czwartek, 21 marca 2019

Babska przypadłość

Przyjaciel podesłał mi recenzję książki "Swatanie dla początkujących" Maddie Dawson, a w niej taki oto kawałek:

"Pobrali się. Choć Noah Spinnaker przed samym ślubem mocno starał się przekonać Marnie, że to nie ma sensu, że im się nie uda, dziewczyna sterroryzowała go, zalała potokiem argumentów i przekonała. Małżeństwo rozleciało się po dwóch tygodniach.

Tu pozwolę sobie na pewien wtręt. Miałem pewne podejrzenia, więc popytałem znajome czytelniczki i okazało się, że kobiety tego fragmentu zupełnie nie widzą albo bagatelizują tak bardzo, że prawie jakby nie widziały. Którego? Ano, tego wyżej. Noah nie chciał się żenić, rozmyślił się, zorientował, że się do tego nie nadaje, że sobie nie poradzi, że to się nie uda. Miał zupełną rację! Małżeństwo się rozpadło. Dlaczego? Bo Noah nie dorósł do poważnego związku, nie nadawał się do niego, nie poradził sobie."*

Niewielkie mam doświadczenie w związkach damsko - męskich z różnymi mężczyznami, gdyż jestem z tych wiecznie naprawiających, cierpliwie czekających oraz kochających monogamicznie i "do końca życia", a to z kolei powoduje, że rzadko zmieniam partnerów. Za to zawsze mam przeświadczenie, że nasz związek jest inny niż wszystkie, absolutnie wyjątkowy i nawet jeśli w 90% procentach podobnych przypadków zakończenie jest złe (dla związku, bo niekoniecznie dla poszczególnych w nim osób), ja wierzę, że będzie inaczej. Racjonalizuję, argumentuję, przekonuję, manipuluję (czasami, coraz rzadziej, również nieświadomie) i godzę się na więcej, niż początkowo planowałam. (Akurat z tym ostatnim nie mam do siebie dużych pretensji, bo często już tak było, że coś sobie wyobrażałam, a rzeczywistość weryfikowała te moje rojenia.) Przecież od zawsze powtarzano mi, że głową związku jest mężczyzna, ale szyją, która nią kręci - kobieta. Przecież naturalne jest, że mężczyzn trzeba czasami do czegoś zmotywować i leciutko przymusić, bo kto, jak kto, ale ja wiem lepiej, co będzie dla nas dobre - ty zrób, a potem się będziemy martwić (jak w ogóle będzie o co). Przecież czytałam kiedyś anegdotę o starszym panu, który spytany o przepis na dobre małżeństwo powiedział, że już na początku umówili się z małżonką, że ona decyduje o wszystkim poza rzeczami naprawdę ważnymi, i tak zrobili, tyle tylko, że na końcu okazało się, że przez całe życie nie było żadnej istotnej.

Jaki z tego wniosek? Pomimo, że często zdarza mi się mawiać, że mam raczej męski mózg, że nie lubię kobiecych rozrywek i zagrywek, że wolę proste komunikaty, bo nie potrafię (i nie chcę) się domyślać, że mama mówiąc, iż wczoraj były urodziny ś.p. Ciotki, tak naprawdę miała mi za złe, że się nie zorientowałam, by zawieźć ją na cmentarz - jestem - przynajmniej w jakiejś części - babą z krwi i kości. Labilną, empatyczną do szpiku kości, naiwną i przeświadczoną o własnej nieomylności  (kto niby ma wiedzieć lepiej niż ja?!) idiotką. I nie piszę tego dlatego, że w moim życiu wydarzyło się właśnie jakieś nieszczęście. (Jeszcze.) Po prostu zauważyłam, jakie mam tendencje, a to nie wróży dobrze. Wpierw upieram się przy swoim, a później...



--
Żródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4875446/swatanie-dla-poczatkujacych/opinia/51076811#opinia51076811

piątek, 15 marca 2019

Póki życia, póty nadziei

Stało się. Przeprowadziłam się. Do własnego, przepięknego mieszkania. Wymarzonego. Wyczekanego. Wychodzonego. Wyremontowanego zgodnie z upodobaniami i poczuciem estetyki. Jeszcze kilku rzeczy brakuje, ale to już samiutka końcówka. Wcześniej rozmyślałam, co napiszę w pierwszym poście zza nowego biurka w gabinecie. Że na pewno coś wzniosłego, przemyślanego, natchnionego. Takiego, że hej! Że powstanie literackie cacuszko na miarę, no przynajmniej Pulitzera jakiegoś. W końcu w takim entourage nie mogło być inaczej. 

Kolejny raz okazało się, że wyobrażenia zderzyły się z rzeczywistością, niczym mucha z samochodem na autostradzie. Bo nic innego nie ciśnie mi się na usta (w zasadzie palce), niż krótka anegdota o nowej sąsiadce z piętra niżej, która w tydzień zdążyła mi złożyć dwie wizyty osobiste i zadała sporo trudu, by odnaleźć mój profil na fejsbuku i napisać wiadomość. Okazuje się, Szanowni Czytelnicy, że pomimo wzmocnionej posadzki, specjalnego kleju, który musiałam zakupić i grubej, drewnianej podłogi oraz mięciutkich kapci* na stopach, robię taki hałas chodząc "z pięty" - zarówno w dzień, w nocy, jak i w weekend, kiedy byłam w innym mieście - że ona nie może funkcjonować, że dudni jej sufit i wszystko drży, a słyszy nawet przez zatyczki do uszu i przy włączonej głośno muzyce. Że wiertarki udarowe przy moim użytkowaniu mieszkania to nic. I że powinnam rozważyć wyprowadzkę na wieś, skoro nie potrafię się dostosować do sąsiadów. I tu przypomniała mi się anegdota, którą usłyszałam podczas tego weekendu poza domem, kiedy mój chód było słychać z ponad pięciuset kilometrów. Była sobie grupa chorych osób. Wszystkim podano na tacy lekarstwo, które mogło ich uchronić przez śmiercią. Jedna nie wzięła i miała pretensje do reszty, że zażyli.

Podejrzewam, że historia z sąsiadką będzie miała dalszy ciąg. Nie napawa mnie to specjalnie optymizmem, ale może się czegoś o sobie lub innych dowiem? Poza tym nic nie jest w stanie zaburzyć wszechogarniającego poczucia szczęścia i wdzięczności, które mnie wypełniają dzięki spełnionemu marzeniu. Było 7 lat chudych w moim życiu, przyszedł czas na 7 tłustych. Gdy 4 lata temu mój mąż się wyprowadzał, przez myśl mi nie przeszło, że za niedługo będę w takim punkcie życia, jak obecnie. Póki życia, póty nadziei. 




---
* Żeby było jasne. Nie wyglądają tak:

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Rzeczy ważne i ważniejsze

Rzadko moim pisaniem odnoszę się do spraw bieżących, politycznych, gospodarczych, ekonomicznych. To zwyczajnie nie taki blog, też nie zawsze obszar moich zainteresowań. Ale dziś nie mogę przejść obojętnie obok tego, co się stało, bo dotyczy mnie jakby bardziej. Jestem rodowitą Gdańszczanką, a dziś umarł Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz. Podczas wczorajszego finału WOŚP został zaatakowany nożem tuż przed „Światełkiem do Nieba”, gdy oczy tłumu skierowane były w górę, gdy nikt się tego nie spodziewał.

O zamachu dowiedziałam się od mojej przyjaciółki, gdy brałam kąpiel. Była godzina 20:13. Od razu włączyłam telewizor, ale żaden z kanałów telewizji naziemnej nie nadawał tych informacji. Włączyłam więc TVN24 w internecie; nie było wizji, ale mogłam przynajmniej posłuchać. Dostałam kilka wiadomości, i po trzech godzinach kładłam się spać z informacją o tym, iż musi stać się cud, by przeżył. Ten cud się nie stał. Człowiek zmarł. I już nie ma znaczenia, ilu ludzi się Nim po zamachu zajęło, kto z oficjeli do szpitala przyjechał, kto złożył kondolencje, a kto wylał wiadro pomyj w internetowych komentarzach i oświadczeniach. Bo fakt jest faktem, a życie ludzkie tak kruche i delikatne, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Pewnie w piątek wychodząc z pracy mówił „do zobaczenia w poniedziałek”, albo zwyczajnie „do widzenia”, pewnie miał jakieś plany, marzenia, postanowienia. Żadne z powyższych się nie spełniło i już nie spełni. Wczoraj był, dziś już nie ma. I tylko najbliżsi zostają. Ze smutkiem, żalem, złością i lękiem. Miał 53 lata. Pewnie koło 30 zostało mu bestialsko zabranych.


Jak ktoś umiera nagle, wskutek nieszczęśliwego wypadku, czy jak w tym przypadku - umyślnego czynu osób trzecich, zawsze przychodzi mi na myśl, co by było gdybym to ja, albo ktoś mi bardzo bliski? Czy nie żałowałabym swojego ostatniego zachowania? Czy nie zostawiła po sobie jakichś niezamkniętych spraw, niewypowiedzianych słów? Takie momenty, choć bardzo trudne, przypominają mi, że są rzeczy ważne i ważniejsze. I chyba tylko to może być pocieszeniem w taki dzień jak dziś.

czwartek, 3 stycznia 2019

Nowe

Źródło: https://www.paperblanks.com/en/product/
12-month/2019-metauro/de4919-7
I zawitał przygnany przez dziki wiatr. Całkiem nowiutki. Do starannego zapisania niczym dziewiczy notes Paperblanks. Kartka po kartce. 365 dni. 365 szans. Rok 2019. Podobno, gdy kobieta zmienia fryzurę, idzie nowe, a ja bardzo zapragnęłam ją zmienić. Teraz pełna nadziei i radości w sercu zerkam w przyszłość. A ta maluje się w jasnych kolorach. A konkretnie białej, ciepłoszarej NCS S 1502-R50B i dębowej, przełamanymi tęczą barw na obrazach Leonida Afremova. Przyszłość w postaci mojej własnej, wymarzonej oazy spokoju, swobody i wolności. I może jeszcze... Nie, nie będę zapeszać. Wszystko w swoim czasie...


Szanowny Czytelniku,

jeśli czytasz mojego bloga, znaczy że odnalazłeś w sobie potrzebę bardziej świadomego życia. Życzę Ci więc, by bieżący rok przybliżył Cię do poznania Rzeczywistości, a jednocześnie nie stanowił wyzwania sam w sobie. 

Serdeczności,
Pelagia M.

sobota, 10 listopada 2018

Droga w poszukiwaniu Prawdy

Jestem rozwódką. Nie definiuje mnie to jakoś szczególnie - zresztą za etykietkami nie przepadam i już o tym pisałam - ale wspominam o tym, gdyż rozwód był początkiem zmian w moim postrzeganiu Boga, religii i wiary - wyrażeń do tamtego momentu dla mnie tożsamych. Kamieniem milowym było odkrycie, że nie bez kozery są to trzy różne słowa, bo i każde oznacza coś innego, ma inną definicję, a nawet... definiowalne nie jest. Ale po kolei. Wychowałam się w wierze katolickiej, święcie przekonana, iż jest Jeden Bóg w Trójcy Jedyny - Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Nie pozwoliłam sobie w TAKIEGO Boga wątpić - choć wiele spraw głoszonych przez kler budziło moje wątpliwości - do momentu, w którym z Kościoła Katolickiego zostałam niejako wykluczona. Decyzja o rozwodzie była bardzo bolesna i podyktowana konkretnymi wydarzeniami. W zasadzie nie miałam sobie nic do zarzucenia, a wyszło, iż powinnam się kajać oraz prosić Boga o wybaczenie, a do tego żyć w celibacie. Ta perspektywa nie podobała mi się zupełnie, więc pozwoliłam sobie zwątpić, i... tak rozpoczęła się moja podróż w poszukiwaniu Boga.

Początkowo byłam trochę przestraszona i niepewna. Po głowie krążyły myśli - a co jeśli za moje poszukiwania i zwątpienie zostanę ukarana?! Wówczas w odwecie przyszli Przyjaciele. Ona uspokoiła słowami: "Nie denerwuj się, Bóg sobie z tym poradzi...". A on wyjaśnił, że przecież Jezus nigdy  nie powiedział "czcijcie mnie", Jezus mówił "podążajcie za mną, naśladujcie". Być może wcale nie muszę wierzyć w boskość Jezusa, żeby zbliżyć się do Boga, tylko robić to, co proklamował. I to było to! Wielki, ogromny kamień spadł mi z serca i mogłam spokojnie zająć się rozważaniem i poszukiwaniem. Znalazłam Kwakrów (Religijne Towarzystwo Przyjaciół) i zostałam. Ostrożnie, bez deklaracji i członkostwa. Jestem. Dlaczego? Bo wśród Przyjaciół nie ma jednolitego systemu wierzeń - nie trzeba wierzyć w skrupulatnie określonego Boga, jednakowego dla wszystkich. Ważniejsze od zewnętrznych przejawów są praktykowane wewnętrzne wartości i postawa oraz działanie na rzecz innych. Ważne są Świadectwa takie jak: prawda, równość, pokój, uczciwość, prostota, wspólnota, troska, powiernictwo... I w nich każdego dnia przejawia się Bóg. Nie w paciorkach, strzelistych wieżach, różańcach i litaniach. Lecz w słowach. W czynach. I zaniechaniach.

Krótka dygresja. We wszystkim staram się odnajdywać dobre strony. Takim też sposobem nauczyłam się czerpać z przywilejów przeziębienia, szczególnie gdy jest weekend. Czas wówczas zwalnia. Mam go i na książkę, i na film. Ostatnim razem udało mi się obejrzeć dwa autobiograficzne obrazy: "Muhammad Ali" i "Malcolm X.", a przyjaciele podesłali kilka ciekawych rzeczy do czytania. Tym samym trafiła w moje ręce (przed moje oczy) „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall (czytana po raz kolejny, a jakby na nowo), i bardzo rozdzierający, spisany tuż przed śmiercią pamiętnik Żydówki, która wraz z matką opuściła Getto w wieku pięciu lat, a wojnę przeżyła dzięki dwójce Sprawiedliwych, którzy zgodzili się ją ukryć. Były to bardzo przejmujące historie. Podszyte lękiem, dyskryminacją, bestialstwem, dehumanizacją i okrucieństwem jednych ludzi wobec drugich. Wiodły od chrześcijaństwa do muzułmanizmu, od judaizmu, poprzez katolicyzm z powrotem,  a niektóre do ateizmu. Historie poddające w wątpliwość istnienie Boga. Z rozdzierającymi duszę pytaniami - Gdzie On wówczas był? Jednych opuszcza, a drugich wyzwala? Jak mógł na to pozwolić?! Otóż... sprawa może być prostsza niż się wydaje. To "ludzie ludziom zgotowali ten los", nie Pan Bóg.

„Skromnych, cichych, miłosiernych, sprawiedliwych, pobożnych i uczciwych ludzi można odnaleźć w każdym wyznaniu i kiedy śmierć ściągnie z nich maski, poznają się nawzajem, chociaż różne barwy, które noszą tu na ziemi, czynią z nich obcych sobie”. (William Penn, 1693)

Forest Road - Leonid Afremov
Czy moja droga dobiegła końca? Czy już znalazłam Boga? Dziś wydaje mi się, że tak (choć to być może zbyt zuchwałe stwierdzenie!), gdyż to kwestia definicji. Dla mnie Bóg jest zarówno wewnątrz mnie (Światło, Dusza), jak i na zewnątrz (Siła Wyższa, Matka Natura, Ład, Prawda, Rzeczywistość). Z Wewnętrznym mam do czynienia co dzień. Doświadczanie Zewnętrznego pojawia się zdecydowanie rzadziej. Ale najważniejsze jest to, że nie potrzebuję już pośredników, by się do Niego zwrócić i usłyszeć co ma mi do powiedzenia. Wystarczy Cisza.





czwartek, 25 października 2018

Varia: kawiarnia

Jest w Opolu pewna klimatyczna kawiarnia. A w niej o 13:05 zajętych niezależnie sześć stolików, przy których siedzi w sumie z kilkanaście osób. Średnia wieku, jak sądzę, coś około 60 - 65 lat. Mój Dziadek siedząc w domu odkładał pieniądze na nagrobek. Ma zresztą piękny. A ja na starość (o ile Bóg da) będę chodzić do kawiarni. Z pomalowanymi ustami i w pięknym kapeluszu. Nie tylko od święta.

niedziela, 14 października 2018

Koniec?

Dawno nie pisałam, choć o tym żeby do tego przysiąść, myślę kilka razy w tygodniu. Doba się nie skurczyła, ale czasu jakoś już nie wystarcza. A może napisałam już wszystko, co warte napisania (a właściwie przeczytania przez odbiorcę) na poziomie mojej wiedzy i świadomości? A może autoterapia poprzez prowadzenie bloga się już skończyła? 

Początkowo pisałam przynajmniej posta tygodniowo, a najlepiej dwa. Z czasem zmieniło się na dwa miesięcznie, dwanaście do roku, a teraz zerkam w historię i widzę, że ostatni opublikowany wpis jest datowany na połowę lipca. Minął kwartał. 

Kiedyś moim marzeniem było, że na podstawie blogowych artykułów napiszę książkę. Dziś nadzieja tli się jeszcze tylko gdzieś w oddali. Może powinnam się z tego cieszyć? Nie piszę zarobkowo, moja profesja jest zgoła inna, a zauważyłam już dawno, że piszę w trudniejszych momentach mojego życia - jak mi jest smutno, źle, jak cierpię. (Nie tęsknię do tego!) Moje życie wywróciło się do góry nogami, a później jeszcze mocno pozamieniało warstwami. Śmiało mogę powiedzieć, że należę do grona najszczęśliwszych ludzi na świecie. 

Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas, ale bieżący rok przyniósł mi ogrom wspaniałości i zmian. Zakochałam się w Wenecji, zmieniłam zasady żywienia, przerzuciłam w dużej mierze z samochodu na rower, spełniło się moje największe muzyczne marzenie, odebrałam klucze do mojego własnego mieszkania, i jest szansa, że jeszcze w tym roku w nim zamieszkam, oraz - co najważniejsze - otaczają mnie ludzie, których kocham, lubię, szanuję. 

Czy w związku z tym, to już koniec? Myślę, że nie, ale wszystko w swoim czasie. 



Serdeczności, Szanowny Czytelniku. 
Dziękuję, że jesteś. 

Pelagia M.






niedziela, 15 lipca 2018

Być jak Scarlett

Duży lub przedłużający się stres, często związany ze sprawami damsko - męskimi, zawsze kładł mnie na łopatki, zawładniał moim życiem, przejmował stery uniemożliwiając normalne funkcjonowanie. Z żywiołowej, energicznej i uśmiechniętej osoby robiło się warzywko nie mające nawet siły, by wyjść na spacer. Bałam się, że i tym razem tak zareaguję. Pojawiło się milion dodatkowych lęków. Czy dam radę? Czy będę umiała spokojnie pracować i realizować swoje plany? Czy znowu nie pojawi się jadłowstręt? Okazało się, że martwiłam się na zapas, bo w momencie, jak bezsilna skapitulowałam, jak przestałam walczyć i płakać nad niepowetowaną stratą, powiedziałam sobie: dość. Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomyślę o tym jutro. (Przy czym "jutro" oznaczało bliżej nieokreślone kiedyś.) Pierwszy raz w życiu umiałam postąpić, jak Scarlett O'Hara w "Przeminęło z wiatrem". To mnie uratowało! Kilka dni upłynęło, nabrałam odpowiedniego dystansu. Świat się na mnie nie zawalił. Zajęłam się innymi rzeczami, pewne sprawy poukładałam w głowie. Żyję. Dość komfortowo i spokojnie. Czy to była ucieczka od nieprzyjemnych uczuć, emocji i kluczowych decyzji? W tamtym momencie na pewno tak. Po prostu nie byłam już w stanie dłużej ryczeć. Jeszcze chwila, a głowa pękłaby mi na pół. Ale nie żałuję, cieszę się z mojej reakcji, bo nikt i nic nie jest warte takiego cierpienia.

Może i dla mnie wszystko przeminęło z wiatrem. Może. Czas pokaże. Ale być jak Scarlett już  chyba potrafię. A to może uratować życie, albo przynajmniej oszczędzić cierpienia wywołanego  spazmatycznym wpędzaniem się w czeluści rozpaczy.

piątek, 22 czerwca 2018

Kochaj bliźniego swego

Od wielu miesięcy słychać zewsząd o emigrantach i uchodźcach. A to wszystko podszyte jest lękiem. Przyjmować, nie przyjmować, po której stronie się opowiedzieć? Nie chcę wdawać się tu w politykę, bo naprawdę się na niej nie znam. Nie chcę polemizować z przeciwnikami, ani wstawiać się za zwolennikami. Nie chcę przedstawiać mojej opinii. Chciałabym przelać na papier, a właściwie wstukać w klawiaturę, kilka refleksji będących wynikiem moich ostatnich doświadczeń. Chciałabym poruszyć kwestię równości, moralności, człowieczeństwa, strachu, współczucia, obojętności, brutalności. Chciałabym zadać kilka pytań, na które sama nie znajduję odpowiedzi.

Jestem osobą z otwartą na inność głową, tolerancyjną, starającą się szanować odmienność innych ludzi. Przynajmniej tak chciałabym o sobie móc powiedzieć. A jednak, gdy ostatnio spotkałam dziewczynę - Słowenkę, młodą i ładną, ale na pierwszy rzut oka (dla mnie) dziwną, gdyż w upalny dzień ubraną w specyficzną czarną sukienkę do kostek, rajstopy i niecodzienne obuwie, a do tego długi płaszcz - jak typowej Polce przyszło mi na myśl, że pewnie musi być innego wyznania, bo kto inny by się tak ubrał? Spytałam o to mojego czeskiego przyjaciela, a on odparł, że Polakom wychowanym w znakomitej większości w tradycji i kulturze katolickiej, trudno jest zrozumieć, że spora część ludzi żyje poza religiami i ich odmienność wcale nie wynika z innego wyznania, a tylko pewnych upodobań. Ta konkretna kobieta miała widoczną słabość do gotyku, renesansu i tamtego sposobu ubierania się. Sama zresztą szyła te szaty. To banalny przykład na to, że odmienność nawet na poziomie Europejczyków jest czymś zupełnie naturalnym. A co dopiero, gdy mamy do czynienia z kimś, kto wychował się w zupełnie odmiennej kulturze, kto nigdy nie używał komputera, albo sztućców?

Wierzę, może naiwnie, że wszyscy ludzie są równi i mają prawo żyć godnie. Nigdy nie używam i nie znoszę słyszeć pejoratywnych określeń typu: czarnuch, białas, ciapaty, katol, Angol, Szwab, Żydek, brudas, etc. I to bez względu na wielkość litery, od której dane słowo się zaczyna. Wiem, że niektórych z nas dzieli przepaść kulturalna i religijna, wykształcenie, upodobania, zwyczaje, definicja dobra i zła i wiele, wiele innych, i nie wiem, czy dobrym rozwiązaniem jest przyjmować falę odmiennych kulturowo uchodźców, czy emigrantów. Wiem jednak z całą pewnością, że nie ma we mnie wewnętrznej zgody na odrzucenie choć jednego człowieka w potrzebie. Człowieka zagubionego, przerażonego, wygłodniałego, niewinnego tego, że urodził się w konkretnych okolicznościach, na konkretnej szerokości geograficznej, wychowanego w duchu jakiejś religii i nasiąkniętego tym, co mu wpajano od dziecka. A to wszystko ze strachu o jego odmienność.

A gdyby tak spojrzeć na nich jak na konkretne jednostki ludzkie. Pełne obaw, lęku, o to co stanie się za chwilę? Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, co byś czuł, gdybyś nagle znalazł się w obcym kraju, którego kultury nie znasz, wśród ludzi, którzy są do ciebie wrogo nastawieni, mówią językiem, którego nie jesteś w stanie zrozumieć, i nie wiesz nic. Nic. Czy przeżyjesz noc, czy będziesz miał gdzie spać i co zjeść. A taki schemat powtarza się co dzień.

Jestem tuż po lekturze powieści "Kochaj bliźniego swego" Ericha Marii Remarqua. Poruszyła mnie do łez. Dopiero po niej zrozumiałam, czym jest życie na uchodźstwie, w permanentnym strachu. Czym może być emigracja dla konkretnego człowieka. Autor opisuje inne czasy, jednak problem podobny - dehumanizację człowieka gorszego sortu. Tekst z okładki: "Po ucieczce z nazistowskich Niemiec główni bohaterowie powieści - niemiecki polityk Josef Steiner, syn żydowskiego fabrykanta Ludwig Kern i studentka Ruth Holland - próbują bezskutecznie zapuścić korzenie w sąsiednich krajach: ich przymusowa wędrówka pod groźbą wydalenia, czasem na skraju żebraczej egzystencji, biegnie przez Czechosłowację, Austrię, Szwajcarię i Francję, ale przebywając nielegalnie, często bez pracy, wszędzie spotykają się z obojętnością, perfidią i wyzyskiem, wbrew biblijnemu przykazaniu." Mnie zaś szczególnie ujął ten fragment: "Za dwie godziny ten człowiek zamknie biurko i pójdzie na kolację (...) - około jedenastej zacznie ziewać i oświadczy 'Jestem zmęczony. Idę do domu. Spać'. Do domu. Spać. O tej samej porze nad przygranicznymi lasami i polami zalegać będzie gęsta ciemność, obcość, strach - i zagubiona w tej ciemności, samotna, potykająca się, zmęczona, tęskniąca za ludźmi i bojąca się ludzi, maleńka, migocząca iskierka życia: Ludwig Kern. A wszystko to tylko dlatego, że od znudzonego urzędnika za biurkiem dzieli go kawałek papieru nazywany paszportem. Ich krew miała taką samą temperaturę, ich oczy miały taką samą budowę, ich nerwy reagowały na te same bodźce, ich myśli biegły takimi samymi torami - a mimo to dzieliła ich przepaść, nic nie było u nich takie samo, (...), jeden był posiadającym, drugi odepchniętym, a ta przepaść była tylko małym kawałkiem papieru, na którym widniało jedynie nazwisko i parę nieistotnych danych."*
Już w trakcie połykania kolejnych stron utożsamiłam się z losami bohaterów i automatycznie wskoczyłam w ich buty. A gdybym to ja znalazła się w takich okolicznościach? A gdybyś to był Ty? Zmroziło mnie. I położyło zupełnie inne światło na problem uchodźstwa.

W mediach aż roi się od opisów aktów terroru, gwałtów i rozbojów dokonywanych przez młodych, wyzutych z jakichkolwiek uczuć, ogarniętych degrengoladą mężczyzn, uchodźców. Dlaczego tylko o tym piszą? Dlaczego nie wspomną o normalnych ludziach, którzy pracują i chcą godnie i bezpiecznie żyć? Dlaczego nie piszą o Nassimie z Syrii, inżynierze budownictwa, który wraz ze swoją żoną (oboje są Druzami, nie muzułmanami) i dwumiesięczną córeczką są uchodźcami. O Atenie z Iranu - chrześcijance, która musiała uciekać, bo była prześladowana przez swoich rodaków? O Osamie - muzułmaninie pracującym w przemyśle żywnościowym i jego żonie - inżynierze, oraz ich dwójce dzieci płynnie mówiących po niemiecku i uczących się w szkole podstawowej? O Esther, chrześcijance z Syrii, która uciekła wraz z trójką malutkich dzieci? O czterystu pięćdziesięciu innych uchodźcach (w tym młodych, sprawnych mężczyzn), którzy od trzech lat żyją w małym, czterdziestopięciotysięcznym niemieckim miasteczku w pokoju z jego mieszkańcami?** Dlatego, że pierwsze się sprzedaje, a drugie nie.

Niedawno byłam na Węgrzech. W kraju, w którym wszędzie można spotkać takie bilbordy, jak na zdjęciu obok. W kraju, który nasz rząd zdaje się chcieć naśladować... Ja miałam jednak przyjemność wysłuchania wykładu założyciela organizacji MigHelp (mighelp.hu), emigranta z Sierra Leone, który od blisko dwudziestu lat mieszka na Węgrzech, (więcej można poczytać tu: http://mighelp.hu/about), sam przeszedł drogą przez mękę, a od 2009 prowadzi organizację, która ma na celu aktywizowanie uchodźców do podjęcia pracy poprzez naukę języka, kursy prawa jazdy, czy szkolenia z opieki nad dziećmi i ludźmi starszymi. Organizacji, dzięki której uchodźcy z różnych krajów i różnych religii mogą razem pracować, uczyć się i poznawać. A doświadczenie pokazuje przecież, że skłonność do dehumanizacji jednej grupy przez drugą zanika, gdy skonfliktowane grupy podejmują się realizacji wspólnego celu.

Nie wszyscy uchodźcy to radykalni wyznawcy Allaha gotowi powybijać wszystkich Europejczyków w imię wojny z innowiercami. Nie wszyscy są źli, bezduszni i straszni. Może więc zanim ocenię, odrzucę, wydam oskarżenie i wyrok wszystkim, zastanowię się i przez moment pomyślę, czy oby na pewno mam rację?

"Im prymitywniejszy człowiek, za tym lepszego się uważa (...). To daje człowiekowi (...) napęd do działania! Ślepe przekonanie! Wątpliwości i tolerancja to właściwości człowieka cywilizowanego. Który z tego powodu wciąż idzie na dno. Dobrze znana syzyfowa praca. To jedna z najgłębszych alegorii ludzkości."***



---
* Erich Maria Remarque, "Kochaj bliźniego swego", wyd. REBIS, 2015, str. 28
** Wszystkie te osoby istnieją naprawdę, a relację o ich  życiu dostałam bezpośrednio od przyjaciela, który mieszka w tym miasteczku całe życie.
*** Erich Maria Remarque, "Kochaj bliźniego swego", wyd. REBIS, 2015, str. 106

piątek, 11 maja 2018

Varia: tu i teraz

Żyć tu i teraz. Chłonąć rzeczywistość wszystkimi zmysłami. Oddychać cieplutkim, majowym powietrzem, z którego kurz starł ulewny deszcz. Upajać się aromatem kwitnących kasztanów i bzu bardzo wyraźnym właśnie w taki dzień. Napawać widokiem soczyście zielonej trawy i rosnących w niej różowo - białych stokrotek i żółciutkich mleczy. Podziwiać błękit nieba przeplatający się z czarnymi, burzowymi chmurami. Czuć na całym ciele łagodny powiew wiatru, który natychmiast wysusza krople deszczu z ubrania. Zanurzyć się w tej chwili...

Tak. Łatwo jest żyć tu i teraz, gdy wszystko w życiu się układa. Gdy głowy nie zaprząta choroba kogoś bliskiego lub własna. Gdy nie trzeba martwić się, czy wystarczy pieniędzy do końca miesiąca. Gdy w pracy wszystko w porządku. Gdy perspektywy są szerokie, a marzenia i cele na wyciągnięcie ręki. Gdy ma się przyjaciół. Kogoś do kochania. Gdy jest się kochanym. Wówczas łatwo wziąć głęboki wdech i zanurzyć się w tym stanie. W tej majowej, upalnej ciszy przed burzą. Oby tylko atmosferyczną.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Coś mi zostało odebrane

Jakiś czas temu stanęłam na rozwidleniu dróg. Jedna wiodła ścieżką katolicką, druga... nie. I choć nie miałam w owym czasie tej świadomości, zarzuciłam pierwszą, na rzecz... niewiadomego. Na własny użytek i zgodnie z własnym sumieniem oraz rozumem, na nowo zdefiniowałam pojęcia takie jak: Bóg, religia, duchowość, chrześcijaństwo. Jak widzę gniewanie się na Boga przez postawę niektórych polskich duchownych katolickich, czy też w ogóle innych ludzi, którzy podobno wykonują Jego wolę, to aż mną trzęsie. Wracając jednak do tematu, przestały mi wystarczać rytuały, obrzędy i modły wymyślone przez innych ludzi, czy też ślepa wiara w słowa nakazy i zakazy kleru. Dotarło do mnie, że Jezus nigdy nie powiedział: "czcijcie mnie", On mówił: "podążajcie za mną, naśladujcie mnie". Dużo większe wrażenie robi na mnie ktoś, kto żyje Dekalogiem, niż ten kto składa pokłony podczas Triduum Paschalnego, adoruje "grób Chrystusa", czy też sypie głowę popiołem, po czym zapomina, czym jest miłość bliźniego. 

To wszystko spowodowało, że w tym roku po raz pierwszy nie poczułam magii Świąt Wielkiej Nocy. I nawet nie chodzi o religijną część, gdyż w obrzędach katolickich nie uczestniczę już ze trzy, cztery lata. Mam na myśli raczej klimat, który owe liturgie tworzyły, o utrzymywanie i rozwijanie tradycji, o cały ten zgiełk dookoła, o czynności, które w pewien sposób budowały nastrój świąteczny: sypanie głowy popiołem, wyrzeczenia wielkopostne, celebracja Wielkiego Tygodnia, nocne ślęczenie u stóp grobu. Po prostu nie lubię zachowywać się jak hipokrytka, która na co dzień nie kultywuje katolicyzmu, ale celem osiągnięcia odpowiedniego nastroju lub uzyskania aprobaty sąsiadów, z koszyczkiem w Wielką Sobotę do kościoła pobiegła. Moje życie musi być spójne, bo tylko wówczas zachowuję spokój ducha. W związku z tym pierwszy raz nie zniosłam ze strychu wielkanocnych bibelotów i nie uwijałam się w kuchni do późnych godzin. Nie czułam takiej potrzeby i obowiązku. Okoliczności się nie zmieniły (rodzinne śniadanie z tradycyjnymi potrawami, w tym poświęconymi, później obiad już w większym gronie, wspólne celebrowanie posiłków), to ze mnie coś uleciało. Czy na zawsze? Nie wiem. Ale w  pewnym sensie coś mi zostało odebrane. Powierzchowne coś. Ale jednak. A co dostałam w zamian? Świadomość. Dobra zamiana?



* * *


Szanowny Czytelniku,


nie wiem, czy wolisz życzenia wesołego Alleluja, radosnego świętowania, czy też po prostu odpoczynku i celebracji czasu w gronie bliskich, ale warto, by były one w koherencji z Tobą.


Pozdrawiam wiosennie! :-)


Pelagia M.



piątek, 2 marca 2018

Varia: zagadka

Walentynki za nami, Dzień Kobiet za pasem, a co kobiety najczęściej dostają od mężczyzn?*





















---
* To oczywiście żart. Ale trzeba przyznać, że naprawdę niezły. :-) :-) :-)

niedziela, 25 lutego 2018

Trwałe cechy osobowości

Każdy człowiek ma jakieś tam cechy charakteru - wady, zalety, talenty i, w co głęboko wierzę, Troskę, jakieś zagadnienie społeczne, którego wypełnianie powinno stanowić trzon, sens jego życia (to jednak już temat na osobny wpis). Talenty i zalety powinien pielęgnować i rozwijać, a wad się wyzbywać, bądź nauczyć nie korzystać z nich celem osiągnięcia zadowalających efektów. Zastanawiam się tylko, czy ze wszystkimi tak się da? Czy nie jest tak, że niektóre z nich to trwałe cechy osobowości naturalne jemu konkretnie? Takie których zmienić się nie da, a stłamsić co najwyżej tylko chwilowo, bądź z wielkim poświęceniem?

Rozważając temat przyszło mi na myśl kilka moralnie wątpliwych i społecznie nieaceptowalnych  zachowań, których podstawy nie muszą przecież być w pełni kontrolowane przez ludzi je prezentujących.

Kowalska dochrapała się kierowniczego stanowiska. Z czasem, w opinii innych, zrobiła się z niej szuja i kanalia. I teraz pytanie: czy stała się taka po otrzymaniu władzy, czy też może od początku była zakompleksioną, małomiasteczkową, ambitną i pracowitością tuszującą niedobory intelektualne, jednak ze względu na piastowane stanowisko nie mogącą okazywać swojego prawdziwego ja, osobą?

Wiśniewska jak mantrę powtarza, że żadna praca nie hańbi. Że sprzątanie ulic, zbieranie śmieci, czy też doglądanie czystości publicznych toalet, to zajęcia jak każde inne, a wręcz większy szacunek należny jest osobom imającym się tych prac. Tylko dlaczego czuła się zawstydzona, gdy sąsiadka zobaczyła ją dorabiającą myciem okien w budynku dwie ulice dalej, podczas gdy etatowo piastuje urzędnicze stanowisko w gminie? Czy to zwyczajna hipokryzja, czy może naprawdę wierzy w to, że innych nie hańbi, ale ją?!

Leonid Afremov - Sea Of Feelings
Nowakowa młodo zaszła w ciążę i wyszła za mąż. Z nadużywającym alkoholu mężem się nie układało, więc próbując ratować związek urodziła jeszcze dwoje dzieci. O mizernych skutkach tego zabiegu pisać nawet nie muszę. Jej potrzeby seksualne zawsze odbiegały od możliwości i umiejętności Nowaka, wdała się więc w namiętny romans. Gdy mąż się dowiedział, wybuchła ogromna, kilkudniowa chryja, zakończona postanowieniem poprawy obojga i ślubem kościelnym, który miał uratować wszystko. Chcieli wypełnić swój moralny obowiązek i "ratować rodzinę". Początkowo nawet się udawało. Starali się oboje. Z czasem jednak wróciło do stanu sprzed - Nowakowa znowu znalazła kochanka, a Nowak co prawda nie pije, ale etanol zastąpił nałogowym korzystaniem z komputera - bo czy kobieta w kwiecie wieku może skutecznie stłamsić lub całkowicie zmienić własny temperament i potrzeby seksualne? A jeśli tak, jakim kosztem?

I tak sobie myślę. Bardzo łatwo jest wytykać palcami i dokonywać ocen moralnych. Trudniej, gdy dotyczą mnie osobiście, bądź człowieka mi bliskiego. Podejrzewam, że więcej zrozumienia, empatii i troski miałabym w stosunku do nieszczęśliwej przyjaciółki, która zdradza męża, niż dla jego kochanki - bździągwy i dziwki.

niedziela, 31 grudnia 2017

No i się zaczęło

Czasami nasze życie toczy się w matni schematów zachowań, działań, poczynań, wyborów i decyzji rodziców, dziadków, opiekunów, i nawet sobie tego nie uświadamiamy, nawet przez myśl nam nie przejdzie, że można inaczej. Wszystko byłoby OK, gdyby to nam służyło; gorzej, jak nie, i czekamy by się w końcu coś zmieniło. Samo. Myślimy o tym i marzymy, ale nie robimy nic. Tak było u mnie. Moje życie próbowałam układać na wzór tego, co już znałam, widziałam, obserwowałam. Nie sprawdziło się. Było mi w tym źle. Od jakiegoś czasu czuję, że jest właśnie tak, jak sama chcę. To mój wielki sukces. Szczególnie, że nie przyszło samo i łatwo. Przeciwnie, kosztowało sporo wysiłku. 

Kończący się rok przyniósł w moim życiu wiele dobrego i zapowiedź... chyba jeszcze lepszego. Choć nie twierdzę, że był to tylko łatwy, miły i wypełniony przyjemnościami okres (przeciwnie - były chwile, godziny, dni, a nawet tygodnie okropne i trudne), to efekty są bardzo zadowalające i obiecujące. Kolejny już raz przekonałam się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, a cierpienie potrafi uzmysłowić, co jest naprawdę ważne, i w efekcie przynosi duże zmiany. Z mojego doświadczenia wynika, że zmiany są zawsze korzystne. Rozwijają. Sporo było u mnie pierwszych razów i przełamywania barier (malutkich i wielkich) w 2017 roku. Każdy, nawet najprzyjemniejszy, jak jazda na rolkach nocą, czy snorkeling przy rafie koralowej (co z tego, że trwał jakieś 4 minuty, bo paraliżował mnie strach?) lub podpisanie umowy deweloperskiej na moje pierwsze i własne mieszkanie, niósł za sobą obawę, niepewność, niepokój, a nawet lęk i strach. Jeszcze parę lat temu biernie czekałam, aż moje życie się zacznie (pisałam o tym tu: Czas robi swoje. A ty, człowieku?). Dziś mogę śmiało powiedzieć, że... się zaczęło. 

Każdy człowiek powinien znaleźć sposób na i dla siebie. Jak? Zmienić coś. Niekoniecznie wielkiego i spektakularnego. Wystarczy, jak będziesz ciągle próbować czegoś nowego: potrawy, sportu, sposobu spędzania wolnego czasu, przestawienia mebli, jak zaniechasz rytualnego powtarzania dzień w dzień tych samych czynności, tej samej trasy z pracy do domu, sztampowego spędzania weekendów. Tylko wówczas przekonasz się, co naprawdę lubisz i... zasmakujesz życia. Czasami będzie gorzkie, czasami kwaśne, czasami pikantne lub słone, ale czasami słodkie, jak miód lany na zbolałą duszę. Będzie różnorodne. I o to w nim chodzi. Oscar Wilde napisał: "Umieć żyć to najrzadziej spotykana rzecz na świecie. Większość ludzi tylko egzystuje". Wystarczy... wystartować wreszcie i już nie czekać! Bo "Kiedyś... Może... - to choroba, która każe nam zabrać wszystkie nasze marzenia do grobu".* Tego Ci życzę. Na cały 2018 rok i jeszcze dłużej.




* To już nie cytat Oscara Wilde, a mojego przyjaciela, który zapewne nie chciałby być tu wskazany z imienia i nazwiska. 

sobota, 23 grudnia 2017

(Ziemia) Święta

Odwiedziłam niedawno Jerozolimę. W zasadzie był to ostatni moment, w którym było tam bezpiecznie. To piękne, bardzo klimatyczne miejsce, na które miałam zdecydowanie za mało czasu, do którego obiecałam sobie wrócić, ale w świetle ostatnich okoliczności nie wiadomo kiedy znowu będę mogła je odwiedzić bez strachu i obawy o własne życie. Swoją drogą, żeby słowa jednego człowieka miały tak wielkie przełożenie na sytuację całego kraju, a nawet kilku? Szczególnie, że były moralnie wątpliwe, celowo prowokacyjne i niezgodne z prawem międzynarodowym. Niewyobrażalne.. Wracając jednak do tematu. To tutaj stąpałam po kamieniach, po których stąpał sam Chrystus. Dotknęłam płyty, na której miał być złożony po męczeńskiej śmierci. Widziałam miejsce zatknięcia krzyża, na którym został ukrzyżowany. Weszłam do Grobu Pańskiego. Doświadczyłam bycia "tam". Dziś, z dala, w ciszy i zadumie, jest to dla mnie przeżycie dużo bardziej mistyczne niż gdy byłam tam na miejscu. Gwar, harmider, mnóstwo ludzi, z jednej strony słychać Różaniec odmawiany w języku hiszpańskim, a z drugiej - konkurencyjny - w angielskim. Stacje Drogi Krzyżowej znajdują się w centrum targowiska. Jerozolima to połączenie różnych kultur, różnych religii, ale też miejsce kultu Boga. Jedynego, bo tylko taki przecież jest. Co za różnica jak Go nazywamy? Co za różnica, jak inni ludzie (zwierzchnicy kościołów i religii) nakazują nam Go wielbić?

Mała dygresja. Do Starego Miasta Jerozolimy można się dostać jedną z ośmiu bram. Przy czym jedna, Brama Złota, jest permanentnie zamknięta (przynajmniej do czasu Sądu Ostatecznego). Według tradycji żydowskiej, opartej na Księdze Ezechiela, przez Bramę Złotą do Jerozolimy wjedzie Mesjasz. Wyznawcy Islamu wierzą, iż tutaj będzie miał miejsce sąd Allaha nad światem (tak zostało zapisane w Koranie). A gdy Chrystus w Niedzielę Palmową wjechał Bramą Złotą do Jerozolimy, chrześcijanom wypełniły się słowa Starego Testamentu - "Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy." - [Księga Zachariasza 9,9]. To tutaj mają paść słowa: "Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie". Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! (...) Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Tegoście i Mnie nie uczynili". I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego». (Mt 25, 31-46) i decyzja, kto godzien jest wejść do Domu Ojca. Czy to wszystko nie wskazuje poniekąd, że Bóg jest jeden, tylko ludzie zinterpretowali słowa innych ludzi w odmienny sposób? 

W każdym razie zmierzam do tego, że uruchomił mi się pewien ciąg skojarzeń: Ziemia Święta. Święta. Boże Narodzenie. Okres radości, pokoju. Magiczny czas, który przekształca wielu Polaków w ludzi ciepłych, uśmiechniętych, dobrych i przepełnionych miłością bliźniego. Zastanawiałam się z czego to może wynikać. Czy z chęci czynienia dobra drugiemu? Czy może uciechy ze zbliżającego się urlopu świątecznego? A może okazji do spotkań w gronie bliskich? Przecież każdy dzień naszego życia jest święty. Dlaczego zachowywać dobre samopoczucie, uśmiech, serdeczność, dobroć i miłość, którymi dzielimy się w te grudniowe dni, tylko na nie właśnie? Takie... Boże Narodzenie trwające cały rok. Tego właśnie Ci życzę, Drogi Czytelniku, na każdy dzień 2018 roku.








niedziela, 17 grudnia 2017

Varia: jesteśmy sobą nawzajem

Kiedyś na fejsbukowej tablicy znajomej zobaczyłam zabawne zdjęcie. Podpisane było tekstem: jeśli jestem tym, co jem, to już wiem, czemu ze mnie taka fajna babeczka. Uśmiałam się i zamieściłam podobne na swoim profilu. 

Zdanie to przypomniało mi się ostatnio, gdy usłyszałam inne, z podobnym wydźwiękiem, ale - dla odmiany - bardzo prawdziwe. Brzmiało: we are each other. 

Jesteśmy sobą ma dwojaki wydźwięk. Jesteśmy sobą, bo kimże innym niby mielibyśmy być? Ale również jesteśmy sobą... nawzajem. Wszyscy ludzie, którzy stanęli na drodze naszego życia, wzbogacili je sobą, zostawili ślad. Niektórzy pozytywnie, inni (pozornie) negatywnie. Pozornie dlatego, że właśnie ci nauczyli nas najwięcej, bo efektem było co prawda cierpienie, ale tylko ono pozwala przeskoczyć kolejny etap rozwoju osobistego. 

Obecnie - w imię hasła: jestem tym, co jem - panuje moda na zdrowe odżywianie się. A może tak przełożyć, analogicznie, ów trend na: jesteśmy sobą nawzajem, i tak dobierać otoczenie, byśmy wspólnie wzrastali?  To by dopiero było!

sobota, 28 października 2017

Varia: usprawiedliwienie

Jakiego mnie Panie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz. To najprostsze zaklęcie usprawiedliwiające na świecie. Najłatwiejsza z możliwych wymówek. Mam jakieś tam wady. W zasadzie, zgodnie z moim kodeksem moralnym, używanie ich nie uchodzi, więc wolałabym ich nie mieć, ale... kurcze... mam. A zmienić coś, zdyscyplinować się, by były mniej widoczne, kosztowałoby sporo, więc... trudno... niech już są; widocznie tak miało być. W końcu sam Bóg mi je dał więc, kto, jak kto, ale On chyba wie co robi. I bach! Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znika poczucie winy, niezadowolenie z siebie, dyskomfort. Szkoda tylko, że nie znika wywołane moimi wadami charakteru, a szeroko pojmowane, cierpienie innych. Ale cóż... jakaś ofiara musi być.

A może by tak... przestać ich używać, a dokładniej rzecz ujmując, przestać z nich korzystać (bo że z tego tytułu mam profity, to chyba jasne)? Albo choć pominąć w tym wszystkim Pana Boga. Będzie przynajmniej uczciwiej. 


wtorek, 10 października 2017

Varia: szarlotka

Jabłka umyć, obrać, pozbawić gniazd nasiennych i pokroić w kostkę. Wsypać do brytfanki i podlać odrobiną syropu brzoskwiniowego. Smażyć na malutkim ogniu cały czas delikatnie mieszając. Dodać pokrojone w kostkę brzoskwinie, następnie cynamon, a całość uperfumować wanilią. Tak przygotowane staną się kwintesencją kruchutkiej szarlotki... 

Jesienna, październikowa plucha za oknem kontrastująca z roznoszącą się po cieplutkim domu wonią dopiero co zagniecionej, a już piekącej się szarlotki, przypomniała mi dzieciństwo. I jeszcze coś. Że cudownie byłoby mieć ją dla kogo robić.

Niby taka nowoczesna i niezależna, a tu proszę - taka niespodzianka...

Prawdziwy dom pachnie ciastem. I miłością.

sobota, 30 września 2017

Wolność

Leonid Afremov - Resting By The Bridge 

Siedzę nad Odrą. Jest piękny, cieplutki, słoneczny majowy poranek. Słyszę ptaki śpiewające w drzewach, sowę huczącą gdzieś z dala, dobiegają mnie krzyki i śmiech dzieci z pobliskiego przedszkola, symfonia nurtu rzeki kojąco wybrzmiewa. Jestem sama, w obcym mieście, a mimo to czuję się bezpiecznie. I bardzo chciałabym, by ten stan trwał. Szczególnie, że mam świeżo w pamięci niedawno przeprowadzone rozmowy. O wolności. I niezależności. Też poczuciu bezpieczeństwa. Wartościach niezwykle dla mnie istotnych.
Maj, 2017 r.
***
O tym, że podróże rozwijają pisałam już kiedyś (tutaj: Podróż prawdziwa i absolutna), jednak gdy doświadczam jakiejś kolejnej, przekonuję się o tym na nowo. Mój tegoroczny urlop obfitował w rozważania na temat różnych aspektów wolności. Wolności "od czegoś" (przymusu, zniewolenia, głodu, wojny) i "do czegoś" (samostanowienia o sobie, swobody wypowiedzi, "prawa do"). Wolności ciała, ducha i umysłu. Wolności od wojny, ksenofobii i nienawiści, wstydu, wspomnień, historii, byłych partnerów, toksycznych osób, nieuczciwych pracodawców, wolności w związkach i w miłości. O braku zniewolenia, które może mieć naprawdę różne oblicza, począwszy od konfliktów zbrojnych, czyli zamachu na wolność najbardziej spektakularnego, na... zakochaniu skończywszy. Tak! Przecież zakochanie nie jest wolicjonalne i często pod jego wpływem podejmujemy naprawdę głupie decyzje.

Moje rozważania na temat wolności i jej różnych aspektów zapoczątkowało spotkanie pewnej grupy ludzi - w różnym wieku, różnej płci, różnej narodowości, różnego statusu społecznego i ekonomicznego - bardzo rozwijające doświadczenie. Prawie wszyscy byliśmy Europejczykami, więc łączyło nas naprawdę sporo, jednak kilka kwestii dzieliło. Rozmawiałam z Estończykiem, Serbką, słuchałam przejmującej wypowiedzi Rumunów i Czeszki pracującej na rzecz organizacji pokojowej na terenie Doniecka. Wszyscy oni mówili o ograniczeniu swobód, o ucisku, opowiadali mrożące krew w żyłach historie. Szczególnie ujęła mnie relacja, jak wygląda życie w Doniecku. Strzały, uzbrojeni żołnierze na ulicach, czołgi, miny przeciwpancerne, wybuchy, to była i jest codzienność ludzi tam mieszkających. I dopiero wówczas zaczęłam dostrzegać, jak wielkim błogosławieństwem jest wolność i niezależność. Moja, osobista. Urodziłam się w czasie, gdy Polska była niepodległym krajem (pomijam kwestię ustroju politycznego), dorastałam bez poczucia strachu i zagrożenia zamachem na moją wolność. Pracuję, myślę, wypowiadam się, podróżuję, mam szanse rozwoju, a to wszystko wymaga ode mnie tylko decyzji (no... może nie tylko, gdyż również działania, bez którego trudno byłoby cokolwiek osiągnąć). Nie zagraża mi (przynajmniej jeszcze!) wojna, bo przyznam szczerze, że to przeraża mnie najbardziej - chłód, głód, smród to nic bohaterskiego, wynaturzone zachowania ludzkie i to wszystko w imię... czego właśnie?

Czytałam ostatnio publikację o sposobach postępowania w razie konfliktu zbrojnego. Warto było. Nawet tylko po to, by wiedzieć, co i jak należy zrobić. Wyobraź sobie, że nagle tracisz dostęp do swoich pieniędzy w banku, kończy Ci się żywność, paliwo w baku, dostęp do wody, nie możesz się wydostać poza wyznaczoną strefę. Co robisz? Na co musisz być gotów? Na co jesteś w stanie się zgodzić? Co poświęcić? To pytania, na które odpowiedzi są bardzo trudne, a w dodatku zweryfikować je może dopiero życie, ale nie zaszkodzi się nad nimi odrobinę zastanowić.

Pisząc o wojnie i wolności skojarzył mi się film o tytule "Jutro pójdziemy do kina". Jest to opowieść o młodych ludziach urodzonych w okolicach roku 1920, którzy to w 1938 stoją na progu dorosłego życia, mają świat u stóp - wykształcenie, możliwości, plany, radość życia, witalność. Niestety, rok po ich maturze zaczyna się prawdziwy egzamin dojrzałości. Taki, którego żaden z głównych bohaterów nie zda. Ekranizacja ta przywodzi mi na myśl inny odcień wolności - wolności rozumianej jako możliwość kreowania własnego życia, własnego losu. Wydawałoby się, że w wolnej Polsce każdy taką ma, ale czy na pewno?

Podczas któregoś z hotelowych śniadań - gdy jak zwykle to w trakcie urlopu bywa celebrowałam ów posiłek - wpadła mi w ręce gazeta, a w niej artykuł, który mnie zainteresował. Niestety, po kilku miesiącach nie pamiętam już tytułu ani dziennika, ani autora, ale rzecz dotyczyła opisu życia ludzi zamieszkujących malutką, zabitą dechami wioskę gdzieś na obrzeżach kraju. Pamiętam jak dziś, że po lekturze spłynął na mnie rumieniec wstydu. Kiedyś, nie tak dawno temu, mówiłam i wierzyłam w to, że jeśli tylko chcę, mogę (prawie) wszystko. I że każdy człowiek może tak samo, a tylko lenistwo, brak decyzji i determinacji oraz inne, mało pochlebne powody sprawiają, że tego nie robi. Cóż za pycha! Przecież gdyby nie fakt, że urodziłam się w Gdańsku, gdyby nie rodzice, którzy zadbali o moją edukację i rozwój, gdzie mogłabym mocą własnej decyzji dziś być? Czy taki sam start mają młodzi ludzie z malutkiej, głębokiej wsi pod wschodnią granicą kraju, gdzie minimalne wynagrodzenie jest trudne do osiągnięcia, gdzie podstawową rozrywką jest ławeczka piwna pod sklepem, gdzie od czasów likwidacji PGR-ów nie zmieniło się w mentalności tych ludzi nic? Przecież oni nawet nie mają świadomości, że można inaczej, lepiej, wygodniej, przyjemniej. Jasne, można powiedzieć, że szczęściu trzeba pomagać, że bez działania i zaangażowania nie da się nic osiągnąć, ale... no właśnie... szczęście to błogosławieństwo. Trzeba je najpierw dostać. Warto o tym pamiętać. I za swoje szanse być wdzięcznym.

Kolejna sposobność dostrzeżenia jeszcze innych wymiarów wolności pojawiła się w pociągu. Między mną, a współpasażerką przedziału wywiązała się interesująca rozmowa. Teraz już zupełnie nie pamiętam, jak do niej doszło, szczególnie, że ja nie mam potrzeby, by czas spędzony w pociągu wypełniać rozmowami z obcymi ludźmi, ale do meritum. Kobieta opowiadała o swojej córce, która od 10. lat pracuje na wysokim stanowisku w jakiejś korporacji w Dubaju. O dziwo jej wypowiedź traktowała o pozytywnych aspektach życia kobiety wśród Arabów, również muzułmanów, jednak konkluzja była następująca - te pozytywy są warunkowe. A właściwie uwarunkowane zastosowaniem się do tamtejszych zasad, do obowiązującej tam kultury. Coś, co dla mnie jako Europejki jest rzeczą naturalną - publiczny dotyk, trzymanie się za ręce, buziak na przywitanie w obecności innych ludzi - zupełnie nie wchodzi tam w rachubę, a więc w pewnym sensie stanowi zamach na moją wolność. Tylko z drugiej strony... ja tam mieszkać nie muszę, a wybierając się do kogoś w gości powinnam pamiętać, że to jego dom, jego podwórko i on ustala zasady.

Z kolei w jeszcze innych okolicznościach udało mi się dostrzec, że wolny może być tylko ktoś, kogo nie ogarnia żadna obsesja. Nie pierwszy raz zresztą i pewnie nie ostatni, byłam na otwartym mityngu Anonimowych Alkoholików. Któraś wypowiedź dotyczyła wdzięczności za wybawienie od obsesji picia. Człowiek ten opowiadał, iż takich jak on było jeszcze dwóch w budynku, w którym mieszkał. Jeden już nie żyje, zapił się na śmierć, a drugi pomimo faktu, że przebywał w placówce odwykowej, pije nadal, więc wolny nie jest. Okazuje się, że i w tym przypadku nie wszyscy mają tak samo, nie wszyscy zostali i zostaną uwolnieni. Niestety, znam osobiście kilku, których życiem etanol rządzi skutecznie od wielu lat.

Moja podróż dobiegła końca. Ale od tego czasu po głowie krąży milion myśli dotyczących jeszcze innych aspektów wolności. Między innymi dlatego tak późno powstał powyższy tekst. Czy mogę czuć się wolna, jeśli od pierwszego do ostatniego z trudem wiążę koniec z końcem? A jeśli jestem zależna finansowo od kogoś lub czegoś? Uzależniona od czyjejś dobrej woli? Uwikłana w toksyczny związek, czy inną dziwną relację? Czy mogę w pełni stanowić o sobie bez poddawania się naciskom innych? 

Wygląda na to, że trudno poczuć się prawdziwie wolnym. I tak sobie myślę... Czy za to wszystko co mam, jestem wystarczająco wdzięczna na co dzień? Ze wstydem zmuszona jestem przyznać, że nie. Na szczęście czasami wyjeżdżam (bo mogę!) i spotykam innych ludzi, a ci pomagają mi to dostrzec...

Dziękuję.

niedziela, 10 września 2017

Okazja

sjp.pwn.pl okazję definiuje jako wyjątkową sytuację sprzyjającą czemuś; niecodzienne, uroczyste wydarzenie. 

Podobno okazja czyni złodzieja. Można coś okazyjnie kupić. Z jakieś okazji zrobić coś wyjątkowo głupiego, szalonego, czy też zabawnego. Szczególna okazja może być usprawiedliwieniem własnych zachowań. Można okazyjnie się ubrać, czy też nakryć stół zastawą na szczególne okazje. Z okazji czyjegoś święta można do kogoś zadzwonić, spotkać się, gdzieś wyjść, zrobić prezent, uczcić ten właśnie dzień. Okazje mogą być powodem, że o kimś myślę, pamiętam, wspominam.


Tylko tak sobie myślę... Czy naprawdę potrzebuję tych wszystkich sposobności, by zrobić/powiedzieć to, co umożliwiają, do czego prowokują? Każdy dzień może być wystarczająco wyjątkowy, by zrobić to właśnie. Ale... czy takie szczególne okazje nie nadają mojemu życiu smaku, nie są tym, co odróżnia powszedniość od wyjątkowości? Nawet jeśli jest to... Europejskie Święto Jabłka.