeśli z uporem maniaka trwa we własnym alkoholowym świecie, nie trzeźwieje, to z pewnością należy uciekać, szczególnie, jeśli w tym wszystkim są dzieci. Alkohol wyzwala w człowieku pewne instynkty, ale nie powoduje, że z potulnego misia wychodzi bestia... Natomiast jeśli partnerka alkoholika ma w sobie radość życia, potrafi troszczyć się o siebie będąc z boku, a nie u boku czynnego alkoholika, ma własne zainteresowania i pasje to i owszem - można zostać i wieść naprawdę satysfakcjonujące życie. Ja nie potrafiłam, ale znam takie osoby.

Wszystko sprowadza się do tego, że nie ma ani łatwej, ani jedynej odpowiedzi na to pytanie. Bo tak naprawdę jest ono źle postawione. Nie rzecz w tym, czy od alkoholika trzeba odejść, a w tym, czego się oczekuje od życia, od partnera, od związku. Szczera odpowiedź na to pytanie, będzie wskazówką do decyzji... ostatecznej.

sobota, 14 lutego 2015

Gotowość


Bardzo mi się nie podobało, że zostałam postawiona pod murem i o rozwód wystąpić musiałam. Ale inaczej po prostu nie mogłam. Miałam już za dużą świadomość, by zwyczajnie zaprzestać, odpuścić i czekać z założonymi rękami. Na zawsze został mi odebrany komfort niewiedzy. Owszem, jakiś wybór może i był, ale podobny do tego, czy ubierać kamizelkę ratunkową, jak statek tonie, czy może nie? Skakać z czwartego pietra, jak się pali, czy nie? Wydawało mi się po prostu, że nie byłam gotowa na rozwód. Wiedziałam, że to dobra decyzja, że to jedyny sensowny wybór, ale... ta gotowość była dla mnie problematyczna. Wówczas dowiedziałam się, co znaczy być gotową. Po pierwsze, wiem, co zrobić, po drugie, wiem, jak zrobić, po trzecie, wiem, kiedy zrobić (kiedy zaczynam), a po czwarte, mam wolę (postanowienie, że zrobię, pomimo, że mi się wcale nie chce), żeby zrobić. Wszystkie warunki wypełniałam, zatem drogą dedukcji wyszło mi, że jednak... gotowa byłam.

Sprawa rozwodowa sama w sobie jest paskudnym doświadczeniem. Śmiem twierdzić, że zawsze. Niezależnie od okoliczności i sposobu, w jaki małżonkowie się rozstają. Dodatkowy problem stanowi kwestia orzekania o winie. Polskie prawodawstwo stanowi, że o ile małżonkowie nie żądają zaniechania tejże czynności prawnej, sąd z urzędu orzeka, czy i który z małżonków ponosi winę rozkładu pożycia. Niemniej jednak przypisanie winy możliwe jest tylko i wyłącznie, gdy sąd ustali, że obowiązki małżeńskie zostały naruszone. I tu pojawił się problem. Bo, gdy byłam na męża wściekła, to chciałam rozwodu z orzekaniem o winie. To przecież była jego wina! Nie był winą alkoholizm (to choroba!), a niepodejmowanie leczenia, okradanie domu, oszukiwanie, żerowanie finansowe na rodzinie, przemoc werbalna, nękanie esemesami w środku nocy, itp. Ale jak sobie myślałam, że mam wzywać świadków, kogoś fatygować, a mąż i tak może temu wszystkiemu zaprzeczyć, co spowoduje, że sprawa będzie się ciągnęła i przedłużała, to miałam duże obawy, czy gra była warta świeczki?

Często kobiety starają się usilnie o orzeczenie winy, bo czują się skrzywdzone, chowają i hodują urazy, bo czują, iż wyrządzono im krzywdę. Czasami, bo chcą niejako usprawiedliwić się przed Bogiem (jakby sądy ziemskie miały dla Niego jakiekolwiek znaczenie...) lub chcą wszystkim w koło udowodnić, że to nie ich wina, że one były w porządku (naiwność takiego przekonania polega na przekonaniu, że kogokolwiek to obchodzi). A czasami, pomimo, że to nie wpisuje się ładnie w obraz Matki Polki, katoliczki, kobiety prawej, uczciwej, szanowanej, godnej i bezinteresownej, z prozaicznej przyczyny, mianowicie chęci otrzymywania dożywotnich alimentów.
 
Ja nie potrzebowałam, by ktoś mi przyznał rację, że mąż był tym złym i winnym. To w żaden sposób nie było w stanie umniejszyć mojemu cierpieniu. Moje rozterki w tym zakresie determinował powód niezwykle prozaiczny. Pieniądze. Obawiałam się, że jeśli rozstaniemy się bez orzekania o winie, a sytuacja materialna męża się pogorszy... on wystąpił o alimenty do mnie. Wiedziałam już, że alkoholikowi potrafi przyjść do głowy absolutnie wszystko, jeśli chce mu się pić, a nie ma za co. Niektórzy kradną, żeby mieć na picie, a wystąpienie o alimenty jest działaniem jak najbardziej legalnym, więc... musiałam wziąć to pod uwagę. Problem w tym, że ja nie chciałam fundować sobie dodatkowych cierpień i nieprzyjemności, więc podświadomie kombinowałam, by nie składać pozwu z orzekaniem o winie. Bagatelizowałam całą sytuację i umniejszałam jej powadze. Chciałam, żeby ktoś mnie przekonał, albo usprawiedliwił przed samą sobą, że to nie jest konieczne. Wiedziałam, że sama rozprawa będzie dla mnie wyzwaniem, nawet bez dodatkowych „atrakcji", gdyż swoistą rozgrzewkę miałam już, gdy byliśmy z mężem u notariusza podpisać rozdzielność majątkową. Już wtedy z trudnością przełykałam łzy i ledwie powstrzymywałam się przez wybuchem płaczu, a co dopiero podczas rozwodu.
 
Ostatecznie przekonało mnie to, iż nie chciałam żyć po rozwodzie w wiecznym strachu, czy mąż nie wyrżnie mi takiego numeru. Bo on mógłby tego nie zrobić, ale mnie ten strach by z pewnością zżerał. Więc pomimo strachu zadbałam o siebie. Chyba pierwszy raz...