wtorek, 13 października 2020

Czterej jeźdźcy apokalipsy


Ostatnio postanowiłam dokształcić się w umiejętnościach menedżerskich i okazało się, że z zajęć o kierowaniu podległym zespołem mogę wyciągnąć wnioski dotyczące również życia prywatnego. Chodzi konkretnie o teorię Johna Gottmana, amerykańskiego profesora psychologii, naukowca, wieloletniego badacza relacji w związkach, który na przestrzeni lat wypracował model matematyczny potrafiący z 90% skutecznością przewidzieć rozpad związku / jego stabilność (90%! to 9 przypadków na 10!), a dokładniej teorię, że każdy szczęśliwy związek potrzebuje pięciu pozytywnych interakcji na jedną negatywną. Ludzie się kłócili, kłócą i będą kłócić. Zresztą, konflikt pozwala oczyścić atmosferę, zmniejszyć napięcie, naprawić co nie działa. Ważne, żeby stosunek pozytywnego oddziaływania na siebie (np. uśmiech, pocałunek, dobre słowo) do negatywnego (narzekanie, krytyka, kłótnia), wynosił przynajmniej 5:1. Tylko tyle i aż tyle stanowi receptę na dobry związek. Ale żeby nie było za łatwo, jest jeszcze jeden warunek: owe negatywne interakcje nie mogą należeć do zespołu tak zwanych Czterech Jeźdźców Apokalipsy, gdyż ich pojawienie się zwiastuje rozpad relacji. Przynajmniej według Gottmana. Jacy to Jeźdźcy? 

  1. Krytykanctwo
  2. Lekceważenie, pogarda z poczuciem wyższości
  3. Obrona, postawa defensywna
  4. Wycofanie się – „rób jak chcesz”, obstrukcja

Najczęściej występują jeden po drugim, w miarę, jak relacja się rozpada.

Krytykanctwo

Pierwszym, i prawdopodobnie najbardziej powszechnym jest krytykanctwo oraz słynny już komunikat typu „ty”, szczególnie jeśli brzmi: „ty nigdy” lub „ty zawsze”. I nie chodzi bynajmniej o brak krytycznej uwagi na temat jakichś zachowań, czy komunikowania skarg dotyczących konkretnych problemów. Chodzi o werbalny atak ad personam na charakter, osobowość partnera, w rezultacie którego krytykuje się nie konkretne działanie lub zachowanie, ale partnera jako człowieka. Krytykanctwo może nieść niszczycielskie skutki, ponieważ sprawia, że ​​partner czuje się napadnięty, odrzucony i zraniony. Antidotum na krytykanctwo jest mówienie o swoich uczuciach. Używanie komunikatu typu „ja”. Zamiast: 'ty nigdy nie pomyślisz, by powiedzieć coś miłego!', można zakomunikować: 'byłoby mi miło, gdybyś powiedział(a) że smakowała ci kolacja'.

Lekceważenie, pogarda z poczuciem wyższości

Drugim w kolejności, ale najbardziej destrukcyjnym dla relacji jest lekceważenie oraz pogarda. Traktowanie partnera z poczuciem wyższości lub bez dostatecznej uwagi, okazywanie braku szacunku, wyśmiewanie, sarkastyczne uwagi, protekcjonalność, nieprzychylne spojrzenia, wyzwiska, nieżyczliwa mowa ciała (np. przewracanie oczami), to wszystko może być wyrazem pogardy. Takie zachowania są zabójcze dla związku, ponieważ wyrażają wstręt i wyższość. Zamiast lekceważyć, czy też gardzić partnerem, powinnam mówić o swoich uczuciach i potrzebach. Nie: 'ile twoja matka musiała zjeść śniegu, by urodzić takiego niedomyślnego bałwana jak ty!'. Tak: 'potrzebuję czasami usłyszeć, że ci smakowało; bardzo się starała(e)m, żebyś był(a) zadowolona'.

Obrona, postawa defensywna

Trzecim jeźdźcem jest postawa defensywna przejawiająca się oburzeniem lub postawieniem się w roli niewinnej ofiary. Przerzucenie odpowiedzialności. W efekcie mój komunikat brzmi: „Problemem nie jestem ja, to ty”. Kiedy czujemy się niesłusznie oskarżeni, szukamy wymówek, żeby partner się wycofał. Przestajemy słuchać jego argumentów, zamiast tego przygotowując własną odpowiedź, atak. Postawa defensywna jest częstą reakcją na krytykanctwo, a antidotum na nią, wzięcie odpowiedzialności za swoje błędy. Zamiast: 'gdybyś gotował(a) lepiej, to bym na pewno coś miłego powiedział(a)!', lepiej odrzec: 'przepraszam, tak się przyzwyczaił(a)m do dobrego, że zapominam o manierach'.


Wycofanie - „rób jak chcesz”, obstrukcja

Ostatni, ale z pewnością nie najmniej ważny z Jeźdźców to obstrukcja i/lub wycofanie. W trakcie dyskusji lub kłótni partner odstępuje od interakcji, wyłącza się i zamyka w sobie. Zamiast stawić czoła problemowi, nie reaguje wykonując różne uniki, np. odwraca się, angażuje w jakieś inne czynności, czy obsesyjne zachowania. Wycofanie jest trudne w relacji, gdyż jeśli jako partner dokładasz wszelkich starań, by rozwiązać problem, niezależnie od tego, czy próbujesz porozmawiać o czymś, co Cię denerwuje, czy też wyjaśnić swoje uczucia dotyczące konfliktu, a twój partner stosuje uniki, prawdopodobnie osiągniesz taki poziom frustracji lub złości, że puszczą wszelkie hamulce. "Ciche dni" i unikanie rozmowy są zabójcze dla relacji, niszczą bliskość. Dużo częściej wycofują się mężczyźni. Reakcja ta eskaluje wraz ze wzrostem zaangażowania emocjonalnego kobiety. Antidotum na wycofanie jednego z partnerów jest natychmiastowe zaprzestanie dyskusji i uzgodnienie terminu powrotu do rozmowy, jak emocje opadną. I to zanim para pójdzie uszami lub dojdzie do rękoczynów.

Potrzeba sporo czasu, aby destrukcja wynikająca ze stosowania pierwszych trzech jeźdźców stała się na tyle przytłaczająca, żeby wycofanie wkroczyło na arenę, ale gdy następuje, często staje się nawykiem, którego oduczyć się już nie da.

Muszę przyznać,  że żaden z jeźdźców nie jest mi obcy. A Tobie?

środa, 7 października 2020

Zatraciłam

Na fali szczęścia, koncentracji na rozwoju zawodowym, spokoju w związku, poczuciu posiadania wymarzonego mieszkania, stabilizacji finansowej zatraciłam umiejętność myślenia, a więc też pisania o sprawach naprawdę ważnych. Często zastanawiam się, co mogłabym przelać na papier i... nic z tego nie wychodzi. Najbardziej natchniona i wrażliwa na otaczającą mnie rzeczywistość jestem, gdy cierpię. A teraz, gdy w moim życiu panuje ład, porządek i radość mam wrażenie, że każda próba napisania czegoś wartościowego, sensownego, ale przede wszystkim przydatnego i użytecznego spala na panewce. Na blogach jak mój, ludzie nie szukają opisów szczęścia innych. Raczej lustra, w którym dostrzegą podobieństwo, tekstu na tle którego ich problemy wydadzą się mniejsze, albo dodadzą otuchy. Mam poczucie, że utraciłam prawo do pisania, bo co ja tam mogę wiedzieć, gdy nie boli…

Kilka dni temu miałam urodziny. Trzydzieste ósme. W okolicach tej daty zawsze staram się o jakieś podsumowanie, retrospekcję ostatnich dwunastu miesięcy. Zewsząd słyszę, że rok 2020 jest zły, podły, straszny, a u mnie… jest niezmiennie dobrze. I się boję. Że te moje 7 tłustych lat skończy się niespodziewanie jak zszywki w zszywaczu. Piękne w życiu miały być tylko chwile, a u mnie to przecież całe miesiące…

A może to ja się zmieniłam? Może już nie oczekuję, nie żądam, biorę co jest i jestem wdzięczna?

Każdy, szczególnie młody człowiek ma jakąś wizję swojego życia, związku, kariery. Wizję, często nierealną, nieosiągalną, bo posklejaną z różnych obrazków tworzących swoisty kolaż. Kilka kadrów z domu, trochę od sąsiadów, rodziny, z reklam, seriali, filmów, rzadziej książek. Wizję, która składa się na tak zwaną normalność, do której chce dążyć.  A jak mu się nie udaje, następuje kryzys, często osobowości. Pamiętam moją wizję. Jak z reklamy Gillette z lat ’90. Śliczna ona. Męski on. Biała pościel łóżka. Słoneczny weekend. Jędrne ciała. Błysk obrączek ślubnych. Rozkoszne dzieci. Zawodowy sukces. Wspólny czas. Duże pieniądze. Jasny dom. Nowy samochód. Wielka miłość. Idylla.

I tak sobie myślę…  Jak miało być dobrze i normalnie, skoro wymyśliłam sobie utopię?

Chciałabym mieć pewność, że moje obecne poczucie szczęścia jest naprawdę moje, a nie wynika li tylko z korzystnych dla mnie okoliczności.  A pisać mogę i będę. Na razie w to tylko wierzę...

czwartek, 10 września 2020

Dylemat

Stoję przed kluczowym dla mojego życia wyborem. Mogłabym napisać o nim tysiąc słów, ale i tak ów dylemat najlepiej zobrazuje pewien mem, który znalazłam w portalu społecznościowym. 

ROZWÓJ i KOMFORT. TO SIĘ PO PROSTU NIE UDA.



środa, 24 czerwca 2020

Zostawacje


Dziwny ten rok 2020. Mam wrażenie, że z lutego przeskoczyłam na czerwiec i nagle zewsząd pojawiają się pytania – gdzie w tym roku na urlop? A ja nie mam odpowiedzi, bo jeszcze o tym nie myślałam. Ja – zawsze planująca z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Ja, która w poście podsumowującym rok 2019 wymieniłam kilka krajów, które udało mi się odwiedzić. Ja, która w folderze „Wyjazdy” poczty elektronicznej miałam zawsze jakieś oflagowane bilety i rezerwacje, które pozostawały do zrealizowania w najbliższym czasie. Dziś mam tylko dwa vouchery różnych linii lotniczych do wykorzystania do maja 2021 r. Miały być Paryż, Praga, Litomyśl, ocean, pustynia i jeszcze kilka innych miejsc, a wyszło nic lub wielki znak zapytania.

Z drugiej strony, ja odpoczęłam podczas pandemii. Świat zwolnił, a ja z nim. Staram się żyć w pełni, więc wyjeżdżam, doświadczam, wychodzę i pomimo, że to wszystko przyjemne, to bardzo emocjonujące, a tym samym męczące. Czasami zapominam, że przyjemności również pochłaniają sporo energii. Obowiązkowa kwarantanna spowodowała, że przestałam się mobilizować, czy zmuszać do pewnych czynności. Bo tak wypada, bo trzeba, bo mogę, bo uważam, że warto, bo ktoś zaproponuje, bo szkoda byłoby nie skorzystać. Tym samym bardzo odpoczęłam. Pomieszkałam w moim pięknym domu. Pobyłam sama z sobą i najbliższym. Poczytałam. Popisałam. Pooglądałam „Przyjaciół” i „Teorię wielkiego podrywu”. Od czego więc odpoczywać? Od satysfakcjonującej pracy, czy obowiązków, które sama sobie ordynując, tak naprawdę wybieram co chcę, a czego nie zrobić? Przyznaję, mogłabym i chciała odpocząć od psa, od regularnych spacerów bez względu na to czy słońce, wiatr, czy deszcz, od wiecznego odkurzania podłogi, która posłana jest dywanem labradorowej sierści, i permanentnej konieczności czyszczenia mebli, na które on się pokłada podczas mojej nieobecności pomimo każdorazowych upominań, że ma być grzeczny, jak pani wychodzi.

Dziś przeczytałam o urlopie w formie holistay (holiday – wakacje, stay – zostać), nearcation (near – blisko, recreation – rekreacja), staycation (stay – zostać, vacation – urlop), i ich polskim odpowiedniku – zostawacjach, to jest wypoczynku, podczas którego bazą wypadową jest dom, a atrakcjami okoliczne zabytki, architektura, natura, zwierzęta, baseny, kina, restauracje i inne przybytki kulturalne. Pewną formą wyżej wymienionych może być również shinrin-yoku (jap. kąpiel leśna), kontakt z lasem, odczuwanie go wszystkimi zmysłami, poszukiwanie komfortowych miejsc. Ostatnie przemawia do mnie najmniej, bo choć spacery w lesie bardzo lubię, przytulać się do drzew nie zamierzam.

Nie wiem, jak spędzę urlop w tym roku. Chyba będę obserwować po prostu, jak sytuacja się rozwinie. Przecież nie w tym rzecz, by odpoczywać na siłę, bo i tak nic z tego nie wyjdzie. Mam szczęście mieszkać w Gdańsku. Może w roku 2020 warto go zobaczyć na nowo?

Foto: Grzegorz Kolos

czwartek, 11 czerwca 2020

W rozkwicie

Od czasu, gdy postanowiłam wykorzystać Facebooka do promowania mojej działalności zawodowej, pogodziłam się z mediami społecznościowymi. Nie żeby od razu zakładać konta na Instagramie, Twitterze, YouTubie czy innej platformie, ale na tyle, by logować się tam regularnie, i być w kontakcie z potencjalnymi klientami. Trzeba iść z duchem czasu. Nawet jak się jest panią pod czterdziestkę.

Specyfika FB jest taka, że stronę, fanpage, profil zawodowy podpina się pod konto osobiste. A to powoduje, że jak się do aplikacji loguję, na tablicy wyświetlają mi się również informacje o moich tzw. Znajomych, mniej bądź bardziej znajomych. I dziś, przed chwilą, pojawił mi się film promujący najnowszy model samochodu jednej z wiodących marek samochodów, w którym udział wzięła była wieloletnia narzeczona mojego byłego szwagra, wraz ze swoim obecnym mężem, synkiem i jeszcze nienarodzonym dzieckiem w brzuchu. Ależ pięknie wyglądała. Okazuje się, że po rozstaniu z moim byłym szwagrem rozkwitła. Nie od razu, bo kilka lat upłynęło, ale wydaje się być szczęśliwą, dojrzałą, spełnioną, pełną życia i pasji, piękną kobietą. I jakoś tak ciepło mi się na sercu zrobiło, że i jej się udało.

The Gift of Fall - Leonid Afremov
Nie mam dużego doświadczenia w związkach z różnymi mężczyznami. Na palcach jednej ręki mogę policzyć moich wszystkich partnerów, łącznie z tym z siódmej klasy podstawówki, co mu raz buziaka dałam, i tym z czwartej, co o moim istnieniu nie wiedział, jak wypisywałam na ławkach szkolnych jego imię w sercu. Wiem jednak, że przy odpowiednim mężczyźnie, świat naprawdę jest inny, a życie pełniejsze. Mam na myśli człowieka, który wspiera, motywuje, dodaje otuchy, popycha do przodu, pozwala rozwinąć skrzydła. Kocha i dba o mój rozwój. Szkopuł w tym, że różnicę dostrzec można dopiero po zmianie, jak już mam jakiś punkt odniesienia, jak mogę porównać i ocenić.
W każdym związku, w którym byłam, czułam się szczęśliwa i kochana. Przynajmniej przez jakiś czas. Dopiero z perspektywy czasu dostrzegam kolosalną przepaść we wzajemnym dopasowaniu się, a raczej... niedopasowaniu. Dopiero dziś doświadczam, jak to jest gdy ktoś przedkłada moje dobro nad własny interes. Gdy czyjeś słowo i obecność pomaga przenosić góry. Te góry nadal przenoszę ja, nikt mnie nie wyręcza, ale też nie o to chodzi. Miłość to nie uczucie, to akt woli - zamiar i działanie. 

Ze smutkiem obserwuję dysproporcje w związkach. Gdy jedna osoba wyraźnie góruje, nadaje ton, wiedzie prym, i jest permanentnie tłamszona, ciągnięta w dół przez tę drugą. A fakt ów dostrzegam wyraźnie, bo sama tego doświadczyłam. Najgorsze jest to, że zazwyczaj po kilku latach związek i tak się rozpada, ale zawczasu nic nie da się zrobić. Jedynie biernie obserwować, bo nawet szczera rozmowa nie pomoże. Zaślepienie trwa i trwać będzie dopóki nie wydarzy się coś, co przeleje szalę goryczy. A czasami nawet i to nie pomoże.
W moim otoczeniu są przynajmniej dwie kobiety, które zasługują na więcej. Widzę, że mogłyby żyć pełniej i szczęśliwiej, gdyby tylko u ich boku stał ktoś inny. Tyle tylko, że to 'tylko' nie jest wcale tylko.