sobota, 18 kwietnia 2020

Nowy Świat

"Jesteśmy dziećmi epoki Oświecenia i jej wartości. To nie natura, lecz człowiek miał rządzić światem: niezależny, racjonalny, krytyczny, nierzadko wręcz erudyta. To nie prawa natury, lecz prawa człowieka miały decydować o naszej przyszłości. To wtedy uwierzyliśmy, że wszystko uda się objąć rozumem, że będziemy panować nad światem i jego prawami" - pisze prof. Bogdan Góralczyk w 14. numerze Plus Minus b.r.


Pysznie przeświadczeni, że lata zarazy na skalę światową mamy dawno za sobą, że kontrolujemy sytuację i jedynie wojna, bądź załamanie na rynkach finansowych podobne temu z 2008 r., może zatrząsnąć naszym światem, "uczyniliśmy Ziemię sobie poddaną", i korzystaliśmy, a w zasadzie nadużywaliśmy wszelkich dobrodziejstw współczesnego świata. Bez umiaru. Nie przeszkadzał nam nadwyrężony klimat. Produkowaliśmy ponad miarę, konsumowaliśmy przesadnie i zarabialiśmy pieniądze. Coraz więcej i coraz szybciej. Odwieczny przejaw walki człowieka z naturą.


REUTERS: Zanieczyszczenie powietrza, Chiny 01-03/2020
Czy SARS-CoV-2 zwiastuje nowe porządki na świecie? Nosi znamiona wielkiej zmiany? Nie przemawia do mnie spiskowa teoria dziejów jakoby wirus miał być bronią biologiczną. Zdecydowanie bliżej jest mi do postawienia tezy, że Pan Bóg (jakkolwiek Go pojmuję, Matka Natura, Siła Wyższa, Ład Kosmiczny - nazewnictwo jest dowolne) powiedział w końcu "sprawdzam". I w tym rozdaniu przegraliśmy. Nasza hucpa nie popłaciła. Przyporządkowaliśmy sobie Ziemię do własnego użytku, a ona pokazała, że niekoniecznie człowiek jest panem wszystkiego.



Animacja lotów: 31.03.19 vs. 29.03.20
Pandemia sparaliżowała świat. Setki tysięcy ludzi straciło życie, jeszcze więcej swoich bliskich. Wielu nie ma możliwości pracy, tym samym sposobu zdobycia środków do życia. Gospodarkę światową czeka kryzys. Została nam odebrana duża część swobód obywatelskich, i akurat z tym mam duży problem, gdyż od razu przychodzi mi na myśl wiersz "Niewola" Kornela Filipowicza, o którym ciut więcej pisałam tu: (Nie)wola, jak również Teoria manipulacji Noama Chomsky'ego, zakładająca rozpraszanie uwagi społecznej od niezwykle istotnych decyzji zapadających na wysokim szczeblu władzy, a dotyczących nas wszystkich.

REUTERS: Piazza del Campo, Siena


Znamienne jest to, że w czasie, gdy tysiące ludzi chorując na COVID-19 traci oddech i walczy o najmniejszy haust powietrza, płuca świata zaczynają się nim wypełniać. Niebo zazwyczaj pocięte szeregiem smug kondensacyjnych jest czyste, drogi i ulice są puste, spomiędzy kostek brukowych w centrach miast zaczyna wyrastać trawa, zwierzęta coraz odważniej podchodzą do osad ludzkich, zanieczyszczenie powietrza mocno spadło. Role się odwróciły. W pewnym sensie to Natura jest wolna, a ludzie zniewoleni lub bardzo ograniczeni.



Jeśli o mnie chodzi... mój świat w pozazawodowej sferze życia zdecydowanie zwolnił. I muszę przyznać, że dobrze mi z tym. Lubię mieć przestrzeń na myślenie, na nicnierobienie. Przynajmniej ostatnio, bo doskonale pamiętam czasy, gdy potrzebowałam być w ciągłym ruchu celem zneutralizowania kłębiących się w głowie myśli. Dziś mam się dobrze, w swojej oazie spokoju, we własnym towarzystwie. Oddycham, jak nie otacza mnie tłum ludzi, jak samochody nie pędzą po ulicy, jak wychodzę na balkon i słyszę piękny śpiew ptaków. Jestem w o tyle dobrej sytuacji, iż nie martwię się o pracę, o środki na życie, o to, czy będzie mnie stać na spłatę kredytu. Wyraźniej dostrzegam ogrom dobrych rzeczy, które mają miejsce w moim życiu. I czuję się wdzięczna. A z drugiej strony, brakuje mi spotkań z bliskimi, doświadczania i obserwacji kolejnych tygodni życia najmłodszego siostrzeńca, wyjść do restauracji, teatru, kina, swobodnych wiosennych spacerów i przejażdżek rowerowych. Jeszcze nie dociera do mnie, że świat jaki znam przestał istnieć. Że idzie nowe. Inne. Że nie wystarczy tylko przeczekać aż wszystko minie.  
W moim gabinecie wisi tabliczka z napisem: Life isn't about waiting for the storm to pass. It's about learning how to dance in the rain. Czas nauczyć się tańczyć w nowej rzeczywistości.


sobota, 21 marca 2020

Varia: więcej szczęścia niż rozumu

Przeżyłam dziś mały zawał serca, co w obecnej, kryzysowej sytuacji służby zdrowia wydaje się bardzo niepożądane. A było to tak. Idę sobie z psiakiem na spacer. Co ważne, przed poranną kawą, więc i niespecjalnie żwawo i szybko. Jest zimna wiosenna sobota, godzina 08:06. Płatki śniegu tańczą na wietrze. Mam na głowie czapkę, kaptur od bluzy i od kurtki, by ustrzec się przed jakimkolwiek przeziębieniem, więc i widoczność ograniczoną. Na ulicach prawie żadnego ruchu i zero ludzi. Myślę więc sobie - puszczę go ze smyczy, niech pobiega. Nieopodal mojego osiedla jest ruchliwa zazwyczaj ulica, dwujezdniowa z torami tramwajowymi pomiędzy pasami, ale od czasu pandemii, prawie wolna od ruchu. Szczególnie o tej porze w weekend. Wzdłuż, biegnie ładna ścieżka rowerowa, chodnik i lasek prowadzący do ogrodów działkowych. (Jeszcze są, ale na pewno w następnym planie zagospodarowania przestrzennego znikną zamieniając się w kolejne osiedle). Idziemy, idziemy, cały czas mam go na oku. Przedziera się radośnie między krzakami i nie odpuszcza żadnemu drzewku obsikania. Dochodzimy do końca chodnika i powrót. Idę i myślę, że ten koronawirus to może ma nam, społeczeństwu dać do myślenia, może Matka Natura 'wkurzona' na wszechobecny konsumpcjonizm i niszczenie środowiska 'wymyśliła' sposób na zmniejszenie populacji? A później, niezauważalnie zmieniam tor myślenia na to, że mam sporo czasu w ten weekend, może pójdę zrobić te sprawozdania GUS-owskie, których nienawidzę, a są po terminie, albo napiszę post na bloga (artykuł na stronę firmową pisałam wczoraj, więc dam czytelnikom dzień spokoju), aż nagle kątem oka dostrzegam, że na prawym pasie coraz bardziej zwalnia auto, podczas, gdy lewy pędzi. Rozglądam się, by dostrzec źródło tego zachowania i widzę, że przed nim jedzie stary czerwony grat z bijącym kołpakiem; pewnie kierowca obawia się, że felga w końcu odpadnie i uszkodzi mu karoserię. Na ułamek sekundy wracam do planowania, aż samochód całkowicie zatrzymuje się na mojej wysokości i znów przykuwa moją uwagę. Odwracam się w jego stronę i w tle dostrzegam, że mój pies biegnie po torach tramwajowych! Zamyślona nie zauważyłam, że zniknął z mojego pola widzenia. Patrzę, a lewym pasem z dużą prędkością wyprzedza inne auto! Spanikowana - wołać, czy nie, bo a nóż tym razem jego labradorowa koncentracja zadziała błyskawicznie, posłucha i przybiegnie od razu - wrzeszczę 'stój!'. Pies dostrzega w końcu moje dziwne zachowanie. W tym czasie bujam się nerwowo to w przód to w tył - biec po niego, czy nie - przecież pierd... mnie auto, jak nic. Na szczęście psiak słucha i staje jak wryty. Następne auto na lewym pasie zwalnia i udaje mi się przywołać pupila do siebie. Przybiega jakby nigdy nic. Szczęśliwy i opluty. W tych dwóch - trzech sekundach spociłam się tak, że koszulka przykleiła mi się do pleców. Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Przy czym ja chyba mniej (rozumu) niż on. Może więc na tej fali szczęścia i koronawirus mnie ominie?

niedziela, 15 marca 2020

Nic nie jest nam dane na zawsze

Niesamowite, jak życie może się zmienić z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok. Dziś, pogrążonym w rutynie dnia codziennego, nawet przez myśl nam nie przejdzie, jak nasza rzeczywistość może odbiegać od planów i oczekiwań, co nam może zostać dane lub odebrane. Zazwyczaj rewolucje dokonują się bezszelestnie, niezauważalnie i dopiero oglądając je z perspektywy, można stwierdzić, kiedy dokonała się zmiana. Ale czasami zdarza się, że jedno, z pozoru nieistotne zdarzenie, przypadek, może zmienić cały nasz świat.

Patrzę wstecz. 

Czwartek, 14 marca 2019 r. 
Robię zakupy na pierwszy w życiu proszony obiad dla moich rodziców, siostry ze szwagrem i dwóch siostrzeńców. W planie mamy wspólne wakacje we Włoszech i milion innych, codziennych spraw. Pomijając fakt, że mój ojciec jest czynnym alkoholikiem, mamy ułożone życia. Rodzice mieszkają w naszym rodzinnym domu. Siostra z mężem i dziećmi w swoim. Ja, od miesiąca, w moim pięknym M3. Pomijając tatę, wszyscy mamy pracę i cieszymy się dobrym zdrowiem. Dwa miesiące później okazuje się, że moja 41-letnia siostra zachodzi w nieplanowaną ciążę. Po kolejnych dwóch (miesiącach), ojciec w stanie krytycznym łapie się ostatniej deski ratunku i zgłasza do psychologa oraz na wszycie disulfiramu. Życie płynie.

Piątek, 14 lutego 2020 r. 
Po cudownej, walentynkowej randce lecę do Wiednia na przygotowawcze Środkowoeuropejskie Zgromadzenie Kwakrów, podczas gdy w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku rodzi się mój trzeci siostrzeniec - Krzyś. Dzień wcześniej zawożę psa pod opiekę rodziców, którzy od czasu gdy tata przestał pić, mają się coraz lepiej. Fizycznie, psychicznie i finansowo. Planując następne wyjazdy, na 30 kwietnia kupuję bilety lotnicze do Paryża, a na 4 maja do Pragi. Później Litomyśl, SPA z przyjaciółką i znowu Sahara. Krzyś rośnie zdrowo. Życie płynie. Tylko gdzieś tam, na końcu świata, jakiś wirus pustoszy Wuhan.

Sobota 14 marca 2020 r.
Minął dokładnie rok od zakupów na proszony obiad. Jestem w domu i czytam esemesa od mamy sprzed trzech dni: Ty przypadkiem nigdzie nie wyjeżdżaj! Z dnia na dzień obudziłam się w innej rzeczywistości, choć świat się nie zmienił. Mój pies tak samo radośnie biegnie na spacer i bawi się na wybiegu. Wszystko wygląda tak samo, a jednak jest zupełnie inaczej. Mniejszy ruch na ulicy, mniej ludzi, ogólny niepokój zawieszony w powietrzu. W poniedziałek byłam na spinningu i doradzałam przyjaciółce, by nie odwoływała kwietniowych wakacji w Dubaju, dziś czytam, widzę i obserwuję informacje o zamkniętych granicach, sklepach, restauracjach i innych publicznych miejscach. I temu wtóruję z całych sił. Od tygodnia nie widziałam rodziców, siostry, szwagra i siostrzeńców. I nie zapowiada się, bym mogła ich zobaczyć w najbliższym czasie. Czuję się zdrowa, nie mam żadnych objawów, ale przecież z końcem lutego byłam na koncercie Garou, a tydzień później na Queen Machine. Chodziłam na siłownię, do sklepów, pracy, restauracji. Nie mam pewności, czy nie jestem nosicielem. A ryzykować zarażeniem rodziców, osłabionej po cesarskim cięciu siostry, czy moich trzech kochanych siostrzeńców, nie zamierzam.


Gdyby rok temu, ktoś mi powiedział, że kraj będzie w stanie zagrożenia epidemicznego, mój ojciec nie będzie pił, a wśród moich kochanych siostrzeńców pojawi się nowy Bąbelek, popukałabym się ostro w głowę i założyła o wielkie pieniądze, że to bzdura wierutna. Jaki z tego wniosek? Nie zakładać się! Ale również, a może przede wszystkim, pamiętać, że nic nie jest nam dane na zawsze. 

środa, 1 stycznia 2020

Szczęśliwego nowego roku!



Huk fajerwerków powolutku dobiega końca, a ja siedzę w mojej ostoi spokoju i myślę, jak wiele dobrego spotkało mnie w 2019 roku, i jak wiele przez ostatnie kilka lat. Od momentu założenia bloga minęło 5 lat. Szmat czasu, a wydaje się jak wczoraj. Tylko ja jakaś inna. Szczęśliwsza, spokojniejsza, pewniejsza siebie. Może to wszystko przyszło wraz z kolejnymi siwymi włosami? A może z każdą podróżą? Z każdą przeczytaną książką? Z doświadczaniem starych i nowych przyjaźni? Z każdą wypłakaną łzą? Z każdym kolejnym uśmiechem? Z każdym dodatkowym kilogramem? A może tym wszystkim razem wziętym? 

Pamiętam zeszłoroczny post noworoczny. Pisałam w nim o przyszłości malowanej w kolorowych barwach. I wymalowała się tak, że rok 2019 był najlepszym jak dotąd w moim życiu. Styczeń upłynął na remoncie mojego wymarzonego M3. No dobra, nie tak do końca mojego, bo kupionego na spółę z bankiem, ale ten nie rozpycha się na salonowej sofie, więc niech już będzie ze mną przez kolejne 30 lat. Przynajmniej będziemy razem. W lutym się wprowadziłam. W marcu byłam na warsztatach duchowości w Opolu. W kwietniu, po zamontowaniu blatów kuchennych, mogłam wyprawić parapetówę. W maju odwiedziłam przyjaciół w Warszawie. W czerwcu spędziłam gorący weekend w Łebie. Na przełomie lipca i sierpnia zwiedzałam Włochy. We wrześniu uczestniczyłam w spotkaniu kwakrów w czeskim Brnie. W październiku spędziłam przemiły weekend w Jastrzębiej Górze. W listopadzie spotkałam się z przyjaciółmi w Opolu, zaś w grudniu czekała mnie przygoda życia na Saharze. W tak zwanym międzyczasie zrobiłam setki (jeśli nie tysiące) kilometrów na rowerze, chodziłam na koncerty, do teatru, kina, restauracji i dyskoteki, spotykałam się z przyjaciółmi, rodziną i znajomymi, spacerowałam z psiakiem, trochę gotowałam, sporo pracowałam, jeździłam na łyżwach, jadłam ulubione sushi, czytałam, pisałam, odpoczywałam... Żyłam. Pełnią życia. Nie wszystko mi się udało, nie wszystko zakończyłam sukcesem. Ale może tak właśnie trzeba było? Zostawić coś na kolejny rok, a nawet kilka?

"Umieć żyć to naj­rzadziej spo­tyka­na rzecz na świecie. Większość ludzi tyl­ko egzys­tu­je."
- Oscar Wilde


niedziela, 29 grudnia 2019

Nowonarodzona

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Dwa tygodnie temu wróciłam z zimowych wakacji, i po raz pierwszy w moim życiu nastąpiło zderzenie z rzeczywistością pourlopową. Z przedświątecznym zgiełkiem, reklamami pięknych par z telefonami w ręku, olśniewających modelek z perfumami największych domów mody, i wyścigiem Kowalskich i Nowaków - po nowy telewizor, pralkę, suszarkę i inne koniecznie nowe sprzęty domowe. Podczas międzylądowania w Londynie, na widok ubranego drzewka choinkowego aż mnie wzdrygnęło. A zaznaczam, iż uwielbiam Święta Bożego Narodzenia. Pewnym novum było dla mnie, że nie marzyłam o nocy we własnym łóżku, powrotem do pracy, a nawet przytulasami z moim domowym pupilem. Zwyczajnie czułam niedosyt i wielką niechęć przed skokiem w przedświąteczny zgiełk zakupów (prezenty nabyłam na szczęście przed urlopem), sprzątania, gotowania i urabiania się po pachy. Musiałam cały dzień słuchać świątecznych przebojów, by wprowadzić się w odpowiedni klimat i zacząć powolutku odczuwać magię świąt. Co sprawiło, że zaszły we mnie tak ogromne zmiany? Jak zwykle to bywa - splot okoliczności, osób, miejsc i (raczej) niepowtarzalnego klimatu. Ale od początku...

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Lubię towarzystwo mężczyzn, mamy zazwyczaj dobre relacje. Lubię z nimi przebywać i pracować. Z różnych względów, ale też dlatego, że jako atrakcyjna kobieta potrafię ich ociupinkę owinąć wokół palca, a tym samym zmotywować do zrobienia tego, czego potrzebuję. Oczywiście nie chodzi o jakieś wielkie rzeczy, czy dopuszczanie się jakichś świństw. Chodzi o drobnostki, które umilają i ułatwiają życie. Kolega w biurze chętniej i szybciej rozwiąże jakiś problem, ktoś tam zaparzy kawę, jeszcze inny przeniesie ciężki karton, a kolejny pomoże w sytuacji kryzysowej z łańcuchem od roweru lub pękniętą dętką. Po prostu potrafię być czarująca i to wykorzystać. To jednak ma drugą stronę medalu - z kobietami nie idzie mi już tak łatwo. One zwyczajnie nie ulegają moim wdziękom i gorzej znoszą kokieterię, a czasami są po prostu zazdrosne. Pewnym wyzwaniem były więc zimowe marokańskie wakacje w towarzystwie dziewięciu kobiet, z których dobrze znałam jedną, drugą tylko z widzenia, a pozostałej siódemki wcale. Choć obaw było wiele, zdecydowałam się na tę wycieczkę i to z kilku powodów. Po pierwsze - Afryka jest dla mnie na tyle egzotyczna, że nie wybrałabym się tam sama, a w planie był nocleg pod gołym niebem na piaskach Sahary. Po drugie - uwielbiam poznawać i obserwować nowych ludzi i kultury. Po trzecie - nic nie ładuje akumulatorów tak dobrze, jak słońce i ciepło w listopadzie lub grudniu. Po czwarte - pociągała mnie różnorodność uczestniczek (dwie babeczki z Norwegii, jedna spod Paryża, pięć z Trójmiasta i jedna z Torunia oraz Warszawy). Po piąte - bo mogłam. Poza tym ostatnio zainteresowałam się kobietami, ich rolami w społeczeństwie, historii, relacjami damsko - damskimi. Temat ten przewijał się co jakiś czas - to u przyjaciół w AA, a to na kwakierskich spotkaniach. Niektóre koleżanki zachwalały udział w kobiecych kręgach wsparcia i innych przedsięwzięciach przedstawicielek Wenus na tym najpiękniejszym ze światów. Wpadłam też ostatnio na książki traktujące o kobietach ("A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi", "Z nienawiści do kobiet" i "Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz") i temat mnie zaciekawił. A że wierzę, że nic nie dzieje się z przypadku, więc łapię każdą okazję, by się czegoś dowiedzieć, nauczyć, doświadczyć. Również o sobie.

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Było rewelacyjnie! Nie mogę napisać, że wszystkie dziewczyny pokochałam, a nasze przyjaźnie będą trwać latami, bo byłoby to nieszczere, ale uczciwie muszę przyznać, że uczestniczkami wycieczki były kobiety szczególne i nieprzeciętne. Kto na dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia wybiera się w babską podróż po całym Maroku? Przecież nie Matka Polka, kura domowa, czy kobieta, której życie opiera się na dzieciach i mężu oraz kłopotach szkolnych. Nie chciałabym nikogo obrazić, czy umniejszyć powyższymi słowami - każdy żyje, jak chce - ja zwyczajnie stwierdzam fakt. Moje refleksje dotyczą więc bardzo szczególnej próby kobiet: wyzwolonych, nowoczesnych, świadomych i inteligentnych, w większości spełnionych zawodowo, również w macierzyństwie i związku, ale nie tym zniewolonych. W każdym razie - tak rozemocjonowana nie byłam dawno. Rozmowy do późnych godzin nocnych, śmiech, trochę łez, kontakt z naturą, zatykające dech w piersi widoki. 

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Maroko jest cudowne! To był najlepszy urlop w moim życiu. Ba! Najlepsze dni życia w ogóle! Nie wiedziałam, że można aż tak odpocząć. Czuję wielki niedosyt i na pewno tam wrócę. Na bezkresną Saharę z pyszną herbatą, harirą i taiżinem serwowanymi przez Nomadów przy blasku księżyca w akompaniamencie przepięknych dźwięków gitary Ibrahima (zaznaczam, iż jestem z tych niecierpiących szant i muzyki biesiadnej). Na cudowny zachód słońca z wierzchołka Erg Chigagi. Do gwarnego Marrakeszu i średniowiecznego Fez, które udało się tylko liznąć. Do relaksującego hammamu i masażu złotem Maroka. Do niebotycznie słodkiej herbaty, restauracji, w których można zjeść za grosze, a nawet do bułki z mięsem z ulicznego wózka, gdzie nikt nie słyszał o wkładaniu rękawiczek i myciu rąk. Podarować mogę jedynie Chefchaouen, które piękne, bo całe w błękicie i bardzo polecam, ale wystarczy zobaczyć jeden raz. Poza tym zostało jeszcze tyle nieodkrytego! Choćby ocean, Palmerie i... ja. Są miejsca, gdzie żyje się inaczej. Wolniej. I nie chodzi mi tylko o czas, również o wolność. Takie jest Maroko. Inshallah jeszcze je zobaczę. 

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
A jeśli chodzi o tematykę bloga, udało mi się zaobserwować, że demonstrowanie pewności siebie może być pokłosiem wielkich kompleksów, że blizny nabyte w dzieciństwie mają bezpośrednie przełożenie na dorosłe życie, że wbrew ogólnemu przekonaniu nie każdy powinien być rodzicem, że bywa, iż kobiety poświęcają się rodzinie później oczekując poklasku lub przynajmniej wdzięczności i rewanżu, że każdy człowiek ma jakąś ciemniejszą stronę i tajemnicę (czasami Poliszynela), jakieś swoje demony i lęki, nawet jeśli obrazek prezentowany na zewnątrz wygląda wzorowo, że posługiwanie się odmiennym językiem może alienować, a wręcz umniejszać inteligencji, że krytyka nie zawsze ma formę komunikatu 'ty', że niektórzy potrzebują permanentnych zagłuszaczy rzeczywistości (telefonu, telewizora), że kobiety nawet na pustyni potrzebują wyglądać pięknie, że życie to transakcja wymienna nawet jeśli chcielibyśmy udawać, że jest inaczej. Ale przede wszystkim, że grupa kobiet może stanowić wspaniałe lustro, w którego odbiciu zobaczę siebie. Niekoniecznie tak piękną, jak bym chciała, trochę popapraną, z pogmatwanym życiem i relacjami, ale prawdziwą. Nauczyłam się, że przekraczanie granicy komfortu i własnych możliwości buduje, że stać mnie na więcej niż może mi się wydawać, że rzeczywistość jest neutralna, a moje myśli i oczekiwania kreują samopoczucie, że z dystansu kilku tysięcy kilometrów można uważniej przyjrzeć się własnemu życiu, potrzebom, że mam mnóstwo szczęścia i powodów do wdzięczności.

Zdjęcie: Izabelu PhotoPassion, www.izabelu.com
Moja koleżanka mawia, że nie musi ze mną rozmawiać, by dostrzec, czy w moim życiu dzieje się dobrze, czy źle. To proste - chudnę w stresie, okrągleję w dobrobycie. Słyszałam też, że kobiety nie tyją, a zwiększają erotyczną powierzchnię ciała, więc śmiało mogę powiedzieć, że moja jest całkiem pokaźna. :-) O ducha zadbałam, teraz czas na ciało, więc prezentem na 2020 r. będzie roczny karnet na zajęcia sportowe. 







***

I tego tobie, Szanowny Czytelniku, życzę na nowy rok. Zdrowego ciała i ducha. Oraz pieniędzy. ;-)

Serdeczności
Pelagia M.




środa, 30 października 2019

Wybory

Jestem uzależniona od kupowania książek. Jak tylko przeczytam lub usłyszę o pozycji wartej uwagi, natychmiast wybieram się na zakupy. Dodatkowo książki dość często dostaję w prezencie. Na razie jeszcze wystarcza mi miejsca na papierową formę, więc preferuję tę właśnie. Pachnie, szeleści, leży na biurku, stoliku nocnym, czy regałach i przypomina o swojej obecności. Kiedyś przyjaciółka zapytała, czy je wszystkie przeczytałam. Odparłam, że nie do całka. (To był oczywiście mój autorski i niezamierzony neologizm wynikający z połączenia "nie w całości" i "nie do końca", który notabene na stałe zagościł w moim słowniku.) Takich nie do całka mam w swoich zbiorach na stałe kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt. Jedną przeczytam, dwie kupię, i tak to rotuje. Leżą, gdyż najczęściej brakuje mi na nie czasu; czasami publikacja nie jest tak interesująca, jak myślałam, ale zdarza się również, że przerywam, bo nie jestem już w stanie chłonąć tekstów, bo te są dla mnie za trudne, wprawiają w depresyjny nastrój, bądź zwyczajnie budzą odrazę. Tak było w przypadku "Z nienawiści do kobiet". To drugi (po "Polska odwraca oczy") zbiór reportaży Justyny Kopińskiej, na który składają się historie, które wstrząsnęły opinią publiczną naszego kraju, a mnie poruszyły do łez. Dziś ją przeczytałam do całka, i postanowiłam napisać, bo jedno zdanie przywołało wspomnienia. (Na marginesie dodam tylko, że nie ten reportaż wstrząsnął mną najmocniej.)

W reportażu pt."Gej Twoim bratem w Kościele" (o wierzących homoseksualistach i ich relacjach z Kościołem katolickim), jeden z bohaterów mówi: "Z Kościoła może mnie wykluczyć tylko sam Bóg. (...) To nie ja dokonałem wyboru. Nie miałem żadnego wpływu na to kim jestem".* Kilka lat temu czułam dokładnie to samo, choć z innego powodu. Po rozwodzie z alkoholikiem i ja miałam poczucie wykluczenia ze wspólnoty katolickiej. Nie zrobiłam nic złego, latami starałam się wszystko łatać i naprawiać, sama decyzja o rozwodzie była jedną z najboleśniejszych w moim życiu, a za to wszystko nie mogłam być pełnoprawną katoliczką. Powstał wielki dysonans między tym, do czego całe życie się stosowałam, a potrzebą odizolowania od toksycznego człowieka. I chyba miałam ciut więcej szczęścia niż wspomniany wyżej homoseksualista - który w dalszym ciągu toczy walkę z wiatrakami (oby nie z samym sobą) - bo w moim otoczeniu pojawił się Przyjaciel (popularnie zwany kwakrem) i nagle wszystkie rozsypane klocki zaczęły do siebie pasować. Zniknęły niepewność o życie wieczne, strach przed Bogiem, wyrzuty sumienia i poczucie winy. Ale o tym już pisałam (o tutaj: klik), więc nie będę się powtarzać.

Na coś innego chciałam zwrócić uwagę. Są kwestie w życiu każdego człowieka, co do których dokonuje wyboru (mniej bądź bardziej świadomego), są też takie, na które wpływu nie ma.

Orientacja seksualna nie jest wyborem.
Kolor skóry nie jest wyborem.
Pochodzenie społeczne nie jest wyborem.
Narodowość nie jest wyborem.
Religia macierzysta nie jest wyborem.

Nienawiść jest wyborem.
Miłość jest wyborem.








---
* Justyna Kopińska, Z nienawiści do kobiet, Świat Książki, 2018, s. 97-99

środa, 11 września 2019

(Nie)wola

Chyba nie będzie lokowaniem produktu, gdy napiszę, że od kilku lat czytam Rzeczpospolitą. Czasami z przyjemnością, ale najczęściej z obowiązku. (Ze względu na profesję, muszę wiedzieć, co w trawie i prawie piszczy.) Najbardziej lubię piątkowy dodatek: Plus Minus. Kilka artykułów wyryło mi się w pamięci, kilka stało się inspiracją do tekstów, przemyśleń, a nawet zakupów. I o tym ( i jeszcze jednym) dziś będzie słów kilka.

Dwa - trzy tygodnie temu, czytałam historię o brutalnej zbrodni z 1978 roku, zwanej "Sprawą połaniecką". Nie wdając się w szczegóły - bo nie o epatowanie okrucieństwem i przemocą mi chodzi - w wigilijną noc, na oczach 30 świadków, sąsiadów,  z zimną krwią zamordowane zostały trzy niewinne osoby, w tym dziecko, a całość okryta zmową milczenia, przypieczętowana krwią obecnych i przysięgą na krzyż różańca. Tylko dwie osoby z całej wioski  (w tym dziecko), zdecydowały się zeznawać prawdę. Pierwszy, mężczyzna, krótko po tym został znaleziony martwy w przepływającej obok rzece. Drugim był chłopiec, którego ojciec powiesił się w dziwnych okolicznościach. 

Wynaturzona moralność i mentalność mieszkańców tej wsi przechodzi ludzkie pojęcie, jednak nie sama historia przykuła moją uwagę, a wnioski autora, który pod rozważania wziął podłoże, źródło takiego stanu rzeczy. "Przyczyny były oczywiście złożone. Zacofanie polskiej wsi wynikające z uwarunkowań historycznych, demoralizacja sięgająca czasów ostatniej wojny światowej, niewiele warte wzorce zachowań wpajane ludziom przez komunistów, którzy co prawda nauczyli polską wieś czytać, ale podsuwali jej bardzo złe lektury. Nie pomogła także płytka i bezrefleksyjna wiara w Boga, opierająca się w dużej mierze na ludowych zabobonach i z łatwością przekształcająca się w magiczny rytuał. Brak prawdziwych autorytetów i spójnego systemu wartości sprawił, że świadkowie zbrodni i ich bliscy nie tylko gorliwie pomagali w jej tuszowaniu, ale też wykazali się wobec niej przerażającą obojętnością."*

W którymś z numerów Rzepy przeczytałam również artykuł o eksperymentach na ludziach w Auschwitz, i książce która zbiera wszystkie fakty w całość. Takim sposobem nabyłam w drodze kupna "Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz" Hansa Joachima Langa. Trudna to pozycja. Pewnie dlatego, że prawdziwa, dokumentalna i poparta opisem autentycznych przeżyć ofiar, które przeszły piekło nie tylko obozu koncentracyjnego, ale również (między innymi) ginekologicznych eksperymentów medycznych, na czele których stał prof. Carl Clauberg. Jak czytałam o młodych kobietach, dziewczynach, jeszcze dziewicach, które były poddawane iniekcji jakichś środków chemicznych, zabiegom naświetlania dróg rodnych i operacjom usuwania jajników, to mnie wszystko bolało. Sam pomysł przymusowej sterylizacji** jako części eugeniki negatywnej dla dzisiejszego człowieka jest trudny do wyobrażenia, a co dopiero wdrażanie sadystycznych technik, w wyniku których wiele kobiet umierało w męczarniach, a pozostała część dźwigała brzemię do dnia śmierci. 

Książkę polecam przede wszystkim dlatego, żeby pamiętać o tym, co już nigdy nie powinno się wydarzyć, bo wbrew temu, co się ostatnio w Polsce słyszy, każda istota ludzka jest równa. Po lekturze długo nie mogłam dojść do siebie. Zastanawiałam się, jakim sposobem jeden człowiek może drugiemu wyrządzić tak wielką krzywdę? Jakiemu praniu mózgu musi się poddać? Czy naprawdę na początek wystarczy tylko poparcie dla sączącej jad nienawiści partii politycznej (Carl Clauberg był członkiem NSDAP - partii sprawującej totalitarną władzę w Niemczech w latach 1933 - 1945)?

Powyższe historie mrożą moją krew w żyłach. Podobnych jest zresztą mnóstwo. Nie dalej jak kilka dni temu oglądałam po raz wtóry "Wołyń" Smarzowskiego. Nie bardzo lubię jego filmy, gdyż w mojej opinii zbyt mocno epatuje widza drastycznymi scenami, ale porusza tematy ważne, więc oglądam. Tak było w "Pod Mocnym Aniołem", tak było również w "Wołyniu". Nie o Smarzowskiego jednak chodzi, a o rzeź wołyńską (ludobójstwo dokonane na mniejszości polskiej w latach 1943 - 1945) i jej podłoże, fundament nie tyle polityczny i historyczny, co wykonawczy. Co, w jakim czasie i okolicznościach musi się stać z człowiekiem, by ten był w stanie z zimną krwią bestialsko zamordować sąsiada? Dawno temu pisałam o Ikach (klik), ale w tamtym przypadku zmiana dokonywała się z pokolenia na pokolenie, a nie z roku na rok. Timothy Snyder twierdzi, że "Tej taktyki masowych mordów Ukraińcy nauczyli się od Niemców. To dlatego czystki etniczne UPA zaskakiwały swą skutecznością i dlatego wołyńscy Polacy w 1943 r. byli niemal tak samo bezradni jak Żydzi na Wołyniu w 1942 r. Kampania przeciwko Polakom zaczęła się na Wołyniu, a nie w Galicji, prawdopodobnie właśnie dlatego, że tutaj policja ukraińska odegrała większą rolę w wydarzeniach Holokaustu. Łączy to zagładę Żydów z rzezią Polaków i wyjaśnia obecność na Wołyniu tysięcy doświadczonych w ludobójstwie Ukraińców."***

Niezwykle łatwo jest potępiać historię i ludzi z perspektywy kilkudziesięciu lat, z dzisiejszą wiedzą, świadomością i w poczuciu bezpieczeństwa domowych pieleszy. Wydaje się, że tamten czas i tamta rzeczywistość, a w zasadzie ich odbiór jest zupełnie inny od dzisiejszego, ale... czy na pewno? Przyjaciółka podrzuciła mi wiersz Kornela Filipowicza, "Niewola". Niestety, nie znam się na poezji, często jej nie rozumiem, ale ten utwór wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Dlaczego? Bo mam wrażenie, że dzisiejsza Polska powolutku staje się państwem totalitarnym z podziałem na ludzi lepszego i gorszego sortu, a stąd już tylko malutki krok do tego, by historia zatoczyła koło zniszczenia i wyzucia ze wszelkich wartości i człowieczeństwa.

Między wolnością a niewolą...

leży bardzo cienka linia.
 Niewola
W państwie totalitarnym Wolność
Nie będzie nam odebrana
Nagle
Z dnia na dzień
Z wtorku na środę
Będą nam jej skąpić powoli
Zabierać po kawałku
(Czasem nawet oddawać
Ale zawsze mniej, niż zabrano)
Codziennie po trochę

W ilościach niezauważalnych
Aż pewnego dnia
Po kilku lub kilkunastu latach
Zbudzimy się w niewoli
 
Ale nie będziemy o tym wiedzieli
Będziemy przekonani
Że tak być powinno
Bo tak było zawsze.









---
* https://www.rp.pl/Rzecz-o-historii/307049996-Sprawa-polaniecka-Jedna-z-najglosniejszych-zbrodni-w-PRL.html

** Już w 1933 r. Niemcy wprowadziły ustawę o ochronie przed dziedzicznie obciążonym potomstwem, która zakładała przymusową sterylizację osób opóźnionych w rozwoju i chorych psychicznie. Następnie, w latach 1942 - 1944, na polecenie Himmlera Carl Clauberg przeprowadzał eksperymenty i sterylizacje kobietom uznanym za "rasowo mało wartościowe".

*** Timothy Snyder, Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa i Białoruś 1569-1999, Sejny 2009,  s. 183.

piątek, 16 sierpnia 2019

Anonimowość się przydaje

Rozpoczynając przygodę z pisaniem, postanowiłam ukryć się pod pseudonimem. Z różnych względów, ale też dlatego, że moje teksty dotyczą życia innych osób (mojej rodziny, partnerów, przyjaciół, znajomych). Nie chciałam, by można ich było łatwo zidentyfikować. Oczywiście, jeśli ktoś mnie zna osobiście, to z łatwością doszuka się w opisywanych zdarzeniach i historiach konkretnych imion, nazwisk i życiorysów. Jest kilkanaście, może trochę ponad dwadzieścia osób, którym udostępniłam adres tego bloga mówiąc, że to ja i o mnie. Część z nich to moja rodzina i przyjaciele, którym chciałam się pochwalić, i przed którymi nie chciałam ukrywać tak ważnej sfery mojego życia. (Moje sumienie zatajenie utożsamia z kłamstwem, a na to w moim życiu nie ma miejsca.) Pozostali to znajomi (bliżsi lub dalsi), którym uznałam, iż pewne treści mogą się przydać, wesprzeć, zmotywować, pomóc. I czasami niektórych decyzji żałuję. A to dlatego, że nie o wszystkim mogę tu pisać, nie wszystkie teksty zamieszczać, choć uważam, że byłyby wartościowe i pomocne. Po prostu zbyt bardzo obnażałyby prywatność innych ludzi. A szkoda. Anonimowość jednak czasem się przydaje.


czwartek, 13 czerwca 2019

Możliwość wyboru szansą na lepsze

Jak miałam dziesięć lat, przeprowadziliśmy się z rodzicami ze wsi do miasta. Co prawda były to obrzeża administracyjne Gdańska, ale jednak miasto przez duże "M". To sprawiło, że wszędzie miałam... daleko. Do szkoły podstawowej 10 km - 30 minut autobusem, do szkoły średniej 25 km - 30 minut autobusem i 25 tramwajem, na uczelnię 30 km - 30 minut autobusem i 20 kolejką podmiejską, do pierwszej pracy 35 km - 30 minut autobusem, kolejne 30 tramwajem i 20 autobusem. Pamiętam, jak stojąc na przystanku w deszczowe dni, z zazdrością patrzyłam na przejeżdżających swoimi autami kierowców. Nie dość, że było im ciepło, to jeszcze docierali na miejsce znacznie szybciej niż ja. Minęło kilka lat, zdałam egzamin na prawo jazdy, kupiłam samochód, prawie nigdzie nie ruszałam się bez niego. Mało obchodziła mnie ekologia i zanieczyszczenie środowiska. Liczyła się wygoda i poczucie bezpieczeństwa; oraz prestiż posiadania auta. Czułam się lepsza od tych kotłujących się w tłumie spoconych pasażerów. Wszystko zmieniło się jakiś rok temu, gdy od przyjaciela dostałam w prezencie urodzinowym piękny, biały, elektryczny rower z koszyczkiem z kokardami. Przesiadłam się z auta na rower i tak już zostało. Na początku roku przeprowadziłam się do nowego mieszkania, blisko centrum. Od tego czasu jeśli nie rower, dużo częściej wybieram komunikację miejską. Dużą frajdę sprawia mi podróż tramwajem, podczas gdy wcześniej decydowałam się na taksówkę. I to wszystko pomimo faktu, że w garażu stoi wymarzone auto. Czerwone i śliczniutkie! Dlaczego? Bo tak wybieram. Nie cierpię musieć. Kiedy nie muszę, okazuje się, że mogę bardzo dużo. Z przyjemnością i niekrytą satysfakcją. 

Możliwość wyboru daje mi szansę na bycie lepszą. Tak jest w przypadku roweru i komunikacji miejskiej, ale również w przypadku plastikowych toreb. Odkąd mieszkam sama i segreguję śmieci, widzę jak ogromne ilości odpadów produkuję, jak wiele rzeczy zapakowanych jest w plastik. Postanowiłam więc robić zakupy z torbą wielokokrotnego użytku, a warzywa i owoce pakować bezpośrednio do koszyka (z pominięciem woreczków). Może to jeszcze niewiele, ale zawsze jakiś start. Jajka kupuję od szczęśliwej kurki, najchętniej na wsi, a mięsa prawie wcale. (To ostatnie akurat w związku z tym, że rzadko gotuję, a jeśli już to raczej z dodatkiem mięsa niż nim w roli głównej. Wyjątek stanowią razy, gdy zapraszam gości.) Nie pamiętam już nawet, kiedy kupiłam wodę w plastikowej butelce. Po prostu zainwestowałam w dzbanek filtrujący i korzystam z kranówki. Ostatnio rozmawiałam z babcią i powiedziałam, że piekę własnych chlebek (teraz zamiast pisać, powinnam to zrobić, bo zakwas już gotów!). Zdziwiona spytała, dlaczego, skoro teraz można wszystko kupić w sklepie? Ano dlatego, że chcę! W końcu pretenduję do bycia kwakierką, a to zobowiązuje.

Okazuje się, że możliwość wyboru sprawia, że zaczynam myśleć dalej niż czubek własnego nosa. I takich sposobności Wam, Szanowni Czytelnicy, życzę. Czasami malutka zmiana może stać się lawiną nowości  i satysfakcji w życiu. Polecam. :-)