wtorek, 10 października 2017

Varia: szarlotka

Jabłka umyć, obrać, pozbawić gniazd nasiennych i pokroić w kostkę. Wsypać do brytfanki i podlać odrobiną syropu brzoskwiniowego. Smażyć na malutkim ogniu cały czas delikatnie mieszając. Dodać pokrojone w kostkę brzoskwinie, następnie cynamon, a całość uperfumować wanilią. Tak przygotowane staną się kwintesencją szarlotki. 

Jesienna, październikowa plucha za oknem kontrastująca z roznoszącą się po cieplutkim domu wonią dopiero co zagniecionej, a już piekącej się szarlotki, przypomniała mi dzieciństwo. I jeszcze coś. Że cudownie byłoby mieć ją dla kogo robić... Niby taka nowoczesna i niezależna, a tu proszę - taka niespodzianka.

Prawdziwy dom pachnie ciastem. I miłością.

sobota, 30 września 2017

Wolność

Leonid Afremov - Resting By The Bridge 

Siedzę nad Odrą. Jest piękny, cieplutki, słoneczny majowy poranek. Słyszę ptaki śpiewające w drzewach, sowę huczącą gdzieś z dala, dobiegają mnie krzyki i śmiech dzieci z pobliskiego przedszkola, symfonia nurtu rzeki kojąco wybrzmiewa. Jestem sama, w obcym mieście, a mimo to czuję się bezpiecznie. I bardzo chciałabym, by ten stan trwał. Szczególnie, że mam świeżo w pamięci niedawno przeprowadzone rozmowy. O wolności. I niezależności. Też poczuciu bezpieczeństwa. Wartościach niezwykle dla mnie istotnych.
Maj, 2017 r.
***
O tym, że podróże rozwijają pisałam już kiedyś (tutaj: Podróż prawdziwa i absolutna), jednak gdy doświadczam jakiejś kolejnej, przekonuję się o tym na nowo. Mój tegoroczny urlop obfitował w rozważania na temat różnych aspektów wolności. Wolności "od czegoś" (przymusu, zniewolenia, głodu, wojny) i "do czegoś" (samostanowienia o sobie, swobody wypowiedzi, "prawa do"). Wolności ciała, ducha i umysłu. Wolności od wojny, ksenofobii i nienawiści, wstydu, wspomnień, historii, byłych partnerów, toksycznych osób, nieuczciwych pracodawców, wolności w związkach i w miłości. O braku zniewolenia, które może mieć naprawdę różne oblicza, począwszy od konfliktów zbrojnych, czyli zamachu na wolność najbardziej spektakularnego, na... zakochaniu skończywszy. Tak! Przecież zakochanie nie jest wolicjonalne i często pod jego wpływem podejmujemy naprawdę głupie decyzje.

Moje rozważania na temat wolności i jej różnych aspektów zapoczątkowało spotkanie pewnej grupy ludzi - w różnym wieku, różnej płci, różnej narodowości, różnego statusu społecznego i ekonomicznego - bardzo rozwijające doświadczenie. Prawie wszyscy byliśmy Europejczykami, więc łączyło nas naprawdę sporo, jednak kilka kwestii dzieliło. Rozmawiałam z Estończykiem, Serbką, słuchałam przejmującej wypowiedzi Rumunów i Czeszki pracującej na rzecz organizacji pokojowej na terenie Doniecka. Wszyscy oni mówili o ograniczeniu swobód, o ucisku, opowiadali mrożące krew w żyłach historie. Szczególnie ujęła mnie relacja, jak wygląda życie w Doniecku. Strzały, uzbrojeni żołnierze na ulicach, czołgi, miny przeciwpancerne, wybuchy, to była i jest codzienność ludzi tam mieszkających. I dopiero wówczas zaczęłam dostrzegać, jak wielkim błogosławieństwem jest wolność i niezależność. Moja, osobista. Urodziłam się w czasie, gdy Polska była niepodległym krajem (pomijam kwestię ustroju politycznego), dorastałam bez poczucia strachu i zagrożenia zamachem na moją wolność. Pracuję, myślę, wypowiadam się, podróżuję, mam szanse rozwoju, a to wszystko wymaga ode mnie tylko decyzji (no... może nie tylko, gdyż również działania, bez którego trudno byłoby cokolwiek osiągnąć). Nie zagraża mi (przynajmniej jeszcze!) wojna, bo przyznam szczerze, że to przeraża mnie najbardziej - chłód, głód, smród to nic bohaterskiego, wynaturzone zachowania ludzkie i to wszystko w imię... czego właśnie?

Czytałam ostatnio publikację o sposobach postępowania w razie konfliktu zbrojnego. Warto było. Nawet tylko po to, by wiedzieć, co i jak należy zrobić. Wyobraź sobie, że nagle tracisz dostęp do swoich pieniędzy w banku, kończy Ci się żywność, paliwo w baku, dostęp do wody, nie możesz się wydostać poza wyznaczoną strefę. Co robisz? Na co musisz być gotów? Na co jesteś w stanie się zgodzić? Co poświęcić? To pytania, na które odpowiedzi są bardzo trudne, a w dodatku zweryfikować je może dopiero życie, ale nie zaszkodzi się nad nimi odrobinę zastanowić.

Pisząc o wojnie i wolności skojarzył mi się film o tytule "Jutro pójdziemy do kina". Jest to opowieść o młodych ludziach urodzonych w okolicach roku 1920, którzy to w 1938 stoją na progu dorosłego życia, mają świat u stóp - wykształcenie, możliwości, plany, radość życia, witalność. Niestety, rok po ich maturze zaczyna się prawdziwy egzamin dojrzałości. Taki, którego żaden z głównych bohaterów nie zda. Ekranizacja ta przywodzi mi na myśl inny odcień wolności - wolności rozumianej jako możliwość kreowania własnego życia, własnego losu. Wydawałoby się, że w wolnej Polsce każdy taką ma, ale czy na pewno?

Podczas któregoś z hotelowych śniadań - gdy jak zwykle to w trakcie urlopu bywa celebrowałam ów posiłek - wpadła mi w ręce gazeta, a w niej artykuł, który mnie zainteresował. Niestety, po kilku miesiącach nie pamiętam już tytułu ani dziennika, ani autora, ale rzecz dotyczyła opisu życia ludzi zamieszkujących malutką, zabitą dechami wioskę gdzieś na obrzeżach kraju. Pamiętam jak dziś, że po lekturze spłynął na mnie rumieniec wstydu. Kiedyś, nie tak dawno temu, mówiłam i wierzyłam w to, że jeśli tylko chcę, mogę (prawie) wszystko. I że każdy człowiek może tak samo, a tylko lenistwo, brak decyzji i determinacji oraz inne, mało pochlebne powody sprawiają, że tego nie robi. Cóż za pycha! Przecież gdyby nie fakt, że urodziłam się w Gdańsku, gdyby nie rodzice, którzy zadbali o moją edukację i rozwój, gdzie mogłabym mocą własnej decyzji dziś być? Czy taki sam start mają młodzi ludzie z malutkiej, głębokiej wsi pod wschodnią granicą kraju, gdzie minimalne wynagrodzenie jest trudne do osiągnięcia, gdzie podstawową rozrywką jest ławeczka piwna pod sklepem, gdzie od czasów likwidacji PGR-ów nie zmieniło się w mentalności tych ludzi nic? Przecież oni nawet nie mają świadomości, że można inaczej, lepiej, wygodniej, przyjemniej. Jasne, można powiedzieć, że szczęściu trzeba pomagać, że bez działania i zaangażowania nie da się nic osiągnąć, ale... no właśnie... szczęście to błogosławieństwo. Trzeba je najpierw dostać. Warto o tym pamiętać. I za swoje szanse być wdzięcznym.

Kolejna sposobność dostrzeżenia jeszcze innych wymiarów wolności pojawiła się w pociągu. Między mną, a współpasażerką przedziału wywiązała się interesująca rozmowa. Teraz już zupełnie nie pamiętam, jak do niej doszło, szczególnie, że ja nie mam potrzeby, by czas spędzony w pociągu wypełniać rozmowami z obcymi ludźmi, ale do meritum. Kobieta opowiadała o swojej córce, która od 10. lat pracuje na wysokim stanowisku w jakiejś korporacji w Dubaju. O dziwo jej wypowiedź traktowała o pozytywnych aspektach życia kobiety wśród Arabów, również muzułmanów, jednak konkluzja była następująca - te pozytywy są warunkowe. A właściwie uwarunkowane zastosowaniem się do tamtejszych zasad, do obowiązującej tam kultury. Coś, co dla mnie jako Europejki jest rzeczą naturalną - publiczny dotyk, trzymanie się za ręce, buziak na przywitanie w obecności innych ludzi - zupełnie nie wchodzi tam w rachubę, a więc w pewnym sensie stanowi zamach na moją wolność. Tylko z drugiej strony... ja tam mieszkać nie muszę, a wybierając się do kogoś w gości powinnam pamiętać, że to jego dom, jego podwórko i on ustala zasady.

Z kolei w jeszcze innych okolicznościach udało mi się dostrzec, że wolny może być tylko ktoś, kogo nie ogarnia żadna obsesja. Nie pierwszy raz zresztą i pewnie nie ostatni, byłam na otwartym mityngu Anonimowych Alkoholików. Któraś wypowiedź dotyczyła wdzięczności za wybawienie od obsesji picia. Człowiek ten opowiadał, iż takich jak on było jeszcze dwóch w budynku, w którym mieszkał. Jeden już nie żyje, zapił się na śmierć, a drugi pomimo faktu, że przebywał w placówce odwykowej, pije nadal, więc wolny nie jest. Okazuje się, że i w tym przypadku nie wszyscy mają tak samo, nie wszyscy zostali i zostaną uwolnieni. Niestety, znam osobiście kilku, których życiem etanol rządzi skutecznie od wielu lat.

Moja podróż dobiegła końca. Ale od tego czasu po głowie krąży milion myśli dotyczących jeszcze innych aspektów wolności. Między innymi dlatego tak późno powstał powyższy tekst. Czy mogę czuć się wolna, jeśli od pierwszego do ostatniego z trudem wiążę koniec z końcem? A jeśli jestem zależna finansowo od kogoś lub czegoś? Uzależniona od czyjejś dobrej woli? Uwikłana w toksyczny związek, czy inną dziwną relację? Czy mogę w pełni stanowić o sobie bez poddawania się naciskom innych? 

Wygląda na to, że trudno poczuć się prawdziwie wolnym. I tak sobie myślę... Czy za to wszystko co mam, jestem wystarczająco wdzięczna na co dzień? Ze wstydem zmuszona jestem przyznać, że nie. Na szczęście czasami wyjeżdżam (bo mogę!) i spotykam innych ludzi, a ci pomagają mi to dostrzec...

Dziękuję.

niedziela, 10 września 2017

Okazja

sjp.pwn.pl okazję definiuje jako wyjątkową sytuację sprzyjającą czemuś; niecodzienne, uroczyste wydarzenie. 

Podobno okazja czyni złodzieja. Można coś okazyjnie kupić. Z jakieś okazji zrobić coś wyjątkowo głupiego, szalonego, czy też zabawnego. Szczególna okazja może być usprawiedliwieniem własnych zachowań. Można okazyjnie się ubrać, czy też nakryć stół zastawą na szczególne okazje. Z okazji czyjegoś święta można do kogoś zadzwonić, spotkać się, gdzieś wyjść, zrobić prezent, uczcić ten właśnie dzień. Okazje mogą być powodem, że o kimś myślę, pamiętam, wspominam.


Tylko tak sobie myślę... Czy naprawdę potrzebuję tych wszystkich sposobności, by zrobić/powiedzieć to, co umożliwiają, do czego prowokują? Każdy dzień może być wystarczająco wyjątkowy, by zrobić to właśnie. Ale... czy takie szczególne okazje nie nadają mojemu życiu smaku, nie są tym, co odróżnia powszedniość od wyjątkowości? Nawet jeśli jest to... Europejskie Święto Jabłka.

środa, 16 sierpnia 2017

Ewolucja postów roboczych

Ktoś mnie kiedyś zapytał, jak powstają moje blogowe wpisy, skąd biorę tematy, o których piszę, czy potrzebuję weny, czy narzucam sobie jakąś ilość postów, i... takie tam różne. Odpowiedziałam, zgodnie zresztą z prawdą, że to bywa różnie, ale generalnie odzwierciedlają, co się dzieje w moim życiu... duchowym. Czasami mam potrzebę, by coś napisać i tekst wychodzi spod moich palców sprawnie i szybko. Na przykład najlepiej pisze mi się w silnych emocjach; niestety, im są bardziej bolesne, tym łatwiej mi idzie. Niektóre teksty są z założenia tylko dla moich oczu i opublikowane nie zostaną. Czasami jednak zaaferowana życiem, obowiązkami, pracą, rozrywkami, miewam tygodnie posuchy, więc się dyscyplinuję i postanawiam to zrobić. Wtedy zazwyczaj idzie, jak po grudzie. Czasami jakiś temat kołacze mi się po głowie, więc zaczynam pisać, ale nie mogę skończyć. Coś mi nie pasuje, gdzieś ginie sens i meritum, do którego zmierzałam. Wówczas zostawiam taki post w wersji roboczej (zazwyczaj mam takich z 10) i tak sobie czeka, aż kiedyś będę chciała do niego wrócić - musi (muszę?) dojrzeć. Od czasu do czasu przeglądam te teksty (najstarszy jest z 2015 roku!) i zdarza się, że zupełnie nie pamiętam kontekstu, w którym zaczęłam, bądź już się nie zgadzam z tezami tam zawartymi, albo zwyczajnie, z upływem czasu nabrałam stosownego dystansu i myślę odrobinę inaczej. Tak też jest z tym króciutkim, noworocznym tekstem:

"Sylwester. Godzina 00:00.

- Czego mam Ci życzyć? Czego pragniesz?
- Nie wiem. Wymyśl coś. To Ty mi życzysz przecież! :-)
- Przecież oboje wiemy, że nie...
- ???
- Mówisz, że nie wiesz, a wiesz! Życzę ci, żeby w końcu znalazł się dla ciebie fajny facet i byś była szczęśliwa.

Pozostało mi tylko się uśmiechnąć... Boże! Widzisz i nie grzmisz?! Dlaczego niektórym ludziom tak trudno jest pojąć, że "posiadanie" partnera nie jest sensem mojego jestestwa? Dlaczego większość mierzy własną miarą i sądzi, że skoro oni tak mają, to oznacza iż wszyscy inni również? I to nawet pomimo tego, że twierdzą coś zgoła innego. Przecież na pewno oszukują wszystkich wokół, a przede wszystkim siebie!  

Odpowiadając wszystkim niedowiarkom - czy chciałabym być z facetem moich marzeń i snów? Jasne! Ale i bez niego mogę być szczęśliwa. Bo przepisem na szczęście nie jest mieszanina hormonów męsko damskich, a... spokój ducha. Tak. Tego można mi życzyć. Zawsze i wszędzie. I samych dobrych wyborów."
Leonid Afremov
- Dance under the rain

Pamiętam tamten stan ducha, tamte okoliczności, tamtą mnie. Rozgoryczona, rozżalona i wściekła na mężczyznę (konkretnego i bardzo dla mnie ważnego) postanowiłam być szczęśliwa w pojedynkę. I wszystkim wokół udowodnić, że to możliwe, a nawet pożądane. Żeby nie było nieporozumień - ja nadal uważam, że szczęście to spokój ducha, ale... w wieku trzydziestu kilku lat, chyba nie taki... permanentny, gdyż euforyczny stan, w którym zakochany człowiek unosi się pół metra nad ziemią jest bardzo przyjemny.

Można być szczęśliwym w pojedynkę, można we dwoje, a nawet we troje. To jak zawsze w życiu bywa, kwestia wyboru, coś za coś...

niedziela, 13 sierpnia 2017

Varia: jak kwiat

Leonid Afremov - Happy Sunflowers
Kiedyś, na warsztatach terapeutycznych "Akceptacja siebie", dostałam zadanie, by wyobrazić sobie, jakim jestem kwiatem i w jakiej fazie rozwoju. Nie lubię takich ćwiczeń, bo mam wrażenie, że wymyślam coś na siłę, że to tak naprawdę nie jest moje, a do tego infantylne i zwyczajnie głupie. Mam taką przypadłość, że z zaangażowaniem i wigorem biorę się tylko za coś, co mnie przekonuje, co uważam za wartościowe, sensowne i celowe. Z pozostałymi rzeczami... delikatnie to ujmując, mam problem. W każdym razie wymyśliłam wówczas, że jestem pięknym, żółciutkim słonecznikiem, z mocną łodygą, dumnie pnącym się ku słońcu, w pełnym rozkwicie. Chodziło, zdaje się o to, by w tenże sposób wyrazić, jak się czuję w swoim ciele i czy siebie akceptuję. Gdyby postawiono przede mną takie zadanie w innych okolicznościach przyrody, być może powiedziałabym o innej roślinie i innej fazie jej rozwoju (delikatnym, czerwonym maku uginającym się pod siłą wiatru, bądź niezapominajce rosnącej cichutko nad rzeczką), ale mając o sobie jakieś przeświadczenie, wiedziałam, jaką siebie chcę "pokazać" terapeutce. A chodziło, rzecz jasna, o piękną, pewną siebie kobietę w kwiecie wieku. Jaki więc był sens tego ćwiczenia? 


W każdym razie... ostatnio dotarło do mnie (i spodobało się umiarkowanie), że ja... prawdziwie zakwitam przy mężczyznach. Promienieję i emanuję kobiecością. I to nie musi być wcale mój mężczyzna, w sensie partner. Wystarczy, że jest dla mnie atrakcyjny (nie tylko w aspekcie seksualnym) i wykazuje zainteresowanie. Wówczas staję się osobą, którą bardzo lubię: atrakcyjną, pełną energii do działania, uśmiechniętą, wesołą, radosną... dokładnie, jak skąpany w słońcu słonecznik. I tak sobie myślę, że jednak wolałabym taka być bez wyraźnego bodźca zewnętrznego. Ciekawe, czy to w ogóle możliwe?