piątek, 29 kwietnia 2016

Dlaczego się złościsz?

Emocje to gwałtowne i względnie krótkotrwałe uczucia spowodowane jakimiś okolicznościami. To one sprawiają, iż pewne sytuacje zapisują się w naszej pamięci na dłużej. Jeśli jakieś wydarzenie niesie za sobą duży ładunek emocjonalny, większa jest szansa na to, iż je zapamiętamy. Jeszcze dziś dokładnie pamiętam pierwszy dzień w szkole, pierwszy pocałunek, maturę, zaręczyny, itp.
 
Emocje dzielą się na pozytywne, czyli przyjemne w odczuwaniu, oraz negatywne, to jest takie, które mają na celu zmobilizowanie człowieka do jakichś zmian. Charakteryzują się różnym - w zależności od okoliczności - natężeniem. Raz się cieszymy, innym razem odczuwamy euforię, raz się irytujemy, następnym razem wściekamy, raz się smucimy, a raz zalewa nas czarna rozpacz. To emocje sprawiają, że nasze życie nabiera smaku, ale zdarza się też, że "Kiedy strach staje się niepokojem, pragnienie przeradza się w chciwość, irytacja ustępuje złości, a złość nienawiści, przyjaźń zamienia się w zawiść, miłość w obsesję, a przyjemność w uzależnienie, to nasze emocje zaczynają obracać się przeciwko nam." - [J. LeDoux] I na tej sytuacji, na przykładzie złości, chciałabym się dziś skoncentrować. Złość może objawiać się w irytacji, oburzeniu, frustracji, gniewie, agresji, złośliwości, czy nawet furii. Pytanie brzmi, czy mam na to odczuwanie jakikolwiek wpływ? 

Bardzo często złość jest emocją wtórną, najczęściej podszytą lękiem (głównie egocentrycznym). Dzieje się tak dlatego, że w dzisiejszych czasach człowiek prawie całkowicie zatracił umiejętność radzenia sobie z nim. Emocji tłumić nie należy, wiec niejako automatycznie przekształcamy je w coś, z czym poradzić sobie (odreagować) potrafimy - w tym konkretnym przypadku - w złość. Z czasem ta wyuczona reakcja staje się nawykiem, czymś co jest poza naszą świadomością. 
Pamiętam doskonale, jak będąc dzieckiem, podczas spaceru uciekł mi pies, pupil całej rodziny. Początkowo byłam bardzo przestraszona, że coś mu się stanie, że potrąci go samochód, bądź też pogryzie jakieś silniejsze zwierzę, że nie będzie potrafił wrócić do domu. Obawiałam się również reakcji pozostałych domowników, jeśli wróciłabym do domu... sama. Poszukiwania trwały, a moje napięcie rosło. Upłynęło kilka godzin, już cała rodzina została zaangażowana w poszukiwania, a ja stawałam się coraz bardziej sfrustrowana, zmarznięta, zła, aż w końcu wściekła. W duchu przysięgałam sobie, że jak znajdę... paskudę, to tak mu spiorę skórę, że już nigdy się nie odważy na ponowną ucieczkę. Historia zakończyła się pomyślnie, a ja uszczęśliwiona faktem, że pies się znalazł, nawet nie myślałam o wymierzeniu mu razów. Ale o co innego mi w tym momencie chodzi. Ano o to, że to był pierwszy raz (przynajmniej, który pamiętam), jak zamieniłam strach w złość. Nie potrafiłam skutecznie poradzić sobie z wszechogarniającym mnie lękiem, a dusić go w sobie już nie mogłam, więc wpierw się popłakałam, a później zezłościłam.

Stare przysłowie mówi, że złość piękności szkodzi. Gdyby tego było mało, mi dodatkowo nie służy, gdyż wysysa ze mnie energię życiową, którą mogłabym spożytkować w dużo bardziej przyjemny i pożyteczny sposób. Bardzo staram się zatem, by do takiego stanu się nie doprowadzać. Tak! - "się", bo przecież nie jest tak, że ktoś mnie złości, tylko ja złoszczę się. Jestem zwolenniczką brania odpowiedzialności za swoje życie, wybory, decyzje, poczynania i zaniechania na siebie. A to oznacza, iż nie uśmiecha mi się, żeby to ktoś wpływał bezpośrednio na mój nastrój. Przecież to ja decyduję, jak się będę czuć, a złoszcząc się na kogoś/coś, krzywdę robię tylko sobie. Masochizm interesuje mnie... delikatnie powiedziawszy... umiarkowanie, więc zazwyczaj unikam sytuacji i okoliczności, które są w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. W związku z tym nie interesuję się i nie emocjonuję polityką, nie wchodzę w potyczki słowne z ludźmi, którzy agresywnie próbują mi coś wmówić, nie doszukuję się różnic, nie próbuję przekonywać innych do własnych racji. Raczej dopatruję się podobieństw i szukam płaszczyzny porozumienia. Niestety, nie zawsze mi się to udaje, bo okazuje się, że jednak "człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce". Co zrobić, kiedy pomimo starań krew nas zaleje? Z
łość to olbrzymi ładunek emocjonalny, więc kluczową kwestią jest sposób, w jaki sobie z nią poradzę. Czy destrukcyjny dla siebie - na przykład dusząc ją w sobie, załamując ręce, poddając się, czy krzywdząc innych ludzi - wyzłośliwiając się na nich, okazując agresję, czy w sposób konstruktywny - przekuwając ją w coś budującego, motywującego do zmian. Nie muszę chyba pisać, która reakcja jest najbardziej pożądana?
 
Warto uzmysłowić sobie, jakie podłoże ma moja złość? Czy jest to strach, lęk, cierpienie, niepokój, nierealistyczne oczekiwania? Bo tylko znając przyczynę tego stanu rzeczy, otwieram sobie drogę do jego wyeliminowania. A jeśli to się nie powiedzie, to mogę przynajmniej odpowiednio (świadomie!) wybrać, co z tym uczuciem zrobię. 
 
Obraz akrylowy "Złość" - Monika Stanisławska

poniedziałek, 28 marca 2016

Wyidealizowany obraz

Podobno dzieci dzielą się na nieznośne i własne. Znam to tylko... jakby jednostronnie, gdyż dzieci nie posiadam, a rodziców tak, jednak wydaje mi się, że może być w tym sporo sensu. Jak często zdarza się bowiem, że rodzice usprawiedliwiają zachowanie swoich dzieci, że one nigdy by czegoś tam same nie wykombinowały, że z całą pewnością zostały do tego namówione, zmuszone, bądź zmanipulowane przez kolegów, rówieśników, starszych, cwańszych, czarownicę i złego smoka? Bo przecież nie one! Nie! One są takie cudowne! I dobre! I grzeczne! I kochane! I...  Tworzą w swoich głowach wyidealizowany obraz małego brzdąca, przedszkolaka, gimnazjalisty, nastolatka, młodego dorosłego, aż w końcu dojrzałego człowieka. Często później (jeśli nie zawsze) przychodzi jednak moment rozczarowania, bo nierealistyczne oczekiwania rodzą te właśnie. A także urazy, zawody, żal, smutek, złość... Ale czy to tylko... przypadłość rodziców? Czy takiego obrazka nie tworzy każdy człowiek w stosunku do osób mu bliskich? Do męża, żony, przyjaciół, rodziny, autorytetów, do siebie?
 
Czas jakiś temu, jak całe moje dotychczasowe życie, a także plany i marzenia związane z przyszłością, posypały się w proch i pył, jak opadł kurz po bitwie, jak nie było już o co walczyć, na nowo musiałam ułożyć sobie świat moich wartości, na nowo zdefiniować siebie. Był to proces żmudny i bolesny, ale w końcu udało mi się (a przynajmniej tak myślałam) określić, co jest rzeczywiście dla mnie ważne, co jest wewnętrznie zgodne ze mną, w co wierzę, czemu jestem w stanie się podporządkować. W ten sposób powstał w mojej głowie... dość wyidealizowany obraz mnie samej. Takiej, jaką chciałabym być, takiej do której stania się aspirowałam - nieskazitelnej, prawej, uczciwej, pokornej, uczynnej, wdzięcznej, kochającej bliźniego, niewinnej...
 
Okazało się jednak, że rację miała Wisława Szymborska pisząc, "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono", bo dopiero realne okoliczności zweryfikowały mnie samą, a nowego sensu nabrało hasło "łatwo jest nie pić, kiedy się nie chce pić", gdyż bezproblemowo jest postępować zgodnie z systemem własnych wartości (nawet jeśli jest on wyidealizowany), gdy w moim życiu nie pojawiają się okoliczności, które w pewien sposób to uniemożliwiają, bądź w najlepszym wypadku komplikują, trudniej, gdy z takimi przychodzi mi się zmierzyć... Okazało się, że"człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce", a do doskonałości brakuje mi jeszcze sporo.
 

sobota, 12 marca 2016

O samochodach słów kilka

Usłyszałam ostatnio krótką historię o tym, jak zmieniało się społeczne przeznaczenie pojazdów na przykładzie marki Fiat. Na początku XX wieku, samochody te były dobrem rzadkim. Jak już ktoś taki posiadał, służył mu głównie do weekendowych wycieczek rodzinnych za miasto. Znamienne jest to, iż w okresie międzywojennym największym hitem Fiata był model Topolino. Mogło się to wiązać z tym, iż jednym z popularniejszych modeli rodzinnych był 2 + 2 + 1 - kobieta, mężczyzna, dwoje dzieci i samochód - a w Topolino mieściły się dwie osoby dorosłe i dwoje dzieci na tylnej, wąskiej kanapie. Z czasem zaczęło zmieniać się przeznaczenie samochodu. Celem samym w sobie stał się stan jego posiadania, a nie możliwości, które ten niósł za sobą. Czterokołowiec stopniowo zmienił się w dobro, do którego współczesne społeczeństwo dąży tylko właściwie po to, by pomnożyć dobytek i samotnie jeździć po mieście. Współczesny model rodziny to również 2 + 2 + 1 - ale tym razem oznacza kobietę, mężczyznę, dwa auta i jedno dziecko.

Żeby nie było niejasności. Sama jestem użytkownikiem auta, sama takowe posiadam. Głównie dlatego, że tak mi wygodnie i bezpiecznie. Tylko... trochę niepokoi mnie ten rozdmuchany przed media (i nie tylko) konsumpcjonizm, to przesadne nadawanie znaczenia dobrom materialnym, to ciągłe dążenie do posiadania więcej i pełniej. Oczywistym jest, że łatwiej żyje się w komfortowym, przestronnym, urządzonym według moich upodobań miejscu, wygodnie jest również posiadać luksusowe auto, ale czasami warto się zastanowić, czy dążenie do posiadania rzeczy, dzięki którym (podobno) będzie mi się lepiej żyło, nie zmieniło się w treść mojego bycia tutaj? Bo to byłoby straszne marnotrawienie czasu. A czas dla każdego z nas jest ograniczony.
  
Jedną z wartości, którymi staram się kierować w życiu jest prostota. Przejawia się ona w skupianiu uwagi na tym, co  jest istotne i wieczne, zaś jej zaprzeczeniem - ekstrawagancja, marnotrawstwo oraz pogoń za bogactwem i władzą. Oczywiście, to wszystko z odrobiną zdrowego rozsądku, bo nie o ascezę mi tutaj chodzi. Czy mogłabym żyć bez samochodu? Oczywiście, ale byłoby mi niewygodnie. Czy mogłabym żyć bez ozdób, które powodują, że u siebie w domu czuję się przytulnie? Oczywiście, ale byłoby mi mniej komfortowo. Czy mogłabym żyć bez granatowych szpilek? Oczywiście, ale nie czułabym się bez nich tak atrakcyjnie. Jasne, można żyć w jaskini, ale przecież to wszystko zostało stworzone z myślą o nas i nam dane do używania i korzystania. Warto jednak zapytać siebie, czego ja naprawdę potrzebuję i tam postawić granicę. Moją granicą granatowe szpilki nie są. Nie jest nią również samochód. Być może na razie. Tego nie wiem, bo przecież granice się przesuwają. Wszystko jest w porządku, dopóki mogę korzystać z dobrodziejstw mi danych bez wyrzutów sumienia i dyskomfortu z nimi związanego.

Ostatnio rozmawiałam ze znajomym, który powiedział mi, że marzy mu się BMW X5 i to pomimo tego, że już posiada dwa dobre auta. To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, co mi jest do szczęścia niezbędne, czego ja potrzebuję, by czuć się w swoim życiu komfortowo? Wyszło mi, że najbardziej nieodzownymi są dla mnie ludzie i dobre z nimi relacje (pomijam kwestię małego domku na zboczu jakiejś szwajcarskiej wsi, w którym marzy mi się zamieszkać na starość...). Uwielbiam rozmawiać, dzielić się opiniami, poglądami, wymieniać spostrzeżenia i wnioski. Podobno posiadam też umiejętność słuchania (nie tylko słyszenia) i zadawania trafnych pytań. Z moich wniosków jestem zadowolona i to mnie cieszy, bo ostatnimi czasy odkrywam w sobie rzeczy, które nie do końca mi się podobają.

niedziela, 28 lutego 2016

Umiejętność rezygnacji, czyli... klapa na całej linii

W jednej z moich ulubionych książek przeczytałam, iż drogą do przebudzenia duchowego - przy założeniu, że coś w tym kierunku robię, a nie tylko czytam, poznaję i staram się zrozumieć - może być pielegnowanie, czy też wyrobienie w sobie:
  • umiejętności kochania
  • uczciwości wobec siebie
  • zdolności do przełamywania schematów myślowych i rewizji poglądów
  • zgody na cierpienie
  • samodyscypliny
  • umiejętności rezygnacji.

Wydaje mi się, że drogą decyzji, wyborów i postaw potrafię prawdziwie kochać drugiego człowieka - bez poczucia straty, poświęcenia, bez emocjonalnego się na nim wieszania, bez przedkładania własnego dobra nad jego, bez oczekiwania rewanżu.

Wydaje mi się, że nabyłam umiejętność poznawania prawdziwych intencji własnych zachowań i postaw. Potrafię być uczciwa wobec samej siebie, nawet jeśli wnioski płynące z mojej analizy, czy też autoanalizy są niezadowalające i niewygodne. Obiecałam sobie kiedyś, że już nigdy nie będę się oszukiwać, że już nigdy nie będę grać przeciw sobie, a ja lubię dotrzymywać składanych obietnic.

Wydaje mi się, że od jakiegoś czasu twardo stąpam po ziemi, przełamuję własne schematy myślowe i weryfikuję poglądy. Rozważam i zastanawiam się nad tym, co jest naprawdę moje, w co wierzę, a w co absolutnie nie, do czego gotowa jestem się przychylić, a z czym zupełnie się nie zgadzam, co jest dla mnie rzeczywiście ważne, a co tylko mi się takim wydawało. Staram się mieć otwarty umysł i głowę na nowe.

Wydaje mi się, że nauczyłam się... może nie tyle godzić na cierpienie, co je w pewnym sensie pokornie przyjmować, akceptować, a może nawet... czerpać z niego korzyści dla siebie? Wszak to cierpienie mobilizuje mnie do zmiany, a ta do coraz lepszego poznawania siebie.
 
I to by było na tyle jeśli chodzi o pozytywne wnioski, bo dwa ostatnie punkty na ścieżce ku metanoi... leżą odłogiem. I o ile dyscyplina wychodzi mi... powiedzmy... umiarkowanie, to rezygnacja... hm... w ogóle,. Głównie dlatego, że rezygnacja z samego założenia ma być na zawsze - NA ZAWSZE! - a tak się składa, że z rzeczami ostatecznymi mam pewien kłopot. Nie potrafię (a może nie chcę?) się zmusić do rezygnacji z czegoś, co mi dziś służy, co mi się podoba, co mnie pociąga, co powoduje, że czuję się lepiej, nawet pomimo świadomości, że to może mieć opłakane skutki w przyszłości, może być destrukcyjne, że to może spowodować dużo większe cierpienie... Nie da się iść w dwóch kierunkach jednocześnie. Nie da się mieć ciastko i zjeść ciastko, ja zaś łapię się na tym, że czasami bym chciała...

Czyli jednak wybieram krótkofalowe zyski, zamiast długofalowych efektów... Hm... chyba nie jestem tak intelektualnie niezależna, jaką chciałabym być... Chciałabym wierzyć, że jeszcze...


 
 

wtorek, 9 lutego 2016

Kwestia dobra i zła

Ostatnio rozważałam kwestię dobra i zła, a raczej... czynów - w mojej opinii - moralnie czystych lub  niedopuszczalnych. Dziś sobie myślę, że wówczas podświadomie szukałam usprawiedliwienia samej siebie, więc od razu na myśl mi przyszedł przeczytany czas jakiś temu taki oto tekst:
 
"Gdyby nie Judasz... a bez Niego nic się nie stało, co się stało - czytamy w Prologu do Ewangelii wg Św. Jana. Oczywiście chodziło w nim o Słowo, ale cytowany fragment tekstu wyrwany z kontekstu w ten właśnie sposób , przywodzi mi czasami na myśl... Judasza. Czy bez niego stałoby się to, co się stało, co stać się musiało? Podły, zły, łotr, zdrajca czy człowiek nieszczęśliwy, który musiał odegrać przewidzianą dla niego rolę, bo po prostu taką do niego przewidziano, zaplanowano? Kto był reżyserem, a kto tylko odtwórcą jednej z ról?"*
 
I wszystko byłoby w porządku, bo wciąż uważam, że jest w nim dużo sensu i logiki, tyle tylko, że ja go sobie zinterpretowałam w wygodny dla mnie, to jest usprawiedliwiający moje zachowanie, sposób. Mój wywód logiczny brzmiał mniej więcej następująco: skoro Pan Bóg nad wszystkim panuje, skoro wszystko już zaplanował, skoro każdemu z nas przydzielił jakieś funkcje i zadania do wykonania, a my, ludzie jesteśmy jedynie narzędziami w Jego rękach, to jakie ma znaczenie mój w tym wszystkim udział?  Skoro nawet Judasz - zdrajca Jezusa Chrystusa - nie powinien być postrzegany jednoznacznie źle (wszak... on to dla nas ludzi i naszego zbawienia... zdradził Syna Bożego, przez co Ten mógł umrzeć i zmartwychwstać), to co dopiero z moim postępowaniem? Skoro z czegoś moralnie nagannego może wyniknąć coś dobrego, to skąd mam wiedzieć, czy w rezultacie czynię dobro, czy zło? Skoro to, że dziś postrzegam coś w jakiś sposób, nie oznacza wcale, iż historia z perspektywy czasu nie oceni tego dokładnie odwrotnie, to po co mam się obwiniać, bić w pierś i żałować? Skoro nie znam ani przyszłości, ani alternatywnych wizji przeszłości, to skąd mam wiedzieć, czy coś było/jest błędem, czy nie?
Hm... ładnie zrzuciłam ze swoich barków odpowiedzialność, co? Poszłam nawet krok dalej, gdyż wpadłam na pomysł, że moje czyny, a raczej ich rezultaty można ocenić tylko po owocach, a te z kolei będę mogła poznać tylko i wyłącznie ex post. Oczywiście do tego wszystkiego nikt nie ma prawa mnie i mojego systemu wartości oceniać (łączenie z samą sobą!), bo jak można orzec, czy coś jest dobre, czy złe, skoro jeszcze nie znam owoców? Hm...

Na szczęście wówczas z odsieczą przyszła Dobra Dusza i w końcu zrozumiałam, że moralnie czyste może być co najwyżej poczucie krzywdy, ale poczucie winy zdecydowanie nie.  Że bardzo wiele zależy od ziarna, które sieję, bo może i kiedyś okaże się, że to, co postrzegałam za dobre przyniosło kruchy plon, a to, co złe - obfity, jednak najważniejsze są moje prawdziwe intencje, najważniejsze bym mogła stanąć z uniesioną głową przed lustrem i z szacunkiem spojrzeć w oczy osobie stojącej po drugiej stronie... Zagadka została rozwiązana...
 
 A Ty, co siejesz na co dzień?
 
 



---
Meszuge, "Przebudzenie. Droga do świadomego życia", Wyd. IPS, 2014, str. 143

sobota, 30 stycznia 2016

"Tragedie" osobiste

Jechałam wczoraj pierwszy raz do nowej pracy. Zadzwoniła moja siostra i spytała, jak się w związku z tym mam i czy się denerwuję. Odparłam, że  - o dziwo! - jakoś niespecjalnie, że dobrym określeniem mojego stanu emocjonalnego byłaby ekscytacja, choć delikatny stresik mam. Usłyszawszy to, rozpłakała się. Początkowo lekko zdezorientowana spytałam, co się stało, a ona na to, że dnia poprzedniego pół dnia składała dwusmakowy tort urodzinowy na ósme urodziny synka (piękny nota bene - zdjęcie po prawej), a ich niesforny, trzyletni beagle właśnie wkradł się do chłodni i zżarł jego połowę, drugą oblizał. Na domiar złego jasna sierść psa wygląda teraz, jak wdzianko smerfów, barwnik spożywczy zupełnie nie chce zejść z ich salonowego dywanu w kolorze ecru, a za kilka godzin będzie mieć w domu trzydzieścioro gości urodzinowych - w większości ośmiolatków - dla których zorganizowała dyskotekę o temacie przewodnim Star Wars. A teraz nie może się pozbierać. Pocieszyłam ją jakoś i się pożegnałyśmy.
 
Po południu wracałam z pracy. Cieszyłam się, że pierwszy dzień upłynął bardzo miło, że załoga sympatyczna, klimat pracy bardzo dobry, a do tego nie spóźnię się na kinderbal siostrzeńca. Nie przeszkadzał mi nawet jakoś specjalnie piątkowy korek dużego miasta. Wykorzystałam ten czas na odpisywanie na esemesy i... będąc jakieś 30 metrów od mojego osiedla, wjechałam w tył samochodu jadącego przede mną. Na szczęście rozwijałam wówczas prędkość na poziomie 10km/h, ale jednak. Kierowca okazał się być bardzo kulturalnym i przyzwoitym człowiekiem. Pewnie nie bez znaczenia był fakt, że jego szkoda była zdecydowanie mniejsza niż moja, gdyż on miał auto wysokie, a przód mojego jest bardzo nisko osadzony. Spisaliśmy oświadczenie, rozstaliśmy się w miłej atmosferze, ale i tak byłam na siebie i własną głupotę po prostu zła. Rozmyślałam nad tym, że nie dość, iż sprawa będzie wiązała się z moją niewygodą, bo niemożnością korzystania z samochodu przez jakiś czas, to jeszcze dojdą jakieś formalności, na które zupełnie nie mam ochoty, jakieś wyceny, spotkania, zamówienia, że o zwyżce na składkach ubezpieczeniowych (obu) nie wspomnę.
 
Gdy dotarłam do domu siostry rozprawiałyśmy nad tym, jak się miał mój stres związany z pierwszym dniem w pracy i jej lament nad tortem urodzinowym, do popołudniowej kolizji? A jak miałaby się ta, czyli stłuczona lampa i pokrzywiona maska, zderzak oraz bok auta, do krzywdy, którą mogłam przecież wyrządzić drugiemu człowiekowi? Jak miałaby się, gdybym wjechała nie w drugi pojazd, ale pieszego, albo rowerzystę? Gdyby ten krótki moment zaważył na czyimś życiu?
Dzisiaj mój kolega jadąc w korku był świadkiem sytuacji, podczas której kobieta z wózkiem dziecięcym wbiegła na ulicę, i tylko szybki refleks kierowcy jadącego z naprzeciwka sprawił, że nie doszło do tragedii.

Staram się wyciągać wnioski z różnych sytuacji mnie spotykających. Jedna konkluzja jest zatem taka, że naprawdę powinnam się mocniej zastanowić, czy niektóre moje reakcje nie przekraczają przypadkiem ważności, albo znaczenia ich przyczyny, oraz nad tym, co jest rzeczywiście ważne w moim życiu? Na co przeznaczam mój cenny czas? Co zaprząta moją głowę i myśli? Niektóre wydarzenia traktuję w kategoriach tragedii, nie zwracając zupełnie uwagi na błahość tychże.
 
Drugi wniosek jest oczywisty - nigdy, przenigdy więcej esemesów podczas prowadzenia auta. Bez względu na to, czy jadę 5, 10, 50, czy 100 km na godzinę.  
 
 

środa, 20 stycznia 2016

Po co mi było całe to blogowanie?!

Prawie dokładnie rok temu powstał mój blog. Rozpoczęłam go postem Po co mi to całe... blogowanie? i wówczas myślałam, że to Czytelnik mógł będzie skorzystać z mojego piśmiennictwa bardziej, niż ja sama. Z czasem okazało się jednak, że byłam w błędzie. Prowadzenie bloga i pisanie układają mi myśli w głowie, motywują do dalszej pracy nad własnym rozwojem, do coraz lepszego poznawania siebie, do stawania się z dnia na dzień, lepszą wersją samej siebie (taką mam przynajmniej nadzieję i do tego aspiruję). No i tu pojawił się pewien problem. Problem w postaci sumienia, a raczej jego wyrzutów, powodowanych przez coraz większą świadomość intencji własnego postępowania, myśli, zachowań i postaw, a co za tym idzie, zdolność do wzięcia odpowiedzialności za moralność tychże. Im bardziej siebie znam, tym bardziej sumienie nie pozwala mi na jakieś działania lub zaniechania. A skoro wszem i wobec ogłaszam (piszę i mówię), że uczciwość - szczególnie wobec siebie - jest dla mnie jedną z ważniejszych wartości w życiu, to i niczym dziwnym nie jest, że to powoduje we mnie pewien dyskomfort. A przynajmniej czasami.
 
Podobno spokój sumienia jest najwyższym rodzajem szczęścia. Brzmi to sensownie i logicznie, ale w stwierdzeniu tym czai się pewna pułapka. Bo żeby ten spokój osiągnąć, czasem trzeba działać wbrew swoim największym lękom i strachom, wbrew potrzebom i żądzom, wbrew zachciankom i widzimisię,  a to bywa trudne i bolesne, wymaga poświęcenia i rezygnacji z samowoli. Czasami wolimy nie słyszeć, co mówi i na co wskazuje nasze sumienie, gdyż przeszkadza nam to radośnie i ochoczo korzystać z wad charakteru. Pan Bóg dał ludziom wolną wolę, ale czy również prawo do uprawiania samowoli? Wierzę, że każdy człowiek ma w sobie Bożą Iskrę, Pierwiastek Boskości, więc skoro sumienie wypływa z wnętrza człowieka, to może jest to głos samego Boga? Może skoro staramy się je wyciszać, zabieramy sobie możliwość obcowania z Nim? "Uspokoimy przed Nim nasze serce. A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko" (1 J 3, 19-20).

W mojej opinii, jest tylko jeden pewny sprawdzian czystości sumienia - efekty, czy też owoce moich czynów. A owocować znaczy dojrzewać, przechodzić z jednego poziomu rozwoju na drugi, przełamywać własne bariery, wychodzić poza strefę komfortu, nawet gdy powoduje to dyskomfort, nawet, jak generuje cierpienie.

No i po co mi było całe to blogowanie?!

piątek, 15 stycznia 2016

Zosia Samosia

Zosiosamosiowatość przez bardzo długi okres czasu była dla mnie chlebem powszednim. Gotowanie, sprzątanie, prasowanie, odpowiedzialna praca, wymiana bezpiecznika w aucie, skoszenie trawnika, narąbanie drewna, pofarbowanie włosów, wymalowanie łazienki, profesjonalny manicure i pedicure, napalenie w piecu, projektowanie wnętrz, dźwiganie worków z zaprawą murarską (przyznaję - było ciężko), mycie auta, rozwikłanie instrukcji sprzętów elektronicznych, montaż rolet, organizacja wakacji, zarządzanie finansami, szydełkowanie, itd., itp., etc. - dokładnie, jak Kobieta Pracująca z serialu "Czterdziestolatek" - a to wszystko na szpilkach. Raz nawet udało mi się zafundować sobie limo pod okiem. Małżonek (obecnie były) został poproszony kilka razy o odkurzenie dywanu. Jego odpowiedź każdorazowo brzmiała - Dobrze Kochanie, zaraz... - natomiast realizacja nie następowała. Mocno poirytowana zaczęłam odkurzać sama i by zagrać mu nosie (sic!), zamiast podejść, jak cywilizowany człowiek i zrobić to spokojnie, wyszarpałam ostentacyjnie wtyczkę z gniazdka. Jak się można domyślać, siła mojej frustracji przełożyła się na siłę, z jaką wtyczka na kablu dosięgnęła mojego oka tworząc na nim wielokolorowe limo, którego nawet makijaż przez czas jakiś ukryć nie zdołał.
 
Takie i podobne sytuacje powtarzały się cyklicznie. Jeśli ktoś nie wykazywał inicjatywy, bądź też uprawiał odjutryzm, ja unosiłam się dumą, a może nawet... pychą i zazwyczaj potrafiłam znaleźć jakieś rozwiązanie, wykombinować, jak sobie poradzić. Nie chciałam grać głupiej i udawać, że nie umiem, że nie potrafię i nie mogę, bo pomijając ograniczenia fizyczne mogę i potrafię, albo się nauczę, szczególnie, jeśli się zaprę, jednak ten medal miał dwie strony - rosła moja frustracja i poczucie, że byłam wykorzystywana, świadomość, że ja dawałam bardzo dużo, a ktoś coraz mniej i wreszcie nic. I zupełnie nie przechodziło mi nawet przez myśl, że sama tak wybierałam, bo jeśli upieram się, że wszystko potrafię i ze wszystkim sobie poradzę, to i cóż dziwnego, że w końcu ktoś zacznie z tego korzystać? Jeśli staram się być niezastąpioną i... kolokwialnie rzecz ujmując, robić za jelenia, to czemu ktoś miałby mi w tym przeszkadzać?

Czy jestem zwolenniczką emancypacji kobiet? Ależ skądże! Przede wszystkim nie uważam naszego (kobiet) gatunku za tak upośledzony, by trzeba było specjalnych praw, aby te różnice jakoś wyrównać, czy też zatrzeć. Feministka to osoba, która wierzy w społeczną, prawną i ekonomiczną równość płci. I o ile co do dwóch ostatnich zgadzam się w całości, to z pierwszą mam pewien kłopot. Równouprawnienie społeczne  polega na tym, że każdy może (jeśli ma potrzebę i ochotę) objąć dowolną rolę społeczną, a to jest właściwie nierealne, bo przecież nie jesteśmy tacy sami. Kobiety i mężczyźni są zupełnie inni jeśli chodzi o budowę, nawyki, zachowanie, reakcje, możliwości, predyspozycje, preferencje, role społeczne i towarzyskie.
Kilka przykładów. Gdy kobieta wchodzi do męskiej ubikacji, jest to oczywista pomyłka, natomiast mężczyzna dopuszczający się tego czynu lubieżnego, to przecież zwyczajny zboczeniec! Gdy białogłowa stając we własnej obronie uderzy mężczyznę, jest postrzegana, jako odważna - facet w odwrotnej sytuacji to bydlak i zwyrodnialec! Kiedy kobiecie zdarzy się pocałować znienacka mężczyznę, czy też spojrzeć w kierunku jego części intymnych, to flirt i niezależność, w odwrotnym przypadku - molestowanie seksualne!

Z moich obserwacji wynika ponadto, iż postawa Zosi Samosi przeszkadza, lub też może przeszkadzać, w relacjach damsko-męskich. Z dwóch względów. Po pierwsze dlatego, że mężczyzna potrzebuje przede wszystkim wdzięczności i podziwu, więc trudno mu znieść, że kobieta może coś bardziej, więcej i lepiej, bo on w takiej relacji czuje się niepotrzebny i niedowartościowany. Po drugie zaś... ta kobieta zaczyna z czasem nim gardzić. A na tym nie da się budować zdrowej relacji. Spodnie w związku nosiłam długo. Za długo. Teraz czas na... kobiece fatałaszki.

Nie jestem feministką i nie chcę nią być. Lubię gdy mężczyzna otwiera mi drzwi, lubię gdy przepuszcza mnie przodem, lubię gdy wstaje od stołu, kiedy ja do niego siadam, lubię gdy wie, że w restauracji to ja powinnam siedzieć w miejscu, które umożliwia widok całej sali, lubię gdy zdejmuje okulary przeciwsłoneczne rozmawiając ze mną, lubię gdy... traktuje mnie, jak damę, którą jestem.

czwartek, 7 stycznia 2016

Prawdziwe intencje

Nowy Rok. Pierwszy wpis. Długo zastanawiałam się, o czym napisać, by z przytupem wejść w 2016 r. No i wymyśliłam - czystość intencji. Coś, nad czym planowałam się pochylić już dawno, gdyż wydaje mi się kluczowa w życiu, ale jakoś trudno było mi sklecić coś składnego, konstruktywnego, zrozumiałego i sensownego zarazem.

Rozwój osobisty, którego ścieżką staram się ostatnio kroczyć, to dążenie do osiągnięcia wewnętrznej integralności, do harmonii ciała, duszy i umysłu, do doświadczenia poczucia spełnienia i satysfakcji, to nieustanne poznawanie siebie i prawdziwych motywów własnego działania. Wydaje mi się, że motorem ludzkich poczynań jest realizacja własnych potrzeb, i to nawet pomimo deklaracji o ich bezinteresowności. Każde działanie napędza własna korzyść - realna lub potencjalna, obiektywna lub subiektywna. Może to być  dobre samopoczucie, okazana wielkoduszność, oczekiwana wdzięczność, poprawienie samooceny, etc. Nawet jeśli robię coś dla kogoś, to w głębi duszy, serca, jednak dla siebie, mam w tym jakiś interes. Pod każdą motywacją znaleźć można następną, głębiej skrywaną. Dlatego właśnie uważam, że nie istnieje świadoma bezinteresowność. To, co na własny użytek nazywam bezinteresownością, jest właściwie dbaniem o to, by dla kogoś było więcej, niż dla mnie, by moje intencje były czyste. Choć oczywiście profity bywają subiektywne, niepoliczalne i często nieporównywalne.

Niektóre sprawy łatwiej zrozumieć na przykładzie, przynajmniej ja tak mam, zatem... Bezdomny prosi mnie o zakup pączka. Robię to. On go zjada ze smakiem, ja idę dalej. Oczywiście również mam z tego korzyść. Ot choćby dobre samopoczucie, lepszą samoocenę, poczucie okazanej troski i zrozumienia. Miłe? Pewnie, że tak! On się najadł, a mnie nie ubyło specjalnie dużo, za to ile przybyło! Dla ułatwienia pomijam analizę jego uczuć, gdyż przecież nie wiem, co w nim siedzi. Może ma mi wręcza za złe, że nie dostał dwóch złotych, które mógłby skonsumować pod inną postacią? Zatem obiektywnie nie mogę orzec, które z nas ma większe profity. Ale... mogłam sobie kupić tego pączka i mieć korzyść alternatywną w postaci jego skonsumowania. To, o kogo "dbam bardziej" w tej konkretnej sytuacji, może więc zależeć również od tego, czy więcej korzyści mam z samozadowolenia, że jestem taka szlachetna, czy ze skonsumowania ciastka, czy ważniejszy jest dla mnie ubytek dobra materialnego, czy przybytek dobra moralnego?

Skąd mam wiedzieć, która intencja jest prawdziwa? Skąd mam wiedzieć, czy chcę być w związku, bo bardziej zależy mi na tym, by dawać, czy brać? Czy chcę dziecka, bo pragnę być dla niego, czy zaspokoić własne potrzeby (instynkt macierzyński, zniwelowanie lęku przed samotnością, profity finansowe)? Czy chcę kochać, bo to zrobi dobrze mi, czy komuś? Czy chcę pomagać, bo to dobro czynione komuś, czy samej sobie? Czy moje prowadzenie bloga służy bardziej mnie, czy innym? Czy udzielam się charytatywnie, bo do daje satysfakcję mnie, czy dlatego, że to może poprawić jakość czyjegoś życia? 
 
Jeśli tylko wystarczająco poznam siebie i będę całkowicie wobec siebie uczciwa - nawet pomimo niezadowolenia z efektów - to będę umiała odkryć, czy bardziej dbam o moje dobro, czy kogoś innego. Czy dokładam wszelkich starań, by dla kogoś było przynajmniej 51%, czy może pod płaszczykiem bezinteresowności poprawiam głównie swój bilans emocjonalny? Jeśli szala jest przechylona na stronę drugiego człowieka, wówczas idę w dobrym kierunku, natomiast w sytuacji odwrotnej... hm... życie każdego z nas wypełnione jest serią wyborów i decyzji. Należy zadać sobie pytanie, czy chcę żyć tylko dla siebie, czy może również dla innych? Chcę służyć, czy by służono mnie? Chcę być pięknym motylem, czy do końca życia pozostać poczwarką, a może nawet gąsienicą?
 

czwartek, 24 grudnia 2015

Czas na ciszę...

Święta Bożego Narodzenia kojarzą mi się przede wszystkim z radosnym gwarem rodziny i bliskich, z krzątaniem się po kuchni do późnych godzin nocnych, z zapachem świerku roznoszącym się po pokoju, i odrobinę nerwową atmosferą przed rozpoczęciem wieczerzy (czy wszystko zdążę, czy będzie smakowało, czy o niczym nie zapomniałam?). Święta kojarzą mi się jeszcze z ciszą... a może nawet wyciszeniem? Ze stanem, kiedy ostatni goście już wyjdą, kiedy posprzątam już po biesiadowaniu, kiedy w przyjemnym półmroku i blasku lampek choinkowych mogę w końcu odetchnąć, odpocząć, zaznać spokoju i wewnętrznego wyciszenia, ale przede wszystkim spotkać siebie, a może nawet.. Boga?

W dzisiejszych czasach bardzo trudno jest doświadczyć ciszy. Cały ten zgiełk, hałas, ruch, pośpiech służą jednemu celowi - jej zagłuszeniu. A przecież tylko w ciszy można usłyszeć siebie. Tylko w ciszy można pobyć ze sobą sam na sam. Tylko w ciszy mogą dojść do głosu emocje i pragnienia, choć... prawda o sobie może być niemiła i niekomfortowa, a zmierzenie się z nią - trudne i bolesne. W hałaśliwym trybie życia można zagłuszyć gniew, poczucie winy, kompleksy, ambicje, lęki, urazy, strach, poczucie krzywdy, wstyd, żal, sumienie... Można uciec, zamrozić uczucia, zignorować je, by nie przeszkadzały. Człowiek, by zagłuszyć ciszę stającą się nie do wytrzymania, zaczyna się czymś zajmować - włącza telewizor, radio,  nerwowo szuka czegoś, czym mógłby zająć głowę i myśli. Jego nadmierna aktywność staje się formą ucieczki. Tylko... jak długo można tak uciekać?
 
Nie mając kontaktu ze sobą, trudno jest nawiązać satysfakcjonujące relację z innymi ludźmi. Ile razy zdarza się, że słuchasz, ale tak naprawdę nie słyszysz? Ile razy zdarza się, że patrzysz, ale nie widzisz?
Lubię ciszę. Lubię zanurzyć się w niej i trwać. Tylko w ciszy mam szansę spotkać... siebie. Tylko w ciszy mam szansę usłyszeć, co On ma mi do powiedzenia...
 

Zdrowych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia,

oraz wszelkiej pomyślności w Nowym Roku! :-)

 
 
 

czwartek, 17 grudnia 2015

Daj przykład, nie wykład!

Ostatnio, na tablicy pewnego portalu społecznościowego mojej znajomej przeczytałam, że kiedy była mała, rodzice dawali jej klapsy, gdy coś narozrabiała i dzięki temu cierpi teraz na rzadki syndrom zwany szacunkiem do innych. Kilka osób nawet to "polubiło"! Dziś usłyszałam od znajomego, że chcąc dać nauczkę swojemu rocznemu synkowi, wymierza mu razy po rączkach, gdy ten zrobi coś, czego nie może. Halo! Co to za bzdury?! Jak można wyrobić w dziecku szacunek do innych, skoro sami jego nie szanujemy? Można godzinami kłaść mu coś do głowy, można je na każdym kroku umoralniać i strofować, ale jeśli sama, własnym staraniem i zachowaniem, nie dam przykładu, jak należy, a jak pod żadnym pozorem nie należy postępować, to nawet lata prawionych kazań nie przyniosą oczekiwanych skutków. Daj przykład, a nie wykład! I nade wszystko... pamiętaj, żeby nie stosować przemocy wobec tych, których kochasz! Albo przynajmniej nie kłam, że darzysz ich takim właśnie uczuciem.
 
Dokładnie tak samo jest z systemem wartości, który chcielibyśmy dziecku wpoić. Jak młody człowiek ma wiedzieć, że kłamstwo jest niedopuszczalne, skoro nam samym zdarza się często, że jak ktoś telefonuje udajemy, że nie ma nas w domu? Jakim sposobem ma wiedzieć, że używanie słów powszechnie uznawanych za wulgarne jest niekulturalne, skoro największe autorytety w jego życiu (ojciec i matka) "rzucają mięsem" na prawo i lewo? Jak ma wiedzieć, że krzyki i kłótnie, zamiast rzeczowej i spokojnej wymiany argumentów, są naganne, skoro samym nam zdarzają się takie awantury dość często? Jak ma się nauczyć komunikowania z drugim człowiekiem, kiedy pierwsze co robimy wchodząc do domu, to włączenie telewizora? Jak często zdarza się, że dziecko wychowywane w "rodzinie alkoholowej", pomimo wielu deklaracji, że samo na pewno takie nie będzie, uzależnia się, albo współuzależnia? Zdecydowanie za często. 
 
Warto czasami zastanowić się nad własnym zachowaniem, bo dzieci chłoną, jak gąbeczki nasze nawyki, sposoby radzenia sobie z otaczającą nas rzeczywistością, postępowanie i zaniechania.

czwartek, 10 grudnia 2015

O miłości i przyjaźni

Miłość i przyjaźń rozumiane, jako moja postawa, wybory i decyzje, coś, czym mogę i chcę drugiego człowieka obdarować, są dla mnie najważniejszymi wartościami w życiu. Tuż za nimi jest jeszcze kilka bardzo ważnych, ale nie na nich teraz chciałabym się skupić.
 
Czas jakiś temu, na nowo musiałam wyrobić sobie opinię, zdefiniować na własny użytek, czym tak naprawdę jest miłość. To był czas, w którym w ręce moje trafiła "Droga rzadziej wędrowana" Morgana Scotta Pecka. Szczególnie ujęły mnie dwa z niej cytaty: "Miłość jest aktem woli, a dokładnie - zarówno zamiarem, jak i działaniem. Wola wiąże się z możliwością wyboru." oraz "Kolejnym powszechnym nieporozumieniem związanym z miłością jest mylenie jej z uzależnieniem. (...) Jeśli potrzebujesz innej osoby, by przeżyć, to znaczy, że na niej pasożytujesz. W waszych wzajemnych stosunkach nie ma miejsca na wybór, nie ma wolności. Są one kwestią konieczności, a nie miłości". Muszę przyznać, iż ta książka wywróciła do góry nogami moje postrzeganie miłości. Przez bardzo długi czas myliła mi się ona z poświęceniem i wyrzeczeniami oraz uzależnieniem od drugiego człowieka.

Czy miłość wymaga poświęcenia? Na tak zadane pytanie, należałoby wpierw doprecyzować, czym jest poświęcenie, czym się charakteryzuje? Bo jeśli uznać, że własną krzywdą, niezadowoleniem, sfrustrowaniem wynikającym z jakichś tam okoliczności, to odpowiedź jest jedna - zdecydowanie nie. Miłość nie wymaga poświęceń. Wymaga, co najwyżej, kompromisów, czyli porozumienia osiągniętego w wyniku wzajemnych ustępstw. Kompromisu, czyli wyznaczenia granicy, co mogę lub gotowa jestem coś zrobić, bądź czego zaniechać żeby nie spowodowało to we mnie poczucia straty. Jeśli miłość nie wiąże się z jednostronnym poświęceniem, to może już takie dwustronne załatwiłoby sprawę? Ano... zastanówmy się. Czy moja rezygnacja z doktoratu, przy jednoczesnej odmowie przyjęcia propozycji zagranicznego stypendium przez mojego partnera, mogłyby zostać utożsamione z miłością? Ależ skądże! Kochając, pragnę rozwoju drugiego człowieka, pragnę, by realizował swoje pasje i marzenia. Jeśli natomiast ktoś jest mi niezbędny do życia, to raczej... żeruję na nim, niż kocham. To ja czegoś od niego chcę, a tam, gdzie zaczynaja się moje chciejstwa, kończy się miłość.  Oczywiście, wzajemność w takich stosunkach jest zdecydowanie pożądana, ale czy konieczna? Miłość to dar i jak każdy prezent może zostać odrzucona, tylko... czy to umniejsza jej wartości? Czy to dyskwalifikuje moje z niej czerpanie? Zero oczekiwań rodzi zero rozczarowań.
 

"Przyjaciel o Tobie wszystko wie, on jest zawsze blisko Ciebie, kiedy czujesz się źle. Kiedy świat odwraca do nas się plecami, kiedy czujemy, że jesteśmy całkiem sami, on zawsze poda Ci dłoń, pomoże, kiedy kłopotów masz sto, da Ci swój uśmiech, kiedy minę masz złą, pomysłów dobrych ma zawsze sto..." - [StarGuardMuffin "Przyjaciel"] Z całą pewnością warto takiego mieć, ale czy to w ogóle jest możliwe? Słownik Języka Polskiego nie przez przypadek definiuje przyjaciela, jako osobę okazującą komuś lub czemuś swoją sympatię, sprzyjającą czemuś. Wskazuje bowiem kierunek tych stosunków. Ja komuś, bo w drugą stronę to już nie jest takie oczywiste. Dokładnie tak samo, jak w przypadku miłości. Za swoje uczucia, postawy i zachowania, drogą własnych decyzji i wyborów odpowiadam. Jeśli żyję w przeświadczeniu, iż od kogoś należy mi się bezwzględna życzliwość, bezgraniczne zaufanie i absolutna serdeczność - bo... przecież jest moim przyjacielem! - to może się to skończyć rozczarowaniem, bo nierealistyczne oczekiwania rodzą te właśnie, oraz zawody, urazy i żal. Przyjaźnić się, to wyrażać w słowach i czynach własne uczucia. A to oznacza, iż mogę sobie być czyjąś przyjaciółką, mogę wyrażać taką chęć i postawę, a ta osoba może mnie mieć permanentnie w poważaniu. Oczywiście, najprawdopodobniej nie wybiorę sobie za obiekt przyjaźni takiego właśnie człowieka, ale to nie zmienia postaci rzeczy.

W miłości nie ma miejsca na poświęcenie, a w przyjaźni? Wydaje mi się, że znowu nie. Jeśli bowiem osoba mi bliska jest chora, to wstanę nawet w środku nocy, by jej pomóc i to nie będzie poświęcenie. Pomimo tego, że zarwę noc, nie wyśpię się, będę zmęczona, nie poświęcam siebie, gdyż chcę to dla niej zrobić. Gotowa jestem nie spać, bo jest dla mnie ważna i ważniejsza niż sen. Oczywiście potrzeby mają swoją gradację. Sen, wypoczynek jest jedną z ważniejszych, więc podejrzewam, że trudno byłoby mi nie spać na przykład pięć nocy z rzędu, ale znowu... najprawdopodobniej nie będę chciała być przyjaciółką kogoś, kto mnie wykorzystuje, czy wręcz na mnie żeruje.

Kochać i być przyjaciółką - to moje zadanie. :-)

 

piątek, 4 grudnia 2015

Plastikowy worek...

Dwa razy w moim życiu dzierżyłam w dłoni plastikowy worek z ubraniami osoby bardzo mi bliskiej. Dwa razy było to zdarzenie koszmarnie bolesne.

Pierwszy raz miał miejsce, gdy wyrzucałam męża z domu. Było to w afekcie, a więc nawet mowy nie było o jakimś tam pakowaniu do walizek. Wściekła i rozżalona, z łzami cieknącymi ciurkiem po policzkach, zanosząc się od płaczu, po prostu wrzuciłam "dobytek" męża do worków na śmieci i zawiozłam pod dom teściów. Jednak jego szafek nie zapełniłam jeszcze przez blisko dwa lata... Półki czekały, aż mąż wróci. Przecież innego scenariusza nawet nie brałam pod uwagę. Jak układałam w nich swoje ubrania, znowu płakałam. Bo to było takie... ostateczne. Na męża nie było już miejsca. Ani w szafie. Ani w moim życiu. A przecież w sercu jeszcze był...

Drugi raz miał miejsce, gdy odbierałam rzeczy Dziadka ze szpitala. Cztery godziny po Jego śmierci. Było to przytłaczające o tyle, że po oczach wręcz biła kruchość życia ludzkiego. Jednego dnia jesteś, żyjesz, rozmawiasz, uśmiechasz się, boisz, cierpisz, jesz, pijesz, machasz na do widzenia, a drugiego... tylko zielony, okropny, zawiązany na supeł, stulitrowy worek opisany twoim nazwiskiem. Ciężki. Ale lepiej, że bolały mięśnie, niż... serce. Przecież podobno boleć może tylko jedna część ciała... Tyle tylko, że to nieprawda. Do tego momentu trzymałam się dzielnie. Po nim, nawet nie próbowałam przełykać własnych łez. I to pomimo wlepionego we mnie, pełnego współczucia, wzroku pielęgniarki w windzie. Tylko ona, zdaje się, dostrzegła ogrom tragedii, który wydarzył się właśnie w moim życiu...

Te dwa razy coś we mnie umarło. Uszło wraz z łzami. Nie chciałabym, by jeszcze kiedykolwiek przyszło mi dzierżyć w dłoni taki worek...

środa, 2 grudnia 2015

Dzielenie się sobą, czyli sposób na satysfakcjonujące życie

Każdy człowiek zaspokaja przede wszystkim swoje potrzeby. Potrzeby, czyli motor aktywności istot żywych. To właśnie ich realizacja niweluje frustracje i uzupełnia braki. Oczywiście mają one swoją gradację. W pierwszej kolejności realizowane są potrzeby związane z zachowaniem funkcji życiowych - fizjologiczne, następnie dopiero bezpieczeństwa, przynależności i miłości, szacunku i uznania, aż do potrzeby samorealizacji. Co nas - ludzi - odróżnia od zwierząt? Wartości. Wartości, które są istotne dla społeczeństwa ludzkiego, dla jego więzi, relacji i struktur. Wartości takie jak miłość, współczucie, bezinteresowność, przyjaźń, współpraca, odpowiedzialność, poczucie bezpieczeństwa itp. itd. Wartości, które dzieląc z innymi - mnożysz.
 
Brytyjski antropolog M.C. Turnbull w swojej książce "Ikowie. Ludzie gór"* wykazał, iż ukierunkowanie na indywidualizm jednostki może doprowadzić do zaniku wszelkich zasad moralnych. Jego badania zdemaskowały niewidoczne na pierwszy rzut oka prawdziwe intencje ludzi oraz to, iż etyka nie jest nam wrodzona, lecz tworzy się w społeczeństwie. Że człowiek rodząc się ma w sobie tylko instynkt samozachowawczy, a wystarczą tylko krańcowo trudne warunki, by powszechny wyzysk i wynaturzone zachowania stały się codziennością.
 
Jeśli każdy człowiek zaspokaja przede wszystkim swoje potrzeby, to co z bezinteresownością? Ano... bezinteresownie można zrobić coś najwyżej nieświadomie. Przecież nawet pomoc udzielona komuś w potrzebie powoduje, że sama ze sobą czuję się lepiej, więc jednak jakiś interes w tym mam. I dobrze! Dzisiejszy świat goni za samowystarczalnością, a przecież z dzielenia się i udzielania pomocy korzystają obie strony. Pierwsza czerpie satysfakcję z czynionego dobra, druga zaś, oprócz podanej ręki, otrzymuje powód do bycia wdzięcznym.
 
Natknęłam się niedawno na hasło: "Zabiegana, starasz się zadowolić wszystkich, zapominając o sobie? Sprawdź jak zdrowy egoizm może polepszyć Twoje samopoczucie!" Polepszyć?! Wydaje mi się, że jest wręcz odwrotnie! Egoizm, bez względu na to, jaki przymiotnik go określa, wiąże się z krzywdą drugiego człowieka. W jaki sposób taka postawa może cokolwiek polepszać? Jeśli nie jestem socjopatą powinnam starać się przystosować do życia wśród ludzi, bo „Wielcy ludzie przychodzą, by służyć, a nie oczekując, by służono im. (…) Dopóki - i jeśli - nie oddasz swojego życia innym, nie przeżyjesz go raczej na głębszym poziomie. „ [Richard Rohr – „Spadać w górę”]
Egoizm, egocentryzm, koncentracja na samej sobie może stać się źródłem moich problemów. Usłyszałam ostatnio hasło, które bardzo mi się spodobało. Zarówno na poziomie ideologicznym, jak i pragmatycznym - jeśli jest Ci źle we własnym życiu, to idź i komuś pomóż.
 
Czy możliwym jest, że życie zostało mi dane, bym je przeżyła tylko i wyłącznie dla siebie? Po co otrzymałam talenty, zdrowie, inteligencję, szanse, po co mi wiedza, doświadczenie, po co się uczyć, jeśli nie po to, by się tym podzielić z innymi, jeśli te wszystkie zasoby nie służyłyby drugiemu człowiekowi? Po co otrzymałeś to… Ty? 
 


---
* O książce "Ikowie. Ludzie gór" pisałam więcej w eseju:
 Egzamin z człowieczeństwa dla społeczeństwa

poniedziałek, 16 listopada 2015

Odpowiednia wymówka

"Większość ludzi twierdzi, iż pragnie jak najszybciej opuścić przedszkole. Ale nie wierz im. Nie mówią prawdy. Jedyne, czego naprawdę chcą, to by naprawić im popsute zabawki. „Oddaj mi moją żonę”. „Przyjmij mnie znowu do pracy”. „Oddaj mi moje pieniądze”. „Zwróć mi moją wcześniejszą reputację”. Tego właśnie naprawdę chcą. Pragną, aby zwrócić im dotychczasowe zabawki (życie). Tylko tego, niczego więcej. Psychologowie twierdzą, że ludzie chorzy w istocie rzeczy nie chcą naprawdę wyzdrowieć. W chorobie jest im dobrze. Oczekują ulgi, ale nie powrotu do zdrowia. Leczenie bowiem jest bolesne i wymaga pracy, wyrzeczeń." – pisze Anthony de Mello w „Przebudzeniu”... o mnie. Dziś to do mnie dotarło. Puzzle zaczęły do siebie w końcu pasować, rozsypana układanka przybrała właściwy kształt.

Chorując na depresję, najgorsze, co możesz dla siebie zrobić, to przestać walczyć i się poddać. Ja, nauczona w teorii i praktyce, wiem to doskonale, więc świadomie sobie na to nie pozwalam. Zauważyłam natomiast, że podświadomie kombinuję, by znaleźć sobie jakąś wymówkę do tego, bym mogła czuć się źle. Że gdybym była chora, przeziębiona, po nieprzespanej nocy, że gdyby wystąpiły jakieś realne, zewnętrzne i obiektywne okoliczności, czy też przyczyny mojego złego samopoczucia, pozwoliłabym sobie na położenie się do łóżka.  Zauważyłam, iż odrobinę rozczarowana jestem, gdy pogoda jest piękna i słoneczna, bo nawet na nią pozłorzeczyć nie można, bo nawet ona nie jest winna. Zauważyłam, iż czasem szukam usprawiedliwienia, jakiegoś argumentu, dzięki któremu mogłabym sobie pofolgować trochę i odpuścić.  Bo wówczas wiedziałabym, że ten stan minie, że nie jest wynikiem moich własnych poczynań i niedługo się skończy.

Niechętnie i na przekór sobie wybieram zdrowienie, choć... Bóg mi świadkiem, iż czasami taryfa ulgowa byłaby uzasadniona. I jeśli jest coś, z czego się cieszę, to to, że już potrafię być uczciwa wobec samej siebie i przyznać, że tak jest, bo wówczas to ja decyduję, to ja wybieram, co z tą wiedzą zrobię.

sobota, 14 listopada 2015

Ludzie ludziom zgotowali ten los...

Jest kilka wartości w życiu, które są dla mnie szczególnie ważne. Są to: prawdomówność, odpowiedzialność, równość, miłość, tolerancja, pokój i uczciwość. Ta ostatnia, szczególnie wobec samej siebie, czyli zdolność do odkrycia prawdziwych motywów, intencji własnych postaw i zachowań.

Ryszard Kapuściński w Imperium pisał, iż "Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy. Pierwsza – to plaga nacjonalizmu. Druga – to plaga rasizmu.  Trzecia – to plaga religijnego fundamentalizmu. (...) Umysł tknięty taką zarazą to umysł zamknięty, jednowymiarowy, monotematyczny, obracający się wyłącznie wokół jednego wątku – swojego wroga. Myśl o wrogu żywi nas, pozwala nam istnieć. Dlatego wróg jest zawsze obecny, jest zawsze z nami."
 
Szczególnie dziś wydaje się to bardzo prawdziwe. Przecież wszyscy ludzie są wobec siebie równi. Skąd w nas tyle żądzy, agresji i nienawiści? Dlaczego powstają ideologie, według których interes jakiegoś konkretnego narodu ma wartość wyższą od innego? Fanatyzm niszczy! Jak można żyć w przekonaniu, że człowiek odmienny ode mnie kulturowo, religijnie, biologicznie, czy intelektualnie jest gorszy? Wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi. Jak można z religii stworzyć narzędzie zbrodni? Przecież Bóg jest dobry, miłosierny i sprawiedliwy. Jest też - niestety - mocą własnego postanowienia... bezsilny wobec ludzkiej samowoli. Smuci mnie ostatnio wiele spraw, ale to... jakoś wyjątkowo bardzo...
 
 

piątek, 30 października 2015

Czy myślenie może wpływać na jakość życia?

Fakt, że myśli mają znaczący wpływ na nasze samopoczucie, jest dla większości ludzi mniej lub bardziej oczywisty. To one stanowią w dużej mierze o sukcesie lub porażce. Natomiast już nie każdy wie, że ma to swoje podłoże w sferze zarówno fizycznej, jak i… metafizycznej. 

Fizyczna dotyczy anatomii i sposobu działania mózgu. Ewolucja wykształciła w organizmie człowieka szereg mechanizmów ułatwiających mu funkcjonowanie. Między innymi automatyzm, czyli odruchy i czynności bez świadomego w nich udziału. Nasz mózg nieustannie szuka sposobów na ograniczanie wysiłku, próbuje więc przekształcać każdą rutynową czynność w nawyki, ponieważ to właśnie one pozwalają mu trochę odpocząć. Jeśli wielokrotnie coś powtarzasz (na poziomie myśli, działań, reakcji i innych), wykształcają się ścieżki neuronowe. Im częściej Twoje myśli biegną tymi samymi, utartymi szlakami, tym wyraźniejsze się stają. Jeśli zatem uświadomisz sobie, że nawyki kształtują Twoje życie w stopniu zdecydowanie większym, niż mogłoby się wydawać, to otrzymasz odpowiedź na pytanie, jak bardzo pozytywne myślenie może wpłynąć na jakość Twojego życia!

Metafizyczne podłoże walorów pozytywnego myślenia odzwierciedla się (moim skromnym zdaniem)w zdefiniowanej przez Carla Gustawa Junga zasadzie synchroniczności. Ta stanowi, że jeśli zaczniesz o czymś myśleć, zaczniesz poświęcać temu czas i energię, to szybko zorientujesz się, że układanka zaczyna przypominać całość, że Los (Bóg, Matka Natura...) zaczyna Ci sprzyjać. I choć pozytywne myślenie nie umniejsza samego problemu, to powoduje, że koncentrujesz się na znalezieniu rozwiązania, a nie na samym problemie. Czarnowidztwo, zamartwianie się, snucie czarnych scenariuszy, narzekanie, po pierwsze skutecznie deprecjonują jakość życia, a po drugie nie prowadzą do niczego dobrego!

Chciałabym/chciałbym... coś tam, to zupełnie co innego, niż chcę. Niektórzy ludzie myślą o pozytywnych zmianach, chcieliby je w życiu wprowadzić, jednak trzymają się utartej drogi, nie zmieniają nic, a tym samym pozostają w starym planie gry w „tak, ale…”. A rozwiązanie jest banalnie proste! Stań, zastanów się, rozejrzyj, odpowiedz sobie na pytania: czy coś mogę w tym kierunku zrobić, jakie środki przedsięwziąć, jakie mam możliwości, by ten cel osiągnąć, czy mam na to bezpośredni, pośredni, czy żaden wpływ? A jak już sobie odpowiesz, to działaj! Zmieniaj to, co możesz i nie zaprzątaj sobie głowy niemożliwym, ale pamiętaj, że samo myślenie to za mało.

To, co myślisz lub słyszysz o sobie (szczególnie w dzieciństwie) definiuje Twoją tożsamość. A ona przekłada się bezpośrednio na Twoje przekonania, zachowania, umiejętności, skłonności do ryzyka, środowisko, jakie wybierasz, wzorce, zasady postępowania, intuicyjne reakcje – słowem, jakość życia.

"Uważaj, co do siebie mówisz, bo może się okazać, że słuchasz".


Pamiętaj, to Ty wybierasz!
 

środa, 28 października 2015

Czyżby dojrzałość?

Przez ostatnie dwa lata dojrzałam bardziej, niż kiedykolwiek wydawało mi się, że można. Widzę, czuję, słyszę i dostrzegam więcej, wyraźniej, pełniej. Trudno to nawet opisać słowami...
 
Na nowo wyrobiłam sobie opinię, zdefiniowałam na własny użytek pojęcia takie, jak miłość, szacunek, akceptacja, Bóg, przyjaźń, odpowiedzialność, uczciwość, relacja, tolerancja... I nawet jeśli nie wszystko już ubrałam w słowa, nie wszystko spisałam, nie wszystko wiem, to pozwalam sobie na to, bo wiem, że rozwój jest przecież nieskończony, że co dzień mogę się nauczyć, dowiedzieć, zasmakować, poznać coś innego i nowego.
 
Z odrobiną rozbawienia obserwuję męsko-damskie gierki i zakrywki, w których kiedyś brałam udział ochoczo i radośnie. I od razu przypomina mi się jeden z moich ulubionych filmów. Generalnie nie lubię i nie oglądam komedii romantycznych, ale w "Czego pragną kobiety" po pierwsze gra Mel Gibson, a po drugie ścieżka dźwiękowa to kawałki Franka Sinatry, więc... od czasu do czasu do niego wracam. Za każdym razem, kiedy słyszę, czytam, albo rozmawiam z kimś o relacjach damsko-męskich, oczami wyobraźni widzę scenę, w której główni bohaterowie wymyślają hasło reklamowe dla marki Nike dla kobiet i wpadają na: "Nike - no games, just sport"*. Tak sobie myślę, że dobrze byłoby odpuścić te całe gierki, niedomówienia, testowanie i zakamuflowane intencje, bo... szkoda na to czasu. Postawą, fundamentem zdrowego związku jest szczerość i akceptacja drugiego człowieka. Jego wad i zalet, potrzeb, pragnień, zainteresowań, pasji i... fisiów (oczywiście przy założeniu, że powyższe nikogo nie krzywdzą). A związek to przecież tylko jeden z rodzajów relacji łączących ludzi, zaś powyższe można zastosować do wszystkich.
 
Od zawsze byłam dość pewna siebie. Choć... może lepszym określeniem byłoby zadufana w sobie, bo maskowanie swoich kompleksów (czasami wykreowanych przez perfekcjonizm) fanfaronadą, z wysokim poczuciem własnej wartości mało ma wspólnego. Oczywiście sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać, więc... się stawiałam. Kiedyś pewne sprawy powodowały, że się gniewałam, złościłam, obrażałam, ekscytowałam... na ludzi, albo na Boga. Teraz (pomijając - niestety - niektóre wyjątki), staram się raczej znaleźć to, co łączy, niż dzieli. Staram się nie udowadniać i nie przekonywać. Staram się zrozumieć i uszanować odmienność.
 
I z tego cieszę się najbardziej, bo pycha... chyba najbardziej oddala od tego, co Najważniejsze.
 
Wdzięczna jestem za ludzi, którzy każdego dnia stają na mojej drodze i mnie inspirują, bo to w dużej mierze ich zasługa. Od nich się uczyłam, do nich uczę się nadal. Jak widać, chyba wszystko w życiu ma swoje miejsce i czas, bo w przypadki już od jakiegoś czasu nie wierzę. Życie jest takie proste. Wystarczy tylko... zacząć żyć. Dziś. Bo wczoraj jest historią, jutro tajemnicą, a każdego dnia podejmuję decyzje, które mają moc sprawczą, by odmienić całe moje życie.




---
Nike - żadnych gierek , tylko sport.

wtorek, 27 października 2015

Rzeczywistość jaka jest każdy widzi

Parafrazując definicję konia* z pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej autorstwa Benedykta Chmielowskiego - rzeczywistość jaka jest każdy widzi. Czyżby?

Przykład pierwszy. Olga jest nauczycielką języka polskiego w szkole podstawowej. Swoją pracę lubi umiarkowanie. Na domiar złego czuje się niedoceniana, gdyż z ust dyrektora nigdy nie padły w stosunku do niej słowa uznania, ani raz nie uczestniczył też w lekcjach, które prowadziła. Ma w związku z tym fatalne samopoczucie. W końcu zbiera się na odwagę i idzie porozmawiać z przełożonym. Wyznaje mu swoje obawy, na co ten odpowiada, że nie chwali jej, ani nie przeprowadza wizytacji, bo jest zadowolony z wyników jej pracy, darzy ją zaufaniem, a brak komunikatów negatywnych jest informacją pozytywną. Po rozmowie Olga czuje się wspaniale, jest podniesiona na duchu i pewna siebie. Prawda natomiast jest taka, że dyrektor w ciągu roku - dwóch ma zamiar ją zwolnić, gdyż w jego opinii nie nadaje się na to stanowisko. Natomiast nie chce jej o tym mówić już dziś, ze względu na dobrze pojmowany interes uczniów, a także by pomóc jej przetrwać ten okres.

Jakie wnioski można wysnuć z tej historyjki? Biedna Olga! Sądzi, że dostała wsparcie, a tak naprawdę jest całkiem inaczej. Tyle tylko, czy rzeczywistość uległa zmianie na skutek informacji, które powzięła bohaterka? Ależ skądże! To Olga postrzega ją inaczej. Uczucia i myśli bohaterki są bowiem zdeterminowane przez jej umysł. To one nadają jej życiu barw.

Przykład drugi. Karolina jest współuzależnioną żoną alkoholika. Jest również - jak twierdzi - ofiarą mobbingu w pracy. Choruje na depresję i w związku z tym trafia na psychoterapię współuzależnienia. Po dwóch latach leczenia i ciężkiej pracy nad własnym rozwojem staje się innym człowiekiem. Potrafi być asertywna w pracy, a jej życie osobiste nie jest już serią porażek. Nie zajmuje się uzależnieniem męża, tylko cieszy z okresów, kiedy jest dobrze. Rozwija swoje pasje i realizuje się w spełnianiu własnych marzeń. 

Czy warunki, w jakich żyje Karolina uległy zmianie? Nie! Zmiany zaszły w niej samej. Realia jej życia były i są jedne - Karolina ma męża alkoholika. Różnica polega na tym, iż wcześniej interpretowała fakty według własnych schematów myślowych i poglądów, a później nauczyła się dostrzegać prawdę, uchwyciła kontakt z rzeczywistością i wzięła odpowiedzialność za swoje życie.

Oczywiście nie chodzi mi o to, by się okłamywać, że jest cudownie, jeśli wcale nie jest, ale o fakt, że bez względu na okoliczności, sytuacje, czy warunki, w których ktoś żyje, to on sam w dużej mierze decyduje, jak się będzie czuł.

Przecież żaden człowiek nie posiada absolutnej wiedzy na temat całego spektrum czasu, nie zna rzeczywistości. Nie wie z całą pewnością, czy zdarzenia rozpatrywane dzisiaj w charakterze porażki, nie zostaną przekute na sukces w przyszłości. To, że interpretuję rzeczywistość w jakiś sposób, nie jest równoznaczne z tym, że ona taka właśnie jest. Od dawna wiadomo, że inna jest prawda ofiary wypadku, inna sprawcy, a jeszcze inna świadka tego samego zdarzenia. A niektóre wydarzenia z perspektywy czasu pojmujemy i postrzegamy inaczej. Trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, że jedyne co wiem, to to, że nic nie wiem, bo zbyt często mylimy prawdę (rzeczywistość) z racją.

Z niektórymi moimi "prawdami", przekonaniami i poglądami wygłaszanymi kiedyś bardzo autorytatywnie, czas nie obszedł się zbyt łaskawie. I dobrze! Cieszę się, że w końcu zdołałam to dostrzec. Rzeczywistość zna tylko... Bóg. W końcu to On jest Reżyserem tego zamieszania. A ja? Ja muszę tylko przestać walczyć, domagać się, grać przeciw innym ludziom, światu, ale przede wszystkim przeciwko sobie. I mam prawo zmienić poglądy, bo podobno tylko krowa tego nie robi.



---

* Ciekawostka. Uważa się, że Benedykt Chmielowski - autor pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej - uznał konia za zbyt oczywiste zwierzę, aby je definiować, czy opisywać bardziej, niż słowami: koń jaki jest każdy widzi.

piątek, 16 października 2015

Uciekaj albo walcz!


Mam świadomość, iż ostatnimi czasy moje blogowe wpisy mniej dotyczą rozwoju osobistego, a bardziej kwestii nerwicowo - depresyjnych i z góry przepraszam Czytelników znudzonych, ale... już tak mam, że myśli moje zaprząta to, co się dookoła mnie dzieje. Zatem skoro raz jeszcze zostało mi dane - ku pamięci! - doświadczyć tych wszystkich dolegliwości (wszystko w życiu ma cel...), łącznie z napadami paniki i całym arsenałem doznań psychosomatycznych w trakcie, postanowiłam zająć się i tym tematem. 

Ewolucja wykształciła w organizmie człowieka szereg automatycznych reakcji. Na przykład, gdy nasz mózg zidentyfikuje jakieś niepokojące informacje płynące ze środowiska, w ułamku sekundy je analizuje. Jeśli wyniki wskazują, że sytuacja jest niegroźna, pobudzenie organizmu nie zwiększa się i stopniowo wycisza, natomiast jeśli ciało migdałowate "wykryje" zagrożenie życia, wówczas uruchamia mechanizmy przygotowujące do wzmożonego wysiłku - uciekaj, albo walcz. Do krwiobiegu "wstrzyknięte" zostają hormony stresu – kortyzol, adrenalina i noradrenalina - a te z kolei powodują szereg w sumie bardzo nieprzyjemnych doznań fizycznych i uczuć. Co konkretnie się dzieje? Ano... pojawia się szybszy oddech celem lepszego dotlenienia mięśni, co można interpretować, jako duszności, jak gdyby brakowało powietrza, a to tylko przyspiesza oddychanie. Zwiększa się ilość uderzeń serca, by krew szybciej dostarczała organizmowi niezbędnych substancji. Mięśnie napinają się i drżą, są gotowe do sprintu. Następuje odpływ krwi z kończyn i skóry do organów zabezpieczających funkcje życiowe, stąd poczucie zimnych stóp i dłoni oraz blada skóra. Występuje pocenie się i uderzenia gorąca - w ten sposób organizm chłodzi się przygotowując do wzmożonego wysiłku. Źrenice rozszerzają się, by szybciej rozpoznać zagrożenie. Organizm próbuje pozbyć się zbędnego balastu w postaci wcześniej przyjętych pokarmów i napojów. Żołądek zaciska się, a metabolizm przyspiesza, by wyposażyć nas w dodatkową energię. Zmysły uwrażliwiają się, a umysł jest silnie skoncentrowany wokół zagrożenia.

Ogólnie rzecz ujmując reakcja stresowa sprawia, że nie jesteśmy w stanie spać, trawić, jeść, że o prokreacji nie wspomnę.  Co ważne - jest ona zupełnie naturalna i niegroźna. Do momentu, kiedy nie wpadniemy w pętlę strachu, czyli lek przed napadami lęku, bowiem ów mechanizm zakorzeniony jest w nas bardzo głęboko i funkcjonuje poza nasza kontrolą. Jeżeli sytuacja zagrożenia jest realna, jeżeli rzeczywiście naszemu życiu zagraża niebezpieczeństwo, wybieramy jedną z opcji - uciekaj, albo walcz. Wówczas następuje wysiłek, który rozładowuje zgromadzone napięcie, a organizm wraca do równowagi. Co się natomiast dzieje, kiedy przeciwnika brakuje? Kiedy żadne żądne krwi zwierzę nie rzuca się nam do gardła (no... chyba, że własnego szefa można za takie stworzenie uznać...)? Co się dzieje, kiedy zagrożenie istnieje tylko i wyłącznie w naszej głowie? Ano... rozluźnienie nie następuje. A przynajmniej nie do momentu, w którym organizm posiada zasoby "paliwa". Te na szczęście się jednak kiedyś kończą, więc człowiek pada z wycieńczenia. I tak... do następnego razu... W ten sposób powstaje nerwica. Strach przed kolejnym atakiem paniki powala, przytłacza i paraliżuje. A to tylko napędza rozwój choroby.

Co wówczas robi chory? Klasyfikuje ten stan, jako nieuchronnie zbliżający się zawał serca i zgon, raka mózgu, chorobę wściekłych krów lub inne (dowolne!) schorzenie. Rozpoznaje we własnym ciele wszelkie istniejące na świecie objawy. A jeśli dodatkowo jest na tyle nieroztropny, by swoje dolegliwości wpisać w wyszukiwarkę internetową, to... jest bardzo źle. Taki człowiek robi wszelkie badania, na które dostanie skierowanie. Udaje się do specjalistów takich, jak neurolog, kardiolog, endokrynolog, ginekolog, onkolog i wszystkich innych, do których się dostanie. Coś mu przecież jest! Musi być! Nie wymyślił sobie tego! Aż w końcu przychodzi taki moment, w którym zostaje już tylko... psycholog i psychiatra. To jest jego szansa.

Zainteresowanych tym tematem odsyłam do książki "Pokonałem nerwicę. Historia mojego zmagania" Grzegorza Szaffera. Autor w przystępny sposób opisuje wyżej wymienione zjawiska, jak również, a może przede wszystkim, sposoby sobie z nimi radzenia.