Czasami, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie, czy też umieć to dostrzec, muszę usłyszeć coś kilkakrotnie. Jeśli do moich uszu dociera jakiś komunikat, zazwyczaj przepuszczam go przez filtry własnych przekonań, wierzeń, spostrzeżeń, refleksji, doświadczeń, wiedzy... i albo ta treść do mnie przemawia, to jest zgadzam się z nią, albo gotowa jestem zmienić na jej temat zdanie, albo nie. Zawsze powtarzam, że porozmawiać mogę z każdym i o wszystkim, przy założeniu, że mam o tym czymś choć trochę pojęcia, gdyż nie zwykłam paplać o rzeczach, na których się nie znam lub znać się nie chcę. Bez wielkiego żalu dopuszczam też możliwość, by mój interlokutor przekonał mnie do własnych racji, o ile tylko przedstawi mi jakieś sensowne argumenty, i to takie, które do mnie przemówią. Kiedyś, nie podejmując nawet próby rozważania czyjegoś, odmiennego od mojego poglądu, byłam nieomylna i wiedziałam wszystko najlepiej. Teraz, gdy pozbyłam się już odrobiny egocentryzmu (idzie mi mozolnie, ale jednak progres widzę), pozwalam sobie na komfort niewiedzy, pozwalam sobie odrzucić na bok moje uprzedzenia i przede wszystkim staram się mieć otwarty umysł. Takie rozwiązanie mi służy, o ile słyszę coś od jednej osoby. Bo z jednej strony rozważam jej zdanie, ale z drugiej nie przyjmuję ślepo i naiwnie wszystkiego, co do mnie mówi, bo mam świadomość iż sroce spod ogona nie wypadłam, IQ na jakimś poziomie mam, więc i zaufanie do siebie również. Natomiast słysząc coś od kilku osób i to zupełnie niezależnie, pomimo niedowierzania lub sceptycyzmu wynikającego z pierwszej analizy, podejmuję głębsze rozważania. Przecież, jeśli jedna osoba mówi mi, że mam ogon, to nawet sensownym rozwiązaniem jest to zignorować, jeśli jednak jest to osób kilka... w mojej opinii warto choć zerknąć przez ramię.
Wstęp rozrósł mi się niekontrolowanie, lecz z racji tego, że ostatnimi czasy zagubiłam wenę, nawet się cieszę, bo docierały już do mnie pytania, czy zarzuciłam pisanie na zawsze. Ale nie o tym teraz chciałam, więc... do meritum.

Od kilku osób usłyszałam ostatnio, że rozmawiając ze mną czują się, jak na kozetce u psychologa i że minęłam się chyba z powołaniem. Psychologiem, psychoanalitykiem, psychiatrą i inną psych-iczną nie jestem (choć co do ostatniego... kto wie?) i zupełnie do tego nie aspiruję. Wręcz przeciwnie. Ja po prostu nie tylko słyszę co się do mnie mówi, ja również uważnie słucham. Tutaj skojarzyła mi się od razu scenka z serialu 'Allo, Allo!', który kiedyś oglądałam pasjami i tekst powtarzany zawsze przez Michele Dubois - przewodniczkę ruchu oporu z Nouvion - "Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać". Więc... słucham, a że bagaż doświadczeń jakiś mam, to i chętnie się spostrzeżeniami dzielę. Staram się wczuć w tę osobę i poświęcić jej pełną uwagę, bo tylko czując moją akceptację, możliwe jest, że będzie w stanie odkryć przede mną swoje prawdziwe przemyślenia, a tym samym nasza rozmowa stanie się pełniejsza, porozumienie lepsze, a relacja głębsza. Staram się dać jej siebie, mój czas, może kilka spostrzeżeń, informacji, zadać kilka "trudnych", mających w mojej opinii moc sprawczą, pytań i... tyle. Dlatego też między innymi, gdy rozmawiam z kimś, zamykam się na świat zewnętrzny. Nie dostrzegam innych ludzi, okoliczności, zgiełku dookoła, a moja uwaga jest w pełni skoncentrowana na drugim człowieku. Zresztą... w pełni zgadzam się z tym, iż nie ma czegoś takiego, jak podzielna uwaga. Jest tylko co najwyżej (a ja nie jestem nią obdarzona) umiejętność szybkiego przenoszenia jej z miejsca na miejsce. Tym bardziej ucieszyłam się czytając po raz drugi "Drogę rzadziej wędrowaną", gdy dostrzegłam w niej fragment, którego nie zapamiętałam przy pierwszej lekturze - "Podstawową formą, jaką przybiera trud miłości, jest troska. Miłując kogoś, poświęcamy mu swoją uwagę. (...) Poświęcając komuś uwagę, wykazujemy troskę o tę osobą. Akt troski wymaga wysiłku odłożenia na bok obecnego zajęcia (...) i aktywnego skierowania uwagi. (...) Najpowszechniejszą i najważniejszą formą troski jest słuchanie."* Okazało się, że moja postawa jest wyrazem miłowania drugiej osoby. A że miłość bliźniego jest dla mnie najważniejszą wartością w życiu, to satysfakcjonujące jest poczucie, że umiem (choć w pewnym zakresie) to robić.
Słuchanie jest wysiłkiem, a że ludzie z natury są leniwi, bywa, że nie umieją uważnie słuchać. W ogóle. Często w codziennych kontaktach - czy to zawodowych, czy towarzyskich - słuchają selektywnie, to jest słyszą jakiś tekst i od razu przepuszczają go przez własne filtry, dopasowując go do odpowiedzi, których z góry oczekują. Tak, by mogli sprowadzić rozmowę na tory, które ich interesują, przejąć inicjatywę i rozpocząć własny monolog, albo fałszywym potakiwaniem zakończyć nużącą lub irytującą ich konwersację. Pozorne słuchanie przejawia się również w udawaniu, że się słucha i jednoczesnym kontynuowaniu dotychczasowych zajęć w międzyczasie pomrukując, bądź dodając "tak!", "yhm", "dokładnie!" - w mniej bądź bardziej odpowiednim momencie. Wówczas, po pierwsze sprawiamy wrażenie, że poświęcamy uwagę, przez co czujemy się lepiej mając poczucie łączącej nas z kimś relacji, jednocześnie kończąc zadania, które zaplanowaliśmy. Tylko... jaka jest jakość takich relacji? I czy tak naprawdę znamy człowieka, którego mianujemy swoim bliskim?
A jak to jest ze słuchaniem (nie mylić ze słyszeniem!) u Ciebie, drogi Czytelniku?
---
* Morgan Scott Peck, "Droga rzadziej wędrowana", Wyd. Zysk i S-ka, 2013, str. 137-138